Dla młodzieży
Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej
KUP TERAZ

Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej

brak opinii
Liczba stron: 448
ISBN: 9788327619945
Premiera: 2016-07-06

Emaline właśnie skończyła liceum i jesienią wyjeżdża na studia. Na początku wakacji niespodziewanie zerwała z Lukiem. Chodzili ze sobą trzy lata i do niedawna myślała, że ten związek jest idealny. Tymczasem w nadmorskim miasteczku  pojawia się Theo, nowojorczyk, ambitny student szkoły filmowej. Wakacyjny romans? Czemu nie.

Do Colby przyjeżdża też na lato ojciec Emaline, który rzadko utrzymywał z nią kontakt. Emaline pociąga urok wielkiego świata, jaki roztaczają przed nią Theo i ojciec. Ambitna i pracowita, zawsze pragnęła gwiazdki z nieba i jeszcze więcej. Jednak nie można mieć wszystkiego, a marzenia nie zawsze się spełniają.                  

Sarah Dessen

Sarah Dessen to jedna z najpopularniejszych pisarek powieści dla młodzieży. Jest bestsellerową autorką według listy New York Timesa, sprzedała ponad milion egzemplarzy swoich książek. W Polsce znana jest z tytułów „Bezsenność we dwoje”, „Zamek i klucz”, „Kołysanka” czy „Teraz albo nigdy”.

Żułam gumę tylko wtedy, gdy byłam zdenerwowana, i mogłam zawsze ocenić poziom stresu na podstawie tego, ilu listków potrzebowałam, żeby się uspokoić. Kiedy tego wieczoru siedziałam przed restauracją Reef Room, czekając na ojca i Benjiego, doszłam już do czterech i to wciąż nie wystarczało.

Nie miałam ochoty na to spotkanie. Spędziłam ciężki dzień, a wcześniej planowałam pójść z Morrisem do kina, potem zaś spotkać się z Daisy, kiedy już skończy pracę, i wybrać się z nimi na którąś z imprez na cyplu wyspy. Zamiast tego tkwiłam w samochodzie ze szczękami obolałymi od żucia i zastanawiałam się, jak bardzo brudny może być ktoś, kto przez cały dzień czyścił baseny.

Początkowo nie zamierzałam zabrać ze sobą wsparcia, bo uważałam, że to spotkanie z ojcem będzie wystarczająco dziwaczne nawet bez wmieszania w nie jeszcze kogoś. Ale gdy wychodziłam z domu, ogarnęła mnie panika.

       - Żujesz gumę? – zapytał od razu Luke, gdy w końcu się do niego dodzwoniłam.

       Wcześniej nagrałam mu już w poczcie głosowej dwie wiadomości, które jak miałam nadzieję, brzmiały beztrosko, ale widocznie usłyszał w moim głosie, że żuję Big Red.

       - Co w tym dziwnego? – odparowałam obronnym tonem. – Wiesz, czasami żuje się gumę.

       Milczał chwilę, tak abym mogła w pełni pojąć, jak głupio zabrzmiały moje słowa. Potem spytał:

       - Co się dzieje?

       Powiedziałam mu. I odwinęłam następny listek gumy. Zanim zdążyłam wsadzić ją do ust, zapewnił mnie, że wróci do domu, weźmie błyskawiczny prysznic i spotka się ze mną możliwie jak najszybciej. Teraz jednak, gdy na parking restauracji wjechała furgonetka subaru z rejestracją Connecticut, wiedziałam, że to nie było wystarczająco szybko.

       Nie widziałam ojca od września ubiegłego roku, kiedy przyjechał tu z Benjim i Leah na weekend Święta Pracy. Zatrzymali się wtedy w domu panny Ruth, chociaż w tatmtym czasie ona przeniosła się już do ośrodka stałej opieki medycznej, i zjedliśmy razem obiad w tej samej restauracji. Żyłam wówczas w szaleńczym wirze przygotowań do złożenia podania na studia, więc większość posiłku spędziłam na omawianiu z ojcem strategii działania. Do tego stopnia, że w gruncie rzeczy było mi przykro wobec Leah i Benjiego, którzy najwyraźniej nie byli tak zafascynowani kwestią esejów i wcześniejszego przyjęcia na uczelnię jak my, więc wyszli na spacer po nabrzeżu, kiedy mieli już dość przysłuchiwania się naszej dyskusji. Musiałam jednak przyznać, że sprawiała mi przyjemność skupiona na mnie uwaga ojca, a także ten nasz wspólny projekt. Byłam szczęśliwa, że dzielę z nim cokolwiek innego niż tę dziwaczną, nieco wstydliwą historię jego nieudanego ojcostwa.

       Przewinęłam szybko taśmę pamięci do przodu, do kwietnia i tego ostatniego mejla ojca, po którym nastąpił długi okres milczenia. Teraz moje wspomnienia przybrały odmienny odcień. Gdy ojciec parkował samochód w odległości kilku rzędów ode mnie, odpakowałam kolejny listek gumy. Bolały mnie już szczęki, a guma wypychała policzek, więc tym razem miałam dość rozsądku, by jeszcze nie pogarszać i tak już złej sytuacji. Położyłam paczkę gumy na desce rozdzielczej, a kulkę, którą miałam w ustach, wyplułam do papierowej chusteczki. Bez gumy moje usta wydały mi się nagle wielkie i swobodne, jakbym mogła powiedzieć wszystko.

       Gdy tylko wysiadłam z samochodu, ujrzałam Theo, tego chłopaka z domu Sand Dollars. Mój pech. Gość wysiadał z białej furgonetki stojącej kilka pustych miejsc dalej, trzymając przy uchu komórkę.

       - Dobrze – usłyszałam, zatrzaskując drzwi  samochodu. – Dwie porcje satay z kurczaka, duża sałatka Cezara bez oliwek i jedna pizza margherita. Rozumiem. Coś jeszcze?

       Gdybym ruszyła teraz w stronę restauracji, zobaczyłby mnie, a i bez tego miałam wystarczająco wiele problemów. Tak więc gdy mnie mijał, odczekałam, przeglądając się w pokrytym śladami palców wstecznym lusterku. Kto je tak uświnił? Kusiło mnie, żeby obwinić Morrisa, ale wiedziałam, że to tylko odruch przyzwyczajenia.

       - Emaline?

       Cholera, pomyślałam, przybierając na twarz wyraz zaskoczenia i odwracając się.

       - Och, cześć – powiedziałam. – Jesteś Theo, prawda?

       Skinął głową.

       - Musimy przestać się tak często spotykać.

       To była dziwna uwaga i miałam pewność, że on – sądząc z tego, jak się lekko zaczerwienił – uświadomił to sobie prawie równocześnie ze mną. Jednak z tym rumieńcem wyglądał uroczo, jakby zakłopotanie działało na jego korzyść.

       - A więc – zagadnęłam – jak idzie ten projekt filmu o Clydzie?

       - Dobrze, naprawdę dobrze – odrzekł i odstąpił na bok, przepuszczając po prawej bmw szukające miejsca do zaparkowania. – W tym tygodniu przeprowadziliśmy kilka świetnych wywiadów z tutejszymi mieszkańcami. Wcześniej z jakiegoś powodu wielu z nich się przed tym wzdragało.

       - Naprawdę?

       Przytaknął.

       - Ivy mówi, że często tak bywa w wiejskich rejonach, kiedy przyjeżdża się tam i wypytuje o kogoś. W grę wchodzi instynkt chronienia danej osoby, chęć trzymania obcych na dystans.

       - Albo może – podsunęłam – chodzi po prostu o to, że nikt nie ma nic do powiedzenia.

       - Och, wątpię. – Przeczesał palcami włosy. – Historia Clyde’a Conawaya jest naprawdę ciekawa. Nawet jeśli jej częścią jest to, że nikt nie chce o tym mówić. Właściwie pomyślałem sobie, że powinienem się skontaktować z...

       - Emaline!

       Odwróciłam się i zobaczyłam Benjiego, jakieś trzydzieści centymetrów wyższego niż ostatnim razem. Biegł prosto ku mnie tym niezdarnym krokiem dziesięciolatka. Uśmiechał się radośnie, a zbyt długie włosy spadały mu na twarz. Gdy znalazł się na odległość wyciągniętej ręki, rzucił mi się w ramiona i objął w pasie.

       - Cześć – powiedziałam, zaskoczona tym nieoczekiwanym objawem uczucia. Benji zawsze był uroczy, ale widzieliśmy się zaledwie kilka razy i to w wielomiesięcznych odstępach. – Jak się masz?

       - Dobrze – odpowiedział, wciąż obejmując mnie mocno.

Popatrzyłam nad jego głową w stronę subaru, przy którym stał mój ojciec z kluczykami w ręku i przyglądał się nam. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, ruszył w moim kierunku, jakby musiał się najpierw upewnić, że to rzeczywiście ja.

- Jechaliśmy samochodem całą wieczność – dodał Benji.

- Na pewno – przytaknęłam.

Zmierzwiłam mu włosy, bo jak sądziłam, właśnie tak robi się z dziećmi w jego wieku. Widocznie rzeczywiście tak jest, bo puścił mnie, cofnął się i spojrzał wprost na Theo. Nie planowałam żadnych prezentacji, ale teraz wydawały się nieuniknione.

- Ee... – wystękałam, będąc aż nadto świadoma tego, że ojciec podchodzi coraz bliżej – to mój brat Benji. Benji, to Theo.

Rzucili sobie nawzajem „cześć”, a potem ojciec dołączył do nas. W przeciwieństwie do Benjiego wcale się nie zmienił od ostatniego spotkania. Miał te same okulary w czarnych oprawkach i taki sam ubiór: białą koszulę, dżinsy i mokasyny bez skarpetek.

- Cześć – przywitał mnie i objęliśmy się szybko, niezręcznie. – Jak się masz?

- Dobrze – odrzekłam, uwalniając się z tego uścisku. – A jak wam minęła podróż?

- Świetnie. Najtrudniej było wydostać się z miasta. Szosa GW była zakorkowana przez wiele mil.

Theo się uśmiechnął.

- Jak zawsze – zauważył.

Mój ojciec spoglądał na niego przez chwilę, po czym wyciągnął rękę.

- Jesteś Luke, prawda?

- Właściwie nie – powiedziałam szybko. - To Theo. Przyjechał tu na lato.

- Z miasta – domyślił się ojciec.

- Studiuję na Uniwersytecie Nowojorskim – oznajmił Theo.

- Co studiujesz?

- Jestem na wydziale filmowym. Przebywam tutaj na stażu u reżyserki kręcącej filmy dokumentalne.

- Naprawdę? – Ojciec wydawał się zaskoczony. I co dziwne, zadowolony. – Znam ich kilka. U której?

- U Ivy Mendelson.

- Droga Coopera - powiedział ojciec, a Theo przytaknął z uśmiechem. – Widziałem ten film parę lat temu na festiwalu filmowym Tribeca. Co ją sprowadziło do Colby?

- Projekt filmu o malarzu Clydzie Conawayu – wyjaśnił Theo. – On pochodzi stąd. Tak więc przeprowadzamy wywiady w środowisku, gromadzimy materiały filmowe.

- Oczywiście, oczywiście. – Ojciec popatrzył na mnie i uśmiechnął się. Nie byłam pewna, co tu jest grane. Potem zwrócił się do Theo: - A więc... dołączysz do nas na obiedzie?

W tym momencie usłyszałam klakson, a potem narastający warkot silnika. Nie musiałam się nawet odwracać, by wiedzieć, że to Luke. Jego ciężarówka już od kilku miesięcy miała obluzowaną rurę wydechową i słyszałam to teraz głośno i wyraźnie, gdy wjechał na wolne miejsce na parkingu gdzieś za moim samochodem. Rozległo się trzaśnięcie drzwi kabiny, a potem  brzęk kluczyków. Lubił nimi podzwaniać.

- Właściwie przyjechałem kupić trochę jedzenia na wynos – odpowiedział Theo. – Już trzeci wieczór z kolei. Ivy jest przekonana, że ta restauracja to jedyne miejsce na wyspie, w którym można dostać coś innego niż burgery z krewetkami.

- Ma rację – rzekł ojciec, chociaż nie mieszkał tu od czasu sprzed moich narodzin.

- Czy ktoś mówił o burgerach z krewetkami?

Oczywiście to był Luke, który wolnym krokiem wyszedł zza moich pleców. Miał wilgotne włosy, a skórę czerwoną od przebywania przez cały dzień na słońcu. Mimo woli zdałam sobie sprawę, że my dwoje jesteśmy jedynymi dorosłymi, którzy nie noszą modnych okularów.

- Cześć – rzuciłam, gdy wziął mnie za rękę.

Przez chwilę staliśmy wszyscy w milczeniu, spoglądając na siebie. Potem Luke, który potrafił w każdej sytuacji znaleźć się towarzysko, wyciągnął drugą rękę do Theo i powiedział:

- Jestem Luke.

- Theo.

- A pan jest zapewne ojcem Emaline – ciągnął Luke. Obaj oficjalnie uścisnęli sobie dłonie. Potem wskazał na Benjiego. – A ten młody człowiek to Benji, prawda?

- Aha – odrzekł chłopiec, już uśmiechając się promiennie.

Psy i dzieci przepadały za moim chłopakiem. To niezbity fakt.

- Jak minęła podróż? – zapytał ojca.

- Zbyt duży ruch na moście – powiedział Theo.

- Och, zawsze się tak dzieje w porze końca pracy – rzekł Luke. – Wszyscy jednocześnie wracają do swoich domów na wyspie.

Przygryzłam wargę, nie chcąc go korygować. Most to most, w Nowym Jorku czy Colby. Prawda?

- Musimy już wejść do środka – powiedziałam zamiast tego. – Restauracja szybko się zapełnia.

- Istotnie – przyznał Theo.

       - To ci bardziej snobistyczni turyści – rzekł Luke. – Uważają, że to jedyne miejsce, w którym mogą dostać coś odpowiadającego ich wyrafinowanym gustom.

       Nie patrzyłam, ale byłam pewna, że po tych słowach ojciec i Theo wymienili spojrzenia. Powiedziałam:

       - No cóż, nie mam wyrafinowanego smaku, ale uwielbiam chleb z oliwkami.

       Nikt tego nie skomentował. Ruszyliśmy w kierunku restauracji. Benji szedł obok mnie i ujął mnie za drugą rękę. Nie wiedziałam, co ma oznaczać ten nagły wybuch braterskich uczuć, ale to było miłe. Poza tym w grupie zawsze raźniej.

       Gdy weszliśmy do środka, hostessa, licealistka z widocznymi liniami opalenizny, rzekła do nas z uśmiechem:

       - Witamy w restauracji Reef Room! Obiad dla pięciu osób?

       - Ja nie jem, biorę tylko dania na wynos – wyjaśnił Theo, a potem zwrócił się do mojego ojca i Luke’a: - Miło było was poznać.

       - I wzajemnie – odrzekł ojciec. – Postaram się zobaczyć ten film dokumentalny, kiedy już zostanie ukończony.

       - Namawiam.

       Powiedziawszy to, Theo skinął nam ręką na pożegnanie i oddalił się do zapełnionego w połowie baru. Hostessa wzięła karty dań i poprowadziła nas do wielkiego boksu przy oknie. Po drodze Luke nachylił się do mojego ucha.

       - Co to za gość w tych dziewczyńskich dżinsach?

       Oczywiście to pierwsze, co zauważył.

       - Poznałam go przed kilkoma dniami, przywożąc poczęstunek dla VIP-ów. Przyjechał tu, pracując dla jakiejś reżyserki filmowej. 

       - Ivy Mendelson – uściślił ojciec zza naszych pleców. – To bardzo utalentowana reżyserka.

       - Kto z miejscowych lubiłby satay z kurczaka – dorzuciłam.

       Hostessa uśmiechnęła się do mnie szeroko. Już któryś raz, odkąd tu weszliśmy, pożałowałam, że nie mam więcej gumy do żucia.

       – Usiądźmy.

       Wśliznęłam się na krzesło przy oknie i zanim się obejrzałam, usiadł przy mnie Benji. Luke’owi pozostało więc zajęcie miejsca obok mojego ojca, po drugiej stronie stołu. Wyglądało to jak jakaś nadzwyczaj dziwaczna podwójna randka.

       - Ja chcę burgera z krewetkami – oznajmił Benji, nawet nie otwierając menu.

       - Brawo, stary – powiedział Luke. Uniósł rękę i przybili piątkę. – Mają tu naprawdę smaczne. Nie za dużo ciasta i sosu koktajlowego. Tylko nie bierz ze smażonymi krążkami cebulowymi, są za cienkie.

       Mój ojciec spoglądał teraz na Luke’a tak, jakby nie był całkiem pewien, do jakiego gatunku go zaliczyć.

       - Luke jest ekspertem w dziedzinie burgerów z krewetkami – wyjaśniłam.

       - Ważna jest wielkość krewetki, ilość ciasta, a także majonezu w sałatce colesław – dodał Luke. – Kiedy wszystkie te trzy sprawy są w porządku, otrzymuje się... ideał!

       Benji się roześmiał.

       - Lubię wszystko co smażone.

       - Popieram – rzekł Luke. – W zeszłym roku jadłem na kiermaszu smażone herbatniki czekoladowe Oreo. Były super.

       Ojciec popatrzył w stronę baru, najwyraźniej już tęskniąc za Theo.

       - Jadłeś burgera na lunch – zwrócił się do syna. – Myślę, że powinieneś teraz raczej zamówić  sałatę i coś z niewielką ilością białka zwierzęcego.

       - Ale ja chcę burgera z krewetkami.

       - Benji. – W głosie ojca zabrzmiało nieznaczne napięcie. – Sałata i białko zwierzęce. Zamów rybę albo kurczaka. Żadnej smażeniny.

       Poczułam szturchnięcie w goleń, ale nie podniosłam wzroku, żeby napotkać spojrzenie Luke’a. Nawet nie patrząc, mogłam sobie wyobrazić jego minę. Najpierw gość w dziewczyńskich dżinsach, a teraz to. Początek tego spotkania nie rokował dobrze. Benji natomiast wydawał się bliski łez.

       - Satay z kurczaka jest dobre – rzekłam do niego. – Zawsze je zamawiam.

       Wiedziałam, że Luke patrzy na mnie zaskoczony, bo było to jawne kłamstwo. Na szczęście po chwili powiedział:

       - Ona ma rację. Jest fantastyczne.

       - A więc, Luke – odezwał się nagle ojciec, zamykając menu – czy ty też idziesz tej jesieni na studia?

       - Tak, proszę pana. Na Uniwerytet East. Tak jak Emaline.

       Luke był najbardziej miłą i przyjacielską osobą, jaką znałam, ale nawet jeśli się o tym nie wiedziało, z jego tonu i miny wynikało jasno, że po prostu szczerze i uprzejmie odpowiedział na pytanie. Jednak mój ojciec miał taki wyraz twarzy, jakby Luke walnął go pięścią. Poczerwieniał, odkaszlnął, a potem szybko spuścił wzrok na swoje menu. Sam poruszyłeś ten temat – pomyślałam. – Nie trzeba było pytać, jeżeli nie potrafisz znieść odpowiedzi.

       Przez minutę siedzieliśmy w ciszy, która wydawała się ciężka jak głaz. Z drugiej strony jednak, odczuwałam niejaką satysfakcję, że ta kwestia w końcu wprawiła ojca w zakłopotanie. Lecz to zakłopotanie stawało się z każdą chwilą coraz gorsze do zniesienia. Boże, proszę – pomyślałam błagalnie – spraw, abyśmy porozmawiali o czymś innym. O czymkolwiek.

       Widocznie Bóg słuchał, bo w tym momencie rozbrzmiał sygnał komórki, melodią dziwnie (i irytująco) znajomą: The Mexican Hat Dance.

       Spojrzałam na Luke’a – który słynął z koszmarnych wyborów dzwonków – ale przecząco potrząsnął głową. To nie mogła być komórka ojca. A może jednak? Lecz po chwili Benji wyciągnął swoją z kieszeni.

       - Nie przy stole – rzucił odruchowo ojciec.

       - Ale to mama – powiedział chłopiec.

Przez chwilę spoglądali na siebie, ledwie zwracając uwagę na mnie i Luke’a. Potem Benji odebrał połączenie.

       - Halo... Tak, cześć... Nie, właśnie usiedliśmy do obiadu...

       Ojciec odwrócił się na krześle i powiódł wzrokiem po sali.

       - Czy jest tu jakaś kelnerka?

       - Znajdę którąś – zaofiarował się Luke. – I tak muszę pojść do toalety.

       Powiedziawszy to, wstał i odszedł, a ja bardziej niż czegokolwiek na świecie zapragnęłam  pójść z nim. Benji nadal rozmawiał przez telefon.

       - ...burger z krewetkami, ale tata powiedział, że mam zjeść satay z kurczaka. – Ojciec spojrzał na niego, teraz już wyraźnie zirytowany. – Co? Och, Emaline i jej chłopak. Luke.

       - Benji.

       - On jest naprawdę super. On...

       - Benji!

       Tym razem przestał rozmawiać.

       - Co?

       - Nie używamy telefonu w restauracji. Wyjdź na zewnątrz. Albo przynajmniej na przód sali.

       Chłopiec spojrzał na mnie, jakby szukał potwierdzenia tego polecenia. Ale kiedy go nie wyraziłam - to nie moja rola ani nawet nie moja rodzina – w końcu wstał.

       Ojciec przyglądał się z ustami zaciśniętymi w wąską linię, jak Benji kluczy między stolikami w kierunku stanowiska hostessy.

       - Te telefony komórkowe doprowadzają mnie do szału – oświadczył.

       - Nie zauważyłeś, że w dzisiejszych czasach mają je nawet dzieciaki w jego wieku?

       - On ma swój od niedawna. Kiedy Leah i ja zdecydowaliśmy się na separację, uznaliśmy, że dzięki temu będzie nam obojgu łatwiej pozostawać z nim w bliskim kontakcie.

       Separację?

       - Czy mogę podać państwu coś do picia? – zapytała kelnerka, która pojawiła się wreszcie i stanęła przy końcu stołu.

       - Dla mnie woda – rzuciłam zbyt szybko.

       Ojciec po przejrzeniu listy gatunków piwa poprosił o to z jakiegoś niewielkiego browaru, o którym nigdy nie słyszałam. Gdy kelnerka odeszła w kierunku baru, oboje milczeliśmy przez chwilę. W końcu przełknęłam nerwowo ślinę i powiedziałam:

       - Nie zdawałam sobie sprawy, że ty i Leah...

       Ojciec podniósł wzrok znad listy piw i spojrzał mi w oczy. Nagle zrozumiałam, dlaczego miał bardziej znużony wyraz twarzy i dlaczego wydał mi się postarzały.

       - Zdecydowaliśmy się przed kilkoma miesiącami. Benji jeszcze o niczym nie wie.

       Skinęłam głową, a jednocześnie rachowałam w myśli. Kilka miesięcy temu właśnie przyjęto mnie na Uniwersytet Columbia. A zatem to były owe nieprzewidziane okoliczności, które zmusiły go do przysłania mi jego własnej wersji formułki: „Z żalem informujemy...”

       - Przykro mi.

       - Cóż... – Odchrząknął. – No tak. Dziękuję.

       Kelnerka działająca teraz z obłędną prędkością wróciła z naszymi napojami. Ustawiła je na stole i spytała:

       - Czy czekamy na jeszcze dwie osoby?

       - One tu są – wyjaśniłam jej. – Tylko...

       - Proszę nam dać jeszcze pięć minut – wtrącił ojciec.

       Skinęła głową i znowu się wycofała, a ja patrzyłam, jak rzucił okiem na Benjiego, który siedział teraz na ławeczce przy frontowych drzwiach i, skubiąc but, rozmawiał z Leah.

       - Jak sobie radzi Benji? – zapytałam, wskazując go głową.

       - Niewątpliwie od jakiegoś czasu wyczuwa napięcie między nami dwojgiem. – Ojciec łyknął piwa, którego etykietka wyglądała jak abstrakcyjny obraz, cała w czerwonych i niebieskich zawijasach. – Zobaczymy jednak, jak zniesie tę wycieczkę. Przebywanie przez dłuższy czas z dala od matki.

       Nie byłam pewna, co ma na myśli, i jeszcze mniej pewna, czy chcę zapytać. Jednak to zrobiłam.

       - A więc... przyjechałeś tu na dłużej?

       Wypił kolejny łyk piwa.

       - Prawdopodobnie na całe lato. Jesienią znajdę jakieś mieszkanie i przeprowadzę się do miasta, a wtedy będę zabierał Benjiego tylko na weekendy. Jednak on jeszcze o tym nie wie.

       Znowu popatrzyłam na chłopca i pomyślałam o jego minie, kiedy nie mógł zamowić tego, co chciał. A to był tylko krewetkowy burger.

       - Co mnie ominęło? – zapytał Luke, wślizgując się z powrotem na swoje krzesło. – Oprócz zjawienia się kelnerki.

       Zamiast natychmiast mu odpowiedzieć, odwróciłam głowę i wyjrzałam przez okno na parking. W oddali widać było most wiodący na stały ląd, odcinający się łukiem na tle błękitu nieba. Samochody nadjeżdżały i odjeżdżały. Istotnie, most to tylko most. Liczyło się jedynie to, że pozwala jakoś przewozić cenne ładunki z jednego solidnego miejsca do drugiego, bezpieczne przed tym, co leży poniżej.

 

*  *  *

 

       - O rany – powiedział Morris. – To po prostu pokrojone.

       Siedzieliśmy na cyplu, pasku plaży na zachodnim krańcu Colby, pochłanianym powoli przez ocean. Nie było tam wiele więcej oprócz końca drogi dojazdowej, pozostałości po ogniskach oraz – w noce weekendów i letnich wakacji – niemal wszystkich z mojego liceum.

       Dzisiejszy wieczór nie stanowił wyjątku. W odległości kilkudziesięciu metrów widniała sterta drewna wyrzuconego na brzeg, a na przyległym skrawku plaży leżała na boku przewrócona beczułka. Wokoło kłębili się ludzie, ale Morris i ja mieliśmy ten mały spłacheć piasku tylko dla siebie.

       - Pokrojone? – powtórzyłam. – Co to, u licha, ma znaczyć?

       Przechylił czerwony plastikowy kubek, dopijając jego zawartość.

       - Pokrojone. No wiesz, jakby zwariowane. Cudaczne. Dziwne.

       - Po prostu to zmyśliłeś.

       - Nie.

       Popatrzyłam na niego, nie całkiem przekonana. Morris stale wymyślał własne wyrażenia, a potem przysięgał, że należą do ogólnego leksykonu, jakby przez sam fakt pojawienia się w jego głowie rzeczywiście istniały dla reszty. Pokrojone, jasne.

       Nie chciałam jednak rozmyślać o zawartości głowy Morrisa. Nie miałam ochoty myśleć w ogóle o czymkolwiek i właśnie głównie dlatego znalazłam się tutaj, mając między stopami gruby kubek taniego beczkowego piwa. Piłam już drugie, jednak wciąż nie mogłam się pozbyć nieprzyjemnego smaku obiadu w restauracji Reef Room. I nie chodziło jedynie o satay z kurczaka.

       To spotkanie już od samego początku przebiegało bardzo dziwnie. Natknięcie się na Theo na parkingu, nieoczekiwane objawy przywiązania Benjiego do mnie, wyjawiona przez ojca zaskakująca wiadomość o końcu jego małżeństwa. Nagle wszystko nabrało sensu: jego dziwna reakcja sprzed kilku miesięcy na fakt przyjęcia mnie na Uniwersytet Columbia, nieoczekiwane wycofanie się ze wszystkiego, co wcześniej mi obiecał. Ale dlaczego po prostu nie powiedział mi prawdy? Poza tym było jeszcze to, że kiedy porzuci mojego przyrodniego brata i przeniesie się do Nowego Jorku, Benji będzie niewiele starszy, niż ja byłam, kiedy ojciec po raz pierwszy postanowił pojawić się w moim życiu. Tkwiło w tym coś symbolicznego, jednak starałam się o tym nie myśleć. Zamiast tego podniosłam kubek z piwem i pociągnęłam kolejny długi łyk.

       Wcześniej w restauracji ojciec, oznajmiwszy  bombową wiadomość, zaczął uprzejmie  wypytywać mnie, jak radzi sobie moja rodzina. Ja z kolei zapytałam go o plany na lato. Poruszaliśmy te łatwe i bezpieczne dla nas wszystkich tematy, jedząc zamówione dania, podczas gdy wokoło w boksach, barze i przy stolikach gromadziło się coraz więcej gości. Kiedy przyniesiono nam rachunek, restauracja była już zatłoczona i gwarna, a mnóstwo ludzi czekało na wolne miejsca.

       - O rany – powiedział ojciec, gdy przeciskaliśmy się przez tłum w kierunku wyjścia. – To rzeczywiście popularny lokal.

       - Szczyt sezonu – wyjaśniłam. – Wszędzie jest tłok.

       Szłam tuż za nim z Benjim trzymającym mnie za rękę, a Luke zamykał pochód. Wcześniej denerowałam się tym, jak przebiegnie ten obiad i czy atmosfera nie będzie niezręczna, ale kiedy ojciec powiedział mi o separacji, nie potrafiłam myśleć o niczym innym. Dlaczego musiałam dowiedzieć się o życiu Benjiego czegoś, o czym on jeszcze nie wie? Wcale nie pragnęłam znaleźć się w takim położeniu, nawet jeszcze zanim uczepił się na stałe mojej ręki. Może to był sposób mojego ojca przeproszenia mnie za wszystko, co się wcześniej między nami wydarzyło, bez powiedzenia tego wprost. Moim zdaniem, mógłby równie dobrze darować to sobie. Znowu pożałowałam, że nie mogę po prostu raz na zawsze zerwać wszelkie związki z nim. Ale tak czy inaczej, nie miałam wyboru.

       Kiedy znaleźliśmy się znowu na parkingu, powiedział, wyjmując kluczyki:

       - No cóż, chyba powinniśmy już ruszać do North Reddemane. Odkąd lokatorzy wyprowadzili się z domu, płacimy komuś, żeby w nim sprzątał, ale w gruncie rzeczy trudno powiedzieć, w jakim stanie go znajdziemy.

       - Lokatorzy to przekleństwo dla domów – wtrącił Luke.

       Benji podskakiwał obok mnie w niezgrabny dziecięcy sposób.

       - Och, czyżby? – rzucił ojciec.

       - W każdym razie tak mówi babka Emaline – wyjaśnił Luke. Gdy tylko zobaczył swoją ciężarówkę, wyciągnął kluczyki i zaczął nimi podzwaniać. Doprawdy, to u niego rodzaj odruchu warunkowego. – Jednak najprawdopodobniej nie będą to szkody, których nie zdołałby pan sam naprawić.

       - Nie znam się na tym – odparł ojciec. – Nie mam do tego drygu.

       Zobaczyłam, że Luke rzucił mu spojrzenie wyrażające lekkie politowanie. Czegoś takiego nie spodziewałabym się dwie godziny wcześniej, jeszcze przed obiadem. Wtedy mój ojciec i Theo byli ekspertami, znajdowali wspólny język, a Luke za nimi nie nadążał. A teraz sytuacja się odwróciła i nagle ujrzałam ojca w sposób, w jaki, co sobie uświadomiłam, mój chłopak widział go od początku: jako tego, który powinien czuć się zakłopotany. A to z kolei wprawiło w zakłopotanie mnie. Najwidoczniej byłam teraz odpowiedzialna za nich wszystkich.

       - Miło było pana poznać – powiedział Luke i wyciągnął do niego rękę, a ojciec ją uścisnął. – I dziękuję za obiad.

       - Nie ma za co.

       - Czy pojedziesz z nami do tego domu? – spytał mnie Benji.

       - Ee... – Zerknęłam na Luke’a. - Chyba nie. W każdym razie nie dziś.

       - Emaline ma swoje życie – powiedział ojciec. – Zachowała się bardzo uprzejmie, spotykając się z nami, chociaż tak późno ją zawiadomiliśmy.

       Benji popatrzył na mnie, mrużąc oczy przed promieniami zachodzącego słońca. Był moim bliższym rodzeństwem niż Amber czy Margo, przynajmniej w sensie genetycznym. Ale wcale go nie znałam.

       - Do zobaczenia wkrótce – powiedziałam do niego. – Zagramy w minigolfa czy coś podobnego.

       - Tak? – spytał podekscytowny. – To byłoby naprawdę super!

       - Uważaj na nią, kiedy będzie miała w ręku kij golfowy – poradził mu Luke, celując we mnie palcem. – Jest wtedy śmiertelnie niebezpieczna.

       - To było tylko raz – zaprotestowałam.

       Benji szeroko otworzył oczy.

       - A co się wtedy stało?

       Spojrzałam na Luke’a.

       - Niechcący uderzyłam go w czoło przy dołku z wiatrakiem – wyjaśniłam.

       - Trafiła w jedno ze skrzydeł wiatraka i piłka odbiła się prosto we mnie – uściślił Luke, zawsze pogodny. Wskazał palcem na środek swojego opalonego czoła. – Przez wiele tygodni miałem tu okrągły ślad!

       Benji się roześmiał, ponieważ to oczywiście była historia, o jakich dziesięciolatki uwielbiają słuchać. Ojciec zmusił się do uśmiechu.

       - No, stary – rzekł do syna. – Ruszajmy.

       - Dobrze – powiedział Benji i podszedł do niego, sprawiając, że ojciec i ja znaleźliśmy się jakby w dwóch oddzielnych obozach. Naturalny porządek rzeczy został przywrócony. – Do zobaczenia wkrótce – rzucił do mnie i Luke’a.

       - Na pewno – odrzekł mój chłopak.

       - Bezpiecznej jazdy – powiedziałam.

       A potem to spotkanie wreszcie się skończyło. Trwało tylko półtorej godziny, ale byłam po nim kompletnie wypompowana. Czułam to w kościach.

       Jednak po przejściu kilku kroków odwróciłam się i znowu na nich spojrzałam. Benji dobiegł już do subaru, a ojciec szedł za nim powoli, niemal ciężko. Gdy na niego patrzyłam, potarł kark, jakby poczuł mój wzrok.

       - Sprawdź klamki! – krzyknęłam do niego.

       Odwrócił się.

       - Co?

       Odchrząknęłam.

- Klamki. W wynajmowanych domach one najczęściej psują się i odpadają. Zwłaszcza przy drzwiach prowadzących na plażę. Nie chciałbyś przecież, żeby oderwała się klamka od zewnątrz, uniemożliwiając ci dostanie się do środka.

Przez chwilę spoglądał na mnie w milczeniu, a ja zastanawiałam się, dlaczego w ogóle mu to mówię. W oddali Benji wystawiał ręce w górę, a  wiatr znad drogi na grobli zwiewał mu włosy z twarzy.

- Dobrze – odrzekł wreszcie ojciec. – Dziękuję.

       Kiwnęłam głową i zawróciłam do mojego samochodu, przy którym czekał na mnie Luke. Klamki? – pomyślałam. – Doprawdy?. Ale chodziło o to, że nie mówiłam biegle w języku ojca, nie miałam pojęcia, jak z nim rozmawiać. Trzymamy się tego, co znamy.

       Teraz na cyplu Morris znowu podniósł swoje piwo.

       - To nie twój problem – rzekł do mnie.

       Spojrzałam na niego.

       - Co nie jest moim problemem?

       - Jego małżeństwo. Czy jego relacja z synem. – Pociągnął łyk i przełknął. – Ani jedno, ani drugie.

       Morris mógł być tępy. No dobrze, Morris najczęściej rzeczywiście był tępy. Ale czasami, gdy byłam już gotowa całkiem go skreślić, mówił nagle coś, co mnie zaskakiwało. I co jeszcze bardziej zaskakujące, pomagało mi.

       - Więc dlaczego czuję się, jakby to jednak był mój problem? – spytałam.

       - Bo zrzucił cały ten szajs na ciebie. To totalnie nie w porządku. – Wypił następny łyk piwa. Bóg jeden wie, ile już wypił. Wydawało się, że Morris nigdy się nie upijał, tylko mówił wtedy jeszcze wolniej niż zwykle. Kiedy był już naprawdę nawalony, zapadał w milczenie. – Twojego ojca nie było przy tobie, kiedy go potrzebowałaś, więc nie musisz teraz martwić się jego kłopotami. Tylko to się liczy.

       Milczałam ostrożnie, jak zawsze kiedy w rozmowie zbliżyliśmy się do tematu ojca Morrisa. Wiedziałam o nim tylko tyle, że zawsze jeździł chevroletem Monte Carlo o niskim zawieszeniu i przyjeżdżał nim czasami, żeby zobaczyć się z Morrisem – przed kilkoma laty, kiedy byliśmy sąsiadami. To był lśniący czerwony wóz z odtwarzaczem stereo, którego basy dudniły tak głośno, aż dzwoniło w uszach. Widziało się, że właściciel traktuje ten samochód jak ukochane dziecko, miłośnie troszczy się o niego. Stanowiło to ostry kontrast wobec tego, jak traktował swoje prawdziwe dziecko. Morris bardzo często siedział godzinami na frontowych schodkach, daremnie czekając na weekendową wizytę ojca, aż w końcu wracał do domu, wlokąc za sobą podręczną torbę podróżną. Po tym jak Morris z mamą wyprowadzili się z mojej okolicy, jego ojciec przeniósł się gdzieś na północ kraju i odtąd nie kontaktował się z nimi. Wiedziałam jednak, że kiedy w trakcie tygodni poprzedzających uroczystość ukończenia liceum nieustannie sprawdzałam skrzynkę mejlową, szukając odpowiedzi na moje zaproszenia, to właśnie Morris powiedział mi, żebym dała sobie z tym spokój, że nie warto tracić czasu. Mógł być pod wieloma względami ignorantem, ale znał bezsens wyczekiwania.

       W przeciwieństwie do Luke’a, który znalazł się teraz nagle tuż za mną i przesunął dłońmi w dół moich pleców.

       - Co wy dwoje tu robicie z takimi poważnymi minami? – spytał. – Rozważacie problemy wszechświata?

       Zerknęłam na Morrisa, który dopijał piwo.

       - Coś w tym rodzaju – odparłam.

       Luke zachichotał, a potem klapnął obok, objął mnie i przyciągnął do siebie. Wiedziałam, że się upił. Bywał wtedy uroczy, ale ostatnio zdarzało się to zbyt często, więc teraz mnie rozdrażniło; po prostu zjawił się w złym momencie. Próbowałam otrząsnąć się z tego wrażenia, a tymczasem Morris wstał.

       - Idę po następne piwo – oznajmił. Spojrzał na mnie. – Ty też chcesz?

       Przecząco pokręciłam głową.

       - Porozmawiamy później?

       - Porozmawiamy później - powtórzył.

       Zawsze tak mówiliśmy, to był nasz sposób pożegnania, pochodzący z czasów, kiedy Morris mieszkał w sąsiedztwie. Byliśmy wtedy dziećmi, mieliśmy mnóstwo czasu i spędzaliśmy razem całe dnie – jeździliśmy autobusem do szkoły, a potem wracaliśmy do domu i bawiliśmy się na drodze na grobli za naszymi posesjami. Morris często jadał u nas obiad, a później zostawał, by oglądać telewizję i wracał do siebie dopiero wtedy, kiedy nadchodziła pora, bym położyła się spać. Ale kiedy wreszcie wychodził na dwór i przemierzał po trawie krótki odcinek do swojego domu, nigdy nie wydawało się to całkowitym końcem naszego spotkania. Raczej przerwą, dopóki nie zaczniemy następnego dnia. „Porozmawiamy później”. Zawsze tak robiliśmy.

       Teraz skinął mi głową i odszedł wielkimi krokami przez piasek. Patrzyłam, jak się oddala, a Luke przyciągnął mnie jeszcze bliżej i pocałował w czubek głowy.

       - Naprawdę miałaś bardzo poważną minę. Wszystko w porządku?

       - Chyba tak. – Dotknęłam wyrzuconego przez morze kawałka drewna leżącego przy moich nogach. – Wciąż jestem wkurzona moim ojcem i całą tą sprawą.

       - Rozumiem. – Milczał chwilę, a potem rzekł: - Wiem, to zabrzmi dziwnie. Ale fakt, że jednak ci o tym powiedział... wydaje się super. Jakby cię do czegoś dopuścił.

       Zamrugałam, zastanawiając się nad tym.

       - Do czego?

       Wzruszył ramionami.

       - Nie wiem. Do swojego życia, swojego małżeństwa. To w pewnym sensie postęp, nie sądzisz? Po tym, jak cię wcześniej wykluczył, teraz chce cię w to włączyć.

       Nie, pomyślałam. Ale na głos powiedziałam:

       - Być może.

       To było tak odmienne od tego, co przed chwilą powiedział Morris, tak całkiem przeciwne, że chciałam, aby Luke wyjaśnił, co miał na myśli. Ale wtedy objął mnie i znów pocałował w szyję.

       - Moi starzy wychodzą dziś wieczorem z domu – powiedział z ustami przy moim obojczyku. – Chcesz się przekonać, czy tym razem damy się przyłapać u mnie?

       To była miła propozycja, na którą każdego innego dnia prawdopodobnie zgodziłabym się z entuzjazmem. Ale teraz nie miałam ochoty. Czasami myślałam, że Luke zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Lecz to nie był jeden z tych przypadków.

       - Być może – powiedziałam znowu, pozwalając, by wszystkie moje wątpliwości zawarte w tych dwóch słowach zawisły między nami.

       Nie wiedziałam, czy Luke mnie usłyszał, bo  wiatr się wzmógł, porywając nasze słowa. W pobliżu oceanu było tyle dźwięków. Szum wody, powietrza, nawet rozwiewanego piasku. Gdy szło się w głąb lądu, przyroda cichła, stłumiona przez beton i miejski krajobraz. Ale tutaj, na cyplu, można było zawsze liczyć na to, że zagłuszy prawie wszystko.

 

*  *  *

 

       Oczywiście rodzice Luke’a nas nie przyłapali. Zawsze był szczęściarzem.

Jechałam do domu tuż po północy, kiedy zapaliła się lampka rezerwy paliwa. Teraz już na pewno wrócę po domowej godzinie policyjnej, pomyślałam, skręcając na stację benzynową Gas/Gro. Właśnie zaczęłam tankować benzynę, gdy po drugiej stronie dystrybutora zatrzymała się  zakurzona, powgniatana furgonetka. Skrzypnęły  drzwi i wysiadł starszy facet z siwiejącymi włosami, w znoszonej czapce baseballowej z napisem RYBY.

Była jedna z tych gorących letnich nocy, kiedy wiatr ani trochę nie chłodzi, nawet jeśli wieje  prosto w twarz. W środku stacji benzynowej pracownik, przyciskając ramieniem komórkę do ucha, wkładał do automatu paczki papierosów, po jednej na raz.

       Kiedy licznik mojego dystrybutora doszedł do dwudziestu dolarów, zwolniłam przepływ paliwa i uważnie obserowowałam cyfry, żeby nie przekroczyć sumy, jaką miałam w kieszeni. Kątem oka widziałam, jak tamten facet wsunął w szczelinę dystrybutora kartę kredytową, a potem odkręcił korek wlewu paliwa w furgonetce. Zaczął także napełniać bak i przez chwilę staliśmy tam w ciszy, w której słychać było tylko tykanie odliczające litry i dolary.

       - Cześć, Clyde – rzuciłam w końcu.

       Podniósł na mnie wzrok.

       - Emaline. Jak ci leci?

       Odpowiedziałam kiwnięciem głowy i milczeliśmy przez kolejną minutę. Potem zapytałam:

       - Wiesz, że są tu jacyś ludzie kręcący film o tobie, prawda?

       Nie oderwał wzroku od dystrybutora.

       - Wydaje mi się, że zignorowałem kilka związanych z tym wiadomości w poczcie głosowej.

       - Oni sprawiają wrażenie dość upartych.

       Wzruszył ramionami.

       - Zobaczymy.

       Doszłam do dwudziestu pięciu dolarów, zatrzymałam dystrybutor i z powrotem zakręciłam korek wlewu. Jednocześnie spoglądałam na Clyde’a, który był w Colby taką samą instytucją jak molo czy smażony bekon w restauracji Last Chance. Dorastał w Colby, każdego lata wykonywał dla mojej babki roboty remontowe, a później miał zakład ramiarski, w którym mój tata  pracował, gdy był  w liceum. Widywałam go wystającego obok butiku Clementine’s przed sklepem rowerowym, który prowadził jeszcze dwa lata temu. Był rozpoznawany i wspominany przez wszystkich mieszkańców miasteczka, jednak w istocie nikt go dobrze nie znał, co zdawało mu się odpowiadać, odkąd przed dziesięcioma laty sprowadził się tu z powrotem z Nowego Jorku.

       Kiedy szłam zapłacić za benzynę, skinął mi głową, a ja odpowiedziałam mu gestem ręki. Z wnętrza stacji przyglądałam się, jak wsiadł do furgonetki, uruchomił silnik i wjechał na główną drogę. Może wracał do swojego domu w głębi wyspy, a może pojechał sprawdzić Washroom, całodobową pralnię automatyczną połączoną z barem, której był właścicielem. Tak czy owak, to jego sprawa, nie moja.

       Tego właśnie nie rozumiał Theo, a ja nie potrafiłam mu wyjaśnić, kiedy po raz pierwszy próbował mnie wypytywać. Co innego my wszyscy tutaj: mogliśmy zastanawiać się nad Clyde’em, snuć przypuszczenia na temat jego historii. Tak właśnie robią ludzie w małych miasteczkach, takich jak Colby. Ale kiedy ktoś obcy zaczyna rozpytywać wokoło, to całkiem inna sprawa. My tutaj, na wybrzeżu, rozumiemy, że każdy ma swoje sekrety. A jakiekolwiek ma Clyde, my nikomu ich nie zdradzimy.

Uwielbiam styl jakim piszę Sarah, jest to już jej kolejna książka, na której absolutnie się nie zawiodłam. Polecam ją przede wszystkim młodzieży, ale myślę że nieco starszym czytelnikom też mogłaby się spodobać. Jest lekka, dzięki czemu czyta się przyjemnie i szybko. Chciałabym jeszcze zaznaczyć, że powieść nie należy do najcieńszych, bo liczy prawie 450 stron! Mimo tego pochłonęłam ją w ekspresowym tempie. Bardzo serdecznie polecam wam "Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej" jak i inne powieści Sary Dessen! Jej książki powinien przeczytać każdy nastolatek!

Mi od razu bardzo się spodobała, do tego stopnia, że przeczytałam ją w parę godzin. Posiada niezwykły letni klimat, dzięki czemu czytając miałam wrażenie, że nadal trwają wakacje. Uwielbiam styl jakim piszę Sarah, jest to już jej kolejna książka, na której absolutnie się nie zawiodłam. Polecam ją przede wszystkim młodzieży, ale myślę że nieco starszym czytelnikom też mogłaby się spodobać. Jest lekka, dzięki czemu czyta się przyjemnie i szybko. Chciałabym jeszcze zaznaczyć, że powieść nie należy do najcieńszych, bo liczy prawie 450 stron! Mimo tego pochłonęłam ją w ekspresowym tempie. (...) Bardzo serdecznie polecam wam "Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej" jak i inne powieści Sary Dessen! Jej książki powinien przeczytać każdy nastolatek!

Książkę czytało mi się mozolnie, choć temat jest banalnie prosty. Ot, zwykła obyczajówka dla młodzieży. Jednakże jako, że od początku znałam jej fabułę i typ powieści- nie spodziewałam się za wiele po tej pozycji. Dlatego właśnie nie jestem zawiedziona ani zachwycona, jestem po prostu szczęśliwa, że miałam  okazję poznać styl pisarski autorki Sarah Dessen, którą kojarzyłam z poprzednich premier przy promocji "Teraz albo nigdy". (...) zdecydowanie polecam lekturę na taki wakacyjny klimat, najlepiej nadmorski, ponieważ akcja dzieje się właśnie na wyspie, gdzie taki plener jest bardzo dobrze opisywany. Nawet ja podczas czytania miałam wrażenie, że się tam przeniosłam i było mi tak samo duszno jak bohaterom w ich zamkniętym miasteczku nad oceanem.

Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej to wakacyjna lekka lektura idealna dla nastolatek - na pewno każda z nich znajdzie w niej coś dla siebie. Z ogromną przyjemnością przewracało mi się kartki tej powieści, ponieważ Sarah Dessen potrafi uzależnić swoim lekkim piórem jak mało kto. Podobał mi się także klimat tej książki; taki spokojny, wakacyjny, przy którym można się wyciszyć i zrelaksować.

Jak dotąd nie czytałam ani jednej książki tej autorki, a z opinii wynika, że mam czego żałować ponieważ Sarah Dessen to dobra pisarka, której powieści wart poznać (...) Ta książka to taka spokojna, wakacyjna opowieść o nastolatce wkraczającej powoli w dorosłe życie. Opowieść o jej radościach i smutkach, o marzeniach, o obawach, o rodzinie, o tym co przeżywa na co dzień. Jest to taka obyczajowa powieść dla nastolatków, choć dorośli także mogą po nią chwycić i z pewnością przeczytają ją z zainteresowaniem. Ja mimo tego, że trochę ponarzekałam to i tak czytałam ją z ciekawością, nie mogłam doczekać się, aby dowiedzieć się co się wydarzy dalej, co zrobi główna bohaterka jaką wybierze przyszłość, jak poradzi sobie z decyzjami, które musiała podjąć. Jeśli i wy jesteście tego ciekawi to jak najbardziej zapraszam do lektury tej książk.

Książka napisana w lekkim tonie. Łatwość pióra pisarki sprawiła, że momentami z szeroko otwartymi oczami obserwowałam, jak wprawnie potrafiła oddać daną sytuację, czy opisać poszczególne wydarzenia. (...) Nie znajdziecie w książce szybkiego, zwariowanego tempa i żywiołowej akcji niczym z filmów o wyścigach samochodowych. To nie ten typ- zupełnie. Jednak zdecydowanie odpoczniecie przy tej książce. Momentami zatrzymacie się, by pomyśleć nad zdaniem wypowiedzianym przez któregoś z bohaterów.

(… ) ta historia pokazuje, że więzi rodzinne są niezwykle ważne i sprawiają, że stajemy się tacy, a nie inni. Co więcej, uświadamia też jak ważna jest prawdziwa przyjaźń oraz miłość, nawet jeżeli nie trwa wiecznie. Jest to więc mimo pewnej schematyczności, niezwykle lekka książka, jaką czyta się w mgnieniu oka i sprawia, że na twarzy czytelnika wielokrotnie gości szeroki uśmiech, lecz co dziwne, bo tego się nie spodziewałam – pojawiają się też delikatne łzy wzruszenia. Jeżeli więc macie ochotę na jakąś przyjemną lekturę, to książki pani Dessen jest dla Was idealna.

(...) powieść tej autorki porusza ważne tematy, takie jak rodzina i rozłąka z nimi, miłość, marzenia, podążanie za celem i zmiany zachodzące w życiu każdego człowieka.
Z pozoru jest to książka o letniej miłości, pracy i plaży, ale kryje się pod tym wiele ważnych tematów, które są naszymi problemami.
Myślę, że warto przeczytać tę książkę, choćby dlatego, żeby poczuć letni klimat i nauczyć się czegoś.

Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej to szybka, łatwa w czytaniu książka. Nie należy jednak do tych ambitnych, jest mało wymagającą i przyjemną wakacyjną lekturą.Sarah Dessen porusza takie tematy jak przełamywanie stereotypów ukazanych poprzez kontrast pomiędzy mieszkańcami Colby a wczasowiczami z wielkich miast, spełnianie marzeń własnych a cudzych oraz chęć sprostania oczekiwaniom.

Książka ta jest niezobowiązująca, w gruncie rzeczy przyjemna i na pewno lekka. Sarah Dessen ma świetny styl, który spodobał mi się podczas czytania "Ktoś taki jak ty". Książki tej autorki czyta się bardzo szybko. Dlatego też jeśli szukacie książki na tak zwany "raz", to polecam Wam powieści Dessen. Chociaż są one kierowane głównie do młodzieży, to sądzę, że i starszy odbiorca może się do nich przekonać.

Sarah Dessen pisze lekko, momentami zabawnie, ale bez wątpienia potrafi wczuć się w położenie nastolatków, przekazać co czuje i myśli, jak jak odbiera konkretne sytuacje i zachodzące w nich zmiany. (...) Myślę, że Gwiazdkę z nieba i jeszcze więcej przeczyta każdy wielbiciel pióra autorki i tutaj nie trzeba zachęcać(...)

Powieści Sarah Dessen są dość znane i lubiane przez szerokie grono czytelników. Do tej pory nie miałam jeszcze okazji sięgnąć po jej twórczość, zatem owa książka była moja debiutanckim spotkaniem z autorką. Od samego początku byłam nastawiona na pozytywną, lekka historię z wątkiem miłosnym w tle. I nie myliłam się, ponieważ Sarah Dessen zafundowała czytelnikom przejrzystą, życiową i bardzo ciekawą opowieść. (...) Styl pisania autorki również nie jest najgorszy i dość miło czyta się jej słowa. Opowieść jest spójna, ciekawa i wciągająca. Czytelnik może się przy niej zrelaksować i co najważniejsze, przeżywać przedstawione wydarzenia razem z nimi.

W twórczości Dessen lubię to, że autorka w swych powieściach porusza tematy, które na co dzień dotykają młodzież. W "Teraz albo nigdy" został przybliżony temat, życia po śmierci ukochanej osoby, a w "Gwiazdce z nieba i jeszcze więcej" pisarka pokazała jak wygląda codzienność dzieci z rozbitych rodzin. Relacja między Emaline, a jej biologicznym, dała mi naprawdę dużo do myślenia. "Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej" to książka pełna Słońca, amerykańskiego klimatu  i wakacyjnych, burzliwych  romansów. Może nie jest to idealna pozycja, a autorka nie do końca wykorzystała jej potencjał, ale mimo wszystko czyta się ją bardzo przyjemnie. Jeśli poszukujecie lekkiej i niezobowiązującej lektury, utrzymanej w wakacyjnych klimatach, to ta książka powinna spełnić Wasze wymagania.

Pani Dessen bardzo lubi poruszać problemy rodzinne i w tej książce również przestawiła je genialnie i prawdopodobnie. Relacja Emaline z jej ojcem, który postanowił zerwać z nią kontakt nie jest łatwa. Mama głównej bohaterki również nie miała kolorowo z jej tatą w czasach młodości. To ciekawy wątek w książce, który nie umknął mojej uwadze. Ogółem książka jest pozycją dobrą, jednak nie podbiła mojego serca tak jak inne powieści tej autorki. Według mnie tą panią stać na więcej. Sarah Dessen pisze książki bardzo lekkie, na jeden raz, przy których można spędzić miło czas. Polecam gorąco tą pozycję dla fanów młodzieżówek.

Może nie jest to typ powieści, która szczególnie zapadnie mi w pamięć, ale muszę przyznać, że całkiem miło spędziłam przy niej czas. Jest to niewymagająca większego skupienia książka, po którą warto sięgnąć głównie w okresie wakacyjnym i myślę, że powinna przypaść Wam do gustu.

Najbardziej zaskoczyła mnie nieprzewidywalność tej książki. Nie miałam zielonego pojęcia, jak akcja potoczy się za chwilę. Nie rozumiałam, do czego autorka chce nas doprowadzić ani na co chce byśmy zwrócili uwagę. Teraz już wiem, a przynajmniej tak mi się wydaje. „Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej” to kolejna w repertuarze typowo wakacyjnych powieści Sarah Dessen. Opowiada nie tylko o dorastaniu, relacjach z bliskimi, ale przede wszystkim o tym, że marzenia nie zawsze się spełniają i nie zawsze możemy liczyć na to, że ktoś ofiaruje nam tytułową gwiazdkę z nieba.

Jest to lekka i szybka lektura, która umili wam te wakacyjne dni i pomoże przeżyć te ciężkie deszczowe noce. Idealna dla osób, które szukają książki na raz aby miło spędzić czas z bohaterami, przeżyć trochę ich problemy ale nie aż tak by to przeżywać, tylko żeby na chwilkę oderwać się od swojego życia.

Uwierzcie mi, dokładnie takiej książki potrzebujecie w te wakacje. Idealna na długie letnie wieczory, zabawna, inteligentna i w pewien sposób inspirująca do działania i wykorzystania swojego wolnego czasu. Jest to lektura lekka i przyjemna, ale może także skłaniać do myślenia, zastanawiania się nad wyborami jakich dokonujemy w życiu i ludźmi, których dopuszczamy do siebie. Tak jak w przypadku innych powieści Dessen, zdecydowanie polecam!

Ta powieść ma niesamowity wakacyjny klimat, jednak sama w sobie jakoś specjalnie mnie nie poruszyła. Książka Dessen nie przemówiła do mnie w żaden konkretny sposób. Była po prostu miłą, lekką odskocznią w ciągu mojej wakacyjnej nudy. Narracja Emaline nie przeszkadzała mi aż tak bardzo, a sam styl autorki jest niewymagający. Jeśli chcecie sobie odpocząć, macie ochotę na lekką powieść w wakacyjnym klimacie, to chwytajcie ,,Gwiazdkę z nieba..." w swoje łapki i nie wypuszczajcie, dopóki nie przeczytacie!

Muszę przyznać, że Sarah Dessen pisze w naprawdę ciekawy sposób. Kiedy zamknęłam potrafiłam sobie wyobrazić całe miasteczko Colby, czułam piasek pod stopami i słyszałam szum fal. Ma taki styl, który sprawia, że czytelnik jest całkowicie oczarowany i wychodzi ze zdumienia jak ktoś może stworzyć kawałek tekstu gdzie słowa płyną tak naturalnie. I myślę, że to również jeden z powodów, dlaczego nie mogłam przestać czytać.

Sarah Dessen jest dobrą autorką, która pisze przyjemnie, a przy tym porusza ważną problematykę, w sprawny sposób przedstawiając ją oczami młodej osoby. Książka jest odpowiednia na lato, bo akcja dzieje się w wakacje. (...) Czy odradzam? Nie, bo to lekka książka, taka idealna na wakacyjny czas. Nie trzeba przy niej myśleć i specjalnie jej przeżywać, więc dlaczego nie?

Gwiazdkę z nieba i jeszcze więcej (a chyba w zasadzie Księżyc i więcej, bo tak w oryginale brzmi tytuł książki) czyta się bardzo dobrze. Nawet mimo tego, że autorka miejscami przynudza. Ostatecznie okazuje się, że wszystko co napisała miało sens, i znalazło się w książce "po coś". Książkę miło wspominam i zachęcam do jej przeczytania. Może nie już, teraz, zaraz. Ale w ogóle. Bo warto J.

Książka bardzo fajna , ale nie można zrazić się do niej już na samym początku. Język autorki jest lekki , ale trzeba się też trochę przy nim wysilić gdyż autorka nic nie daje za darmo. Mam nadzieje , że uda mi się przeczytać wszystkie książki tej autorki.

"Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej" utwierdziła mnie w przekonaniu, że po postu uwielbiam twórczość Sarah Dessen, bo pozostawiła po sobie to, co pokochałam w jej książkach - pewien optymizm, ciepłe uczucie, pozytywne podejście do życia. Choć nie znajdziecie tu wielkich i spektakularnych zwrotów akcji, gwarantuję, że jeśli tylko dacie się ponieść, ta powieść Was nie rozczaruje. Co jeszcze mogę dodać? Po raz kolejny gorąco zachęcam, abyście sięgnęli po, szczerze mówiąc, jakąkolwiek historię tej autorki.

Czy warto? Warto, jednak nie myślcie, że ona odmieni wasze życie, zmieni nastawienie, czy ujrzycie coś nowego, bo to po prostu lekka młodzieżówka, która ma dobrą, lecz niezbyt skomplikowaną fabułę. Można jednak przyczepić się o to, że autorka większość książek pisze na to samo kopyto, jednak jak ktoś nie będzie czytać jej książek ciągiem, to nie powinien mieć żadnych obiekcji. Szczególnie polecam młodzieży, choć też z przymrużeniem oka na niektóre fakty, które są po prostu zbyt cukierkowe.

Fabuła mimo, że była ciekawa nie wciągała na tyle by najdrobniejsza rzecz nie mogła mnie rozproszyć. Polubiłam postacie drugoplanowe Daisy i Benjiego, dlatego szkoda, że nie mieli jakoś bardzo rozwiniętego wątku. Mimo wszystko powieść była bardzo przyjemna i miło spędziłam z nią czas, ale wiem, że nigdy do niej nie wrócę. Polecam tę książkę osobom, które lubią niezobowiązujące książki i czasami marzą tylko o tym aby zaczytać się w czymś lekkim i łatwym.

"Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej" to trochę słabsza powieść Dessen niż te, które pojawiły się do tej pory. Może opisywany temat nie przypadł mi do gustu, a może to bohaterowie nie do końca mnie do siebie przekonali, ale przyznaję - liczyłam na coś więcej. Nie zrozumcie mnie źle, to dalej nasza dobra Dessen, która tworzy powieści o życiu ze smakiem i rozwagą, ale jednak zabrakło mi płynności akcji i życia. Nie żałuję czasu poświęconego lekturze i Was również zapraszam do powieści, ale proszę - miejcie na uwadze, że to nie jest do końca wykorzystany potencjał autorki.

Sarah Dessen naprawdę potrafi pisać dla młodzieży i z każdą z kolejną książką coraz bardziej mnie w tym utwierdza, tworząc naturalne i przekonujące sylwetki bohaterów, z którymi wiele młodych czytelników może się utożsamić. (...) „Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej” to pełna uroku, ciepła i optymizmu opowieść o wkraczaniu w dorosłość, marzeniach, poszukiwaniu własnej drogi i trudnych wyborach, przed którymi stoi każdy z nas. To świetna propozycja dla miłośników lekkich, nieskomplikowanych powieści młodzieżowych w wakacyjnym klimacie oraz dla tych, którzy mają ochotę na niezobowiązującą i przyjemną w odbiorze lekturę, przy której spędzą miło czas i która pozwoli im się na chwilę oderwać od rzeczywistości. Jeżeli jesteście fanami twórczości Sarah Dessen, to ta pozycja również nie powinna was zawieść.

Nie wiem jak. Po prostu nie wiem jak wam powiedzieć, że Sarah Dessen to mistrzyni realności. W swoich powieściach potrafi przekazać nie tylko rady jak żyć, dlaczego żyć i do czego dążyć, ale też masę pozytywnej i słonecznej energii, bo być może nie każda jej powieść, kończy się happy endingiem, ale jakby to powiedziała Emaline: Takie jest życie. I właśnie tak określiłabym książki tej autorki: życiowe. Bo pokazują, że ta samotna wędrówka przez życie potrafi być naprawdę czymś cudownym. I nawet jeśli staniemy na rozstaju dróg to nie ważne wyboru, będziemy szczęśliwi. Bo szklanka jest zawsze do połowy pełna.

„Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej” to lekka i prosta lektura, która jest urocza i mimo schematu można się przy niej odprężyć. Jest to idealna książka na lato by zabrać ją na plażę. To niewymagająca książka, z pięknym przesłaniem i powinna spodobać się każdemu, kto uwielbia czytać takie życiowe sytuacje, które mogą przydarzyć się każdemu z nas.

Dlaczego ta książka jest inna od tych, które do tej pory czytałam? Autorka wprowadza do niej znacznie więcej elementów humorystycznych niż jest to w pozostałych jej pozycjach. Momentami nawet nasuwa się skojarzenie z młodzieżowym chick-litem. Do tego zakończenie książki jest nieco odmienne od tego, którego moglibyśmy się spodziewać, ale o tym ciiii... (...) Książki Dessen z czystym sumieniem polecam każdej nastolatce. A takie stare krowy jak ja, też z przyjemnością je poczytają. Wszak w każdej kobiecie zostaje odrobina nastolatki do końca jej życia.

Literatura młodzieżowa rządzi się swoimi własnymi prawami i ciężko oczekiwać, by uległy one gwałtownym zmianom. Sarah Dessen w swojej ostatniej wydanej u nas książce łamie niektóre z nich, tworząc bohaterów niewpasowujących się w dość powszechnie obowiązujący kanon, ale i nie unika podążania utartymi szlakami. Stworzyła lekką i przyjemną historię o wakacyjnym romansie i jego szansach na przetrwanie, która dobrze sprawdzi się w upalne, letnie dni - momentami sprawiającą wrażenie zbyt przegadanej, jednak osoby, które nie wymagają od książek fajerwerków co trzy strony, powinny być zadowolone.

Moim zdaniem opis z tyłu książki zdradza zdecydowanie za wiele, więc nie spoglądajcie na niego zbyt długo. Lepiej od razu oddajcie się tej wspaniałej wakacyjnej atmosferze i spędzicie kilka godzin w małym nadmorskim mieście, bo naprawdę warto. Nie potrafiłam oderwać się choćby na moment od lektury, a to jest już wielkim dowodem na to, jak ta książka jest dobra. Może historia nie jest zbyt oryginalna, ale mimo to, jeśli lubicie opowieści o podobnej tematyce, warto po nią sięgnąć.
Polecam!

"Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej" to lekka opowieść o przyjaźni,  miłości i spełnianiu marzeń. Nie jest wybitna, ale przyjemnie się ją czytało, pomijając pewne niedociągnięcia. Ale za to nie brakuje w niej słońca, plaży i krótkich wakacyjnych romansów. Pomiędzy to wszystko zostały wplecione problemy nastolatków, ale nie tylko. Myślę, że powinna się spodobać osobom, które szukają czegoś właśnie na lato. W końcu cała powieść utrzymana jest w takich klimatach.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ