Dla młodzieży
Wyznawcy niemożliwego życia
KUP TERAZ

Wyznawcy niemożliwego życia

3 opinie
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 304
Oprawa miękka
ISBN: 9788327620651
Premiera: 2016-09-14
Tłumaczenie: Agata Zano
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Mira jest tą „gorszą”, depresyjną córką pary prawników. Uzdolniony plastycznie nerd Jeremy padł ofiarą szkolnego prześladowania, a Sebastian wychowuje się w kolejnych rodzinach zastępczych. Cała trójka ma ze sobą wiele wspólnego – wszyscy są dramatycznie pogubieni.

Razem tworzą własną rzeczywistość, pełną magicznych rytuałów i improwizowanych podróży, które mają naprawić ich świat. Chcą uchronić się przed tymi, którzy nie rozumieją ich dążeń do niemożliwie niezwyczajnego życia. A jeśli będą musieli bronić  się przed sobą nawzajem? Czy będą umieli rozróżnić między przyjaźnią, miłością a pożądaniem?

 

Historia przyjaźni niemożliwej w stylu Marzycieli.

Kate Scelsa

Kate Scelsa to scenarzystka i performerka, od lat związana z teatrem. Wraz ze swoją grupą występowała w różnych zakątkach świata. Dorastała w New Jersey, a obecnie mieszka na Brooklynie. „Wyznawcy niemożliwego życia” to jej pierwsza książka.

Jeremy

 

         W dniu rozpoczynającym drugą klasę liceum w jakiś sposób zapomniałem, jak się wiąże krawat. To był taki sam krawat jak wszystkie inne, które nosiłem, odkąd skończyłem trzynaście lat – wtedy wszyscy chłopcy w Świętym Franciszku zastąpili przypinane wiązanymi – ale tego poranka zachowywał się w moich rękach dziwnie obco.

         – Jeremy? – usłyszałem głos taty z dołu schodów. Budzik obok łóżka pokazywał siódmą czterdzieści dziewięć. Byłem już spóźniony.

         Tata wszedł na górę i wetknął głowę przez drzwi do mojego pokoju.

         – Chcesz termos z kawą? – zapytał. – Dave właśnie zaparzył świeżą.

         – Nie, dzięki.

         – Na pewno?

         – Mhm.

         – Wszystko w porządku?

         – Poradzę sobie – powiedziałem.

         Spojrzał na smętny węzeł zwisający pod moim kołnierzykiem.

         – Pomóc ci?

         Skinąłem głową. Podszedł do mnie, rozplątał krawat i zawiązał jeszcze raz. Miał skupioną twarz. Poruszał lekko ustami, jakby próbował coś sobie przypomnieć.

         – Dzięki – powiedziałem.

         – Nie ma sprawy – odparł. Skończył i odsunął się o krok, przyglądając się efektowi. – Bardzo elegancko.

         – Zawsze noszę taki mundurek.

         – Bardzo elegancki.

         Zwlekał jeszcze chwilę z wyjściem, więc odwróciłem się, korzystając z tego, że musiałem zapakować coś jeszcze do plecaka. Nie chciałem rozmawiać. Nie chciałem, żeby mówił coś o tym dniu.

         Uratowała mnie kotka, która wślizgnęła się do pokoju i otarła wielkim, puszystym białym futrem o nasze nogi.

         – Kicia Dolly Parton przyszła się z tobą pożegnać – powiedział tata. Zawsze mówił o niej „Kicia Dolly Parton”, jakby ktoś mógł ją pomylić z prawdziwą Dolly Parton.

         – Dzięki, Kiciu Dolly Parton – powiedział. – Zaśpiewasz coś Jeremy’emu na pierwszy dzień szkoły?

         Wyszedł z pokoju. Z korytarza dobiegł jego głos, zawodzący: „And aaaaaaaiaaaaaaaiiii will always love miaaaauuuu…”.

         Usiadłem na łóżku z plecakiem pod nogami. Kicia Dolly Parton wskoczyła na łóżko i wetknęła głowę pod moją rękę, domagając się, żeby drapać ją między uszami.

         – Czas wracać – powiedziałem.

         Piętnaście minut później tata zatrzymał samochód u stóp niewielkiego wzgórza, na którego szczycie wznosił się główny budynek szkoły. Kiedy święty Franciszek, opiekun wszelkiego stworzenia, wyciągał ręce do głodnych leśnych ptaszków, raczej nie myślał, że kiedyś zostanie patronem liceum w Mountain View w New Jersey. A jednak to tutaj teraz była jego spuścizna.

         – Chcesz, żebym poszedł z tobą? – zapytał tata, obserwując tłum zbierający się na trawniku przed wejściem w oczekiwaniu na pierwszy dzwonek. Wszystkie dziewczęta były ubrane w niebieskie koszulki polo i niebiesko-zielone spódniczki, a chłopcy w spodnie khaki i niebieskie koszule z niebiesko-zielonymi krawatami, takimi jak mój.

         – Nie – odparłem. – Poradzę sobie.

         – Pójdziesz prosto do gabinetu Petera?

         – Tak. – Wyciągnąłem plecak spomiędzy nóg.

         – Okej – powiedział tata. – To zobaczymy się wieczorem. Wrócę z pracy koło szóstej.

         Wysiadłem z samochodu, zatrzasnąłem drzwi i odwróciłem się, żeby na niego spojrzeć. Uniósł w górę kciuki i odjechał. Przez chwilę stałem u stóp wzgórza, a potem wziąłem głęboki oddech i wspiąłem się na górę, pchnąłem drzwi wejściowe i przeszedłem przez znajomy korytarz prosto do gabinetu Petera.

         Kiedy wszedłem, siedział przy biurku i pisał coś na komputerze. Podniósł głowę i uśmiechnął się, gdy mnie zobaczył.

         – Miło cię znowu widzieć, Jeremy – powiedział.

        

Mira

 

         Pierwszy dzień szkoły nie został wymyślony dla niczyjej przyjemności – w tym roku znów okazało się to prawdą. Mira myślała, że może będzie łatwiej, jeśli tego ranka będzie przy niej Sebby, ale gdy tylko zobaczyła go na ławce u stóp wzgórza prowadzącego do głównego gmachu szkoły, pojęła, że zaproszenie go było błędem. Sebby był częścią jej innego, prawdziwego życia, dla którego nie było tutaj miejsca.

         Dzień był zbyt ciepły jak na wrzesień. Rozgrzana wełniana spódniczka gryzła ją w nogi. Sytuację pogarszały rajstopy, które włożyła, żeby nie czuć, jak jej spocone uda ocierają się o siebie. Pogoda sprawiała wrażenie wyjętej z czyjegoś wyidealizowanego wspomnienia lata z dzieciństwa. Błękitne niebo, pełne słońce, dwadzieścia osiem stopni. Doskonały dzień na mrożoną herbatę, plażę i leżenie na trawie z lodami powoli topiącymi się w dłoni.

         – Czy oni nie powinni tu zamontować wielkiej żelaznej bramy, żeby hołota nie wchodziła? – zapytał Sebby. Leżał na ławce z głową na jej kolanach i bawił się rąbkiem jej spódniczki.

         – To chyba my jesteśmy tą hołotą – odparła.

         – No właśnie.

         Wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby mogła włożyć własne ubranie. Może luźną jedwabną tunikę z bufiastymi rękawami, czerwoną z wzorem w gałęzie bambusa. Do tego neonowożółty pasek i zielone trampki. Różowa szminka, srebrny lakier do paznokci. Wtedy przynajmniej czułaby się bezpiecznie, odgrodzona od reszty świata jedną ze swoich estetycznych wizji, tą pod tytułem „emerycki glamour”. Albo może, na cześć powrotu do szkoły, styl na bibliotekarkę: zapinana na guziki sukienka z kokardą pod szyją, a do tego dziergany sweterek. Ale mundurek był właśnie po to, żeby wymazać indywidualność. Stanowił ochronę przed wszystkim, co mogłoby stanowić odstępstwo od „stroju odpowiedniego do reprezentowania liceum imienia Świętego Franciszka”, jak mówił regulamin szkoły. No to zrobiła, co mogła. Srebrne paznokcie, ale bez szminki (jaskraworóżowa bez kontekstu przestałaby być zabawna). Włosy upięte w luźny kok na czubku głowy i przewiązane wstążką. Końce wstążki opadające na szyję, intensywna zieleń podkreślająca jej ciemną karnację. Kosmyki kręconych włosów wystawały spod wstążki na wszystkie strony – jakby wyczuwały jej pragnienie wydostania się z tego miejsca tak szybko, jak to tylko możliwe.

         W poprzedniej szkole Mira mogła ubierać się, jak tylko chciała. Ale to była publiczna szkoła. W Mountain View, albo MouVi, jak czule nazywali ją niektórzy uczniowie, Mira spędziła ostatnie dziesięć lat. Ale nie byli tam przygotowani na jej „specjalne potrzeby” i dali jej to bardzo wyraźnie do zrozumienia. Po dziewięciu miesiącach spędzonych poza szkołą konieczny był jakiś kompromis i Mira wylądowała we Franciszku.

         – Patrz na tych dupków – powiedział Sebby, taksując wzrokiem uczniów wchodzących na wzgórze.

         – Przynajmniej łatwy cel – odparła Mira. – Będziesz miał więcej zabawy.

         – Z łatwego celu żadna zabawa – skrzywił się Sebby, siadając. – Co to za wyzwanie. Jak mam się rozwijać?

         – Może spróbuj pójść do szkoły. Podobno to teraz szalenie modne.

         – No jak możesz. Chodzę do szkoły.

         – W takim razie co tu teraz ze mną robisz?

         – Lubię ich trochę potrzymać w niepewności – przyjdzie, nie przyjdzie? Zresztą szkoła nieszczególnie mnie kręci.

         – Mnie chyba też nie bardzo.

         – Ale ty jesteś strasznie zdolna.

         Przewróciła oczami.

         – Do niczego w życiu nie dojdziesz z takim nastawieniem – powiedział.

         – O rany, nie wiem, czy dam sobie radę.

         Sebby złapał Mirę za rękę i spojrzał jej w oczy.

         – Dasz sobie radę ze wszystkim… – zrobił dramatyczną pauzę – co tylko sobie wymyślisz – dokończył. Próbował zachować powagę, ale w końcu nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

         – Okej, dzięki.

         – Czekaj, jeszcze nie skończyłem. Jesteś panią… swoich marzeń.

         – Owszem, już skończyłeś.

         Wstała, naciągając na ramię znoszony wojskowy plecak z lumpeksu. Ten sam, który nosiła w poprzedniej szkole, ale bez pokrywających go dawniej naszywek i przypinek.

         „Niedozwolone jest eksponowanie wszelkich sloganów, logotypów i znaków na odzieży i dodatkach” – głosiła broszurka z regulaminem szkoły. Uprzejmie prosimy o usunięcie wszelkich śladów własnej osobowości i wtopienie się w stado bezdusznych dronów.

         – A może po prostu spróbuję przeżyć ten dzień bez załamania nerwowego? – zaproponowała.

         – To zawsze coś. – Wstał i pocałował ją w policzek. – Nie udawaj, że nie jesteś stworzona do rzeczy wielkich, kochana.

         Mira była pod wrażeniem własnej wytrzymałości. Udało jej się przeżyć cały poranek bez ucieczki do pokoju pielęgniarki. Przetrwała lekcje, siedząc cicho w ostatnim rzędzie. Dość łatwo było uniknąć zainteresowania, gdy wszyscy byli podekscytowani spotkaniami po wakacjach i zajęci porównywaniem nowych fryzur, butów i mód.

         Ale przerwa obiadowa to zupełnie inna historia. W stołówce nie dało się już uniknąć interakcji. Było tu dwadzieścia dużych, okrągłych stołów, a to, gdzie można było usiąść, regulowała niepisana hierarchia oparta na skomplikowanym algorytmie, w skład którego wchodziły takie czynniki jak przeszłość, zainteresowania i status w szkolnej społeczności. I tak oto Mira znalazła się na samym środku zalanej słońcem stołówki. W rękach miała wilgotną tacę, na której piętrzyło się jedzenie zdecydowanie niemieszczące się w jadłospisie  precyzyjnie ułożonym przez jej matkę. Powoli wzbierała w niej panika. Zabezpieczone przed otwarciem na pełną szerokość okna były uchylone i wpuszczały do pomieszczenia ciepłe powietrze. Młodsi uczniowie rzucali zawistne spojrzenia na zewnątrz, gdzie starsi uczniowie korzystali z „przywileju swobody” podczas przerwy. Podobnie jak w więzieniu, trzeba było sobie na to zasłużyć latami dobrego zachowania.

         Ratunek przyszedł z niespodziewanej strony, w postaci sąsiadki Miry – Molly Stern.

         – Miranda! O Boże! – Molly niezręcznie przytuliła Mirę, uważając, by nie przechylić tac z jedzeniem, które obie trzymały.

         – O, cześć. Hej, Molly – odparła Mira.

         – Mama mówiła, że zaczynasz u nas w tym roku, ale nie była pewna, więc nie chciałam się nakręcać, na wypadek gdyby to nie było na sto procent, no wiesz.

         – No, zaczynam. Na sto procent.

         Molly mieszkała na tej samej ulicy co Mira, w domu gigantycznym nawet jak na standardy ich wypasionej McDzielnicy. Bawiły się razem, kiedy były małe; czasem spędzały całe popołudnia na sprzedawaniu lemoniady i rysowaniu kredą po chodniku. Już wtedy Molly sprawiała wrażenie trochę zdesperowanej. Miała trzech starszych braci, którzy okryli się złą sławą wybijaniem sąsiadom okien piłkami do street hokeja. Twarz Molly wyrażała rozczarowanie życiem, które nie dało jej siostry – i nigdy jej to do końca nie przeszło.

         Straciły kontakt, gdy Molly poszła do Franciszka, a Mira, śladami starszej siostry, do Mountain View. Molly czasem migała jej gdzieś na ulicy, ale minęło już sporo czasu, odkąd Mira mogła się jej dobrze przyjrzeć. Nos Molly był wciąż za duży, jakby jej twarz nie zdążyła na tyle urosnąć, żeby proporcjonalnie się w nią wkomponował. Grzywa bujnych włosów wyglądała, jakby próbowała przywrócić równowagę. Na szyi Molly miała wisiorek z diamentami, w stylu popularnym wśród dziewcząt w szkole.

         – Koniecznie musisz usiąść z nami – oznajmiła Molly głosem nieznoszącym sprzeciwu, po czym chwyciła Mirę za rękę i pociągnęła do stolika, przy którym grupka dziewcząt była pochłonięta przekazywaniem sobie egzemplarza „Cosmo”.

         – Moje drogie – powiedziała Molly, gdy usiadły przy stoliku – to jest Miranda. Znamy się od zawsze.

         – Teraz wszyscy mówią do mnie Mira.

         – Co?

         – Mira. Nikt już nie mówi na mnie Miranda.

         – Ale wszyscy na naszej ulicy tak na ciebie mówili. Stoisko z lemoniadą Molly i Mirandy. Pamiętasz? O matko, jakie to było urocze. Mieszkamy przy tej samej ulicy – powiadomiła resztę siedzącą przy stole.

         – Ale teraz wszyscy mówią na mnie Mira.

         – No dobrze, uwielbiam zdrobnienia. Też bym chciała, ale moje imię już i tak jest krótkie. Po prostu Molly! Nikt nigdy mnie inaczej nie nazywał.

         Sarah, blondynka o starannie ułożonych włosach i bez wątpienia liderka przy stole, prychnęła i szepnęła pogardliwie: „Po prostu Molly!”, do dziewczyny numer dwa, Anny, Hinduski z ciasno związanymi włosami i permanentnym wrednym uśmieszkiem na twarzy.

         Dziewczyna siedząca obok Miry wyciągnęła rękę w geście oficjalnego przywitania.

         – Jestem Rose – powiedziała.

         Miała krótkie, farbowane na czarno włosy i duże okulary w wyrazistej, kwadratowej i też czarnej oprawie.

         – Hej – Mira potrząsnęła jej dłonią.

         – Jak tam pierwszy dzień? – zapytała Rose.

         – W porządku – odparła Mira. – Właśnie miałam angielski z panem Sprengerem.

         – Wszyscy mówimy na niego Peter.

         – O matko, ale masz szczęście, że trafiłaś na Petera – westchnęła Molly. – On jest megaprzystojny.

         – Jest też dobrym nauczycielem – wtrąciła Rose.

         – Tak, jasne – odparła Molly. – Ja tylko siedzę i myślę: „Co mówiłeś, Peter? Nie słuchałam, bo się na ciebie gapiłam” – rozejrzała się dookoła. – Co nie?

         Ale Sarah już zainteresowała się czymś innym.

         – Więc jesteś w pierwszej klasie? – zapytała Mirę.

         – Tak jakby. Nie skończyłam pierwszej klasy w Mountain View, więc muszę powtórzyć większość przedmiotów. Pozwolili mi robić drugą klasę z angielskiego i historii, ale z całej reszty jestem wciąż w pierwszej.

         – Ale Mira nie jest tak do końca w pierwszej klasie – Molly wpadła Mirze w słowo. – Jest starsza ode mnie. Powinnaś być już chyba w trzeciej, nie?

         – Mam szesnaście lat – powiedziała szybko Mira w obawie, że zatroskany ton Molly zasugeruje reszcie, że jest po trzydziestce.

         – Łał. – Sarah uniosła brwi. – Mountain View, co? Dostałaś stypendium, żeby tu przyjść?

         Molly znów wtrąciła się do rozmowy, zanim Mira zdążyła odpowiedzieć.

         – Nie wierzę, że tak długo cię nie widziałam – powiedziała. – Robiłyśmy razem masę rzeczy, jak byłyśmy małe. Co nie?

         Molly miała okropny zwyczaj kończenia prawie każdej wypowiedzi pytaniem, jakby nie mogła być niczego pewna, dopóki nie przeprowadziła ankiety wśród wszystkich osób w pomieszczeniu.

         – No, sprzedawałyśmy dużo lemoniady – powiedziała Mira.

         – I co się stało? – zapytała Sarah.

         – Z lemoniadą? Nie wiem, skończyła się?

         – Nie, w Mountain View. Molly mówiła, że miałaś sporo problemów.

         Molly zaczęła nerwowo otwierać paczkę chipsów.

         – Wiesz co, Sarah, niczego takiego nie mówiłam.

         – Och, przepraszam. Wydawało mi się, że właśnie to powiedziałaś, zanim poszłaś ją tu przyprowadzić. – Sarah wymieniła z Anną spojrzenia pełne udawanego zdumienia. – Może coś źle zrozumiałam.

         Anna zachichotała.

         – Byłam chora – powiedziała Mira.

         – W sensie w szpitalu – drążyła Sarah.

         To było za dużo dla Molly.

         – Sarah, jesteś naprawdę niemiła. To pierwszy dzień Mirandy.

         – I co, nie wolno mi o nic zapytać? Tylko rozmawiam.

         Mira wstała.

         – Pójdę po coś innego do jedzenia – powiedziała, zabierając tacę. – Ten ser smakuje jak guma.

         – Och – westchnęła Molly z rozczarowaniem. Integracja z grupą ewidentnie nie przebiegła po jej myśli.

         – No to mamy nadzieję, że już lepiej się czujesz, Mira – oznajmiła Sarah głosem ociekającym słodyczą. Słychać ją było dwa stoły dalej. – I że już nie jesteś chora.

         Wymówiła słowo „chora”, jakby to był jakiś szalenie zabawny eufemizm.

         – Dzięki – powiedziała Mira.

         Przeszła przez salę do kosza na śmieci i wyrzuciła resztę lunchu, odstawiła wilgotną tacę na stos innych i wyszła ze stołówki.

         Potem zeszła po schodach i przemaszerowała przez korytarz prosto do gabinetu pielęgniarki. Pokazała bezterminowe zwolnienie od lekarza, wyciągnęła się na zapadniętej kozetce i z całych sił starała się nie rozpłakać.

        
Jeremy

 

         Pierwszego dnia nie odezwał się do mnie nikt poza Peterem. Nie żebym dał komuś szansę. Trzymałem głowę nisko i odliczałem minuty do końca każdej przerwy, pamiętając, że muszę tylko dotrwać do końca dnia.

         Kiedy po szkole wróciłem do domu, drzwi były otwarte.

         – Dave? – Ściągnąłem buty i postawiłem je na idealnie uporządkowanej półce koło drzwi.

         – W kuchni! – zawołał Dave.

         Zostawiłem plecak na dole schodów i podążyłem do kuchni za zapachem świeżo upieczonego chleba. Dave wykładał ciastka na papier do pieczenia.

         – Hej – powiedziałem, siadając na stołku naprzeciwko niego. – Wcześnie dziś wróciłeś.

         – W pracy był spokój. – Wzruszył ramionami.

         – A nie przyszedłeś, żeby mnie skontrolować?

         – Przyszedłem, żeby dać ci coś do jedzenia – odparł, wyjmując z chlebaka świeżo upieczony bochenek. Odkroił dużą pajdę miękkiego chleba i rozsmarował na niej świeże powidła brzoskwiniowe. Przetwory były jego nowym hobby. Kolorowe słoiki zajmowały już pół piwnicy i przybywało ich tak szybko, że nie nadążał z rozdawaniem. Tata mówił, że jeśli tak dalej pójdzie, to Dave będzie musiał rozstawić stragan przy ulicy.

         Dave podał mi talerz z kanapką.

         – Dzięki – powiedziałem.

         – Ciastka będą gotowe za dziesięć minut.

         – Ciastka i chleb?

         – Tylko nie mów tacie. I tak już myśli, że specjalnie nas wszystkich próbuję utuczyć.

         – A nie?

         Dave uśmiechnął się.

– Jedz kanapkę.

         Ugryzłem. Chleb był jeszcze ciepły.

         – Nie zapytasz, jak było w szkole? – zapytałem z pełnymi ustami.

         Dave podniósł blachę z ciastkami i schylił się, żeby włożyć ją do piekarnika.

         – A chcesz mi powiedzieć, jak było? – zapytał, zamykając piekarnik i nastawiając czas.

         – Nie – odparłem.

         – No to okej.

         Ukroił sobie kromkę chleba i posmarował powidłami. Siedzieliśmy w ciszy i jedliśmy.

        

Mira

 

         Mira niechętnie opuściła kozetkę dopiero wtedy, kiedy pielęgniarka delikatnie zasugerowała, że może „chciałaby spróbować wrócić na lekcję”. Jakoś udało jej się przeżyć kolejne cztery przerwy, aż w końcu nadszedł ten upragniony moment, kiedy mogła wsiąść do autobusu, zająć miejsce przy oknie i wlepić wzrok w drogę, którą miała od teraz przemierzać dwa razy dziennie, pięć dni w tygodniu. Przez całą drogę liczyła słupki przy ulicy. Dom nigdy nie wydawał się aż tak odległy.

         Autobus zatrzymał się przy podjeździe do jej domu. Podwójne drzwi zamknęły się za nią ze zgrzytem.

         Dom Miry był jedyną na całej ulicy pozostałością z czasów, gdy nikt z sąsiedztwa nie miał jeszcze obsesji na punkcie budowania niby-rezydencji rozkraczających się do samych granic działek, z wielkimi żyrandolami widocznymi przez wysokie frontowe okna. Wyglądał jak relikt z lat dwudziestych, do tego stopnia, że na okalającym go ganku stał ozdobny wiklinowy fotel bujany. Matka Miry uważała, że dodawał uroku. Mira uważała, że wyglądał samotnie. Jakby wszyscy jego przyjaciele umarli ze starości.

         Wzięła głęboki oddech i zaczęła myśleć, co pozytywnego mogłaby zrelacjonować mamie. W przeciwieństwie do Miry, jej matka była wielką fanką pozytywnego myślenia. Mira postanowiła nie wspominać o wizycie u pielęgniarki i pozwolić mamie wierzyć, że przetrwała pierwszy dzień bez żadnych przygód.

         Weszła po schodach na ganek. Nie było jak tego uniknąć. W końcu tu mieszkała. Czasami musiała tu przyjść.

         – Mira? To ty? – dobiegł ją głos jej mamy, gdy zatrzasnęła za sobą drzwi do domu.

         – Aha.

         Przeszła przez korytarz do gabinetu koło kuchni, gdzie jej mama spędzała ostatnio większość czasu. Czternaście miesięcy temu firma prawnicza, w której pracowała przez ostatnie dziesięć lat, postanowiła się z nią pożegnać, zamiast zaproponować partnerstwo. Niestety w tej samej firmie pracował ojciec Miry. A on był partnerem. Po tym, jak ją zwolniono, matka Miry pozwała firmę za dyskryminację na tle płci i od tamtej pory temat pracy – która dotąd łączyła rodziców tak bardzo, jakby była trzecią osobą w ich małżeństwie – był starannie omijany.

         Dzisiaj mama Miry miała na sobie spodnie od dresu i koszulkę z napisem głoszącym, że przebiegła jakiś pięciokilometrowy bieg, jakby chciała udowodnić, że kiedyś była tą osobą, która uprawiała sport, zamiast siedzieć całymi dniami w piżamie przed komputerem. Jej loki były ściągnięte w wysoki kucyk, z którego wystrzelała puszysta chmura włosów opadająca jej na tył głowy. Nazywała to „żydowskim afro”.

         Na kominku w salonie stało oprawione w ramkę zdjęcie rodziców Miry, zrobione jeszcze podczas ich studiów w szkole prawa na Uniwersytecie Kolumbii. Oboje mieli na nim głupie miny, włosy jej bardzo białej mamy sterczały na wszystkie strony, podobnie jak afro, które jeszcze wtedy miał jej tata. Mira uwielbiała to zdjęcie.

         – Chodź tu do mnie, pokaż się – powiedziała jej mama.

         Mira podciągnęła krzesło do gabinetu i stawiła się na inspekcję.

         – No? – zagaiła mama. – Opowiadaj wszystko.

         – Było w porządku.

         – Tylko w porządku?

         Mira westchnęła. Nie miała dość siły, żeby i przeżyć ten dzień, i jeszcze o nim opowiadać.

         – Jestem zmęczona – powiedziała.

         – Zmęczona-zmęczona? Czy po prostu zmęczona?

         – Zmęczona-zmęczona. – To był ich kod. Wydawał się lepszy niż inne słowa, jakich można było użyć, naładowane ciężarem diagnozy. Jakby potrzebna jej była po prostu porządna drzemka, żeby wszystko jej przeszło.

         – W skali od jednego do dziesięciu?

         – Jedenaście – odparła Mira.

         Mama patrzyła na nią, jakby próbowała sobie przypomnieć, którego z motywujących tekstów o pozytywnym myśleniu ostatnio nie używała.

         – Co?

         – Jedenaście oznacza, że musimy iść do Kelly – powiedziała mama.

         – Nie, mamo, proszę. Trzymam się diety. Ona tylko znowu mi każe brać te obrzydliwe końskie witaminy.

         Kelly była dietetyczką holistyczną. Gdy Mira poprosiła o odstawienie leków zeszłej wiosny, mama zaczęła ją do niej zabierać. Leki sprawiały, że czuła się nadmiernie podekscytowana i przytłumiona jednocześnie, jakby jej umysł odmawiał posłuszeństwa. Kelly była czymś w rodzaju kompromisu.

         – Kelly albo doktor Hellman, wybieraj.

         Końskie witaminy albo ogłupiające leki.

         – Może daj mi po prostu trochę czasu, co? To jest nowe miejsce, muszę się przyzwyczaić. Chyba nie sądziłaś, że będzie tam jakieś specjalne powietrze czy coś, że od razu wszystko się zmieni?

         – Chcę tylko mieć pewność, że próbujesz.

         – Mamo, próbuję. Nie opuściłam żadnej lekcji poza wuefem.

         – Mira…

         – Mama… – Mira spróbowała naśladować jej ton, usiłując zapobiec przeobrażeniu się rozmowy w spanikowaną burzę mózgów pod hasłem: „Co jeszcze możemy zrobić”.

         Mama westchnęła.

         – Ja tylko próbuję się upewnić, że robimy wszystko, co się da.

         – Początki zawsze są trudne. Daj mi po prostu trochę czasu.

         – Okej, rozumiem. Ale mamy umówioną wizytę u Kelly w przyszłym tygodniu i nie będziemy jej odwoływać, dobra?

         – Dobra. Jasne.

         – A do tego czasu musisz trzymać się diety. Inaczej marnujemy i jej czas, i nasz.

         – Oczywiście, mamo.

         – Co dzisiaj jadłaś?

         – Nie wiem. Chyba nic. Nie byłam głodna.

         Mama potrząsnęła głową i odwróciła się do komputera.

         – Nie, to niedopuszczalne. Poziom cukru, Mira. Po co ogarnialiśmy cały ten indeks glikemiczny? Jutro robię ci lunch na wynos. – Zaczęła klikać w kolejne przepisy na jej ulubionej stronie o gotowaniu dla alergików. – O, zobacz. Wegańska, bezglutenowa tarta.

         – I czym to w takim razie przypomina tartę?

         – No, chyba kształtem. Ma kształt jak tarta.

         – Brzmi super.

         – Mogłabyś sobie darować sarkazm.

         – Brzmi obrzydliwie.

         – Dziękuję za szczerość.

         – Ty nie chcesz, żebym była szczera. Byłam z tobą szczera, że jestem zmęczona, a ty kompletnie przesadziłaś z reakcją.

         – Dobrze, to zacznijmy jeszcze raz, okej?

         – Okej.

         – Poznałaś dziś jakichś nowych znajomych?

         – Mamo, w pierwszy dzień szkoły nie poznaje się tak po prostu nowych znajomych.

         – Ale czy ktoś wydawał się chociaż fajny? Spotkałaś Molly Stern?

         – Oj tak, widziałam Molly Stern.

         – No i?

         – No i nic, dalej jest sobą, co mam więcej powiedzieć? Ona jest jak wiewiórka na sterydach.

         – A może jednak trochę się wywyższasz?

         – Wywyższam? Czy ja się kiedykolwiek wywyższałam?

         – Może Molly nie jest jakaś strasznie fajna – powiedziała mama. Mira odruchowo przewróciła oczami. – Ale jest miłą dziewczyną i może pomogłaby ci się przystosować.

         – Czyli powinnam ją wykorzystać, żeby się „przystosować”, a potem zostawić ją na lodzie, jak znajdę „fajnych” znajomych?

         – Dobrze wiesz, że nie to miałam na myśli.

         – Właśnie to powiedziałaś.

         – Jeśli jesteś chociaż w połowie taka trudna w kontakcie z innymi ludźmi, to dziwię się, że masz w ogóle jakichś znajomych.

         – No właśnie nie mam, zapomniałaś? – Mira wstała. – Sebby’ego nie było dzisiaj?

         – Nie – odparła mama. – Ale żadnych gości, dopóki nie odrobisz lekcji.

         Mira stęknęła.

         – Rozumiem, że coś wam zadali?

         – Całą masę.

         – Mira…

         – Co?

         – Dasz tej szkole szansę, dobrze?

         – Dobrze. Obiecuję.

         – Okej.

         – Okej.

         Mira podniosła plecak z ostentacyjnym wysiłkiem.

         – Zdrzemnę się pół godziny, potem odrobię lekcje, a potem znajdę sobie mnóstwo nowych znajomych, dobra?

         – Nastaw budzik! – zawołała za nią mama, gdy Mira wchodziła po schodach. – Ojciec powiedział, że wróci do domu na obiad. Będzie chciał się wszystkiego dowiedzieć.

         Mira obudziła się godzinę po budziku. Przerażona wizją ponownego wałkowania tematu jej pierwszego dnia przy obiedzie z ojcem, zadzwoniła do Sebby’ego. Z Sebbym nie zawsze łatwo było się skontaktować – miał tani telefon, zwykle bez pieniędzy na karcie, chyba że udało mu się na czas zwinąć ze sklepu nową. Niestety najłatwiej było go złapać, dzwoniąc do niego do domu.

         Telefon odebrano już po pierwszym sygnale.

         – Rezydencja O’Connorów, Stephanie przy telefonie.

         Mira odetchnęła z ulgą, że nie odebrała matka zastępcza Sebby’ego – kobieta, według której nie było nic bardziej nieuprzejmego niż przekazanie słuchawki bez dziesięciu minut wypytywania rozmówcy o samopoczucie wszystkich członków jego rodziny.

         – Cześć, Stephanie. Tu Mira. Jest Sebby?

         – To zależy, Mira. Co będę z tego miała? Ałaaa!

         W słuchawce rozległy się odgłosy przepychającego się rodzeństwa, wraz z towarzyszącym im okrzykiem: „Dawaj telefon, mała larwo!”, a potem płaczliwe: „Wszystko powiem!”, i w końcu głos Sebby’ego po drugiej stronie.

         – Sorry, mała, ten dom jest pełen bachorów. Wszędzie wpełzną, jak robaki.

         – Brzmi obrzydliwie.

         – Taka prawda. Nawet zostawiają za sobą ścieżki ze śluzu. Czekaj.

         Mira usłyszała dziecięce krzyki i płacz niemowlęcia w tle. Potem zapadła cisza.

         – Musiałem wleźć do szafy. Dosłownie.

         – Co tam się dzieje?

         – Wielka Matka jest ostatnią osobą na świecie, która jeszcze ma telefon z kablem. Sięga tylko do szafy.

         Sebby uważał, że Wielka Matka to szalenie zabawne przezwisko dla jego matki zastępczej, jako że Tilly O’Connor była tak szczupła, że musiała kupować paski do spodni w dziale dziecięcym.

         – Nie, pytam, co to za krzyki?

         – Nowa dostawa. Bliźniaki.

         – Żartujesz.

         – Niestety nie. Mamy tu małe piekło.

         Tilly była pełnoetatową matką zastępczą, przyjmującą dzieci w potrzebie kierowane do niej przez jej kościół. Odkąd jej mąż zginął w wypadku na budowie dziewięć lat temu, przez dom Tilly przewinęło się co najmniej dwadzieścioro dzieci. Obecnie opiekowała się jeszcze trójką dzieci, dwoma chłopcami i Stephanie – wszystkie były młodsze niż Sebby.

         – Łał. Bliźniaki. Tilly musi być zachwycona, że tak ustrzeliła.

         – Słuchaj tego. Stephanie przenosi się do mojego pokoju, bo Tilly potrzebuje miejsca na dwa kojce w drugiej sypialni.

         – O rany.

         – No. Będziemy teraz z młodą baardzo blisko.

         – A czy Tilly w ogóle może tak zrobić?

         – Według prawa może, dopóki każde z nas będzie mieć własne łóżko. Uwierz, sprawdziłem. Liczyłem, że uda mi się wysłać jakiś anonimowy donos.

         – Może Tilly myśli, że będziesz miał na nią dobry wpływ.

         – Może powinienem jej powiedzieć, że jestem bezbożnym pedałem, to mnie stąd wykopie.

         – Nie żartuj, Sebby.

         – Bycie bezbożnym pedałem to nie jest temat do żartów, gdy siedzisz w szafie religijnej paniusi. Zbyt porąbane, żeby było zabawne.

         – No popatrz, a ja zadzwoniłam, żeby ponarzekać, jak mi minął dzień.

         – Tak? Jak było?

         – Koszmarnie.

         – Coś konkretnego?

         – No wiesz, mały atak paniki u pielęgniarki.

         – O, to wszystko?

         – To wszystko.

         Krzyki powróciły, a chwilę później rozległo się głośne: „Tam siedzi! Chowa się w szafie! Ma kłopoty!”.

         Sebby westchnął.

         – Widzisz? To nawet nie jest śmieszne.

         – Trochę jest – odparła Mira.

         – Muszę lecieć. Powinienem się umówić na jakiś zabieg, żeby mi wszczepili na stałe stopery do uszu.

         – To do jutra.

         – Na razie, mała.

         – Na razie.

         Mira odłożyła słuchawkę i położyła się z powrotem na łóżku. Spojrzała w górę na ścianę. Wisiały na niej nylonowe skrzydełka na haczyku, jak trofeum po zwycięskim polowaniu na wróżki.

         Utkwiła w nich wzrok i pomyślała życzenie – żeby wszystko było dobrze. Dla nich obojga.

        

Jeremy

 

         Dwa tygodnie po rozpoczęciu roku szkolnego Peter postanowił, że nie pozwoli mi spędzić całego roku bez odzywania się do kogokolwiek.

         Podczas przerw obiadowych przesiadywałem w jego gabinecie, trzymając na kolanach, na szkicowniku, przygotowany przez Dave’a posiłek. Jednocześnie pochłaniałem wypożyczoną z biblioteki książkę o sztuce. To była najlepsza część dnia. Spokój przerywali tylko przychodzący co jakiś czas uczniowie, którzy chcieli, żeby Peter przez chwilę zwrócił na nich uwagę. Jako pretekst najczęściej służyła potrzeba porozmawiania o jakimś wypracowaniu albo dodatkowej pracy domowej.

         Peter był najbardziej lubianym nauczycielem we Franciszku, co najmniej dziesięć lat młodszym od pozostałych i jedynym, do którego uczniowie zwracali się po imieniu. Miał pociągłą twarz i jasnobrązowe włosy. Gdy przechodził korytarzem, nie sposób było nie zauważyć energii i niewymuszonej pewności siebie, z jaką się poruszał – dostatecznej, by wzbudzać szacunek, ale sygnalizującej przystępność. Ciepło.

         Jeśli siedziałem sam w gabinecie Petera, gdy wchodził jakiś uczeń, byłem obrzucany zawistnym spojrzeniem wyrażającym pytanie, czym sobie zasłużyłem na taki przywilej. Ale każdy błyskawicznie sobie przypominał, jak się tam znalazłem. Zawiść szybko przysłaniały skrępowanie albo litość, a ja pochylałem się nad szkicownikiem i czekałem, aż znowu zostanę sam.

         Tego dnia skierowałem się do gabinetu, gdy tylko rozległ się dzwonek na długą przerwę. Drzwi były otwarte, jak zwykle. Rzuciłem plecak na podłogę I rozsiadłem się wygodnie, wyciągając z kieszeni ciastko, które Dave zapakował mi dziś rano. Zacząłem jeść, rozsypując okruszki na książkę o malarstwie impresjonistycznym, dopiero co sprowadzoną do biblioteki.

         – No cześć, Jeremy – usłyszałem za sobą głos Petera. Postawił na biurku torebkę z lunchem. – Co tam słychać?

         – W porządku – powiedziałem, próbując pozbierać okruchy ciastka.

         – Mogę się przyłączyć? – zapytał, siadając po drugiej stronie biurka.

         – To twój gabinet – odparłem.

         – Dobrze, że jesteś. Chciałem ci coś pokazać – odwrócił się, ściągnął z półki jakąś kartkę i podsunął mi ją pod nos.

         – Zgłaszanie nowych kółek zainteresowań – przeczytałem.

         – Szkoła chce rozbudować program zajęć pozalekcyjnych. Pomyślałem, że może chciałbyś założyć kółko plastyczne.

         – Ja?

         Położył kartkę na leżącej przede mną książce, zasłaniając tekst.

         – Może coś dla uczniów, którzy chcieliby spędzić w pracowni więcej czasu, niż mogą podczas lekcji?

         Miał trochę racji – zajęcia plastyczne w pracowni nie były zbyt przydatne. Prowadził je sfrustrowany były malarz, który w kółko powtarzał te same ćwiczenia z perspektywy i kombinacji kolorów z koła barw. Starałem się jak najszybciej kończyć to, co nam zadawał, żeby wrócić do własnych rysunków, nad którymi pracowałem cały dzień.

         – Myślisz, że szkoła pozwoliłaby nam korzystać z pracowni?

         – Na pewno by pozwoliła, na potrzeby kółka.

         Podniosłem kartkę i przyjrzałem się jej dokładniej. Połowę miejsca zajmowały puste linijki na podpisy i adresy e-mailowe uczniów zainteresowanych zapisaniem się do kółka.

         – I chcesz, żebym ja je założył?

         – Tylko zbierz dziesięć podpisów i masz kółko. Ja będę waszym opiekunem.

         Utkwiłem wzrok w pustych linijkach. Poczułem, jak pocą mi się ręce. Dziesięć osób. Przez cały tydzień się do tylu nie odezwałem.

         – Miałbyś też dodatkowe punkty przy rekrutacji na studia – dorzucił Peter. – Założenie koła zainteresowań wymaga dużo inicjatywy.

         Wytrząsnął na stół zawartość papierowej torby i zabrał się do rozpakowywania kanapki z tuńczykiem.

         – Ale ja nie mam dużo inicjatywy – powiedziałem.

         – Wiem, że chciałbyś spędzać więcej czasu w pracowni. Trochę inicjatywy i bycie przewodniczącym kółka zainteresowań to chyba nie jest duża cena za wstęp.

         – Ty po prostu chcesz, żebym zaczął się odzywać do ludzi, co?

         Uśmiechnął się i wgryzł się w kanapkę. Oparł się na krześle i spojrzał na mnie, przeżuwając.

         – Próbujesz mnie wrobić – powiedziałem.

         – Po prostu zbierz podpisy, a potem zobaczymy, co dalej – odparł. – Obiecuję, że nie będzie bolało.

         – Łatwo ci mówić – westchnąłem, wsuwając ulotkę pod okładkę szkicownika.

         – Wcale nie łatwo, jak się ma pełno tuńczyka w ustach.

         Wcześniej, przed tym wszystkim, miałem przyjaciół. Albo przynajmniej znajomych, z którymi czasem rozmawiałem. Był Simon, maniak science fiction i zapalony szachista, który przeprowadził się do innego miasta pod koniec gimnazjum. I Ahmed, nowy przewodniczący drużyny matematycznej, który teraz kumplował się wyłącznie z innymi członkami drużyny. Ale nawet to było przed wiosną. A teraz nie byłem w stanie nawet znaleźć dziesięciu osób, które podpisałyby dla mnie głupi świstek.

         Przesiedziałem cały angielski, gapiąc się w formularz od Petera. Co chwila kompulsywnie wyciągałem kartkę do połowy spod okładki szkicownika, a potem od razu chowałem z powrotem.

         Na angielski z Peterem chodzili głównie drugoklasiści, którzy wyznawali jego kult przez cały poprzedni rok i teraz wrócili po więcej. Prawie każdy w klasie się odzywał, w desperackiej nadziei, że przed nim zabłyśnie. Ze wszystkich klasowych lizusów najbardziej irytująca była Talia. Zawsze przychodziła wcześniej niż inni, żeby zająć sobie miejsce zaraz po prawej Petera, który od rzędów ławek wolał klasę z dużym, okrągłym stołem. Talia była bardzo drobna, miała rozkazujący głos i platynowe blond włosy, zawsze zaplecione w klasyczny warkocz, który opadał jej na plecy.

         Tego dnia Talia prowadziła wywód o tym, że nie da się czytać Rzeźni numer pięć Kurta Vonneguta, którą mieliśmy zadaną na wakacje, bez znajomości Wściekłości i wrzasku Williama Faulknera. Peter, którego zainteresowanie uczniami było chyba nieskończone, słuchał jej jako jedyny.

         – Nie da się tak naprawdę zrozumieć Vonneguta, jeśli nie wychwyci się nawiązania – mówiła.

         Zarówno Talia, jak i ja byliśmy we Franciszku na dożywociu. Byliśmy specyficznym gatunkiem. Tacy jak my zaczynali tu naukę w zerówce, a później kontynuowali w podstawówce, gimnazjum i w końcu liceum. Na kolejnych etapach edukacji zmieniały się dla nas tylko budynki, rozrzucone po różnych częściach miasta. Po dziesięciu latach spędzonych razem w tak małej instytucji wiedzieliśmy o sobie stanowczo za dużo. Klaustrofobię zaczynało się odczuwać jeszcze w podstawówce i z czasem coraz trudniej ją było ignorować.

         Kiedy więc w tym świecie zastygłych układów towarzyskich pojawiała się nowa osoba – osoba, która wyglądała, jakby rozumiała szczególny rodzaj pustki – nie dało się jej nie zauważyć. Albo może to ja nie mogłem jej nie zauważyć. Zauważyłem od razu.

         – Mira – powiedziała pierwszego dnia, gdy przedstawialiśmy się po kolei. Jej kręcone włosy były związane wstążką; z nieobecnym wyrazem twarzy stukała w blat srebrnymi paznokciami.

         Tak bardzo nie miałem ochoty oglądać znajomych twarzy, że zacząłem się nieświadomie coraz częściej na niej skupiać. Rano, na historii, wpatrywałem się w tył jej głowy. Po południu, podczas angielskiego z Peterem, obserwowałem ją z przeciwnej strony stołu. W miarę jak upływał dzień, jej włosy coraz odważniej wymykały się spod trzymającej je wstążki. Była jedyną osobą równie małomówną jak ja. Podczas gdy ja spędzałem większość czasu na rysowaniu, ona w trakcie lekcji nierzadko zajmowała się odrabianiem prac domowych z innych przedmiotów, niespecjalnie się z tym kryjąc. Zeszytem do angielskiego tylko do połowy zasłaniała otwarty podręcznik algebry.

Postacie w tej książce są bardzo realistyczne. O ile liczba problemów jest naprawdę ogromna, o tyle, jakby spojrzeć na każdego z trzech głównych bohaterów osobno, każda historia jest unikatowa, wyjątkowa. Podoba mi się sposób w jaki autorka przedstawiła postaci oraz jak ich stworzyła. Pełnych charakterystycznych zachowań oraz niedoskonałości, nastolatków z krwi i kości. Spodziewałam się po tej książce czegoś więcej, jakiejś głębi. W zamian otrzymałam sporo postaci, problemów oraz małego wątku sztuki. Jednak jest w tej książce coś, że nie pozostawiła po sobie złego wspomnienia. Jest to dla mnie lekka książka, na kilka wieczorów, którą będę raczej wspominać przyjemnie.

Powieść Kate Scelsy okazał się inteligentną lekturą, która wywołuje w czytelniku całą gamę uczuć. To jedna z tych książek, o których nie możemy zdradzić zbyt wiele, żeby nie zepsuć czytelnikowi przyjemności z lektury. Jedyne co mogę powiedzieć, to że bardzo polecam ten tytuł, nawet jeżeli wydaje się wam, ze jesteście na niego cud za starzy.

To książka, którą trzeba polecać, bo jest nie tylko bardzo dobrze napisana, ale przede wszystkim porusza szereg aktualnych problemów z jakimi może zmagać się młodzież. Kate Scelsa pisze lekkim językiem i dzięki temu powieść czyta się szybko, ważniejsze jest jednak to jak łatwo przychodzi wczucie się w opowieść, zżycie z bohaterami, przeżywanie tego co się dzieje i stawianie się w ich sytuacji. Powieść jest pełna emocji, cały czas coś się dzieje i nie ma mowy o znużeniu tym co się czyta. Wyznawcy niemożliwego życia to – moim zdaniem – publikacja w pełni dopracowana i jak najbardziej potrzebna. Nie tylko uprzyjemnia czas dobrą historią, ale również skłania do przemyśleń oraz spojrzenia na różne sprawi z innej perspektywy. Szczerze polecam!

,,Wyznawcy niemożliwego życia" to dość ciepła historia trójki nastolatków, których losy się zetknęły. Przeczytałam ją praktycznie w jeden dzień. Idealna lektura na wolne popołudnie, choć nie zabraknie także momentów refleksji, czy i my kiedyś się tak nie zachowywaliśmy. Zapewne pozwoli spojrzeć na otaczający nas świat z innej perspektywy.

Z opisu można wywnioskować, że książka jest typowo o nastolatkach dla nastolatków (choć nie tylko): lekka, przyjemna i raczej nie powinna okazać się rozczarowaniem dla tych osób, które szukają czegoś właśnie z takiej kategorii. . Autorka książki w swojej powieści poruszyła kwestie problemów nastolatków: ich relacje ze znajomymi, stosunki z rodzicami, rodzeństwem, relacje w związku oraz różne inne trudności młodych w okresie licealnym. Cała powieść podzielona jest na trzy części, z których każda porusza inny okres z życia głównych bohaterów. A samo życie ów bohaterów przedstawione jest z perspektywy ich samych. (...) Problemy głównych bohaterów są mi bardzo bliskie, a to, że fragment tej książki mnie zdezorientował nie może powodować, że powiem iż tak książka jest zła. Bo jak na książkę młodzieżową jest bardzo ciekawa. I polecam ją gorąco!

Rozdziały nie są długie,dzięki czemu czytelnik nie patrzy ile jeszcze stron zostało do końca, tylko zastanawia się jak on zachowałby się na miejscu danej postaci w różnych sytuacjach. Ponadto uwierzcie mi bardzo ciężko jest się oderwać od tej powieści... "Wyznawcy niemożliwego życia" jest niczym klub, który łączy ludzi, którzy czują, że nigdzie nie pasują albo, że życie dało im ostatnio nieźle w kość. Pokazuje, że nigdy nie wiadomo, kiedy na naszej drodze życia staną osoby, które uświadomią nam, że nie należy się przejmować tym co myślą o nas inni i po prostu być sobą. Niemniej, nie jest to pozycja dla każdego, ale jedynie dla osób, które umieją zachować otwarty umysł i od razu nie skreślają kogoś tylko dlatego, że jest inny. To co, kto chce zostać członkiem tego niezwykłego klubu?

Powieść jest debiutem Kate Scelsa i można śmiało powiedzieć, że bardzo udanym. Nie jest może na miarę światowych bestselerów, ale posiada wszystko to, co powinna mieć powieść, żeby czytało się ją z ogromną przyjemnością i ciekawością. Dodatkowo zawiera w sobie przesłanie i mądrość, co bardzo sobie cenię.

"Wyznawcy niemożliwego życia" jest opowieścią pełną strachu, bólu i miłości, skrajnych uczuć, z którymi częstokroć młody człowiek nie potrafi sobie poradzić. Historia o nastolatkach spodobała mi się i przeczytałem o niej z ciekawością. Bohaterów wykreowano z krwi i kości, a Kate Scelsa potrafiła tak poprowadzić ich losy, że nie raz łezka zakręci się w oku. Powieść jest niezwykle udanym debiutem autorki i pozostaje czekać no kolejne równie udane książki w jej wykonaniu. Z pewnością sięgnę jeszcze nie raz po powieści z pod pióra Kate Scelsa, gdyż stwierdzam, że naprawdę warto.

To kolejna książka, która udowadnia jak ślepi na problemy innych jesteśmy, biorąc pod uwagę to z jak dużą ilością ludzi mijamy się w przeciągu czasu edukacji czy całego swojego życia. Nie pamiętamy tego ważnego powiedzenia, że najweselsi ludzie są najsmutniejsi. To ma swoje zastosowanie w życiu. Kate Scelsa wyróżniła problem na tle życia swoich bohaterów i choć mogła napisać tę książkę obszerniej, nadal Wyznawcy niemożliwego życia trafiają na moją półkę „ulubione”.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Maria
2016-10-03

Przystosowanie się do nowego otoczenia i zdobycie nowych znajomych bywa trudne, tym bardziej, gdy ma się nieco inne poglądy i masę problemów na głowie. Kate Scelsa postanowiła w swojej powieści „Wyznawcy niemożliwego życia” opisać losy właśnie takich „innych”, oryginalnych nastolatków. Jeremy jest uzdolniony plastycznie i wszystkie przerwy między lekcjami spędza w gabinecie nauczyciela...
Paulina
2016-09-20

Książki młodzieżowe, wbrew pozorom, także przekazują cenne wartości. Powieść ,,Wyznawcy niemożliwego życia" z pewnością zalicza się do tej kategorii. Miranda po wyprowadzce swojej starszej siostry Julie stała się dla rodziców kimś w rodzaju problemu. Rozchwiana emocjonalnie, z dość drastyczną przeszłością, nie do końca potrafi odnaleźć się w szkole. Na szczęście ma swojego przyjaciela, ...
singwithme
2016-09-14

Debiutancka powieść Kate Scelsy, „Wyznawcy niemożliwego życia”, to historia o młodzieży i dla młodzieży. Autorka porusza ważne dla młodych ludzi problemy, tworząc w gruncie rzeczy pełną emocji opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. Mira, jedna z głównych bohaterów powieści „Wyznawcy niemożliwego życia”, zaczyna naukę w nowej szkole. Obiecuje rodzicom, że przynajmniej spróbuj...