Powieść obyczajowa
Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu
36,99 zł
36,99
KUP TERAZ

Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu

9 opinii
Oprawa miękka
ISBN: 9788327620712
Premiera: 2016-08-31
Tłumaczenie: Maria Zawadzka
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Zerkam niespokojnie na widownię. Czy znajdę dość sił, by opowiedzieć ludziom o moim synu?

Jeremy był dobrym, wrażliwym chłopcem, kochałam go tak, jak potrafią tylko matki. Mam poczucie winy, bo daleko mi do ideału. Za długo tkwiłam w związku z jego ojcem-katem, który terroryzował mnie przez lata. Nie zawsze ogarniałam rzeczywistość, czasami przytłaczała mnie proza życia. Nie było mi łatwo pracować na dwa etaty, opiekować się chorą matką, która przestała być sobą, i znosić zmienne nastroje nastoletniej córki. Ból po stracie syna nigdy nie zelżeje, ale wciąż mam dla kogo żyć. Co cię nie zabije, to cię wzmocni…

Mój syn umarł 1 stycznia 1995 roku.  Minęło dwadzieścia lat, a ja stoję przed grupą obcych ludzi, by im o nim opowiedzieć.

Głęboki wdech. Zaczynajmy.

Anna McPartlin

Anna McPartlin Irlandzka powieściopisarka, która zadebiutowała w 2006 roku powieścią „Pack up th moon”. Zarówno jej pierwsza książka, jak i pięć kolejnych, stały się międzynarodowymi bestsellerami.

Jej największą inspiracją są jej przyjaciele i rodzina. Jej powieści są w dużej mierze odbiciem jej osobistych doświadczeń.
Oprócz powieści, Anna jest także autorką komediodramatu telewizyjnego „School Run”, który nominowany był do nagród IFTA i TV award. Jej książki publikowane są w Irlandii, Niemczech, USA, Rosji, Wielkiej Brytanii i Australii.

 

Tego ranka Maisie obudziła się po źle przespanej nocy. Było pięć po szóstej. Zesztywniał jej kark, czuła ból w plecach i nawet pozostając w półśnie, zauważyła, że do tego wszystkiego doszło jeszcze lekkie ćmienie głowy. Kiedy otworzyła oczy i uświadomiła sobie, że siedzi przy kuchennym stole, zerwała się na równe nogi. Jeremy. Ruszyła chwiejnym krokiem do jego pokoju, prostując się i przyspieszając z każdym kolejnym krokiem. Pokój był pusty. Stała tam, patrząc na zasłane łóżko, które wyglądało dokładnie tak, jak w środku nocy. Coś się stało. Serce biło jej coraz szybciej, a do tego doszło drżenie rąk. Maisie skierowała się do pokoju Valerie. Otworzyła drzwi, a ponieważ nogi się pod nią ugięły i zrobiło jej się słabo, oparła się o framugę.

Valerie leżała na łóżku, rozciągnięta jak kot wygrzewający się na słońcu. Mój syn też powinien leżeć w swoim łóżku. Maisie z trudem łapała oddech. Z każdą minutą stary dobry znajomy – strach – zaczynał opanowywać całe jej ciało. Opadła bezwładnie na łóżko Valerie, ta jednak tylko jęknęła i przewróciła się na drugi bok. Maisie patrzyła teraz na jej plecy.

– Valerie – wyszeptała, kładąc dłoń na ramieniu córki. – Valerie. – Delikatnie jej dotknęła. Naprawdę coś jest nie tak. Czuła to. Podpowiadało jej to serce. Podpowiadała dusza. – Valerie! – krzyknęła. Zaczęła płakać.

Valerie otworzyła oczy.

– Co się dzieje?

– Valerie, przysięgnij, że powiesz prawdę, dobrze?

W normalnych warunkach Valerie zwróciłaby w tym momencie uwagę na strasznie niesprawiedliwe i raniące słowa matki, która domagała się przysięgi przed zadaniem głupiego pytania – przecież nigdy nie robiła tego w przypadku Jeremy’ego. Ale ten poranek był inny. Działo się coś strasznego: Maisie nie wiedziała, o co chodzi, ale ogarniało ją coraz większe przerażenie.

– Czy Jeremy wrócił wieczorem na obiad?

Valerie potrząsnęła głową.

Maisie bała się zadać kolejne pytanie. Tak naprawdę znała już odpowiedź.

– Był wczoraj w szkole?

Valerie przełknęła ślinę i raz jeszcze potrząsnęła głową.

Z ust Maisie wydobyło się wtedy dziwne połączenie jęku i pomruku.

– Kiedy widziałaś go po raz ostatni? – zapytała drżącym głosem.

– W niedzielę wieczorem – odpowiedziała Valerie. Do oczu napłynęły jej łzy.

            Maisie zamarła. Wzięła głęboki wdech, a potem wypuściła powietrze.

            – Ma’sie?

Ostatnio widziałyśmy go przedwczoraj. Och, Boże. Wstała i ruszyła do drzwi. Kiedy położyła dłoń na klamce, usłyszała chrapliwy głos Valerie:

– Gdzie Jeremy?

Maisie przystanęła na chwilę, ale nie odwróciła się do córki. Nie chciała, żeby zobaczyła jej łzy.

– Nie wiem, kochanie, ale znajdziemy go.

Ruszyła do kuchni, cicho do siebie przemawiając i próbując się uspokoić. Robiła to, ilekroć miała kłopoty. Wszystko w porządku, nic się nie stało. Pewnie przesiaduje z kolegami albo z Deirdre. Próbuje się na mnie zemścić za randkę z Fredem. Nic mu nie grozi. Próbowała sobie wmówić, że nie dzieje się nic złego, ale intuicja podpowiadała jej co innego. W myślach słyszała wołanie: Wezwij pomoc, wezwij pomoc, wezwij pomoc. Zamknęła za sobą drzwi kuchni i zaczęła gorączkowo szukać w torebce wizytówki Freda. Kiedy ją znalazła, sięgnęła po telefon i wybrała numer. Odebrał po piątym sygnale.

– Detektyw Fred Brennan.

– Tu Maisie. – Jej głos wydawał się obcy i daleki.

– Mai? – zapytał z niepokojem. – Co się stało?

Słyszała, jak z niemałym trudem wyprostował się na łóżku.

– Jeremy zaginął. – Te słowa pulsowały w jej uszach.

– Kiedy widziałaś go po raz ostatni?

– Nie wrócił wczoraj wieczorem do domu, nikt nie widział go w szkole, wczoraj rano też go nie było. Ostatnio widziałyśmy go w niedzielę wieczorem! – Mówiła cicho, w pośpiechu, tak jakby w to wszystko nie wierzyła. W każdym słowie dało się wychwycić poczucie winy.

– Wszystko będzie dobrze, słyszysz, Mai? Wszystko będzie dobrze.

– Nie wydaje mi się. Coś jest nie tak, Fred. Coś się musiało stać. – Nie mogła sobie teraz pozwolić na histerię. Oddychaj, po prostu oddychaj, głupia krowo. Histeria nic ci nie da w tej sytuacji.

– Już jadę.

– Dziękuję.

– Wstaw wodę.

– Dobrze.

– I jeszcze jedno, Mai…

– Tak?

– Znajdziemy go.

Odłożyła słuchawkę i podeszła do czajnika. Poruszała się jak robot – tak jak w dawnych czasach, kiedy znała tylko ból i strach.

 

 

Fred

 

Fred zjawił się bardzo szybko, jeszcze zanim obudziła się Bridie. Valerie wpuściła go i zaprowadziła do kuchni. Miała na sobie szkolny mundurek i wydawała się trochę przygaszona. Nawet nie tknęła stojącej na stole miski z płatkami. Wpatrywała się w nią w taki sposób, jakby idea śniadania kompletnie straciła sens. Fred objął Maisie na powitanie.

– Zajmę się tym – zapewnił. – Masz do dyspozycji najlepszego policjanta, jakiego mogłabyś sobie wyobrazić.

Była blada i wyczerpana, wydawała się zupełnie inną kobietą niż ta, z którą spędził poprzedni wieczór. Otoczył ją ramieniem i posadził obok Valerie. Sam usiadł po drugiej stronie stołu. Maisie nie zaproponowała mu kawy ani herbaty – nie miała do tego głowy – w tej sytuacji wyjął notatnik i długopis, po czym od razu przeszedł do rzeczy.

– A więc w niedzielę widziałyście Jeremy’ego po raz ostatni? – zapytał.

Przytaknęły.

– O której?

– To było jakieś pół godziny przed naszą… – Maisie zawahała się – …randką.

– Czyli koło siódmej trzydzieści?

Pokiwała głową.

– Valerie?

– Widziałam go jakieś dziesięć albo piętnaście po ósmej.

Fred zapisał to w notatniku.

– Nie mówił, że się dokądś wybiera? – skierował to pytanie do Valerie.

– Nie.

– Często zostawia cię samą z babcią?

– Nie, nigdy.

– Nigdy nie zostawiłby ich samych – zapewniła Maisie.

Fred oparł się na siedzeniu i spojrzał jej w oczy.

– Zawsze jest ten pierwszy raz, Mai. On ma szesnaście lat. Zgłoszę zaginięcie i podam, że po raz ostatni widziano go około ósmej piętnaście w niedzielę, pierwszego stycznia. Okej?

Maisie wyglądała na przerażoną.

– W niedzielę, Fred. A jest wtorek! Jaka matka…

– Rave też nie pojawił się w szkole – wtrąciła się Valerie, tak jakby dopiero to sobie uświadomiła. – Wczoraj kumple szukali ich obu. Dave był wściekły, że zerwali się z lekcji bez niego.

– To dobry znak. Czy twój brat często zrywa się z zajęć?

Fred zauważył, że Valerie zerknęła z niepokojem na matkę.

– To nie ma znaczenia, nie będzie miał przez to kłopotów. Ważne, żebyś mówiła szczerze – zapewnił.

– On nigdy nie chodzi na wagary. Właśnie dlatego wszyscy go szukali. Rave czasem to robi, ale nie Jeremy.

– Dobrze, Valerie. Pojadę teraz do szkoły i porozmawiam z jego kolegami. Zobaczymy, co mają do powiedzenia.

Fred zachowywał spokój. To był dla niego chleb powszedni: takie zaginięcia zdarzały się na okrągło. W dziewięciu na dziesięć przypadków nastolatki wracają do domu. Zastanawiał się, czy Jeremy postanowił ukarać matkę za to, że poszła na randkę. Po chwili uznał jednak, że chłopcy pewnie uganiali się po prostu za jakimiś dziewczynami. A może pojechali na koncert albo festiwal? W pierwszym tygodniu stycznia wydawało się to mało prawdopodobne. Fred wiedział, że będzie musiał to sprawdzić. Zerknął na zegarek. Jeszcze za wcześnie na wizytę w szkole.

– Spróbuj coś zjeść – zwrócił się do Valerie. Odepchnęła miskę z płatkami, ale Fred zignorował ten drobny gest. Wszystko będzie dobrze, kochanie.

– A ty, Mai, może zjesz tosty?

– Udławiłabym się. Ale dziękuję. – Nagle zorientowała się, że niczego mu nie zaproponowała. – Przepraszam, Fred, pewnie jesteś głodny.

Wstała, ale on zerwał się na równe nogi, położył dłonie na jej ramionach i posadził ją z powrotem na krześle.

– Wszystko w porządku. Zjem coś na komisariacie.

– Na pewno?

– Jasne. Poza tym zmagazynowałem wystarczająco dużo tłuszczu, żeby przetrwać bez jedzenia przynajmniej dzień albo dwa. – Poklepał się po brzuchu.

Valerie przewróciła oczami, po czym oznajmiła:

– Muszę spakować rzeczy do szkoły.

– Podrzucę cię – zaproponował Fred. Jej mina wskazywała na to, że prędzej wsiadłaby do samochodu z uzbrojonym przestępcą. – Będziemy mogli jeszcze porozmawiać.

– Nie mam nic więcej do powiedzenia.

– Poza tym dotrzymasz mi towarzystwa – zażartował. Posłała mu niechętne spojrzenie, a Fred się uśmiechnął. – Wszystko będzie dobrze, kochanie.

            Wstała i ruszyła do wyjścia, a do oczu napłynęły jej łzy. Fred został w kuchni z oszołomioną Maisie. W pomieszczeniu narastało napięcie.

 

 

Maisie

 

Maisie nic nie mówiła. Czuła teraz tylko strach, który bulgotał jej w głowie. Na pewno został porwany przez jakiegoś psychopatę. Albo wpadł do rzeki. Uciekł dlatego, że poszłam na randkę z Fredem. A jeśli jest ranny i nie może wrócić do domu? O Boże, pewnie przetrzymuje go ojciec!

Fred przesunął krzesło Valerie i usiadł naprzeciwko Maisie.

– Czy wiesz, dokąd mogli pójść Jeremy i jego przyjaciel? Mają jakieś ulubione miejsca?

– Lubią chodzić na plażę i na wzgórze Bray Head.

Kiedy Jeremy i Rave byli młodsi, często zabierała ich do Brittas Bay i na Bray Head. Potrafili godzinami bawić się na wydmach, taplali się w wodzie tak długo, aż dostawali gęsiej skórki i mieli włosy pełne piasku. Plaża wydawała się na tyle atrakcyjna, że nawet Valerie przestawała tam narzekać. Na szczycie Bray Head chłopcy jeździli do upadłego samochodzikami i kolejką, jedli lepką niebieską watę cukrową i grali w gry komputerowe, dopóki nie wydali wszystkich drobnych, które wcześniej dostali od Bridie. Valerie nie lubiła samochodzików, waty cukrowej ani gier wideo, więc kupowała sobie frytki i zjadała je w samochodzie, patrząc w morze, po czym przesiadała się na tylną kanapę i zasypiała. Maisie i Bridie spędziły wiele radosnych chwil, siedząc na ławce, popijając kawę i patrząc na śpiącą Valerie.

W pamięci Maisie najwyraźniej zapisało się drugie lato po zniknięciu Danny’ego. Mieszkali wtedy wszyscy przy Cypress Road i nie wiedzieli, że demencja zacznie wkrótce odbierać im Bridie. Jeremy i Rave mieli niedługo skończyć dwanaście lat, a Valerie siedem. Bridie uwielbiała morze. Jej ojciec był rybakiem, dorastała w Bray. Przeniosła się do Tallaght, podążając za żołnierzem, w którym się zakochała. „To najlepsze, co w życiu mamy, Maisie – powiedziała, patrząc w błękitne niebo, na którym zaczynały się już malować różowe smugi. – To, co tu i teraz”.

Miała rację. Te cudowne chwile Maisie wspominała jako najpiękniejszy okres swojego życia. Zastanawiała się, czy matka pamięta któryś z tamtych pięknych letnich dni.

– Mai – powiedział łagodnie Fred, wyrywając ją z rozmyślań.

Próbowała się uśmiechnąć. Wzięła go za rękę.

– Jestem.

– Gdzie błądziłaś myślami?

– Chodzi o to, że Jeremy nigdy by tak po prostu nie zniknął. – Do oczu napłynęły jej łzy. – Po prostu by tego nie zrobił.

Fred westchnął.

– Zgłoszę to, Mai. Musisz mi znaleźć dobre zdjęcie obu chłopców, takie, na którym wyraźnie ich widać. Na wypadek, gdyby potrzebowali tego na komisariacie.

– Okej – powiedziała.

Po policzkach spłynęły jej łzy. To właśnie ten moment, w którym wszystko się zaczyna. Ten moment, kiedy to, co dobre, staje się złe – miejsce, z którego nie ma już powrotu. Kiedyś taką chwilę wyznaczyło jedno spojrzenie w oczy Danny’ego, jego podniesiony głos, hałas, który rozległ się, kiedy wstał, żeby ją uderzyć. To, co działo się później, nie miało znaczenia: nie można było tego cofnąć, zmienić, unieważnić. Z tamtego punktu droga prowadziła tylko w dół. Nadeszło dobrze znane Maisie uczucie: miała wrażenie, że tonie. Wytrzymaj. Nie daj się. Żyj dalej i się nie poddawaj.

 

 

Valerie

 

Valerie ciągnęła za sobą plecak po podłodze, kiedy Fred minął ją na korytarzu. Wyciągnął telefon z kieszeni i lekko skinął do niej głową. Zatrzymała się przy otwartych drzwiach kuchni, z przerażeniem wpatrując się w matkę, która siedziała przy stole. Wydawała się całkowicie nieobecna. Przypominała babcię, kiedy ta znikała, pogrążając się w myślach. Valerie znieruchomiała. Nie mogła oderwać od niej wzroku.

– Słuchaj, Tom, chciałem zgłosić zaginięcie szesnastoletniego chłopca. Ostatnio rodzina widziała go koło ósmej piętnaście w niedzielę pierwszego stycznia. Jeremy Bean. Cypress Road trzydzieści cztery. Żadnych ucieczek, nie pokłócił się z bliskimi. Jestem teraz na miejscu, więc wezmę się do roboty, jeśli nie macie nic przeciwko… Świetnie. Aha, Tom, zróbcie, co tylko możecie, to ważne… Tak. Dobra. Dzięki.

To wszystko moja wina.

Fred rozłączył się i ruszył w jej stronę. Po chwili poczuła na ramionach jego dłonie. Zaprowadził ją z powrotem do kuchni i posadził na krześle.

– A teraz, młoda damo, zrobię tosty i herbatę, usiądziemy spokojnie i powiesz mi wszystko, co wiesz. Podasz mi też imiona i nazwiska wszystkich znajomych Jeremy’ego. Dobrze?

Valerie pokiwała głową.

Nie powinnam wcześniej kłamać. Mogliśmy rozpocząć poszukiwania już wczoraj. Dlaczego skłamałam?

– Maisie, poszukaj zdjęcia Jeremy’ego i jego przyjaciela, na wypadek, gdyby dokądś pojechali.

Maisie natychmiast wstała i wyszła z pomieszczenia.

Karteczki wiszące w kuchni okazały się niezwykle przydatne. Fred bez trudu wszystko znalazł i nie musiał o nic pytać.

– Jezu, też powinienem wprowadzić u siebie coś takiego. To strasznie wygodne.

– Raczej strasznie dziwaczne – wymamrotała Valerie. Nie wiesz, o czym mówisz.

Postawił przed nią talerz z tostem posmarowanym masłem, po czym usiadł naprzeciw niej. Nie tknęła jedzenia.

– A więc ostatnio widziałaś brata tuż po ósmej. – Fred znowu sięgnął po notatnik.

Valerie pokiwała głową.

– Był wzburzony? Mówił coś, co mogłoby wskazywać, że dokądś się wybiera albo coś jest nie tak?

– Nie. Powiedział tylko, żebym coś zjadła, jeśli jestem głodna.

– Dlaczego?

– Mama wpadła w szał i kazała mi iść spać bez kolacji, bo nazwałam cię pajacem, a potem powiedziałam, że jestem jak mój tata.

– Och. – Uśmiechnął się. – Nieźle. I co było potem?

Wzruszyła ramionami.

– Rozmawialiśmy.

– O czym?

– Nie wiem, o jakichś głupotach. To trwało tylko chwilę.

– I nie mówił nic szczególnego?

– Nie. – No cóż… Nie. Był po prostu w złym humorze. Każdemu się zdarza, nawet Jeremy’emu.

– Dobrze. Zróbmy teraz listę wszystkich jego kolegów.

– Nie możemy tego dokończyć w samochodzie? – Valerie chciała jak najszybciej ewakuować się z domu. Babcia niedługo się obudzi, a kiedy się o tym wszystkim dowie, kompletnie odleci. Muszę stąd spadać.

Fred spojrzał na wiszący na ścianie zegar.

– Jest jeszcze za wcześnie, a poza tym nie ruszymy się stąd, dopóki nie zjesz chociaż jednego tosta.

– Sam sobie go zjedz.

– Bardzo chętnie. – Fred sięgnął po jeden z tostów i wepchnął go sobie w całości do ust. – Pycha. – Otarł masło z brody, a potem przesunął talerz w stronę Valerie. Wzięła tosta i ugryzła kawałek, a Fred szeroko się do niej uśmiechnął. Nadal miał pełne usta i wyglądało to dość obrzydliwe, ale chociaż się starała, nie mogła powstrzymać uśmiechu. Co za świr.

– Trzyma się z czterema chłopakami, w tym z Rave’em. Ma też parę koleżanek.

– Dobra dziewczyna.

Tymczasem do kuchni wróciła Maisie ze stertą pudeł i starych albumów,  położyła je na stole.

– Możesz poszukać jego paszportu? – poprosił Fred.

– Paszportu?

– Na wypadek, gdyby postanowił zrobić sobie wycieczkę.

– O Boże.

– Nie ma powodu do paniki, to tylko standardowa procedura. Okej?

– Paszport zawsze leży w szufladzie mojej komody. – Maisie wyszła z kuchni, kompletnie oszołomiona.

Fred zapisał imiona i nazwiska wszystkich znajomych Jeremy’ego, w tym także Deirdre, a Valerie wyciągnęła kalendarz matki i po kolei dyktowała mu numery ich rodziców. Po chwili Maisie wróciła z paszportem i podczas gdy Valerie odczytywała kolejne adresy i telefony, jej matka przeglądała rodzinne fotografie. Fred uważnie obserwował Maisie i co chwila zerkał na zdjęcia, które odkładała na stół. Taty na żadnym nie ma, jeżeli o to ci chodzi.

Maisie dość szybko znalazła w miarę aktualne szkolne zdjęcie Jeremy’ego. Stał wyprostowany, ubrany w granatowy mundurek, a włosy miał jak zwykle starannie ułożone. Dyskretnie spoglądał w lewą stronę, na jego twarzy malował się niezobowiązujący uśmiech. Maisie przetarła zdjęcie i ostrożnie położyła na stole, w innym miejscu niż pozostałe. Później przygotowała drugi stos złożony ze wspólnych fotografii Jeremy’ego i Rave’a. Trafiło tam zdjęcie z jednego z ich pierwszych dni w liceum: chłopcy trzymali się za karki, tak jakby zamierzali za chwilę urządzić zapasy. Valerie zauważyła też fotografię wykonaną latem. Mieli na niej nie więcej niż trzynaście lat, obaj byli w kąpielówkach – Jeremy opalony na czerwono, a Rave odgarniający grzywkę z oczu. Lśnili od wody i trzymali w górze wędki.

Valerie dobrze pamiętała tamten dzień. Była wtedy mała, ale natychmiast wszystko stanęło jej przed oczami: chłopcy siedzieli obok siebie na skałach i całymi godzinami łowili ryby w płytkiej rzece. Maisie odłożyła to zdjęcie na bok, a Valerie sięgnęła po fotografię przedstawiającą Rave’a. Siedział w oknie i lekko marszcząc brwi, grał na zdezelowanej gitarze. Miał tu około dwunastu lat i wydawał się nieco pulchniejszy niż obecnie. Ledwo go poznałam. Wyglądał zupełnie inaczej.

Fred sięgnął po nieduży stos starannie wybranych zdjęć i spojrzał na nie.

– Nie masz nic bardziej aktualnego? – zapytał.

– Na razie nie.

– No dobra, pora ruszać. Jesteś gotowa, Valerie? – Natychmiast wstała i ruszyła z plecakiem do drzwi. Słyszała, jak babcia zaczyna się kręcić u siebie w pokoju. No już, chodźmy. Rzucił jej kluczyki do samochodu. – Idź przodem.

Valerie złapała je bez trudu.

– Spotkamy się w aucie.

Nie zdołała pożegnać się z mamą, ale Maisie i tak nie zwracała na nią uwagi. Przeglądała stare zdjęcia z taką uwagą, jakby od tego zależało jej życie. Przepraszam, mamo. Tak bardzo cię przepraszam.

 

 

Bridie

 

Bridie obudził śpiew ptaków. Tak jej się przynajmniej wydawało – dopóki nie zorientowała się, że były to głosy ludzi. Kto to? Usłyszała jakiegoś mężczyznę. Arthur? Arthurze, wróciłeś do domu! Zerwała się z łóżka tak szybko, jak tylko mogła, po czym pomknęła na korytarz, gdzie zobaczyła jakiegoś rozmawiającego przez telefon brodacza. Nie jesteś Arthurem Beanem! Poczuła tak silny zawód, że miała ochotę uderzyć nieznajomego. Kim jesteś?

– Muszę kończyć – powiedział mężczyzna do słuchawki, po czym spojrzał na nią i wyciągnął rękę.

– Bridie – przywitał ją i natychmiast odwrócił wzrok.

Wydawał jej się znajomy, ale nie mogła go sobie przypomnieć. Dlaczego nie patrzy mi w oczy? Nigdy nie ufaj mężczyźnie, który unika twojego wzroku.

– Co ty tu robisz?! – krzyknęła. – Po co przyszedłeś?

Koszula nocna powiewała wokół jej nóg. Powietrze w korytarzu miło chłodziło jej nagą skórę.

– Przepraszam, Bridie – powiedział, patrząc w ścianę. – Maisie, mogłabyś tu na chwilę przyjść?

Kiedy tylko wypowiedział imię jej córki, w głowie Bridie coś zaskoczyło. Fred Brennan. To zły człowiek. Zrobił coś złego. Ale co on takiego zrobił? Wiem, że było coś takiego, tylko co? Przestraszył mnie czymś. O co chodziło?

– Nie potrafisz nawet spojrzeć mi w oczy. A dlaczego? Wiem, co zrobiłeś. Wiem! – Skłamała. Fred oparł się o ścianę i głośno przełknął ślinę. – Jest winny, to nie ulega wątpliwości. Co takiego zrobił? Co zrobił? Czuła się tak, jakby to wspomnienie znalazło się w balonie, który pomknął w górę, do samego nieba. Starała się go złapać, pochwycić, ale szybko znalazł się poza jej zasięgiem.

– Bridie, proszę.

Słyszała kroki Maisie.

– Jeżeli zrobiłem coś złego, Bridie, to tylko dlatego, że mnie o to poprosiłaś – powiedział na tyle cicho, żeby tylko ona mogła go usłyszeć.

Ja? Co takiego zrobiłam? Cofnęła się o krok.

– Boże drogi, mamo. – Maisie pospiesznie poprawiła jej koszulę nocną. Nie rozumiem.

– Strasznie cię przepraszam, Fred. Ciągle robi jej się gorąco.

– Nie ma problemu – oznajmił, nadal wbijając wzrok w ścianę.

– Powinieneś już iść – powiedziała Maisie. Brzmiało to bardziej jak rozkaz niż jak prośba.

– Maisie? – Podszedł, żeby jej dotknąć, ale się odsunęła.

– Po prostu idź już, Fred. Proszę. – W jej głosie pojawiła się nagle jakaś dziwna ostrość.

Ona też cię tu nie chce, Fredzie Brennanie.

– Dobrze. Będziemy w kontakcie – powiedział.

Bridie czuła, że zrobiło mu się przykro. Milczała i rozpaczliwie próbowała odnaleźć tę zagubioną myśl. Co się wydarzyło? To wspomnienie gdzieś tu jest, głęboko ukryte. Widzę jego cień. Co takiego zrobiłam? I co on zrobił?

 

 

Fred

 

Fred wyszedł z domu Maisie z ciężkim sercem Zaczynam ją tracić. Wymyka mi się. No już, Jeremy, nie rób mi tego. Valerie czekała na przednim siedzeniu samochodu. Większość dzieci usiadłaby w tej sytuacji z tyłu, ale nie Valerie. To nie w jej stylu. I dobrze, kochanie.

Milczeli przez dłuższą chwilę, oboje pogrążeni w myślach. W końcu odezwała się Valerie:

– Mama dziwnie wygląda.

– Po prostu się przestraszyła.

– Jeremy jest zbyt porządny, żeby zrobić coś złego – powiedziała takim tonem, jakby nie wiedziała, czy to dobrze o nim świadczy.

– A co z tobą? – zapytał Fred.

– Babcia mówi, że kiedyś wyląduję w więzieniu. Ma nadzieję, że trafię do jakiegoś egzotycznego miejsca, bo nawet jeśli jedzenie będzie paskudne, to przynajmniej pogoda nie zawiedzie. Ma’sie mówi, żeby się nią nie przejmować. Mogę zostać, kim tylko zechcę.

– Twoja mama ma rację.

– Myślę, że byłabym całkiem niezłym przestępcą.

Fred uśmiechnął się.

– No cóż, w takim razie obie mają rację – zażartował.

Zatrzymali się przed szkołą. Wokół było mnóstwo krzyczących i śmiejących się uczniów. Valerie siedziała i patrzyła, a życie toczyło się dalej jakby nigdy nic.

– Nie musisz iść dziś do szkoły. Mogę odwieźć cię do domu – zaproponował Fred.

– Mama mnie tam nie chce.

– To nieprawda.

– Nie dziwię jej się.

– Valerie, powiedz mi, dlaczego skłamałaś?

– Dlatego, że jestem durna. – Wysiadła z samochodu. – Noleen!

Przyjaciółka odwróciła się i podeszła do niej. Zajrzała do środka.

– Kim jest ten facet? – zapytała.

Fred usłyszał jej odpowiedź: „nikim”, zanim zatrzasnęła pospiesznie drzwi i ruszyła w stronę szkoły, zostawiając go samego. Zaczekał, aż zadzwonił pierwszy dzwonek i wszystkie dzieci znalazły się w budynku, po czym schował do kieszeni notatnik i długopis. Wysiadł z samochodu i wziął się do pracy.

 

 

Maisie

 

Maisie usiadła na schodach i zadzwoniła do pracy.

– Dzień dobry, tu Village Dental Surgery, w czym mogę pomóc?

Odebrała Lorraine. Maisie miała ochotę się rozłączyć, ale nie mogła tego zrobić. Nie mogła stracić tej posady.

– Cześć, Lorraine. Bardzo mi przykro, ale nie dam rady dziś przyjść.

– Ach, Maisie, mamy tu dziś straszny ruch. Nie uwierzysz, ilu zjawiło się chłopaków ze złamanymi zębami.

– Przykro mi, ale nie mogę przyjechać.

– Co się stało?

– Chodzi o Jeremy’ego. Zaginął – powiedziała Maisie.

Starała się opanować emocje i udało jej się to, więc jej głos wydawał się absolutnie beznamiętny. Lorraine była straszną plotkarą i Maisie nie zamierzała mówić jej więcej, niż musiała.

– Ach, to straszne. Oczywiście, damy sobie radę sami. Powiadomię Perry’ego. Nie wiem, co powiedzieć. Jezu, to naprawdę straszne.

– Dzięki – powiedziała Maisie.

– No dobra, to trzymaj się. I dawaj znać, dobrze? – poprosiła Lorraine.

Maisie rozłączyła się. Oczyma wyobraźni widziała już Lorraine, która porzuca swoje stanowisko w recepcji i pędzi schodami na górę do gabinetu, żeby opowiedzieć o wszystkim każdemu, kto będzie chciał słuchać. Plotkowanie o „nieszczęsnej Maisie” wynagrodzi jej konieczność życzenia każdemu pacjentowi „Szczęśliwego Nowego Roku” przez cały dzień.

Bridie wyszła z pokoju, ubrana w świeżo wyprasowaną białą bluzkę, szary sweter i czarne spodnie. Pominęła kwestię butów i skarpetek, nie zapięła też jednego z guzików bluzki – ale poza tym wyglądała bardzo elegancko.

– Powinnam cię wykąpać – powiedziała Maisie.

– Nonsens. Jestem czysta. W dzisiejszych czasach ludzie stanowczo za często się kąpią. To niezdrowe dla skóry.

Maisie objęła matkę, która odwzajemniła uścisk. Ładnie pachniała: mieszanką czystej pościeli, płynu do prania i róż.

– Mogłabyś mnie za to uczesać, Lynn – powiedziała Bridie.

Maisie przypomniała sobie o przyjaciółce. Spełniła prośbę matki, ułożyła jej włosy i związała w kucyk, który następnie upięła w kok.

Kiedy zadzwonił telefon, Maisie pobiegła w jego stronę tak, jakby się paliło. Podnosząc słuchawkę, prawie złamała palec.

– Jeremy?

– Co? Gdzie jesteś? – zapytała Lynn.

– Och, Lynn, przepraszam. – Maisie poszła do pokoju Bridie. – Za chwilę wrócę, mamo. – Zamknęła za sobą drzwi.

– Nie zadzwoniłaś wczoraj, a teraz jeszcze się nie pojawiłaś. Wystarczył jeden pocałunek, żebyś się zmieniła, Maisie Bean.

Maisie osunęła się na podłogę i oparła o drzwi. To wszystko było takie nierzeczywiste: kiedy ostatnio rozmawiała z Lynn, życie wydawało jej się ekscytujące i pełne nadziei, ale przecież nawet wtedy, gdy plotkowały w Jingles, jej syn powinien już otrzymać status zaginionego. Dlaczego się nie zorientowałam? Porzuciłam rodzinę, żeby uprawiać seks z Fredem. Przez trzydzieści godzin nie zauważyłam nawet, że zniknął mój syn. Jak miała powiedzieć o tym Lynn? Albo komukolwiek innemu? Nie zasługiwała na to, żeby być matką.

– Och, Lynn. – Dotknęła dłonią czoła. Zaraz wybuchnie mi mózg. Może to będzie najlepsze rozwiązanie. Wyrzuty sumienia miały metaliczny posmak. Maisie brzydziła się tym, co zrobili z Fredem. Coraz bardziej bolała ją klatka piersiowa. Czuła, że zaraz zwymiotuje, i wpadała w coraz większe odrętwienie.

– Co się dzieje? – zapytała Lynn, która natychmiast spoważniała.

– Jeremy zaginął – wyszeptała Maisie.

Słyszała matkę, która krzątała się w swoim pokoju. „Wiem, że to gdzieś tutaj jest” – powiedziała w pewnym momencie Bridie.

– Od kiedy go nie ma? – zapytała Lynn.

– Od niedzieli wieczorem.

– Od niedzieli!

– Myślałam, że wcześniej wyszedł do szkoły… Jego plecak zniknął. Zabrał ze sobą dość jedzenia, żeby wyżywić pułk wojska. Wczoraj Jeremy nie wrócił do domu. A Valerie mówiła… Skupiłam się na Fredzie i… Ja …

– Nie, nie, nie. Nawet o tym nie myśl! Nie pozwolę na to! – powiedziała Lynn, po czym zamilkła. – On ma szesnaście lat, Maisie. Uwierz mi, szesnastolatki robią głupoty przy każdej sposobności.

– Nie Jeremy.

– Słuchaj, zrób coś dla mnie i daruj sobie tę starą śpiewkę o świętym Jeremym. Boli mnie od tego głowa. Nastoletni chłopcy są zdolni do wszystkiego, nawet ci najgrzeczniejsi.

– To mi niespecjalnie dodaje otuchy – wymamrotała Maisie.

– No cóż, jest na tyle duży, że umie o siebie zadbać. Nie zrobiłaś nic złego. To nie twoja wina. Słyszysz?

– Nie zniknąłby tak po prostu.

– Och, ale zniknął. Zapewniam cię, że chociaż dzieją się tu różne rzeczy, na Cypress Road nie grasuje żaden potwór, który w środku nocy porywa nastoletnich chłopców z łóżek.

– Rave też zaginął – powiedziała Maisie.

– To dobrze. To tylko potwierdza moją teorię. Pojechali gdzieś razem i robią jakieś głupoty, uwierz mi.

To było możliwe, oczywiście, ale mimo to Maisie dręczyły złe przeczucia. Jakiś głos podpowiadał jej, że stało się coś strasznego.

– Zgłosiłaś to policji?

– Fred się tym zajął.

– On jest naprawdę świetny – powiedziała Lynn.

Maisie prychnęła. Świetny. To przez niego spędziłam pół nocy poza domem i nawet nie zauważyłam, że moje dziecko zaginęło.

– Jeremy wróci, zanim się obejrzysz, a kiedy to zrobi, musisz być ostra i jasno zakomunikować, co myślisz o takim zachowaniu. – Lynn wydawała się przekonana, że nie stało się nic poważnego.

– Okej. – Maisie ze wszystkich sił pragnęła, żeby przyjaciółka miała rację.

– Co z Bridie?

– Zostanę w domu, przy telefonie.

– Jasne. Słuchaj, przyjadę do ciebie i ją zabiorę. Lepiej, żeby się tym dodatkowo nie denerwowała.

– Byłabym ci bardzo wdzięczna.

– Zaraz przyjadę. – Lynn od razu się rozłączyła.

Maisie wstała i ruszyła do pokoju matki. Kiedy otworzyła drzwi, zobaczyła stojącą na środku Bridie. Wyglądała na kompletnie oszołomioną. Maisie wzięła ją za rękę i zaprowadziła do salonu. Matka podeszła do okna.

– Mam wrażenie, że deszcz nie przestaje padać – powiedziała, po czym zauważyła Kenny’ego, listonosza, który rozpaczliwie usiłował ominąć Jake’a, psa ich sąsiadki Very Malone. Maisie zrobiła matce filiżankę herbaty i też podeszła do okna, by obejrzeć pojedynek między człowiekiem a psem. – Kiedy Kenny rusza w lewo, Jake też rusza w lewo. A kiedy Kenny rusza w prawo, Jake też rusza w prawo. To strasznie zabawne. – Bridie wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Jake opuścił nisko łeb i nawet przez zamknięte okno słyszały jego niskie, groźne warczenie. – On naprawdę nienawidzi tego nieszczęsnego człowieka.

            W końcu Kenny zawołał:

            – Vera! Halo, Vera! Tu Kenny. Mam dla ciebie listy, ale ten przeklęty kundel nie chce mnie przepuścić.

            – Powinnaś chyba wybawić go z opresji – zwróciła się Bridie do córki.

            – Tak, masz rację. – Maisie ruszyła do drzwi, a Kenny natychmiast nerwowo do niej podbiegł.

            – Jest z nim coraz gorzej, Maisie. Mówię ci, jeśli mnie ugryzie, to już po nim. Mówię ci. Masz pojęcie, ile zastrzyków przeciwtężcowych zrobiłem sobie przez te wszystkie lata? – Podał jej kilka listów dla Very. – A te są dla ciebie. – Wręczył jej dwa rachunki opatrzone czerwoną pieczątką „zaległe”. – Przykro mi. Nie znoszę pieprzonego stycznia, to najbardziej beznadziejny miesiąc w roku.

            – Taaa… – Westchnęła.

            – Dzięki. – Ruszył w kierunku swojej furgonetki. Jake nadal warczał, przyczajony za krzakami, które oddzielały podjazdy Bridie i Very.

            – Kenny, nie widziałeś przypadkiem Jeremy’ego? – zapytała Maisie.

            Listonosz zatrzymał się i odwrócił w jej stronę.

            – Nie. Wszystko w porządku, Maisie?

            – Tak, na pewno. Ale czy mogę podać ci swój numer telefonu, w razie gdybyś go zobaczył?

            Pokiwał głową, a na jego twarzy natychmiast pojawił się niepokój.

            – Oczywiście. Czekaj, mam jakieś kartki w aucie. – Ruszyła za nim. Otworzył drzwi, przeszukał schowek, po czym wręczył jej kartkę i długopis. – Ach, te dzieciaki.

            Zapisała swój numer i podała kartkę Kenny’emu.

            – Gdybyś go widział…

            – Zgłoszę to przez radio, a Mary z centrali od razu cię powiadomi.

            Maisie pokiwała głową.

            – A gdybyś go dorwał, przekaż mu, że mama czeka na niego w domu. – Ze wszystkich sił starała się nie rozpłakać.

            – Uwierz mi, jeżeli go dorwę, osobiście przywiozę go do domu.

            – Dzięki.

            – Czego chciał Kenny? – zapytała Bridie, kiedy córka wróciła do domu.

            Maisie była pod wrażeniem. Staruszka od dawna nie wykazała się taką przytomnością umysłu.

            – Niczego.

            – Więc o czym rozmawialiście? – zapytała Bridie.

            – Próbowałam go odwieść od planu zamordowania Jake’a – rzuciła Maisie.

            Bridie zachichotała.

            – Twojego Danny’ego też nie znosiły wszystkie psy w okolicy. Jezu, naprawdę go nienawidziły. Ale czy można im się dziwić?

            Bridie od dawna nie wspomniała o Dannym. Lekarka mówiła, że wypróbują nowy lek, ale Maisie zrealizowała receptę dopiero dzień wcześniej i nie sądziła, żeby mógł przynieść takie efekty w ciągu niecałych dwudziestu czterech godzin. A jednak. Zaczęła wracać do nich dawna Bridie.

            – Dziś rano był tu Fred Brennan – oznajmiła.

            Maisie nie mogła uwierzyć, że matka to pamięta.

            – Owszem.

            – Nie lubię, kiedy się tu pojawia.

            – Nie martw się, mamo, wkrótce nie będzie przychodził – obiecała Maisie. Kiedy to mówiła, coś zakłuło ją w sercu. Nie mam na to czasu, muszę skupić się na dzieciach. Tylko ja im zostałam.

            – Znowu minęłam się z Jeremym?

            – Tak, mamo. Mają strasznie dużo roboty w szkole.

            – Nawet nie pożegnał się z babcią? To do niego niepodobne.

            – Nie chciałam, żeby cię budził.

            – Tęsknię za nim – powiedziała Bridie. – Przekażesz mu to, Maisie?

            – Tak, mamo. Przekażę.

            – Na wypadek, gdybym zapomniała. Jadę dziś do Lynn, kochanie?

            – Zaraz po ciebie przyjedzie, mamo.

            – To dobrze. Wyglądasz, jakbyś potrzebowała chwili spokoju, kochanie – zauważyła Bridie.

            Maisie czuła się tak, jakby ktoś uderzył ją w głowę tępym narzędziem. Posadziła matkę w fotelu i znalazła jakąś wymówkę, żeby wyjść z pokoju. Poszła do kuchni i czekała na Lynn, rozpaczliwie usiłując objąć umysłem tę nową, szaloną rzeczywistość – rzeczywistość, w której matka mówiła z sensem, a syn zaginął.

Polecam ją zdecydowanie również tym, którzy chcą spotkać się po raz pierwszy tak jak z autorką. Uwierzcie mi, że nie pożałujecie. Lektura ma w sobie pewnego rodzaju magię, która łączy cię od pierwszego zdania z książką, autorką, bohaterami - że myślisz o niej. I nie możesz doczekać się momentu, gdy zaczniesz czytać dalej, dalej i dalej - aż do ostatniej kropki. Cieszę się, że mam tę pozycję w swoim zbiorze i uważam, że wy również musicie się w nią zaopatrzyć.

To opowieść o głębokiej i doskwierającej samotności, wyobcowaniu i inności. Ludzkiej nietolerancji, głupich szczeniackich żartach i podchodach, które często prowadzą do tragicznych w skutkach wypadków. Pierwszych miłościach, dojrzewaniu. Zmuszająca do refleksji, wywołująca wiele emocji. Niezwykle życiowa, prawdziwa, szczera do bólu, a jednocześnie prosta w odbiorze. Kolejna książka spod pióra tej autorki, która trzyma duży poziom.

Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu to również opowieść o miłości i jej różnych odcieniach. To historia prosta, ale bardzo poruszająca. Gdyby autorka zdecydowała się nie zdradzać faktu iż jej syn nie żyje, wówczas mogłabym pokusić się o stwierdzenie, że napisała całkiem udany thriller psychologiczny. To książka, która daje do myślenia i zmusza do wielu refleksji. To wreszcie książka, której lektura boli, zwłaszcza wtedy, gdy dotyka nas w sposób bezpośredni. A jestem pewna, że wiele osób boryka się z podobnymi problemami w swoim życiu. Mądra i życiowa opowieść.

Powieść podzielona jest na fragmenty - najważniejsze postaci relacjonują wydarzenia ze swojego punktu widzenia, co pozwala na pełniejszy ogląd sytuacji i dodaje opowieści tempa. Przyznaję, że jest to również zabieg, który na mnie podziałał tak, iż łatwiej było mi określić podczas czytania emocje wobec poszczególnych osób. A emocji - uwierzcie mi - jest wiele. (...) Koniec powieści jest zaskakujący. Może nie tylko zdumiewa co się zdarzyło, ale w jaki sposób i z jakiego powodu. Nic więcej nie napiszę; pozostawiam Wam odkrywanie tajemnicy skrytej w historii Maisie i jej bliskich.

Powieść jest wzruszająca i nostalgiczna, przepełniona emocjami i refleksją. Czytając smutek bijący z każdej strony, ale też ciepło dające nadzieję i kojące choć trochę ból i złość wynikającą z całej sytuacji. Zakończenie jest idealne, łączy całą historię i podsumowuje ją i dając lekcję człowieczeństwa, tolerancji i miłości. 

Warto wspomnieć, że Spacer po Wenecji to zbiór opowiadań wznowionych. Wcześniej zostały wydane nakładem Wydawnictwa Harlequin, jako odrębne książki – tytuły pozostały bez zmian. Tak jak wcześniej wspomniałam, opowiadania traktują o różnych romantycznych historiach, łączy je opis Wenecji. Muszę napisać, że to urokliwe miejsce zostało przedstawione w samych superlatywach, widziane oczami bohaterów za dnia i nocy, przy wschodzie i zachodzie słońca oraz o różnych porach roku. Spacer po Wenecji to lektura łatwa i przede wszystkim lekka, ciepła i przyjemna w odbiorze. Polecam niewymagającym czytelnikom.

To, co najbardziej mnie urzekło w tej książce to niesamowici bohaterowie, którzy są jedyny w swoim rodzaju. Moją zdecydowaną ulubienicą była matka Maisie, która cierpiała na demencję i swoimi wybrykami niejednokrotnie wywołała szeroki uśmiech na mojej twarzy. Sama główna bohaterka to dość niezwykła postać, która z całą pewnością może stać się inspiracją dla wielu osób. Jej siła oraz determinacja niejednokrotnie ogromnie mi zaimponowała. „Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu” to słodko-gorzka opowieść o trudach dorastania, braku akceptacji oraz o sile, jaką stanowi rodzina. Po przeczytaniu tej pozycji jeszcze kilka dni nie byłam w stanie zapomnieć o opowiedzianej historii. Książkę naprawdę polecam!

Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu ujawnia prawdziwą naturę człowieka, który jest złowrogo nastawiony do wszystkich ludzi, którzy nieco odbiegają od normy, uwzględniając jedynie swój własny wzór człowieka idealnego. (...) Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu to powieść jedna na milion. Mówi o problemach rodzinnych i społecznych w sposób prosty, ale dobitny. Mówi o miłości, na którą zasługuje każdy! Życzę Ci, abyś sam mógł zapoznać się z historią opowiedzianą przez Masie.

Każdy rozdział opisywany jest z perspektywy innej osoby, co czyni narrację ciekawszą i daje możliwość poznania codziennego życia całej rodziny. Bardzo podobały mi się fragmenty przedstawiające Maise, matkę Jeremiego – kobietę miłą i uczynną, ale ciężko doświadczoną przez domową przemoc. Podobnie ciekawe były fragmenty dotyczące babci Bridie, ukazujące początki jej Alzheimera. Tylko z jej perspektywy choroba, przez którą traciła tożsamość, mogła być opisana tak realistycznie i sugestywnie. Co ciekawe, mimo samych smutnych i trudnych tematów, „Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu” jest powieścią optymistyczną i bez cienia patetyzmu. A dodatkowo z głębokim, ważnym przesłaniem. Porusza wiele tematów tabu, jest emocjonalna i poruszająca. Co tu dużo mówić – po prostu skradła moje serce.

Jak w przypadku pierwszej powieści McPartlin, tak i w tej dużą rolę odrywa miłość i jak sobie z nią radzić. Nie jest to książka dla każdego, ale uważam, że zmiękczy niejednego twardziela i poruszy najgłębiej skrywane pokłady naszej wrażliwości. Dajcie szansę tej powieści. Spróbujcie zrozumieć i odczuwać emocje kierujące bohaterami. Ponieście się niepokojowi, napięciu i strachowi. Ja rekomenduję tę książkę każdemu – Polecam gorąco i życzę miłej lektury.

Książka jest naprawdę dobrze napisana i pewnie nie powinnam tego mówić bo czytałam ją bardzo długo, ale czytało mi się ją przyjemnie.Książka jest bardzo ciekawa i porusza temat, który jest akurat bardzo ważny do przemyślenia. Jest to powieść, która poruszy wasze serca i może nawet zmieni wasze zdanie co do pewnej rzeczy. Książka ma wiele do przekazania i myślę, ze jest bardzo mądra chociaż autorka mogła się bardziej skupić na Jeremym a nie na romansie Maise z policjantem. Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu to książka o miłości i bólu, stracie i przyjaźni !

„Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu” to poruszająca powieść o wielu obliczach miłości. Zaskakująca i do bólu wzruszająca. Pod ciekawą i wciągającą historią kryje zaskakujący morał, który powinien dać do myślenia wszystkim tym, którzy po nią sięgną. A poznać ją powinien każdy. Teraz jestem pewna, że przeczytam absolutnie wszystko, co wyjdzie spod pióra McPartlin. Uwielbiam jej styl i to, co przekazuje za pomocą słów. Jeśli jeszcze nie znacie żadnej z jej książek, nie zastanawiajcie się długo. Polecam całym sercem.

W powieści Anna McPartlin porusza wiele trudnych kwestii. O każdej z nich mówi otwarcie, szczerze omijając niezdrową sensację. Lekturę czyta się jednym tchem, w napięciu. Zakończenie, wyjaśnienie jak doszło do pewnego zdarzenia wręcz wciska w fotel i wyzwala fontannę łez. A sama główna bohaterka choć na początku wzbudziła we mnie negatywne uczucia staje się kimś bliskim, kimś zasługującym na podziw za swoją postawę. Ten wspaniały tytuł - podobnie jak czytane rok temu "Ostatnie dni Królika" gorąco polecam. Książka na długo zapadnie Wam w pamięć. Mam nadzieję, że pogłębi akceptację dla innych ludzi wokół nas nawet jeśli są odmienni niż ogół społeczeństwa. Zapraszam do lektury.

To powieść pełna emocji, a jednocześnie humoru, który sprawia, że nawet najtrudniejsze tematy można poruszyć w przystępny sposób. Trudno nie kibicować bohaterce, mierzącej się z kolejnymi kłopotami, trudno także nie polubić jej dzieci nastoletnich Jeremy'ego i Valerie, przed którymi stoją najcięższe wyzwania dorastania.

Wszystko to sprawia, że powieść tętni życiem. I wzrusza, ponieważ jest bardzo realna, a bohaterowie wielowymiarowi. Książka zdecydowanie warta uwagi.

Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu zdecydowanie mogę polecić wszystkich czytelnikom. Sądzę, że każdy powinien znaleźć w niej coś dla siebie, gdyż porusza ona naprawdę dużo ważnych tematów, Warto dać jej szansę i poznać ciężkie losy Maisie Bean, która jakoś znalazła w sobie siłę, by dalej walczyć. Polecam z czystym sumieniem!

Ta historia jest tak pełna realizmu i emocji, że bardzo długo nie można jej wyrzucić z głowy. Jest  jednocześnie delikatna i mocna, refleksyjna i zwyczajna, zaskakująca i konsekwentna, a na dodatek sprawia, że w sercu zagnieżdża się smutek. A czy jest dobra? Czy kończy się we właściwy sposób? (brawa za epilog!)? Moim zdaniem tak, jednak jej ostateczny odbiór zależy od indywidualnej wrażliwości i zasad czytelnika. Sprawdźcie jak podziała na was, polecam.

Historia jest niezwykle smutna, ale czego innego można spodziewać się po opowieści o sytuacji, w jakiej znajdują się najbliżsi zaginionej osoby? Właśnie ten smutek potrafi wstrząsnąć dogłębnie człowiekiem i do niego przemówić. Miejmy nadzieję, że i Was on poruszy i zmusi do chwili refleksji. Polecam Wam z całego serca powieść Anny McPartlin pt. Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu, nawet jeśli nie mieliście jeszcze do czynienia wcześniej z twórczością autorki jak w moim przypadku.

Ta książka w jakimś stopniu poruszyła odpowiednie struny w moim ciele i mam nadzieję, że empatia, jaką czułam podczas czytania pozostanie mi na zawsze. (...) Książkę polecam, bo poruszyła temat, który w 1995 zapewne był jeszcze tematem tabu. Emocjonalna powieść, która skradła moje serce, bo jest taka prawdziwa i okrutna, tak jak potrafi być życie. O miłości matki, która nie znała własnego dziecka. O strachu, wyobcowaniu, strachu, nadziei… tak, zdecydowanie polecam! Bo każdy z nas zasługuje na swoje szczęśliwe miejsce.

"Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu" porusza wiele tematów, jest nimi wręcz naszpikowana. Począwszy od przemocy domowej doznawanej nie tylko ze strony męża, przez nietolerancję, homoseksualizm, brak akceptacji ze strony społeczeństwa oraz problem demencji starczej, a zakończywszy na poszukiwaniu własnej wartości, radzenie sobie z tragedią i otrzymywaniu szansy od życia. I choć jest tego trochę, w trakcie czytania nie odczuwa się, by była to pozycja ciężka czy przytłaczająca. "Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu" to pozycja, o dziwo, lekka i przyjemna, która z pewnością spodoba się czytelniczkom Anny McPartlin. Z pewnością odnajdą się tu osoby ceniące realizm historii, a także jej emocjonalny ładunek.

Powieść ta poruszyła mną do głębi i wprawiła w stan zamyślenia i refleksji. Ze stron aż emanują emocje, przeważnie smutne. Bo chociaż w historii Maise Bean możemy doszukać się z pozoru radosnych momentów, to nawet w nich nietrudno dostrzec swego rodzaju melancholię. I chociaż chcielibyśmy choć przez chwilę móc prawdziwie cieszyć się z opisanych wydarzeń, nie jest nam to dane, gdyż za chwilę utrapienia bohaterów znów dają o sobie znać. Anna McPartlin ma przyjemny styl pisania, dzięki któremu czytelnik ani przez moment się nie nudzi. Doskonale poradziła sobie z kreacją wszystkich postaci i przedstawieniem problemów, z którymi się zmagają. Widać, że pisarka mocno wczuła się w tę opowieść, dzięki czemu powstała naprawdę intrygująca pozycja. Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu wciąga w swój świat i na długo nie daje o sobie zapomnieć. Z pewnością jest godna uwagi i poświęconego jej czasu. Jeśli lubicie obyczajówki z dużą dawką smutku i melancholii, to coś dla Was. Z czystym sumieniem polecam tę książkę.

Anna McPartlin słynie z lekkiego pióra, poruszania istotnych problemów i przedstawiania ich w przystępnej formie. Jej "Ostatnie dni Królika" zbierają niezwykle pozytywne recenzje, dlatego od dawna mam w planach tę książkę. Niestety do tej pory nie udało mi się sięgnąć po nią, jednak teraz to jedynie kwestia czasu - po tak dobrej lekturze, jak "Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu", nie wyobrażam sobie, abym miała nie poznać dalszej twórczości pisarki. Ową książkę powinni przeczytać wszyscy, zarówno ci przepełnieni tolerancją, jak również osoby uważające, że każdą inność należy zlikwidować. Uważam, że ta powieść powinna wręcz trafić do kanonu lektur, ponieważ porusza tematy idealnie pasujące do wieku młodzieńczego. Nierzadko słyszy się o tragediach spowodowanych nietolerancją, brakiem akceptacji ze strony rówieśników oraz rodziny, a także niemożnością pogodzenia się z własnym "ja".

Tym razem trafiłam na kawałek dobrej literatury, na długo pozostającej w głowie. W pewnej chwili było mi szkoda, że Maisie to postać fikcyjna. Chciałoby się ją uściskać. Ale wokół żyje dużo takich ludzi, monstrualnie silnych. Samo czytanie przysporzyło tylu emocji, co musiała czuć McPartlin, gdy tworzyła? Czekam na jej dalszą twórczość. „Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu” polecam przede wszystkim tym, którzy nie boją się trudów i wzruszeń. Warto zaopatrzyć się w paczkę chusteczek, przygotować na późniejsze refleksje. Czy doczekamy happy endu w tak smutnej opowieści? Musicie sprawdzić sami.

Przyznam się, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Na okładce zdradzono, że to opowieść Maisie po pewnym wydarzeniu, które miało ogromny wpływ na jej rodzinę tymczasem o tym co było "po" jest bardzo niewiele. Dużo więcej miejsca poświęcono okolicznościom, w jakich do niego doszło.To niepozorna książka. Czy po okładce udałoby się Wam odgadnąć jaka jest jej tematyka, jaki gatunek? Polecam!

Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu to niezwykle emocjonująca, wzruszająca, smutna i realistyczna opowieść o pustce, utracie, bólu, cierpieniu, drodze do normalnego życia i dorastaniu. To książka, która wyciska potoki łez z najbardziej zatwardziałych serc. Dodatkowo, jest to książka, którą polecam dosłownie wszystkim. Tym, którzy lubią się wzruszyć, potrzebują zrozumieć, pragną czegoś, co nimi wstrząśnie i pobudzi ich emocje. Polecam kobietom i mężczyznom, dorosłym i młodzieży, matce i córce. Wszystkim. 

Emocji jest tu tak dużo, że czasem przydawała się mała przerwa w czytaniu, by oswoić się z tym wszystkim. To, co normalnie irytowałoby mnie w książce, czyli ciągłe użalanie i wyrzucanie sobie czegoś przez główną bohaterkę, tutaj zupełnie mi nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, podobała mi się taka postawa matki, która widziała też swoje błędy. Powieść porusza też bardzo ważny dla mnie temat tolerancyjności. Cenię sobie ten wątek, bo myślę, że im popularniejsze są zachowania prowadzące do dyskryminacji, tym częściej spotykają się one z taką reakcją ludzi, a mnie coraz bardziej uderza brak ludzkiej tolerancji. (...) Książka Anny McPartlin zmieniła mnie dogłębnie, pokazała jak ważna jest rodzina. Nadaje się na jesień, nie dlatego, że jest ciepła, ale dlatego, że ma smutny, melancholijny, typowo jesienny klimat.

Niektóre sytuacje są tak opisane, że aż serce zaczyna boleć, a ciarki przechodzą po plecach, ale po chwili pisarka otula nas jakby niewidzialnym kocem i pokazuje nam dobre strony życia. Z przeczytanej powieści na pewno wyniosłam pewną naukę, że każdego dnia powinniśmy cieszyć się nawet z najdrobniejszych rzeczy, z takich jak - uśmiech czy rozmowa. Musimy doceniać naszych bliskich i kochać ich takimi jacy są, bo nigdy nie wiadomo kiedy ich stracimy. "Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu" to powieść, która skruszy serce największego twardziela. Ta książka ma w sobie wiele bólu, cierpienia, rozpaczy i smutku, ale też posiada nieograniczone pokłady przebaczenia. i drugiej szansy od życia. Ja tę pozycję już pokochałam i jestem pewna, że i Was nie zawiedzie. Przeczytajcie, a przyznacie mi rację.

„Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu” to książka obok której nie można przejść obojętnie. Nie można się od niej oderwać, gdyż jesteśmy cały czas ciekawi dalszego rozwoju akcji. Jestem pewna, że teraz sięgnę po książkę „Ostatnie dni królika”, by znów dać się porwać historii która sprawi, że tak łatwo o takiej książce nie zapomnę.

Autorka znana jest z jej poprzedniej powieści, która zrobiła spore zamieszanie na rynku wydawniczym oraz wśród tysiąca czytelników. "Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu" to jej druga powieść, zaraz po "Ostatnich dniach Królika", która jest rewelacyjna i bardzo emocjonalna. Co prawda, nie miałam jeszcze okazji sięgnąć po wyżej wspomnianą, wcześniejszą książkę, co nie zmienia faktu, że w owej pozycji się zakochałam i jakby nie było, spędziłam przy niej wiele wspaniałych i wzruszających, głębokich chwil. (...) Wszelkie wątki poprowadzone przez autorkę na samym końcu zostają wyjaśnione i bardzo zgrabnie się łączą, przez co czytelnik nie zaznaje uczucia, że to nie koniec i czegoś mu brakuje. Anna McPartlin stworzyła historię, która wzrusza każdego. Ma w sobie wiele ukrytych znaczeń, puent oraz wyraźnych wątków, które warto przemyśleć i przeanalizować. Co prawda, to tylko książka, ale wiele osób na świecie może borykać się z podobnymi problemami, co główna bohaterka. Powieść polecam każdemu i jestem przekonana, że każdy czytelnik znajdzie w niej coś, co do niego przemówi.

Pochłonęłam tę książkę w jeden dzień, pół niedzieli i po lekturze. Ale po tej szybkiej, wciągającej lekturze, nastąpiło wiele godzin przeżywania tego wszystkiego jeszcze raz. Na pewno znacie ten stan, gdy odstawiascie książkę na półkę, a historia żyje w głowie jeszcze długi, długi czas. To właśnie jedna z tych książek, które tak działają na Czytelnika. Zdecydowanie polecam!

Warsztat literacki jest cholernie dobry. Powieść ta jest idealnie wyważona, nie ma zbyt dużo opisów, jest za to w sam raz dialogów! Dialogi te składają się głównie z krótkich zdań, co sprawia, że powieść jest rzeczywista i czyta się ją szybko, a wyobrazić sobie sceny jest naprawdę bardzo łatwo. Bohaterowie są realistyczni, każdy z nich ma cechy, które moglibyśmy dopasować do nas samych. (...) Polecam lekturę wszystkim, bo mnie skłoniła ona do refleksji nad życiem i życiem innych bohaterów mojej historii w realnym świecie. Ujrzałam znaczenie wartości, przez której brak tak wiele może się wydarzyć. Brak pewności siebie, brak stałego elementu, dającego bezpieczeństwo. 

Smutna i przejmująca historia o strachu, ogromnej stracie, i jeszcze większym bólu, który potęguje się z każdą kolejną stronicą.  I który nieprędko minie. Autorka porusza problem miłości, przyjaźni, akceptacji, poszukiwania własnej tożsamości. Po lekturze zobaczycie jak łatwo można skrzywdzić drugą osobę. Nie tylko czynami, ale przede wszystkim słowem. Kolejnym plusem jest także styl pisania autorki, która trudne momenty bardzo często stara się rozładować za pomocą poczucia humoru. Bardzo dobrze jej to wychodzi. Teraz już wiem, że na pewno sięgnę po „Ostatnie dni królika”.

Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu to cudowna i wzruszająca książka. Jest przepełniona uczuciami. Uczy i wywołuje emocje. Brakuje mi słów, aby opisać tę historię, a jednocześnie chciałabym o niej mówić godzinami. To naprawdę wyjątkowa książka, która porusza bardzo ważne problemy. Polecam ją każdemu, a ja sama z chęcią przeczytam ją jeszcze raz i zaliczę do swoich ulubionych powieści.

Muszę przyznać, że książka - choć to obyczajówka po które rzadko sięgam - przypadła mi do gustu i wywarła naprawdę ogromne wrażenie. Nie ukrywam, ze wzruszyłam się kończąc czytać tą historię. Autorka porusza bardzo trudne tematy w swojej powieści, ale są one we współczesnym świecie niezwykle istotne. Autorka odkrywa krok po kroku przed czytelnikiem kolejne elementy, po to, aby na koniec książki ułożyły się one czytelnikowi w jedną całość. Anna McPartlin przekazuje czytelnikowi, ze nie wolno nikogo oceniać za to jakim jest. Nie raz słowa mogą bardziej ranić niż może nam się wydawać. Serdecznie polecam książkę Anny McPartlin wszystkim osobom, które poważnie traktują życie i nie boją się trudnych tematów. Książka spodoba się również fanom autorki oraz wszystkim tym, którzy uwielbiają książki obyczajowe.

Co mogę powiedzieć na temat tej książki? Jedynie wielkie: "WOW!". Nigdy przedtem nie miałam styczności z tą autorką, mimo że bardzo wiele osób chwaliło sobie "Ostatnie dni królika". Dzisiaj wiem, że będę musiała nadrobić tę lekturę, ponieważ pisarka ma cudowny talent do manipulowania (oczywiście, w tym dobrym sensie) czytelnikiem. (...) Autorka w świetny sposób ukazała przebieg strasznych wydarzeń pomiędzy Maisie, a jej partnerem. Teraz, gdy o tym myślę, nie mogę sobie wyobrazić jak musiała cierpieć cała rodzina przez tyrana, który nie potrafił zapanować nad własną agresją. (...) Nie wiem co mogłabym więcej na ten temat napisać. Historię zranionej matki czytałam jednym tchem i ciężko było mi ją zakończyć. Uważam, że Anna McPartlin na talent do tego, by w jakiś sposób wpłynąć na czytelnika i dać mu do zrozumienia, że zawsze jest szansa, by zmienić swoje życie. Dla mnie jest to coś cudownego i godnego naśladowania.

"Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu" to kolejna wspaniała powieść autorki. Moim zdaniem ma wymiar ponadczasowy i uniwersalny, bo porusza nadal aktualne i bardzo kontrowersyjne problemy społeczne. Wzruszająca, smutna, ale na swój pokręcony czasem ironiczny sposób, pełna emocji i życiowych spraw. Daje nadzieję, że gdzieś tam są ludzie podobni do Maisie, Jeremy'ego i Bridie, którzy przeczytają tę książkę i odkryją w niej cząstkę własnej historii. Książkę, która przypomni im, że gdzieś tam, każdy z nam ma swoje szczęśliwe miejsce. Jestem zachwycona, oczarowana i kolejny raz wzruszona powieścią Anny. Serdecznie polecam i czekam na kolejne książki McPartlin.

Ta książka, jak i wcześniejsza powieść autorki, której jeszcze nie czytałam pt. "Ostatnie dni Królika", jest pięknie wydana. Okładka jest taka melancholijna, estetyczna i minimalistyczna. Czyli coś co lubię. W środku też jest świetnie. Dodam to do estetyki, ale każdy rozdział nazywa się tytułem piosenki. Chociaż nazywa się, to niezbyt dobra nazwa. Po prostu ma podporządkowany tytuł jakieś piosenki, więc zabieg spotykany ostatnio co raz częściej. Ja akurat ich nie odtwarzałam, ale pewnie pasują idealnie do wydarzeń książki. (...) Jeśli szukacie książki: smutnej, ale zarazem niezwykle wzruszającej z mądrą historią, z której na pewno coś wyniesiecie, genialnymi bohaterami, których postawa mogłaby być również użyta w rozprawkach to jest to pozycja w sam raz pasująca! Myślę, że spodoba się wszystkim niezależnie od gustu.

Będąc w połowie książki, pomyślałam sobie: Informacja zawarta w opisie z tyłu książki, o tym, że syn Maisie umarł, jest największym spoilerem jaki mógł się pojawić w streszczeniu. Jednak śmierć Jeremyego wcale nie jest taka oczywista - czytelnik przez całą powieść ma złudną nadzieję, że to niemożliwe i chce jak najszybciej dotrzeć do końca, by poznać całą prawdę… Co się stało z Jeremim? Anna McPartlin, wspominając w opisie śmierć chłopaka, jednocześnie próbuje ukryć coś zupełnie innego… Jaką tajemnicę skrywał głęboko w sercu Jeremy? Mówiąc szczerze, na początku książka nie zrobiła na mnie dużego wrażenia. Od pierwszych stron spodziewałam się wzruszającej historii, a tymczasem – początek niemal nie przerażał. Dopiero pod sam koniec dotarło do mnie, o jak trudnym i ważnym temacie postanowiła napisać Anna McPartlin „Gdzieś tam w szczęśliwym Miejscu” to bardzo wartościowa powieść, która pozwala zmienić stereotypowe myślenie, dlatego, moim zdaniem, powinien przeczytać ją absolutnie każdy.

Anna McPartlin ma wyjątkowy dar pisania o ważnych i bolesnych tematach w lekki i zabawny sposób. Trudne momenty rozładowuje humorem. Balansuje uczuciami i obok śmiechu pojawiają się łzy i refleksja. Skradła moje serce swoimi historiami i mam nadzieję, że wkrótce w Polsce zostanie wydana jej kolejna powieść, na którą z niecierpliwością będę czekać.

Annie McPartlin udało się stworzyć niezwykle poruszającą, angażującą emocjonalnie i zapadającą w pamięć opowieść, która trafia do serca i zmusza do refleksji. Już dawno nie miałam okazji zapoznać się z tak wyrazistą i  niebanalną pozycją, która wywołałaby we mnie tyle sprzecznych uczuć. „Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu” to jedna z tych nielicznych i wyjątkowych książek, które mają coś wartościowego do przekazania i które się przeżywa, dlatego serdecznie zachęcam do sięgnięcia po nią. Dla fanów twórczości autorki lektura obowiązkowa!

„Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu” to książka bardzo wzruszająca i grająca na naszych emocjach. Porusza bardzo trudne i ciężkie tematy: nietolerancja, przemoc w rodzinie, relacje między matką a dziećmi oraz przyjaźń i miłość. Jest to powieść pełna bólu i goryczy. Pokazuje, jak łatwo jest skrzywdzić drugiego człowieka, kiedy on nie może być sobą, bo boi się reakcji innych. Łatwo jest kogoś wyzywać, obrażać, traktować jak intruza tylko dlatego, że jest inny. Nie patrzymy jednak na to, że konsekwencje takiego zachowania mogą być tragiczne.  Podsumowując, najnowsza książka Anny McPartlin z pewnością na długo zostanie mi w pamięci przez swoją oryginalność i emocje jakie we mnie wywołała. Koło takiej książki nie można przejść obojętnie. Trzeba ją przeczytać bo to powieść, która na 100% na to zasługuje. Z całego serca polecam!

Ta historia jest tak prawdziwa! Nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś powiedział mi, że wydarzyła się naprawdę. Bohaterowie nie są idealni - mają wady i zalety, przez co są bardzo wiarygodni. Wciągnęłam się tak mocno, że lektura zajęła mi półtora dnia. Aż do ostatnich stron trzymałam kciuki za to, że może jednak na początku powiedziano nieprawdę, że Jeremy żyje. To smutna historia, ale w tym kryje się jej piękno. (...) Jestem przekonana, że każda kobieta będzie tak samo poruszona tą lekturą jak ja. W najnowszej książce Anny McPartlin oprócz w pełni dopracowanej historii oraz estetycznego wydania otrzymujemy kilka ponadczasowych lekcji. Najważniejsza z nich to coś, o czym często zapominamy: każdy z nas ma prawo do miłości. Do znalezienia się Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu.

Musicie poznać całą lekturę, by dojrzeć w niej przesłanie. A jeśli już zrozumiecie co chciała przekazać Wam autorka - zaniemówicie. Wiem to z własnego doświadczenia, bo - nie wspominając już o przepłakaniu co najmniej dwudziestu ostatnich stron - do teraz nie potrafię się otrząsnąć po tym co przeczytałam. Jest mi tak strasznie, niewyobrażalnie przykro, że bohaterów tej książki spotkał taki los i czuję się zupełnie bezradna w stosunku do otaczającego nas świata. Właśnie takie książki powinny trafić do kanonu lektur szkolnych - proste, szczere i tak piekielnie intensywne w swoim przesłaniu, że niemal niemożliwe. Jak to jest, że autorka najpierw przedstawia nam prawdziwych, wiarygodnych bohaterów, do których od razu się przywiązujemy, a później powoli i - jak się okazuje - bardzo boleśnie prowadzi nas do zaskakującego rozwiązania? Przygotujcie się na mądrą historię i morze łez, to nieuniknione. Gorąco polecam!

Dowiedziałam się, że Anna McPartlin ma na swoim koncie siedem powieści, w tym ubiegłoroczną polską premierę w postaci "Ostatnich dni Królika". Jeśli wszystkie książki autorki zostały napisane tak,  jak "Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu" to już dzisiaj zapisuję je na listę "obowiązkowych - do przeczytania". Historia życia Maisie - bohaterki, współczesnej życiowej wojowniczki i jej rodziny sprawiła, że przed każdym rozdziałem brałam głęboki oddech, na końcu zaś, kolejny raz w życiu, utwierdziłam się w przekonaniu, że każdy z nas jest w stanie bardzo wiele pokonać w myśl popularnego stwierdzenia "co cię nie zabije, to cię wzmocni".

"Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu" to powieść, którą ciężko ocenić. To historia, która porusza wiele istotnych spraw oraz tematów tabu w sposób niezwykle emocjonalny. To książka, która szokuje, wzrusza i wyciska łzy. Całość napisana jest w sposób tajemniczy i niepokojący, co dodatkowo podsyca emocje i sprawia, że od lektury nie można się oderwać. (...) Autorka stworzyła powieść, która ma w sobie wiele smutku i bólu jednak daje też nadzieję na to, że pomimo przeciwności losu szczęście może uśmiechnąć się do każdego, wystarczy tylko dać mu szansę.

Anna McPartlin napisała naprawdę dobrą, wielowątkową powieść obyczajową, która krąży wokół tematyki związanej z trudnymi problemami rodzinnymi. Pojawiają się w powieści wątki dotyczące przemocy, uzależnień, nietolerancji. Pisarka pokazuje jak łatwo jest zranić drugiego człowieka, jak zniszczyć jego poczucie wartości i wpędzić w nieustanne poczucie winy. Wiele jest w tej historii smutku i dramatu, wiele goryczy, nie wyczułam w niej jednak taniego sentymentalizmu. Na pewno jeszcze długo będę pamiętała historię Maisie i Jeremy’ego. Polecam wszystkim czytelnikom poszukującym dobrych powieści obyczajowych.

Emocje, emocje i jeszcze raz... Emocje. Przez cały czas książka trzymała mnie w napięciu. Ciągle zastanawiałam się, co też przydarzyło się temu cudownemu chłopcu. A kiedy już się dowiedziałam, to zapragnęłam, aby zakończenie było inne. Niestety, autorka nie owija w bawełnę, za co właściwie ją lubię. (...) Dużo jest powieści z happy endem, a ta do takich nie należy, co w zasadzie autorka zdradza już na samym początku. Aczkolwiek nie myślcie, że jeśli ważny wątek już został tak jakby zdradzony, to nic Was nie zaskoczy. Najlepsze jest właśnie to, że zapragniecie poznać przyczyny tego, co się stało. Będziecie chcieć wiedzieć, co? Jak? I, dlaczego? Jeśli szukacie oryginalnych, wzruszających, prawdziwych i trzymających w napięciu książek, to polecam Wam "Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu". Mnie podobała się ogromnie!

Było to moje pierwsze zetknięcie się z twórczością Anny McPartlin, lecz od razu zdałam sobie sprawę, jak jej pióro jest niezwykle przyjemne i lekkie w odbiorze, dzięki czemu całość pochłania się w mgnieniu oka i nawet nie spostrzega się, że przez palce przewinęło się już tak wiele stron. Jednocześnie język, jakim posługuje się autorka nie jest zbyt banalny, chociaż jak już wspomniałam, lekki, to zawiera też fragmenty skłaniające do przemyśleń. Najbardziej urzekające w tym wszystkim jest to, że całość ma w sobie mnóstwo emocji, a wszystkie, ze względu na samą tematykę książki, oscylują wokół poczucia smutku, straty, lecz w pewnym sensie też nadziei na to, ze życie mimo tak bolesnych momentów, może jeszcze jakoś się ułożyć. Jestem pozytywnie zaskoczona tą książką i już teraz wiem, że nie będzie to ostatnie lektura tej autorki, po jaką sięgnę.

"Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu" przeczytałam jednym tchem. To świetna, wielowątkowa powieść, która wzrusza i skłania do przemyśleń, a przecież o to też chodzi w czytaniu. Mamy przezywać i myśleć. Z czystym sumieniem polecam!

Powieść mimo poruszanego ciężkiego tematu czyta się lekko i z zapartym tchem. Razem z bohaterami próbujemy odkryć co stało się z Jeremy i dodatkowo poznajemy przeszłość bohaterów. Dodatkowo czasami są taki takie rozmowy i teksty, które rozwalają system, a my śmiejemy się przez łzy! Koniecznie musicie przeczytać tą książkę! To historia, która porusza do głębi, smuci, daje nadzieję i wiarę na lepsze jutro. To książka która uczy tolerancji i akceptacji. Pokazuje jak ważna jest rodzina i wsparcie. Dlatego koniecznie musicie po nią sięgnąć.

Jeśli szukacie powieści, która ma drugie dno, szybko się ją czyta i powoli odkrywa tajemnice - zdecydowanie Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu jest powieścią dla Was. Historia rodziny Beanów jest nie tylko napisana na papierze, ale również żyje w mojej głowie i w złamanym sercu. Gorąco polecam.

Dla takich książek warto odłożyć wszelkie czynności, przesunąć plany, czy tak jak ja, zarwać niemal całą noc. Sięgając po powieść, chciałam tylko w nią zerknąć, podejrzeć jaka historia na mnie czeka. Jednak po przeczytaniu kilku stron przekonałam się, że nie potrafię się od niej oderwać, fascynująco wciągnęła mnie w swój świat, oferując bardzo ciekawą fabułę, przedstawioną z ogromną wrażliwością i zrozumieniem, piękną narracją. (...) Książka, która dostarcza mnóstwo czytelniczej satysfakcji, rewelacyjna w swej wymowie i przesłaniu, wzbogacająca wewnętrznie, pozostawiająca w umysłach i sercach trwały ślad. Warto podążać jej tropem, wczytywać się w kolejne rozdziały odsłaniające prawdę, poznać rozmaitość wątków i siłę wyrazistości postaci.

Książka mnie urzekła , ma w sobie coś co mnie do niej zachęca. Lubię czytać książki o różnego rodzaju problemach , o życiu. Autorka nas nie zawodzi , pokazuje nam problem i rozwija go w miarę książki przez co czyta się wszystko łatwo mimo trudnego tematu. Autorka trochę mnie przestraszyła i miałam na początku powieści strasznie mieszane odczucie gdyż autorka zdradziła na zakończenie książki. Zabieg celowy i jak najbardziej udany. Mimo tego , że wiedziałam jak ta książka się skończy miałam ochotę czytać ją dalej. Myślę, że gdy znajdę czas nadrobię zaległości w twórczości autorki. Z całego serca polecam sięgnąć po tą książkę!

Historia Masie bowiem przejmuje, smuci, częstokroć także przeraża. Wątek straty, wątek życia wbrew sobie z człowiekiem, z którym nie chce się mieć nic wspólnego ma wielką siłę, chociaż mógł wypaść naiwnie. Bo i był już wiele razy, i brzmi dość nieprawdopodobnie. A jednak autorka przedstawiła go w realistyczny, prawdziwy sposób. Podobnie rzecz tyczy się losów śmierci jej syna, które mają w sobie coś z kryminalnego ujęcia tematu, ale bynajmniej ani trochę nie oderwanego od przyziemności całej reszty. Do tego McPartlin zafundowała całe mnóstwo emocji i wzruszeń podanych łatwym w odbiorze, przyjemnym stylem, oferując także wiele skłaniających do myślenia kwestii. A zatem polecam gorąco, bo naprawdę warto. I warto także śledzić rozwój kariery tej ciekawej autorki, która potrafi poruszyć niejedną nutę w sercu. A przy okazji mieć nadzieję, że w Polsce ukażą się wszystkie wcześniejsze jej powieści.

Autorka książki „Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu”-Anna McPartlin podobnie, jak w powieści „Ostatnie dni królika” nakreślone tutaj niepokojące tematy ubiera w bardzo przystępną formę. McPartlin pisze o homoseksualizmie, demencji, narkomanii, przemocy w rodzinie czy trudnych relacjach matki z dorastającymi dziećmi. Wszystko oczywiście skontrowane sporą dawką humoru, dzięki czemu powieść nie staje się zbyt ciężko. Momentami odnosiłam wrażenie, że autorka dotyka tych kwestii pobieżnie, bez zagłębiania się w problem, jednak nawet taka konstrukcja jest w stanie zasygnalizować coś czytelnikowi.
„Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu” to opowieść lekka z dozą humoru, ale także smutku. To czytadło (tutaj w pozytywnym znaczeniu) pozwalające odetchnąć po ciężkim dniu, ale nie pozbawione treści skłaniających do refleksji.

Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu" to powieść, która niesamowicie mnie wzruszyła i poruszyła. Sięgając po nią, nie spodziewałam się takiego ogromu emocji i tak dramatycznej historii. Książka wciągnęła mnie od pierwszej strony, czytałam ją do późnych godzin nocnych, a potem już nie mogłam zasnąć. To opowieść bardzo życiowa, niezwykle prawdziwa, smutna, a momentami nawet przerażająca. Porusza trudne, a zarazem bardzo ważne i kontrowersyjne zagadnienia. Opowiada o relacjach rodzinnych, miłości, wielkiej przyjaźni, chorobie, wsparciu, poświęceniu, tolerancji, nadziei, ale przede wszystkim o utracie ukochanego dziecka. (...) Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu" to piękna powieść obyczajowa, którą warto przeczytać. Zdecydowanie ją polecam. Ukazana w niej historia na długo pozostanie w mojej pamięci. Na pewno sięgnę po inne książki autorki - Anny McPartlin.

Historia, którą pokazuje nam McPartlin poprzez Masie Bean nie jest ani przyjemna ani radosna. Ma w sobie wiele bólu, a z każdą stroną jest go więcej. Dobrze wiemy, że ból nie mija. Może zelżeć, ale jego cień będzie zawsze gdzieś wokół nas. Podejrzewam, że autorka jako osoba, która ma za sobą związek z tyranem i również straciła syna włożyła w tę historię wiele serca i ducha. (...) Ciekawe w tej książce jest to, że historia opowiadana jest oczami różnych osób. Jeremy'ego, który ukazuje nam swoje problemy, rozterki i przeżycia, Masie - matki przerażonej zaginięciem syna, Valerie - młodszej siostry, która czuje się winna i Bridie - babci, która cierpi na demencji. Daje to na prawdę niesamowity efekt. Zachęcam do przeczytania nie tylko płeć żeńską, ale i męską - warto!

Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu poruszyło mnie do głębi, sprawiło, że nie mogłam oderwać się od czytania i z napięciem, nie raz wstrzymując oddech, śledziłam przebieg wydarzeń. Anna McPartlin napisała coś życiowego, prostego, ale niezwykle przejmującego i właśnie dlatego tak  łatwo było mi wczuć się w przedstawioną historię, zżyć z bohaterami i wraz nimi przeżywać wszystko, czuć to, co oni i myśleć nad tym samym. Autorka posiada niesamowitą umiejętność obserwacji ludzi, ich zachowań oraz przekazywania emocji. Trafiają one prosto do mojego serca, wywołują burzę a sama historia skłania do chwili refleksji. Jestem nią zachwycona.Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu to piękna, mądra, wzruszająca i ponadczasowa historia, której nie da się nie przeżywać. Jeśli poprzednia książka autorki podbiła wasze serca, to i tej się to uda. Polecam z całego serca.

Autorka prowadzi przejmującą narrację mieszającą w sobie ból, strach i niepewność z pewnego rodzaju wyzwoleniem i przyjęciem pewnych faktów jako część życia. Czytając tę książkę bardzo łatwo jest poczuć dokładnie to samo, co czuła Maisie. I im dalej w książkę, tym bardziej miałam wrażenie, że autorka aż za dobrze wie o czym pisała. Oddziaływanie na emocje czytelnika jest bardzo naturalne, niewymuszone i przede wszystkim szczere. Z kolei samo zakończenie i wyjaśnienie dlaczego doszło do śmierci Jeremy’ego, było bardzo zaskakujące. I szczerze powiedziawszy, tutaj sprawdziłby się tytuł od zespołu Queen – Too much love will kill you . I niech to będzie finalna myśl o tej książce.

Bardzo sobie cenię historie, które są oryginalne i inne od wszystkich. Tutaj tym elementem było natychmiastowe zdradzenie przebiegu fabuły. Niby przestałam się bać o to, jak będzie w przypadku tej książki, a w podświadomości wciąż zastanawiałam się, jakim torem podąży autorka, czy odpowiednio dopieści warstwę emocjonalną, by zrekompensować nam ten brak momentu Wow!. I na szczęście McPartlin podążyła dobrą drogą, która zapewniła jej sukces. Stworzyła coś emocjonalnego, odbiegającego od normy i świeżego. Choć tematyka wydaje się być dość przytłaczająca, to jednak obok łez znalazło się też miejsce na specyficzny dla autorki humor. Doskonała propozycja dla wszystkich, którzy lubią książki inne od reszty - takie, w których autor bawi się formą i treścią, tworzy połączenia nietypowe, ale przez to trafiające do serca.

„Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu” to poruszająca, pięknie napisana książka o prawdziych, życiowych bohaterach. Niby zwykłych a jednocześnie zawierających w sobie tyle mądrości i dobroci. To opowieść o marzeniach, nieszczęściu, cudach kryjących się wewnątrz nas, które nie zawsze jesteśmy w stanie dojrzeć. Polecam wszystkim, którzy cenią Annę McPartlin i chcieliby spojrzeć na świat oczami kochającej, tęskniącej matki. Pozdrawiam!

Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu Anny McPartlin to książka o młodym człowieku, któremu nie dane było dorosnąć i o jego bliskich, którzy musieli poradzić sobie z tą stratą. Książka serwuje ogromy ładunek emocjonalny, wspaniałych bohaterów i historię, która ostatecznie wzruszyła mnie do łez, choć wcale się na to nie zapowiadało. Gorąco polecam.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Chabrowa
2016-10-17

Anna McPartlin to autorka ,,Ostatnich dni Królika". Książki, która mnie emocjonalnie wyczerpała, sprawiła, że nad wieloma rzeczami musiałam się zastanowić. O czym jest ta historia? Maisie to kobieta, której życie jest naznaczone smutkiem, cierpieniem i problemami. Najpierw związała się z mężczyzną, który się nad nią znęcał psychicznie i fizycznie. Później jej matka zapadła na demencję. ...
Livingbooksx
2016-09-17

Życie Masie nigdy nie było usłane różami. Szkoła przynosiła jej wiele problemów, w domu bywały różne sytuacje, a jej pierwsza miłość pozostawiła swoje piętno na zawsze. Niewinne spotkania i randki przerodziły się w gwałt, który zaowocował ciążą młodej bohaterki. Mężczyzna, od którego tak bardzo chciała odejść, został przy niej. Ich związek był parodią, która w żadnym calu nie miała swoje...
Śnieżynka
2016-09-15

Powieść, która okazała się totalnym zaskoczeniem. Niesie przesłanie, którego nie spodziewałam się tam znaleźć. Maisie traci syna. Dwadzieścia lat później decyduje się o tym opowiedzieć. Ta książka to tak naprawdę relacja z sześciu dni, które okazały się brzemienne w skutki dla całej rodziny kobiety, a także sąsiadów, kolegów i koleżanek ze szkoły chłopca. Wydarzenia opowiedziane godzin...
Bookendorfina
2016-09-14

"To właśnie ten moment, w którym wszystko się zaczyna... Wytrzymaj. Nie daj się. Żyj dalej i nie poddawaj się." Dla takich książek warto odłożyć wszelkie czynności, przesunąć plany, czy tak jak ja, zarwać niemal całą noc. Sięgając po powieść, chciałam tylko w nią zerknąć, podejrzeć jaka historia na mnie czeka. Jednak po przeczytaniu kilku stron przekonałam się, że nie potrafię się od ni...
http://miedzypolkami-ksiazki.blogspot.com/2016/09/gdziestamwszczesliwymmiejscu.html
2016-09-11

Dziecko dla matki jest jednym z największych skarbów jakie mogła sobie wymarzyć. Podarowała mu życie i pragnie prowadzić go przez nie w jak najlepszy sposób. Maisie należy do takich właśnie osób, mimo że zawsze miała pod górkę pod wieloma względami. Nic nie jest łatwe, gdy posiada się męża kata, chorą matkę oraz problemy finansowe przez które trzeba ciężko pracować całymi tygodniami, by ...
www.swiatmiedzystronami.blogspot.com
2016-09-11

Annę McPartlin, a raczej jej pierwszą książkę miałam już okazję poznać jakiś czas temu. Pod czas jej czytania przeżyłam chwile radości i dramatu. Doświadczyłam łez szczęścia i smutku. Dlatego bez wahania sięgnęłam po "Gdzieś tam...", bo w głębi serca czułam, że się nie zawiodę i autorka spełni moje oczekiwania. Jak na razie obie jej książki poruszają poważne tematy - zastanawiam się czy ...
Patrycja
2016-09-10

„Śmierć mojego syna była straszliwym wypadkiem, ale do tego wypadku doprowadziło wielu ludzi. Ludzi takich jak ja, albo niektórzy z was. (...) Ludzi, którzy współczują homoseksualistom strasznego życia - ale to straszne życie wynika właśnie z tego, że ktoś im współczuje.” „Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu” autorstwa Anny McPartlin to przejmująca historia o miłości, inności, przemocy, al...
Anna Rachuta-Tymińska
2016-09-07

Słyszałam o twórczości autorki ale nigdy nie miałam chęci aby sięgnąć po jej rozsławioną już powieść " Ostatnie dni królika ". Gdy dostałam propozycje recenzencką książki " Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu " postanowiłam , że fajnie będzie zapoznać się ze stylem autorki, Maisie nie miała łatwego życia. Żyła w toksycznym związku z mężczyzną agresywnym i bez skrupułów. Musiała stać się ...
singwithme
2016-08-26

Anna McPartlin wraca z kolejną powieścią. Jeśli podobały wam się „Ostatnie dni Królika” lub jeśli lubicie chwytające za serce historie, musicie sięgnąć po „Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu”. Główna bohaterka powieści na zawsze zapamięta dzień 1 stycznia 1995 roku, kiedy to ciąg przypadkowych zdarzeń odmienił jej życie na zawsze. Maisie przed dwudziestu laty straciła bowiem syna. Opowi...