Prawdziwe historie
Spotlight. Zdrada
KUP TERAZ

Spotlight. Zdrada

Śledztwo dziennikarzy „Boston Globe”
brak opinii
Liczba stron: 432
ISBN: 9788327621436
Premiera: 2016-05-18
Tłumaczenie: Magdalena Shaw, Agata Zano
Opracowanie graficzne okładki: Robert Dąbrowski

Wstrząsające śledztwo dziennikarskie nagrodzone Pulitzerem

Inspiracja dla nagrodzonego Oskarami filmu „Spotlight”

 

Ta książka zawiera odkrycia zespołu reporterskiego Spotlight, pracującego dla „Boston Globe” – twarde fakty i bolesne doświadczenia ofiar molestowania, księży i prawników, ukrywane przez dziesiątki lat. Połączone w całość stanowią wstrząsającą historię przemilczeń i głębokiego zepsucia, opowiadają o skandalu, który rozegrał się w samym sercu bostońskiej archidiecezji. Właśnie te odkrycia doprowadziły do podjęcia podobnych śledztw w dziesiątkach miast w Stanach Zjednoczonych i w innych częściach świata. Rzuciły światło na wieloletni problem przestępstw seksualnych popełnianych przez księży,  a także na fakt tuszowania tych działań przez instytucje kościelne, które nie robiły nic, by je powstrzymać.

To problem, z którym mierzymy się do dziś.

 

Z przedmowy reżysera filmu „Spotlight ”Toma McCarthy’ego i scenarzysty Josha Singera

 

 

Śledztwo opisane w książce stało się inspiracją filmu „Spotlight” uznanego przez Akademię Filmową za najlepszy film roku 2015

 

 

Porywająca opowieść o dziennikarstwie. Takim, jakiego dzisiaj już prawie nie ma. Rzetelnym,  odpowiedzialnym, odważnym. Wykonywanym nie po to, żeby sprzedać 10 000 egzemplarzy pisma  więcej albo podlizać się politykom, tylko żeby ujawniać prawdę i naprawiać świat.

Barbara Hollender, Rzeczpospolita

 

„Spotlight” to precyzyjnie skonstruowana elegia dla tradycyjnego dziennikarskiego fachu  tuż przed eksplozją internetu. Opowieść o reporterach mierzących się z tematem pedofilii  w Kościele ma w sobie siłę i elegancję, których taki temat potrzebuje.

Film.wp.pl

 

Ta książka to coś więcej, niż religijny  i dziennikarski współczesny moralitet.  To klasyczny przykład tego, co może osiągnąć  rzetelny, działający długofalowo  i oddany społeczeństwu  zespół reporterski.

Buffalo News

1. Ojciec Geoghan

 

            Był drobnym, żylastym mężczyzną o rozbrajającym uśmiechu, dzięki któremu przypominał trochę dobrego wujka albo przyjaznego sprzedawcę z osiedlowego sklepiku. Trudno było dostrzec mrok czający się za jasnymi oczyma Johna Geoghana. Na początku nie udawało się to prawie nikomu.

            Z pewnością nie udało się to Frankowy Leary’emu. Frank był piątym z szóstki dzieci wychowywanych przez samotną matkę na zasiłku. Miał trzynaście lat i nie nauczył się jeszcze od starszych braci, jak zrywać się z niedzielnej mszy, gdy po raz pierwszy spotkał Geoghana. Była późna wiosna 1974 roku. Uśmiechnięta twarz księdza była już dobrze znana wszystkim odwiedzającym kościół świętego Andrzeja w bostońskiej dzielnicy Jamaica Plain. Po mszy proboszcz zawsze żegnał się z wiernymi – przytulał matki, wymieniał uściski dłoni z ojcami i łagodnie klepał dzieci po plecach.

– Zawsze był szeroko uśmiechnięty, ten uśmiech zajmował mu prawie całą twarz – wspominał Leary. – Moja matka go lubiła. Był bardzo popularny. Wyglądał jak mały chochlik.

            Chłopiec przywitał się z księdzem, dał się poklepać między łopatkami i zapomniał o Geoghanie aż do lata.

            Leary przyjaźnił się z ogrodnikiem pracującym na plebanii i pomagał mu kilka razy w tygodniu: grabił świeżo skoszoną trawę albo zbierał na taczkę gałęzie z przyciętego żywopłotu. To była ciężka praca w gorącym sierpniowym słońcu. Pewnego popołudnia Geoghan zszedł po niskich schodkach plebanii i zaproponował chłopcu szklankę zimnej lemoniady. Leary podziękował. Nie lubił lemoniady. Ale ksiądz nalegał. Powiedział, że ma wspaniałą kolekcję znaczków, która mogłaby spodobać się chłopcu. Leary zgodził się i poszedł z Geoghanem na plebanię do pokoju na piętrze.

            Ksiądz posadził chłopca na dużym skórzanym fotelu pośrodku pokoju i wręczył mu ogromny klaser ze znaczkami. Sam podreptał w głąb pokoju, wciąż uspokajająco coś opowiadając. Kolekcja nie zainteresowała chłopca, ale Geoghan nie odpuszczał.

– Powiedział: „Chodź, coś ci pokażę”. Podniósł mnie, usiadł na fotelu i usadził mnie sobie na kolanach – opowiada Leary.

Kapłan położył mu rękę na kolanie i zaczął przewracać strony klasera, aż zaczęły zlewać się chłopcu przed oczami. Geoghan powiedział, że to matka Leary’ego zasugerowała spotkanie. Mimo to nalegał, żeby utrzymali to w tajemnicy. Przez cały czas ręka księdza pełzła coraz wyżej po nodze chłopca, aż w końcu znalazła się w nogawce spodenek i wślizgnęła pod bieliznę.

– Dotykał mnie, pieścił. Zamarłem. Nie miałem pojęcia, co się dzieje. On bez przerwy mówił. Powiedział: „Odłóż książkę. Zamknij oczy. Zmówimy Zdrowaś Mario”. Więc tak zrobiłem.

Ale zanim modlitwa dobiegła końca, chłopiec uciekł z pokoju, zbiegł po schodach i roztrzęsiony schował się za kościołem.

Po około tygodniu sytuacja się powtórzyła. Leary zamiatał dziedziniec przed kościołem, gdy Geoghan podszedł do niego, objął ramieniem i powiedział chłopcu, że jest wyjątkowy. Następnie zabrał go znów na plebanię, gdzie, jak wspomniał później Leary, zobaczyli zakonnicę ze skrzywioną miną stojącą u stóp schodów.

Geoghan minął kobietę, zaprowadził chłopca na górę i posadził na tym samym fotelu, na którym doszło do pierwszej napaści. Zasłony były zaciągnięte, by do pokoju nie wpadało mocne letnie słońce. Najpierw ksiądz stanął za fotelem, kładąc Leary’emu dłonie na ramionach. Kazał chłopcu zacząć zmawiać najbardziej popularne katolickie modlitwy: Ojcze nasz i Zdrowaś Mario.

– Modlę się z zamkniętymi oczami. On przechodzi wokół fotela i staje przede mną, pociąga nogawkę moich spodni w dół. Nie mogłem się poruszyć. Byłem jak sparaliżowany. Potem przycisnął mi klatkę piersiową ramieniem. Też się modlił. A ja powtarzałem za nim słowa. Cały się trząsłem. Czułem się bardzo, bardzo dziwnie. Nic nie mogłem zrobić.

Geoghan pochylił się nad chłopcem i zaczął uprawiać z nim stosunek oralny.

– Próbowałem powstrzymać łzy i dalej odmawiać modlitwę, starałem się nie otwierać oczu. Nie widziałem, jak to robił. Pamiętam, że przycisnął mnie do fotela.

Napaść nie trwała długo. Leary ocenił, że minęła może minuta, zanim księdzu przerwał nagły hałas.

– Geoghan natychmiast wstał. Drzwi otworzyły się gwałtownie. Do pokoju wpadł ksiądz o przydługich białych włosach i zaczął wrzeszczeć: „Jack, mówiliśmy, że masz tu tego nie robić! Co ty wyprawiasz! Oszalałeś?”. Pamiętam, że krzyczał bez końca, a ja zerwałem się z krzesła.

Leary uciekł z plebanii i skrył się w cieniu drzew za szkołą, próbując odzyskać równowagę. Przez jakiś czas siedział na pobliskim cmentarzu, a gdy w końcu wrócił do domu, poszedł prosto do swojego pokoju. Przez wiele lat nikomu nie powiedział, co się przydarzyło.

Gdy doszło do ataku na Leary’ego, Geoghan był już księdzem od ponad dziesięciu lat. Podczas służby w kolejnych parafiach w Bostonie i okolicach – od obrzeży miasta po eleganckie przedmieścia – dla wszystkich wiernych był „ojcem Jackiem”. Ojciec Jack chrzcił dzieci. Udzielał ślubów. Modlił się nad trumnami ich najbliższych i skrapiał je wodą święconą. W sobotnie popołudnia siedział w ciemnym konfesjonale i zza drewnianej kratki wysłuchiwał grzechów, udzielając przebaczenia i wyznaczając pokutę. W niedzielne poranki przekazywał słowo Boże.

Dla głęboko wierzących matek, zwłaszcza tych borykających się z trudami samotnego utrzymywania dużej rodziny, Geoghan wydawał się darem niebios. Pojawiał się w progu, proponując pomoc. Zabierał ich synów na lody. Czytał im na dobranoc. Modlił się przy ich łóżkach. Przykrywał ich kołdrą przed snem. A potem, gdy zapadał mrok, proboszcz dotykał ich przez piżamę, przykładając palec do ust, nakazując milczenie i zachowanie tajemnicy.

– Wyglądał jak ministrant – powiedziała Maryetta Dussourd, która chętnie i z dumą zaprosiła Geoghana do małego mieszkania w dzielnicy Jamaica Plain, które zajmowała z córką, trzema synami i czwórką ich kuzynów. Geoghan był wyrachowanym napastnikiem, świadomym, że jego urok i pozorna łagodność mogły otworzyć wiele drzwi.

John Geoghan, siedzący potem w za dużym uniformie w więziennej celi, był prawdopodobnie najbardziej uderzającym przykładem nadużyć seksualnych wśród kleru. Nie tylko ze względu na porażającą liczbę ofiar – do dziś ujawniło się ich już blisko dwieście – ale przede wszystkim ze względu na bardzo łagodne i przewrotne podejście Kościoła do jego grzechów. Przez ponad dwadzieścia lat, mimo że dwóch kolejnych kardynałów i dziesiątki zwierzchników w bostońskiej archidiecezji wiedziało, że Geoghan nie jest w stanie kontrolować swoich pedofilskich zapędów, Kościół zapewniał mu wyjątkowy spokój i bezpieczeństwo.

Z żalem przyjmujemy fakt, że twoja długa i owocna posługa duszpasterska została przerwana przez chorobę. W imieniu tych, którym wiernie służyłeś, a także w swoim własnym, dziękuję – napisał do Geoghana kardynał Bernard Law w 1996 roku, wiele lat po tym, jak przestępstwa księdza zostały odkryte przez Kościół. – Rozumiem, jak bolesna to sytuacja. Nieustający zapał, z jakim pragniemy czynić posługę, może wydawać się chwilami niemożliwy do zniesienia. Najwyższe dobro osiągamy jednak wówczas, gdy odpowiadamy na niego szczerze i z ufnością. Niech cię Bóg błogosławi, Jack.

Geoghan był jednym z wielu. Jednak pomimo ogromnej skali swoich czynów, nie był tak przerażającym przypadkiem, jak inni księża, którym zdarzało się brutalnie gwałcić ofiary, a następnie przepędzać je, gdy powracali do posługi duszpasterskiej. Nawet jeśli wierni przystępujący codziennie do komunii i kongregacja wypełniająca kościelne ławki podczas niedzielnych mszy nie mieli o niczym pojęcia, kościelni przywódcy doskonale wiedzieli o wszystkim. Docierały do nich przepełnione cierpieniem błagania matek i ojców dzieci molestowanych przez księży. Obiecywali rozwiązać problem. Przysięgali, że nie pozwolą, aby to się kiedykolwiek powtórzyło. A potem pozwalali.

Gdy Maryetta Dussourd odkryła, że Geoghan wykorzystywał seksualnie jej synów – z których jeden miał zaledwie cztery lata – nie znalazła pocieszenia wśród przyjaciół ze swojego kościoła. Parafianie zaczęli jej unikać. Oskarżali ją o prowokowanie skandalu. Władze kościelne błagały, by zachowała milczenie. Mówili, że to ze względu na dzieci. Ostrzegali, by nie kierowała sprawy do sądu. Mówili, że i tak nikt jej nie uwierzy.

– Wszystko, czego uczyliśmy nasze dzieci o Bogu, o bezpieczeństwie i zaufaniu, zostało zniszczone – powiedziała Dussourd. W 1997 roku Kościół odniósł się do jej zarzutów i w ramach poufnej ugody wypłacił odszkodowanie – podobnie jak w dziesiątkach innych podobnych przypadków, w których ofiary dostawały pieniądze, za które Kościół kupował ich milczenie.

Do wybuchu skandalu w 2002 roku na widok koloratki rodzice odruchowo reagowali zaufaniem i uważali za zaszczyt gościć katolickich kapłanów w swoich domach. Tak właśnie było w przypadku Geoghana. Gdy w gorące dni pojawiał się bez zapowiedzi, by zabrać chłopców na lody, rodzice puchli z dumy i życzyli duchownemu miłej zabawy z pociechami. Gdy pukał do drzwi wieczorem i proponował, że poczyta dzieciom na dobranoc, rodzice byli pewni, że Bóg się do nich uśmiecha.

 

Kapłańska kariera Johna Geoghana o mały włos skończyłaby się zaraz po tym, gdy się rozpoczęła.

Latem 1954 roku prałat John Murray, rektor seminarium duchownego kardynała O’Connella w Jamaica Plain, uznał postępy Geoghana za niesatysfakcjonujące. Wydział był zaniepokojony seminarzystą. Dziewiętnastoletniego kleryka uznano za stanowczo zbyt niedojrzałego – to cecha nie zawsze oczywista w innych okolicznościach. Co więcej, Geoghana uznano za wykazującego się zniewieściałym zachowaniem i sposobem mówienia.

Opinia Murraya wyrażała niepokój o dalszy rozwój kleryka. Jego postępy w nauce pozostawiają wiele do życzenia. Wprawdzie otrzymał zaliczające oceny z większości przedmiotów, ale mimo to mam poważne obawy o jego rozwój akademicki w przyszłości. Rozważając rekomendację Geoghana do przełożonych w seminarium świętego Jana w pobliskim Brighton, gdzie miałby kontynuować przygotowania do kapłaństwa, Murray postanowił dać mu jednak szansę. Na jego korzyść przemawiają następujące pozytywne cechy: bogate życie duchowe, zaradność, determinacja, dobre nastawienie, posłuszeństwo, łagodność, zainteresowanie i troska o bliźnich, a także szacunek rówieśników. Może z wiekiem ten młody człowiek rozwinie pozostałe cechy potrzebne do osiągnięcia sukcesu w dążeniu do kapłaństwa.

Może. Ale niespokojny Geoghan niedługo znów miał potrzebować pomocy z wyższego szczebla – jak jeszcze wiele razy przez następne trzydzieści lat swojej kariery. Tym razem pomoc nadeszła ze strony jego wuja, prałata Marka Keohane.

Geoghan stracił ojca, którego wspominał jako ciepłego i szlachetnego człowieka, w wieku zaledwie pięciu lat. Zapamiętał sam pogrzeb jako wzbogacający duchowo, lecz śmierć ojca odcisnęła na nim poważne piętno: jeszcze przez dwa lata moczył łóżko. Matkę opisywał jako świętą kobietę, która zapewniła jemu i jego starszej siostrze dorastanie w normalnym domu wypełnionym moditwą. Mówił, że miał szczęśliwe dzieciństwo. A brat matki, prałat Mark Keohane, stał się dla chłopca drugim ojcem, wzorem do naśladowania i opiekunem.

– Najlepszy zastępca ojca – powiedział o nim Geoghan.

Keohane ubierał młodego siostrzeńca w komżę i zabierał na barwne pochody w Scituate, gdzie miał swój letni dom. Scituate, pocztówkowe nadmorskie miasteczko czterdzieści kilometrów na południe od Bostonu, znane było jako Irlandzka Riwiera. Było ono ulubionym miejscem bogatych i wpływowych Amerykanów irlandzkiego pochodzenia – wśród nich znajdował się legendarny dawny burmistrz Bostonu James Michael Curley.

Keohane wzbudzał podziw. Władczy, staromodny, dominujący, zdaniem niektórych także nieprzyjemny. Ale Geoghan widział tylko jego „wielką pracę i poświęcenie”. I gdy jako młody kleryk znów wpadł w kłopoty w seminarium, to Keohane interweniował w jego sprawie.

Latem 1955 roku Geoghan nie pojawił się na obowiązkowym letnim obozie dla kleryków. Przełożeni wiedzieli, że Geoghan miał „problemy na tle nerwowym”, ale nie zostały one uznane za dość poważne, by usprawiedliwiały nieobecność. Poza tym zasady były jasne. Niestawienie się na obozie bez powiadomienia przełożonych poważnie naruszało jego przyszłość w seminarium. Jeśli do niedzieli nie dostarczy pan wiarygodnego usprawiedliwienia nieobecności, zostanie ona uznana za decyzję o rezygnacji z kontynuowania nauki w seminarium i poskutkuje skreśleniem z listy studentów – tak brzmiał list, wysłany w lipcu 1955 roku przez wielebnego Thomasa Rileya, rektora seminarium świętego Jana do Geoghana na jego domowy adres w dzielnicy West Roxbury w Bostonie.

Zamiast Geoghana odpowiedział jego wuj. Wysłał do Rileya list na oficjalnym papierze parafii świętego Bartłomieja w podmiejskim Needham, którą założył i prowadził jako proboszcz od 1952 roku. Keohane przypuścił atak w obronie siostrzeńca: Telefonowałem do Brighton w zeszłym tygodniu w sprawie Johna Geoghana, kleryka, który z przyczyn niezależnych nie jest w stanie uczestniczyć w obozie. Od wyjazdu z Brighton pozostaje on pod opieką lekarską ze względu na poważne problemy na tle nerwowym. Napisał list wyjaśniający przyczyny nieobecności, ale lekarz odradził jego wysyłanie ze względu na bardzo zły stan psychiczny pacjenta. Dlatego piszę ja. Lekarz jest zdania, że za kilka tygodni leki i odpoczynek powinny przynieść znaczącą poprawę i że wtedy John Geoghan będzie mógł sam skontaktować się z seminarium.

Dwa dni później z seminaryjnego obozu nadeszła kwaśna odpowiedź Rileya. Przyjął wprawdzie wyjaśnienie Keohana, ale zażądał zaświadczenia lekarskiego z informacją o stanie zdrowia Geoghana. Chyba nie trzeba przypominać, że okoliczności nieobecności Johna na obozie przysparzają poważnych wątpliwości, czy będzie on w stanie dostosować się do zasad panujących w seminarium – napisał. Nie muszę też chyba zwracać uwagi, jak istotne jest, by tego typu sytuacje rozwiązywane były z zachowaniem całkowitego obiektywizmu, jako że takie usprawiedliwienia działań jednego studenta łatwo mogą ustanowić precedens, zachęcający innych do korzystania z podobnych przywilejów. Dołożymy wszelkich starań, by pomóc Johnowi rozwiązać ten problem, ale jestem zdania, że ze względu na poszanowanie panujących w seminarium zasad sprawa Johna powinna być rozpatrywana tak samo, jak w przypadku każdego innego studenta.

Keohane’owi nie spodobał się ton Rileya. Jestem rozczarowany sugestią, jakobym prosił o przysługi lub specjalne traktowanie względem Johna – odpisał. Zarzucił też Rileyowi, że po trzech latach w seminarium Geoghan jest chory, nieszczęśliwy i wydaje ciągle toczyć wewnętrzną walkę.

Geoghan na kilka lat opuścił seminarium. Przez ten czas uczęszczał do jezuickiej wyższej szkoły humanistycznej pod wezwaniem Świętego Krzyża w Worcester w stanie Massachusetts. W tym czasie najwyraźniej odzyskał równowagę duchową, bo powrócił do seminarium. W 1962 roku złożył śluby zakonne i przyjął święcenia kapłańskie.

Nie jest jasne, czy cierpienia, jakie przeżywał Geoghan jako kleryk, spowodowane były zaburzeniami na tle seksualnym, depresją czy może niedojrzałością. Podczas sesji terapeutycznych wiele lat później Geoghan mówił, że w domu rodzinnym nie doświadczył przemocy – ani fizycznej, ani seksualnej czy słownej. Uważał się za heteroseksualistę, którego przeraziły własne pierwsze uczucia o seksualnym charakterze, jakich doświadczył w wieku jedenastu lat. W seksualnych fantazjach skupiał się na dziewczętach. Jako nastolatek chodził na randki w większym towarzystwie. Masturbację uważał za grzech, którego należy się wystrzegać. Jak sam powiedział, mimo że jako nastolatek był zainteresowany dziewczętami, do seminarium wstąpił jako prawiczek. Ojciec Geoghan mówi, że po przyjęciu święceń świadomie tłumił przyjemność płynącą z przebywania w towarzystwie kobiet w obawie, że powodowałoby to konflikt z pragnieniem utrzymania celibatu – napisał później jeden z jego terapeutów. Miało to jednak tragiczne konsekwencje dla setek dzieci i ich rodzin, jako że zamiast tego Geoghan dawał upust seksualnemu pożądaniu kosztem chłopców, do których jako kapłan miał nieograniczony dostęp.

W rozmowie z psychiatrą Geoghan przyznał, że po raz pierwszy zaczął odczuwać podniecenie seksualne w towarzystwie chłopców niedługo po rozpoczęciu pracy w swojej pierwszej parafii pod wezwaniem Najświętszego Sakramentu w Saugus, robotniczej dzielnicy północnego Bostonu. Chłopcy siadali mu na kolanach. Dotykał ich w intymny sposób przez ubranie. Nie podlega dyskusji, że w tamtym czasie Geoghan już dopuszczał się molestowania dzieci. Archidiecezja bostońska wypłacała odszkodowania na podstawie oskarżeń jednoznacznie na to wskazujących. Na przykład według kościelnej dokumentacji, w 1995 roku Geoghan przyznał się do wykorzystania czterech chłopców z tej samej rodziny podczas pracy w parafii Najświętszego Sakramentu. Geoghan skupił się na trzech starszych chłopcach – w wieku dziewięciu, dziesięciu i jedenastu lat – i „tylko czasami” molestował też siedmiolatka. Wyznał, że zawsze bardzo uważał, żeby nawet nie dotknąć żadnej dziewczynki w rodzinie.

– Wzbudzanie mojego podniecenia nigdy nie było intencją tych niewinnych dzieci – powiedział Geoghan w odpowiedzi na wynik jednego z badań psychiatrycznych. – One były po prostu szczęśliwe, że mają kogoś, kto zastąpił im ojca, który był często nieobecny lub agresywny […]. Łudziłem się, że te intymne sytuacje nie są niczym złym. Z perspektywy czasu uważam, że powinienem był poszukać pomocy i wskazówek, jak pracować z dziećmi z dysfunkcyjnych rodzin.

Nie jest pewne, czy władze kościelne wiedziały o pierwszych atakach Geoghana. Anthony Benzevich, były ksiądz, zeznał, że często widywał Geoghana zmierzającego do swojej sypialni na plebanii w towarzystwie chłopców. Twierdził też, że poinformował o tym przełożonych. Ale podczas przesłuchania przed procesem w 2000 roku Benzevich – wtedy reprezentowany przez prawnika wyznaczonego przez Kościół – powiedział, że ma mgliste wspomnienia z tamtego czasu. Nie był pewien, czy Geoghan faktycznie zabierał chłopców do pokoju. Nie przypominał sobie, żeby informował o czymś takim przełożonych. Przepytywany później przez „Boston Globe” przyznał, że Geoghan lubił bawić się z chłopcami w zapasy i przebierać ich w kapłańskie szaty. Powtórzył też złożone pod przysięgą zapewnienie: nie pamiętał, żeby powiadamiał o tym przełożonych.

Nawet jeśli szczegóły pierwszych napaści Geoghana były niejasne, to szybko się wyostrzyły. Z czasem Geoghan zaczął nabierać uderzającej wprawy w namierzaniu ofiar, gdy nabrał już trochę doświadczenia jako kapłan i przywykł do życia na plebanii. Uwielbiał ministrantów. Pracował z dziećmi idącymi do pierwszej komunii.

– Wiedzieliśmy, że coś jest nie tak – powiedział jeden z kościelnych nauczycieli. – Był kompletnie zafiksowany na niektórych chłopcach.

Geoghan interesował się zwłaszcza dziećmi z uboższych rodzin.

– One miały w sobie tyle uczucia, same do mnie lgnęły. Dałem się zwieść tym wyrazom przywiązania – tłumaczył później Geoghan. – Dzieci z zamożniejszych rodzin nigdy się tak wobec mnie nie zachowywały, więc nie czułem się przy nich tak zdezorientowany.

 

Pewien ksiądz, dawny współpracownik Geoghana, powiedział, że nigdy nie miał szansy się z nim zaprzyjaźnić, bo Geoghan rzadko bywał na plebanii, gdy pozostali księża wspólnie jedli, czytali lub w inny sposób spędzali razem czas.

– Muszę przyznać, że on wydawał się jakiś inny. Nie bardzo wiedziałem, jak się z nim obchodzić. Był inny – powiedział ksiądz Thomas Moriarty, który był proboszczem w kościele świętego Pawła w Hingham w południowej części Bostonu, gdzie Geoghan służył od 1967 do 1974 roku. – Coś z nim było nie tak. […] Coś się nie zgadzało, ale nie potrafiłem stwierdzić, co.

            Podczas posługi z Moriartym w Hingham Geoghan znalazł czas, by zaprzyjaźnić się z Joanne Mueller, samotnie wychowującą czterech chłopców. Mueller mieszkała w Melrose, niecałe czterdzieści kilometrów dalej. Jej matka znała Geoghana jeszcze z czasów jego posługi w kościele Najświętszego Sakramentu i przedstawiła córkę księdzu.

            Wkrótce Geoghan był już stałym gościem w domu Joanne. Zabierał chłopców na lody, jak wiele innych ofiar. Czytał im na dobranoc. Pomagał im się kąpać. Mueller chętnie zostawiała go z dziećmi na godzinę albo dwie, a sama wychodziła do miasta coś załatwić.

– Był naszym przyjacielem – powiedziała.

Nie miała żadnych podejrzeń, gdy Geoghan znikał w sypialni jej synów.

            Pewnego wieczoru w 1973 roku Geoghan zadzwonił, zapowiadając, że przyjedzie z wizytą. Reakcja trzeciego syna Mueller, który miał wtedy siedem lub osiem lat, zaskoczyła kobietę. Chłopiec nie chciał, żeby Geoghan przyjeżdżał. Gdy zaczęła dopytywać, dlaczego nie chce widzieć księdza, którego uważała za drogiego przyjaciela, wzburzenie dziecka zaczęło narastać.

– W końcu się rozpłakał – wspominała Mueller. W kółko powtarzał: „Nie, nie nie. Nie chcę go widzieć”. Nie przestawał, więc w końcu krzyknęłam: „Czemu? No co? O co chodzi?”, a on odparł: „Nie chcę, żeby dotykał mojego siusiaka”. To brzmi strasznie, ale właśnie tak powiedział.

Mueller była zszokowana.

– Odparłam: „Co? Co ty mówisz? Co to ma znaczyć?”. Nie wierzyłam własnym uszom. Nie rozumiałam, co się dzieje. A on na to: „Nie chcę, żeby to robił z moim siusiakiem”. Nigdy tego nie zapomnę. Zaczęłam sobie uświadamiać, co się dzieje, byłam przerażona i zszokowana. No bo to nie jest normalne, żeby dziecko mówiło coś takiego. Zaczęło do mnie docierać. To straszne. Powiedziałam: „Co?”, a on dosłownie rzucił się na podłogę i zaczął szlochać. Wpadł w histerię.

Wkrótce histeria ogarnęła też resztę rodziny. Pięcioletni syn Mueller wpadł w płacz. Kobieta zawołała dwóch starszych chłopców, którzy byli na górze. Kiedy matka zapytała o szczegóły, co robił z nimi Geoghan, z początku odjęło im mowę. Później zaczęli płakać. Najstarszy powiedział:

– Ojciec Geoghan powiedział, że nie wolno nam o tym rozmawiać i że nie możemy ci o tym mówić nigdy, bo to tajemnica spowiedzi. 

„Spotlight. Zdrada” to mocna książka, która szokuje od samego początku. Ujawnia brutalną prawdę oraz tragedię wielu dzieci. Najgorsze jest to, że ucierpiało ich setki. Myślę, że gdyby proceder został zatrzymany wcześniej, nie doszłoby do wielu tragedii. Autorzy idealnie przedstawili hermetyczność Kościoła. Pokazali wspólnotę i to jak łatwo wyciszano skandale. Jak przenoszono księży do innych parafii, a tam sytuacje się powtarzały. Nikt nie dbał o dzieci. Nie potrafiłam zrozumieć jak można było do tego dopuścić? Dlaczego nikt nie interweniował ostrzej?

Książka „Zdrada. Kryzys w Kościele katolickim” to odkrycia zespołu reporterów Spotlight, pracującego dla „Boston Globe” dotyczące faktów i doświadczeń ofiar molestowania, prawników i księży, ukrywane przez dziesiątki lat. Zespolone w całość pokazują wstrząsające historie jakie rozegrały się w bostońskiej archidiecezji. Odkrycia dokonane przez reporterów doprowadziły również do śledztw w innych częściach świata w tym także w Polsce. Przedstawiono problem jaki nawarstwiał się od lat a dotyczyło przestępstw na tle seksualnym popełnianych przez księży i fakt tuszowania tego wszystkiego przez instytucje kościelne. (...) Książka godna polecenia ze względu na rzetelność i profesjonalizm w pokazaniu tych wydarzeń przez dziennikarzy „Boston Globe”.

Spotlight. Zdrada to książka, którą powinno się przeczytać. Nie po to, aby doceniać jej walory stylistyczne czy narracyjne, ale po to, aby mieć świadomość, której wszyscy byli pozbawieni, aż do czasu pamiętnego śledztwa zespołu Spotlight w 2002 roku. Skandal związany z pedofilią w murach kościoła rozprzestrzenił się nie tylko poza granice Bostonu czy USA, ale na cały świat.To śledztwo znalazło swój odzew również w Polsce, gdzie niedługo później wybuchł skandal wokół arcybiskupa Juliusza Paetza. Zespół Spotlight zmienił życie wielu ludzi i zmienia nadal, gdy kolejna osoba sięga po tę książkę. Bo choć po jej lekturze żadna z nich już nigdy nie będzie taka sama, będzie miała świadomość. I gdy następnego dnia wsiądzie do autobusu, uśmiechnie się do przypadkowej osoby, nie wiedząc, że może to ona była kiedyś ofiarą.

Autorzy książki „Zdrada” podeszli rzetelnie do tematu ukazali punkt widzenia napastników, ofiar, osób, które były wokół, ale także spostrzeżenia i odczucia innych, Bogu ducha winnych księży, którzy żyli w czystości, a musieli się zetknąć z opinią społeczeństwa i uporać się z tym bardzo drażliwym problemem. (...) Nie jestem fanką literatury faktu, ale ten reportaż bardzo mnie zainteresował. Teraz przyszedł czas na nagrodzony Oscarami film.

Jedną z największych zalet reportażu jest to, że dziennikarze nie starają się ukrywać tożsamości księży-pedofili, lecz podają ich nazwiska do publicznej wiadomości, co jeszcze bardziej piętnuje popełnione przez nich czyny. W książce znajdziemy również zdjęcia księży i dostojników kościelnych, którzy przez lata ukrywali haniebne występki osób, które wykorzystywały swoją pozycję społeczną. „Spotlight. Zdrada. Kryzys w Kościele katolickim” nie jest łatwą lekturą. W tym przypadku nie można usiąść i przeczytać w kilka godzin całą książkę. Ja potrzebowałam prawie dwóch tygodni by przez nią przejść. Każdego dnia czytałam jeden rozdział i coraz bardziej nie mogłam uwierzyć w to, że kardynałowie i biskupi zamiatali to wszystko pod dywan (...)

Spotlight to nie jest książka łatwa, miła i przyjemna. Nie czyta jej się jednym tchem. Ja musiałam robić co jakiś czas przerwy. Za dużo tego ohydztwa na mnie spłynęło. Chwilami miałam problemy ze swobodnym oddychaniem. Nie jest to książka dla osób, które czytają tylko lekkie historie. Polecam czytelnikom o silnych nerwach. Tę książkę trzeba przeczytać ku przestrodze i ku pamięci.

"Spotlight" to nie tylko przestroga. Wstrząsające śledztwo dziennikarzy udowadnia, że dla dzisiejszego dziennikarstwa wciąż jest nadzieja. Że dobrze poprowadzona sprawa ma ogromną siłę przebicia, nawet w dobie Internetu, gdzie odbiorca coraz słabiej reaguje na jakiekolwiek informacje, nie dowierzając i odcinając się od newsów, które bezpośrednio go nie dotyczą.

Zarówno tematyka, jak i świadomość, że wszystkie opisane historie miały miejsce, czynią książkę „Spotlight. Zdrada. Kryzys w Kościele katolickim” publikacją szokującą, ale konieczną. Autorzy przybliżają ich praktyki, przytaczają wypowiedzi psychoterapeutów, piszą zarówno o sprawcach, jak i o ich ofiarach. Publikacja zawiera również przedruki dokumentów zebranych w trakcie śledztwa, między innym pisma Geoghana kierowane do przełożonych, opinie o księdzu i o jego gotowości do pracy, opisy spraw sądowych czy korespondencję pomiędzy zwierzchnikami dotyczącą zdeprawowanych księży.

Spotlight. Zdrada. Kryzys w Kościele katolickim to książka mocna, dla ludzi o silnych nerwach. Porusza, otwiera oczy na wiele spraw i pozostaje w pamięci. Jest napisana w sposób prosty, zrozumiały, bez taniej sensacji oraz komentarzy. I chyba właśnie w tym tkwi jej siła. Sięgając po nią trzeba nastawić się na duży szok oraz pewien bunt, który może się w nas zrodzić. Wydanie zostało wzbogacone fotografiami oraz tłumaczeniami oryginalnych korespondencji i dokumentów związanych z „leczeniem” księży oraz ugód pomiędzy kościołem i ofiarami. Książka jest trudna, ale jednocześnie warta przeczytania. Jednak zanim sięgniecie po nią musicie się odpowiednio nastawić. Ja przyznam szczerze, że niektóre fragmenty, z uwagi na ich charakter musiałam pomijać.

Czytałam tę publikację na raty, gdyż ogrom dramatu, jaki dziennikarze "Boston Globe" odsłonili mojej osobie, jest zbyt przytłaczający, by wszystko to unieść na swoich barkach. Cała ta książka to jedno wielkie świadectwo ludzkiej krzywdy i przede wszystkim zakłamania hierarchów kościelnych, które po prostu szokuje. Reportaże zawarte w zbiorze pokazują bowiem niewyobrażalną skalę ukrywania przez Watykan szerzącej się od wielu, wielu lat w parafiach na całym świecie, pedofilii. (...) Z pewnością publikacja ta was zszokuje, zbulwersuje i wystawi waszą wiarę katolicką na dużo próbę. Dla nas, Polaków lektura tej książki jest o tyle trudniejsza, gdyż dotyka także pewnego braku czujności i empatii naszego zmarłego papieża Jana Pawła II. A to chyba najbardziej boli i zasmuca, patrząc na zdjęcia zadowolonych księży pedofilów, jakie znajdziecie w środku publikacji.

Pierwszy raz czytam książkę o tej tematyce. Wcześniej byłam raczej za młoda na spiski religijne, a później nie było czasu na wyszukiwanie nowych typów literatury. Wiadomo, matura, nauka, ważne wybory. Ale natrafiając na tę pozycję stwierdziłam że warto poczytać od czasu do czasu coś innego. (...) Cóż, książka nie okazała się idealna, ale dobrze się ją czytało. Na pewno obejrzę jej ekranizację zwłaszcza, iż otrzymała 2 Oskary. Poza tym przedstawia ona wyjątkowo realne i przede wszystkim interesująca. Jak najbardziej warta przeczytania.

W miarę jak czytałam książkę, odnosiłam wrażenie, że Kościół to jedna, wielka zakłamana instytucja, która za wszelką cenę tuszowała wykorzystywanie seksualne dzieci przez księży, w szczególności chłopców. Wszystko było grubymi nićmi szyte. A w latach 80 i 90 XX wieku wiara była silna, rodzice wierzyli bardziej księdzu niż dziecku, które twierdziło, że ksiądz je dotyka w intymnych miejscach. Temat tabu do sześcianu. (...) Książka mnie poruszyła i przedstawiła świat w zupełnie nowych barwach.

„Spotlight. Zdrada” to książka ważna, trudna, pełna bólu, ale prawdziwa. Warto poznać historię tego śledztwa, które odkryło aferę skrywaną przez lata. Dramat tych ludzi, przeraża i może wywołać łzy wzruszenia. Warto pomyśleć, ile takich skandali jest ukrywanych przed światem, ile osób cierpi w milczeniu, ile dzieci jest krzywdzonych przez osoby, które żyją w spokoju, pod parasolem ochronnym. Podczas czytania warto robić sobie przerwy, nie jest to książka, którą pochłania się w jeden wieczór.

Jest to książka szokująca, aczkolwiek bardzo wartościowa. Temat ten jest od ponad dziesięciu lat bardzo popularny oraz niestety nadal "na czasie", gdyż księża nadal dopuszczają się tak odrażających czynów. Myślę, że wielu zainteresowanych tematem osób oraz zaściankowych katolików powinno zapoznać się z tą lekturą, gdyż nie jest to fikcja, a autentyczne historie ofiar oraz ich oprawców. Książka ta to rzetelna praca, którą można uznać za ideał dziennikarskiego śledztwa, śledztwa, jakich teraz już mało. Śledztwa, które niesie ze sobą przesłanie oraz jest prowadzone dla ludzi i świata.

(...) książka jest niezwykle trudna. Problem pedofilii sam w sobie jest dla mnie odrażający. Fakt, że przestępstw dopuszczały się osoby duchowne – tym bardziej szokuje. Suchy, rzeczowy, reporterski ton narracji tylko potęguje ogrom bólu i cierpienia, który aż przelewa się przez strony ksiązki. Jest to jednak obowiązkowa lektura dla każdego. Skłania do głębokich przemyśleń i próby wyciągnięcia wniosków z opisanych tu dramatycznych zdarzeń. Nie można – nie wolno zostać na nie obojętnym.

Książka nie jest przyjemna, nie jest łatwa w czytaniu i nie jest też lekturą miłą. Ona szokuje, powoduje ból i żal, że nikt nic z tym nie robił. Za największy plus tej pozycji uważam fakt iż reporterzy nie komentują, nie oceniają. Oni tylko podają nam fakty i to poparte dowodami. Ciężko mi dodać coś jeszcze, ale polecam. Kto może i wytrzyma niech przeczyta. Po prostu polecam żeby zrozumieć, żeby się dowiedzieć, żeby zwrócić uwagę na własne dziecko i jego zachowanie. Bo coś takiego może wydarzyć się wszędzie i zawsze. Uważajmy!

O ile film „Spotlight”, inspirowany tą właśnie książką, opowiadał historię śledztwa przeprowadzonego przez bostońskich dziennikarzy, o tyle książka ukazuje całą sprawę w nieco innym świetle. Tutaj każdy z rozdziałów ma jakiś konkretny motyw przewodni, który łączy wszystkie zamieszczone w nim historie. Znajdziemy w niej raczej niewiele informacji o śledztwie, za to pojawia się wiele wątków, których w filmie nie było. Przyznam szczerze, że podczas lektury włos się na głowie jeży, kiedy cytowane są wypowiedzi zarówno ofiar, jak i księży, którzy nadużywali swoich przywilejów. Sam fakt, że przez tyle lat w kościele było milczące przyzwolenie na takie praktyki stawia pod znakiem zapytania prawdziwość i szczerość tego, czego naucza.

"Spotlight. Zdrada" opisuje bostoński skandal, który unaocznia kryzys w Kościele. Zwyrodnienie i zepsucie księży sięga już tak wysoko, że coraz więcej z wielu skandali przedostaje się do opinii publicznej. Śledztwo przeprowadzone przez Spotlight pokazało jak wiele osób spotkała krzywda z rąk księży i unaocznili, że takich spraw może być dużo więcej. Dewiacja pedofilska w wielu parafiach przybiera niekiedy ogromne rozmiary, a większość duchownych udaje że nic nie widzi. Skandal odbił się szerokim echem i dotknął wiele Kościołów na całym świecie. Lektura budzi duże emocje i wciąga do ostatniej strony. Serdecznie polecam.

„Zdrada. Kryzys w Kościele katolickim” to książka, w której zebrano serię reportaży ukazujących się na łamach „The Boston Globe”. To także obezwładniające relacje ofiar oraz ich rodzin. Nieprawdopodobne jest to, jak perfidnie osoby duchowne wykorzystywały swój autorytet. Z jakim wyrachowaniem wybierały kolejne dzieci, by zaspokoić swoje żądze. Ponadto sprzeciw budzi fakt tuszowania wykroczeń i wypłacania „po cichu” odszkodowań, w nadziei, że pieniądze zamkną poszkodowanym usta. (...) Cykl reportaży bez wątpienia budzi spore emocje. Czytelnik długo po skończonej lekturze nie może pozbyć się natarczywych pytań, na które nie sposób odpowiedzieć.

Książka była inspiracją dla Toma McCarthy’ego i Josha Singera do nakręcenia oskarowego obrazu jakim był film Spotlight. To książka mówiąca o bólu, trzymaniu w sobie tragedii, która powoli wyniszcza człowieka od środka. To ból ludzi, którzy zaufali i zostali zdradzeni. To dziennikarstwo, którego już nie ma. Rzetelne, odpowiedzialne, dokładne, odważne.

Lektury nie przeczytasz jednym tchem. Przyswojenie ogromu informacji o których ciężko nawet myśleć wymaga od czytelnika skupienia. Jest to historia dzieci atakowanych w kolejnych parafiach, zawierająca informacje potwierdzające tuszowanie tych ataków na różne sposoby. Doniesienia były bagatelizowane, obarczano współodpowiedzialnością dzieci i ich rodziny, zawierano ugody zobowiązujące pokrzywdzonych do milczenia, utajniano niewygodne dokumenty i... przenoszono księdza. (...) czy ta historia jest warta przeczytania? Bez wątpienia. Polecam każdemu.

 W książce opisano bostoński skandal, dokonano analizy kryzysu w Kościele i jego przyczyn, pokazano zachowania księży i ich wpływ na ofiary. Śledztwo w niej opisane zainspirowało twórców filmu ,,Spotlight", który otrzymał Oskara za najlepszy film w reżyserii Toma McCarthy`ego i najlepszy scenariusz Josha Singera. "Zdrada" to książka zawierająca rzetelne i sprawdzone informacje. Budzi bardzo silne emocje. Koniecznie ją przeczytajcie.

„Spotlight – Zdrada” to książka mocna, to książka szokująca, ale ważna i potrzebna. Rzetelne śledztwo dziennikarskie pozwoliło po latach ujawnić tragedię setek dzieci i jedyne, czego w tej sprawie żal, to tego, iż musiało to trwać tyle. (...) Polecam. Dla poznania prawdy. Dla zrozumienia. Dla wyrobienia sobie zdania. Ale przede wszystkim, jako przestrogę. Bo takie sytuacje zdarzyć się mogą wszędzie, w każdej społeczności, w domu, szkole czy dowolnej instytucji i nie można pozwolić by dla czyjejś wygody i opinii ukryte zostały przed światłem reflektorów.

Pozycja świetna, podczas czytania może pojawić się kilka łez. Przygotujcie się na brutalnie zderzenie. Wiele słów będzie za Wami chodziło przez kolejne dni, ale warto sięgnąć po książkę na tyle złożoną, że pozostającą w głowie chyba na zawsze.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ