Światowe Życie Extra
Kochankowie z rajskiej wyspy

Kochankowie z rajskiej wyspy

Stefanie London
1 opinia
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 160
Oprawa miękka
ISBN: 9788327621054
Premiera: 2016-09-22

Tancerce Chantal Turner nie udaje jej się zakwalifikować do żadnego dobrego zespołu tanecznego i w końcu ląduje w barze. Na jej występ przychodzą dawni przyjaciele, a między nimi Brodie Mitchell, żeglarz, właściciel przedsiębiorstwa jachtowego, który osiem lat temu ją fascynował. Chantal nie jest zainteresowana żadnym związkiem, przyjmuje jednak zaproszenie Brodiego na rejs na tropikalną wyspę…

 

  

Czwarta część miniserii ukaże się w październiku. 

Odrzucenie boli każdego, ale dla tancerek to chleb powszedni. Chantal Turner wielokrotnie słyszała lapidarne: „Dziękujemy, ale pani nie przyjmiemy”. Tłumaczono jej, że przywyknie do niepochlebnych recenzji czy nieżyczliwej publiczności, ale wciąż fatalnie znosiła odmowę.

Niełatwo jej przyszło unieść głowę i powstrzymać drżenie warg. Stała boso na scenie, przestępując z nogi na nogę. Spłowiały aksamit foteli wyglądał jak purpurowe morze. Światła rampy migały jej przed oczami. Uwielbiała występować, lecz ta scena stała się świadkiem jej kolejnej porażki.

– Niestety poszukujemy innego stylu – zaczął dyrektor. – Pani tańczy zbyt...

– Tradycyjnie – podsunął jego towarzysz z uprzejmym uśmiechem. – Potrzebujemy do tego spektaklu nowocześniejszych, bardziej zamaszystych tancerek. Mimo wszystko dziękujemy.

Chantal rozważała, czy nie spróbować ich przekonać, że lubi się uczyć, że chętnie dostosuje styl do ich wymagań, ale po namyśle zrezygnowała. Nie zniosłaby powtórnej odmowy. Na szczęście występowała jako ostatnia, a więc nikt prócz dyrekcji teatru nie widział jej klęski.

W poprzednim miejscu określono ją jako zbyt awangardową, teraz zaś jako tradycjonalistkę. Przygryzła wargę, żeby nie zaprotestować. Lepsze jakiekolwiek uzasadnienie niż żadne, nieważne jak sprzeczne. Zresztą profesjonalistki nie dyskutują z dyrektorami. A Chantal była profesjonalistką, choć ostatnio nikt nie dostrzegał jej klasy. W tym miesiącu dała cztery próbne występy. Nikt nie okazał śladu zainteresowania. Obserwowali ją z twarzami pokerzystów, ważyli słowa wyjaśnienia z aptekarską precyzją. Brzmiały różnie, lecz zawsze z tym samym rezultatem. Nikt jej nie przyjął, choć wiedziała, że świetnie tańczy, a przynajmniej tańczyła.

Żwir chrzęścił pod podeszwami tenisówek, gdy szła przez dziedziniec teatru do swego zdezelowanego auta. Dziwne, że jeszcze jeździło. Niemal zżarła je rdza. Czerwona farba odłaziła płatami, ale stanowiło jedyne stałe oparcie w jej życiu. Wszystko inne zawiodło. Lata nauki nie przyniosły spodziewanych sukcesów. Konto w banku świeciło pustkami, co niewątpliwie ucieszyłoby jej byłego męża, Derka, gdyby o tym wiedział. Wolała nie wspominać tego despoty ani swego nieudanego małżeństwa.

Usiadła za kierownicą, wyjęła telefon i odczytała wiadomość od matki. Życzyła jej angażu. Chantal skrzywiła się na wspomnienie kolejnej porażki. Rozczarowała matkę. Całe jej poświęcenie poszło na marne.

Spojrzała w lustro, zacisnęła usta i przysięgła sobie, że nie da za wygraną. Trudne chwile kiedyś miną. Nieraz słyszała, że ma talent. Kilka lat temu wystąpiła nawet w filmie dokumentalnym o tańcu nowoczesnym. Zdobędzie miejsce w jednym z zespołów, choćby wymagało to nadludzkiej determinacji.

Lecz pozytywne postanowienia nie rozproszyły wątpliwości. Żal ściskał jej serce, że nic nie szło po jej myśli. Strach chwycił ją za gardło. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech dla uspokojenia skołatanych nerwów. Panika w niczym nie pomoże. Na szczęście podpisała krótkoterminowy kontrakt na obrzeżach Sydney, co prawda w niezbyt prestiżowym miejscu, ale tylko na krótki czas. Zarobki pozwolą jej przeżyć najbliższych kilka tygodni, zwłaszcza że oferowali zakwaterowanie. Potem jakoś sobie poradzi.

Kilkakrotnie zacisnęła pięści i rozprostowała palce. Starannie wypracowana technika nieco pomogła. Łagodziła ataki lęku, które szczególnie często nawiedzały ją w ostatnich dniach, choć nigdy całkiem ich nie uśmierzała. Powiedziała sobie, że zawsze to jakiś postęp. Lepszy mały niż żaden.

Odpędziwszy ponure myśli, odłożyła do schowka przy oknie telefon, który zaraz zadzwonił. Gdy wyciągnęła go z powrotem, zobaczyła na ekranie uśmiechniętą twarz Willi, koleżanki z dawnych lat. Nie od razu odebrała. Nie miała nastroju na pogawędki, ale czekała ją dwugodzinna jazda do klubu, podczas której będzie jej towarzyszyć jedynie muzyka. Poza tym po rozwodzie ubyło jej znajomych. Nieliczni prawdziwi przyjaciele mieszkali daleko, toteż próbowała odnawiać dawne znajomości. Popełniłaby błąd, gdyby zignorowała jej telefon. Nacisnęła guzik i powitała ją najweselszym tonem, na jaki było ją stać.

– Co słychać u naszej znakomitej artystki? – zagadnęła wesoło Willa. – Czy podbijasz światowe estrady?

Radosne powitanie wzbudziło w sercu Chantal falę nostalgii. Jakimś cudem zdobyła się na wymuszony śmiech.

– Nie tak prędko. Dopiero pracuję na sukces.

– Na pewno go odniesiesz. Twój występ w operze w Sydney zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Wszyscy jesteśmy dumni, że realizujesz swoje marzenia.

Chantal poczuła ukłucie w sercu. Wiedziała, że nie wszyscy ją podziwiają, zwłaszcza po feralnym tańcu, który poróżnił przyjaciół przed ośmiu laty i spowodował rozpad nierozłącznej dotąd paczki. Zresztą widzieli tylko to, co sama pokazywała na swojej stronie internetowej. Tylko tam jej życie wyglądało jak spełnienie marzeń. Nie wyjawiła ani burzliwego rozwodu, ani pustego konta w banku, ani powodów, dla których przyjęła ofertę nędznej plażowej spelunki, zamiast szlifować talent w renomowanym zespole.

– Dziękuję, Willo. Co u twojego brata? – zmieniła pospiesznie temat. – Nadal prowadzi interesy za oceanem?

– Luke napisał do mnie dzisiaj. Realizuje poważne zlecenie, ale wygląda na to, że wkrótce wróci do domu. Dobrze by było reaktywować naszą paczkę.

Tak zwana paczka składała się z sezonowej załogi, która pracowała razem w bajecznym kurorcie na wyspie Whitsundays na Płaczącej Rafie. Czy to możliwe, by od tamtego czasu upłynęło aż osiem lat? Chantal pamiętała wszystko tak dokładnie, jakby zaledwie wczoraj oglądała lazurowy ocean i niemal biały piasek. Uwielbiała tę scenerię... póki sama nie zburzyła bajecznej idylli.

– Niezła myśl – mruknęła enigmatycznie.

– Część naszej grupy dziś organizuje spotkanie. Nie dołączyłabyś do nas? – zaproponowała Willa.

– Przykro mi, Willo, ale dziś wieczorem pracuję.

– Gdzieś blisko?

– Niestety tym razem aż w Newcastle.

– W jakimś znanym miejscu?

– Nie sądzę. To mały, kameralny klub. – Usiłowała nadać głosowi pogodny ton, choć w głębi duszy marzyła tylko o tym, żeby zaszyć się gdzieś na odludziu, póki nie odzyska twórczej weny. Sama nie rozumiała, czemu podała Willi nazwę lokalu. Miała nadzieję, że przyjaciółka nie sprawdzi jej w internecie. Przeczytała napisy na znakach drogowych i skręciła w drogę prowadzącą do celu, zostawiając za sobą światła miasta. – Wybacz, Willo, ale muszę skupić uwagę na unikaniu kolizji z tymi szalonymi kierowcami z Sydney.

– Czasami zapominam, że nie dorastałaś w wielkim mieście – zaśmiała się Willa. – Spotkamy się wkrótce?

Nadzieja w jej głosie obudziła w Chantal poczucie winy. Nie miała ochoty na spotkanie z dawnymi przyjaciółmi. Wolałaby, żeby nie zobaczyli, jak daleko stworzony przez nią oficjalny wizerunek odbiega od rzeczywistości.

 

Brodie Mitchell nie znał lepszej rozrywki niż impreza na własnym jachcie w gronie starych przyjaciół. Morska bryza mierzwiła mu włosy, w ręku trzymał butelkę zimnej wody. Widok świateł miasta i mostu Harbour Bridge na tle atramentowego nieba zapierał dech w piersiach. Wsparty o barierkę, obserwował rozbawione towarzystwo. Szampan płynął strumieniami, muzyka grała, a przyjaciele z ożywieniem wspominali pracę w kurorcie na Płaczącej Rafie. Choć minęło osiem lat, promienieli radością życia jak wtedy, gdy zjechali na wyspę, pijani wolnością i spragnieni wrażeń.

Scott Knight podszedł do niego z butelką piwa w ręku.

– Nie pijesz dzisiaj? – zagadnął ze zdziwieniem.

– Muszę zachować kondycję. Trenuję do startu w półmaratonie.

– Naprawdę?

– Tak – potwierdził Brodie ze śmiechem. Choć drażniło go niedowierzanie w głosie kolegi, rozumiał jego zdziwienie. Bieganie na długie dystanse wymaga poświęceń i żelaznej dyscypliny, której Brodiemu brakowało. Nie przepadał za rannym wstawaniem ani zdrowym odżywianiem. Wolał morze, piasek i dziewczyny w bikini.

– Musisz przyznać, że biegi nie pasują do właściciela ekskluzywnych jachtów – wyjaśnił Scott.

Rzeczywiście łódź wyglądała jak marzenie, począwszy od luksusowego wystroju kabin, po wspaniale wykończony pokład.

Brodie dorastał w licznej rodzinie. Mały sklepik spożywczy musiał wyżywić wiele osób. Młodsze rodzeństwo dziedziczyło podręczniki po starszym. Nie cierpieli biedy, ale nie mogli sobie pozwolić na takie zbytki jak własny jacht. Obecnie Brodie posiadał własną firmę i kilka jednostek na wynajem.

– Sam nie wpadłem na ten pomysł – przyznał uczciwie. – Kumpel z przystani wciąż namawiał mnie na wspólne bieganie. Ostatnio założył się ze mną o sto dolarów, że nie dam rady przygotować się do startu w półmaratonie.

– Nie lepiej zacząć trochę skromniej, na przykład od dziesięciu kilometrów?

– Skoro już poświęcam ranki na treningi, to wolę mieć przed sobą konkretny cel.

– I to mówi człowiek, który kiedyś wolał pospać dłużej niż zostać sędzią pokazu kostiumów kąpielowych na konkursie piękności! – skomentował Scott ze śmiechem.

– Potem bardzo żałowałem – przyznał Brodie.

– To były piękne dni!

– Wygląda na to, że teraz też prowadzisz wymarzone życie – zauważył Brodie.

Twarz Scotta rozjaśnił promienny uśmiech, gdy narzeczona, Kate, pomachała do niego z pokładu, na którym tańczyły z Willą, Amy i jej koleżanką, Jessicą, swobodne i roześmiane jak za dawnych lat.

– To prawda – przyznał Scott, kiwając poważnie głową.

W chwili gdy Brodie zamierzał zmienić temat, Willa odłączyła się od tańczących i usiadła obok nich. Uścisnęła serdecznie Brodiego, zanim zagadnęła:

– Dobrze cię znowu widzieć w Sydney.

– Gdzie twój luby?

– Pracuje, ale obiecał, że następnym razem przyjdzie. Pewnie żałuje, że ominęła go impreza na jachcie.

– Z całą pewnością – ucieszył się Brodie. – Moi klienci płacą fortunę, żeby popływać tą łodzią. To prawdziwa piękność, warta swojej ceny – dodał, z czułością klepiąc burtę.

Rzeczywiście „Księżniczka 56” w pełni zasługiwała na swoją nazwę. Była najstarszą z żaglówek należących do jego spółki, ale starzała się z wdziękiem jak gwiazda srebrnego ekranu.

– Zgadnijcie, z kim rozmawiałam dzisiaj po południu – wyrwała go z błogiej zadumy Willa.

– Z kim?

– Z Chantal.

Sam dźwięk tego imienia przyspieszył Brodiemu puls. Chantal Turner jako jedyna potrafiła przykuć jego uwagę na dłużej niż pięć minut. Gdy pracowali na Whitsundays, była duszą towarzystwa. Ludzie ciągnęli do niej jak pszczoły do miodu. Jego też pociągała jak magnes. Ale wtedy chodziła ze Scottem. Raz podszedł do niej za blisko i zarobił siniaka pod okiem. Co gorsza, stracił przyjaciela na niemal osiem lat. Zerknął na Scotta, ale nie dostrzegł napięcia w jego twarzy. Zbyt zajęty obserwacją Kate, nie usłyszał słów Willi.

– Tańczy dzisiaj trochę dalej, na wybrzeżu – ciągnęła Willa.

Brodie nerwowo przełknął ślinę. Nie potrzebował widoku tańczącej Chantal. Jej sposób poruszania się rzucał płeć przeciwną na kolana, a on miał szczególną słabość do ładnie poruszających się dziewczyn.

– Moglibyśmy tam popłynąć, gdyby ktoś użyczył nam łodzi – podsunęła Willa, znacząco trącając go łokciem.

Brodie upił kolejny łyk wody, by zwilżyć wyschnięte gardło, po czym zapytał:

– Skąd wiesz, gdzie występuje?

– Od niej samej.

– Nie wiem, czy powinniśmy... – wymamrotał Brodie niepewnie, gdy przypomniał sobie, jak niewiele brakowało, by pocałował w tańcu dziewczynę przyjaciela.

Wtedy widział ją po raz ostatni, przynajmniej na żywo, bo później spędził niejedną noc, śledząc jej występy w internecie. Nie wiedział, jak zareaguje na ponowne spotkanie. Nigdy nie tknął cudzej dziewczyny. Tylko przy Chantal niemal stracił kontrolę nad sobą i zdolność logicznego myślenia.

– Powinniśmy tam pojechać – stwierdził Scott, poklepując Brodiego po ramieniu, jakby chciał zapewnić, że nie żywi do niego urazy za incydent z przeszłości. – Na pewno ucieszy ją duża frekwencja.

Podczas ich rozmowy Amy, Kate i Jessica podeszły z pustymi kieliszkami. Scott, jak zwykle szarmancki, wziął butelkę wykwintnego trunku i ponownie je napełnił.

– Właśnie rozważaliśmy możliwość rejsu wzdłuż wybrzeża – poinformował nowo przybyłe. – Chantal daje dziś występ.

– Musimy tam popłynąć! – podchwyciła Amy z entuzjazmem, a koleżanki pokiwały głowami na znak aprobaty.

Wszyscy zwrócili wzrok na Brodiego. Chyba nie rzucili mu zbyt trudnego wyzwania? Jakoś da sobie radę.

– Czemu nie? – rzucił lekkim tonem, wstając z miejsca.

 

Gdy Chantal skręciła na parking pod podanym przez internet adresem, obleciał ją strach. Podpisała kontrakt w ostatniej chwili. Właściciele sami nawiązali z nią kontakt. Wychwalali jej pokaz ze strony internetowej i zaoferowali dwa występy w tygodniu przez miesiąc. Nie podali zbyt wiele informacji o sobie. Wyglądało na to, że wystawiają spektakle taneczno-muzyczne. Nie o tym marzyła, ale nie miała wyjścia, więc przyjęła propozycję i skupiła uwagę na przygotowaniu się do egzaminów wstępnych do kolejnych zespołów.

Miejsce, do którego dotarła, nie wyglądało jednak jak elegancki bar ze strony internetowej. Pod jaskrawoczerwonym neonem stało kilku palaczy. Wyglądali na prostaków. Na próżno usiłowała sobie wytłumaczyć, że prawdopodobnie nie są zbrodniarzami.

 Najchętniej by zawróciła, ale od tygodni nie złapała żadnego kontraktu. Westchnęła i wyprostowała się. Choć strach narastał z każdym krokiem, uparcie podążała ku wejściu. Musiała wziąć to zlecenie. Jej były mąż w końcu sprzedał mieszkanie, co oznaczało konieczność znalezienia jakiegoś lokum, a tu oferowali zakwaterowanie. Zaoszczędzi pieniądze i czas na szukanie lepszych możliwości.

Jeden z mężczyzn stojących przed barem zmierzył ją wzrokiem. Chantal pożałowała, że nie narzuciła spodni od dresu na spodenki do tańca. Słońce już zachodziło w oddali, lecz nadal panował upał.

Gdy weszła do środka, owionął ją odór taniego alkoholu. Scena zajmowała środek lokalu. Trzech ludzi w czerni właśnie ustawiało sprzęt grający. Z trudem odrywała stopy od brudnego, spłowiałego dywanu, jakby lata nędzy zostawiły na nim lepki osad. Choć dawno zakazano palenia w lokalach, w powietrzu nadal wisiał zwietrzały smród dawno wypalonych papierosów. Z jednej ściany odpadł kawał tynku. Nad głową migotało zepsute światło. Wspaniale! Podeszła do baru i z wysiłkiem przywołała uśmiech na twarz, żeby zwrócić uwagę pracownika wycierającego kieliszki.

– Przepraszam... – zaczęła nieśmiało.

– Tancerki występują na górze – poinformował, nie odrywając wzroku od wykonywanej pracy.

– Dziękuję – wymamrotała i ruszyła w kierunku schodów na końcu baru.

Miała nadzieję, że na piętrze zastanie lepsze warunki albo że chociaż będzie tam nieco czyściej, ale nic z tego. Na środku okrągłej sceny otoczonej krzesłami tkwiła długa srebrzysta rura. Z tyłu wisiała wyblakła czerwona kurtyna. Wnętrze przypominało lokal ze striptizem.

– Chantal! – zawołał męski głos.

Chantal przemknęło przez głowę, żeby skłamać, że to nie ona, ale mina tego człowieka świadczyła o tym, że ją rozpoznał. Powoli zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów.

– Dobry wieczór.

– Dam ci klucz od pokoju, ale nie mam teraz czasu cię zaprowadzić. Na razie wyjdź na korytarz i przygotuj się w przebieralni z innymi dziewczynami.

– Chyba... zaszła jakaś pomyłka – wykrztusiła z trudem. – Ja... nie jestem striptizerką.

– Oczywiście że nie, kochana – zaśmiał się właściciel. – Jesteś artystką, jak wszystkie. Większość dziewczyn twierdzi, że zarabia na studia, ale to nie moja sprawa. Bez obawy. Nie każemy się wam rozbierać. Wystawiamy coś... w rodzaju burleski. Odpowiadasz naszym wymaganiom – dodał, wciskając jej w rękę klucz.

Chantal przygryzła wargę. Wmawiała sobie, że może nie będzie tak źle, jak wskazują pozory, ale intuicja podpowiadała, że im szybciej stąd umknie, tym lepiej.

– To chyba jednak nie dla mnie – wymamrotała, próbując oddać mu klucz.

– Powinnaś była o tym pomyśleć, zanim odesłałaś nam podpisaną umowę – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Ale jeżeli chcesz zrezygnować, nasi prawnicy to załatwią.

Chantal usłyszała w jego głosie słabo zakamuflowaną groźbę. Obleciał ją strach. Gdyby podali ją do sądu za niedotrzymanie umowy, nie mogłaby sobie pozwolić na wynajęcie adwokata. Dlaczego popełniła tak kolosalny błąd? Pulsowanie w skroniach zapowiadało atak migreny. Jakie kluby wynajmowały prawników? Tylko takie, które miały dla nich dość zleceń! Tłumaczyła sobie, że nie robi nic zdrożnego. Zaczynała przecież jako hostessa w króciutkich spodenkach od serwowania drinków i reklamowania wyścigowych samochodów i nic złego jej nie spotkało. Opuściła rękę i oświadczyła:

– Zgoda, zostaję.

Ledwie powstrzymała pokusę, by spoliczkować zadowolonego z siebie właściciela. Z ciężkim westchnieniem ruszyła w kierunku garderoby. Podczas rozpakowywania kosmetyków i nakładania makijażu wciąż dręczył ją nieokreślony niepokój, który narastał od chwili niezdanego egzaminu w teatrze. Szef knajpy ani razu nie spojrzał jej w oczy, lecz odnosiła wrażenie, że gdzieś już go widziała. Nagle uświadomiła sobie, gdzie: na fotografii sprzed kilku lat, kiedy zaczęła chodzić z Derekiem. Był jego znajomym! Zamarła w bezruchu z pędzelkiem w ręku. Podejrzewała, że były mąż zakpił sobie z niej w okrutny sposób, rekomendując ją właścicielowi podejrzanej speluny. Zawrzała gniewem i przyrzekła sobie, że jeśli jeszcze kiedykolwiek spotka tego łotra, zamorduje go!

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Crissy
2017-04-16

Fajne opowiadanie. Ciekawa historia. Polecam.