Dla młodzieży
Teraz albo nigdy
KUP TERAZ

Teraz albo nigdy

brak opinii
Liczba stron: 384
ISBN: 9788327618399
Premiera: 2016-05-18
Tłumaczenie: Maria Zawadzka
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Macy musi być idealna. Idealna córka, idealna uczennica, idealna dziewczyna. W ten sposób nie będzie kłopotem dla matki, która po śmierci męża i tak ledwo się trzyma. Dzięki temu będzie pasowała do Jasona, jej chłopaka, zakochanego w sobie nerda.

Jej życie musi być zaplanowane – tylko odpowiedzialne decyzje i rozsądne wybory. Wakacje? Praca i nauka do egzaminów. I – rzecz jasna – tęsknota za Jasonem, który wyjechał na obóz naukowy.

Macy w swoich planach nie uwzględniła tylko jednego – że życie potrafi zaskakiwać.

Na czas wakacji znajduje pracę w firmie cateringowej. Choć panuje tam chaos – coś, czego dotychczas unikała jak ognia – nowe towarzystwo bardzo dobrze na nią wpływa. Cała załoga, a zwłaszcza przystojny Wes, sprawia, że poukładany świat Macy rozpada się na kawałki, co ku jej zaskoczeniu coraz bardziej jej się podoba.

Sarah Dessen

Sarah Dessen to jedna z najpopularniejszych pisarek powieści dla młodzieży. Jest bestsellerową autorką według listy New York Timesa, sprzedała ponad milion egzemplarzy swoich książek. W Polsce znana jest z tytułów „Bezsenność we dwoje”, „Zamek i klucz”, „Kołysanka” czy „Teraz albo nigdy”.

 

Matka zawołała mnie po raz pierwszy („Macy, kochanie, ludzie zaczynają się schodzić”), potem odezwała się znowu („Macy? Kochanie?”), ale ja wciąż sterczałam przed lustrem, raz za razem rozdzielając włosy wzdłuż przedziałka. Starałam się, jak mogłam, ale przedziałek wciąż pozostawiał wiele do życzenia.

Dawniej nie przywiązywałam takiej wagi do wyglądu. Znałam podstawowe fakty: byłam jak na swój wiek trochę za niska, miałam okrągłą twarz, brązowe oczy i delikatne piegi wokół nosa, które w przeszłości wydawały się zdecydowanie wyraźniejsze, a teraz stały się widoczne tylko z bliska. Moje blond włosy jaśniały latem, a nawet lekko zieleniały – w okresach, gdy zbyt często pływałam. Nie przeszkadzało mi to, bo wtedy liczył się dla mnie tylko sport. Słowo „fryzura” oznaczało dla mnie tylko tyle, że zawsze trzeba mieć na przegubie gumkę, żeby móc w każdej chwili związać włosy. Nie dbałam o to, jak wygląda moje ciało, czyli w gruncie rzeczy o to, jak wyglądam. Liczyło się tylko to, co potrafię zrobić, w jaki sposób umiem z tego ciała korzystać – jak szybko potrafię biec. Teraz jednak wygląd stał się elementem mojego planu dążenia do doskonałości. Skoro chciałam, żeby ludzie odbierali mnie jako osobę spokojną i opanowaną, musiałam odpowiednio się prezentować.

A to wymagało pracy i zaangażowania. Włosy musiały być ułożone i opadać według wcześniej przygotowanego scenariusza. Jeśli moja cera nie chciała współpracować, targowałam się z nią, aplikując korektor i cienką warstwę podkładu, żeby ukryć wszystkie czerwone znamiona i ciemne plamy. Potrafiłam spędzić bite pół godziny, nakładając cień na powieki, a potem skręcając i rozkręcając rzęsy, żeby były uniesione i nastroszone, kiedy będę po nich przesuwała szczoteczką z tuszem, malując je i pogrubiając. Nawilżałam skórę. Czyściłam zęby nicią. Trzymałam się prosto. Czułam się dobrze.

– Macy?

Głos matki, stanowczy i radosny, przypłynął po schodach na górę. Po raz ostatni przeciągnęłam grzebieniem po włosach, potem cofnęłam się o krok od lustra, pozwalając, żeby opadły. Nareszcie: przedziałek był idealny. W samą porę.

Kiedy zeszłam na dół, matka stała przy drzwiach i witała właśnie jakieś małżeństwo. Na jej twarzy bez trudu można było zauważyć uśmiech sprzedawcy: biła z niego pewność siebie, ale nie arogancja, wydawał się serdeczny, ale nie chodziło tu w żadnym wypadku o nadskakiwanie rozmówcy. Matka, podobnie jak ja, bardzo dbała o wygląd. Zarówno w nieruchomościach, jak w liceum, był to czynnik, który w wielu przypadkach decydował o sprawach życia i śmierci.

– No, nareszcie jesteś – powiedziała, odwracając się do mnie, kiedy schodziłam po schodach. – Zaczynałam się niepokoić.

– Problemy z włosami – odpowiedziałam. W tym czasie w drzwiach pojawiła się kolejna para. – Nic nie poradzę.

Matka zajrzała do salonu, żeby sprawdzić, co się dzieje. Goście oglądali już wystawę przedstawiającą projekty nowych domów, która została przygotowana specjalnie dla nich. Matka organizowała u nas te przyjęcia w myśl zasady: „Jeżeli chcesz przekonać człowieka, że potrafisz zbudować dom jego marzeń, pochwal się własnym”. Ta strategia marketingowa okazywała się całkiem skuteczna, ale by ją realizować, co jakiś czas musiałyśmy tolerować obcych ludzi włóczących się po naszych schodach.

– Byłabym ci wdzięczna – powiedziała – gdybyś poszła sprawdzić, czy ludzie od cateringu mają wszystko, czego potrzebują. A jeżeli zauważysz, że kończą się broszury reklamowe, idź do garażu po następne pudełko.

Uśmiechnęła się do pary, która właśnie przechodziła przez hol.

– Aha – dodała – a gdybyś widziała, że ktoś szuka łazienki…

– …wskaż mu uprzejmie drogę i pamiętaj, żeby się nie narzucać – dokończyłam za nią.

Pilnowanie detali i objaśnianie drogi do toalety – to był mój znak firmowy.

– Jesteś kochana – powiedziała w chwili, gdy do drzwi podeszła kobieta w żakiecie i długich spodniach. – Witam! – zakrzyknęła matka, otwierając szerzej drzwi. – Jestem Deborah Queen. Proszę wejść. Tak się cieszę, że udało się pani przyjść!

Oczywiście matka nie znała tej osoby, ale jak każdy dobry sprzedawca trzymała się prostej zasady: należy traktować wszystkich jak dobrych znajomych.

– No cóż, po prostu uwielbiam tę okolicę – powiedziała kobieta, przechodząc przez próg. – Zauważyłam, że buduje pani nowe domy, więc pomyślałam…

– Proszę za mną, pokażę pani rozkład. Czy zauważyła pani, że w każdym domu znajduje się garaż, w którym można zaparkować dwa samochody? Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, jak ważny jest ogrzewany garaż.

Matka natychmiast ruszyła dalej. Trudno uwierzyć, że marketing tego typu kosztował ją kiedyś niemal tyle, co leczenie kanałowe. Ale jeżeli człowiek nie ma wyjścia, rzuca się na głęboką wodę i przy odrobinie szczęścia zaczyna nawet nieźle pływać.

Królewskie Domy to firma, którą tata założył zaraz po studiach. Zaczynał od jednoosobowej działalności i zajmował się wtedy stolarką wykończeniową. W momencie gdy poznał matkę, firma całkiem nieźle prosperowała. Właściwie poznali się, kiedy ją zatrudnił. Była świeżo po studiach, miała uprawnienia księgowej, a on zupełnie nie panował nad finansami. Matka od razu wkroczyła do akcji, sprawdziła wszystkie dokumenty (głównie zapisane nierównym pismem serwetki barowe i pudełka zapałek rozdawanych w celu promocji marki), zażegnała poważny kryzys w urzędzie skarbowym (ojciec od paru lat „zapominał” o podatkach) i wyprowadziła firmę z debetu. A do tego zdążyli się jeszcze w sobie zakochać. Stanowili idealny duet: on – pełen uroku wesołek, któremu każdy chciał postawić piwo, ona – osoba dokładna, bez trudu przedzierająca się przez pełne dokumentów teczki i mająca Szerszą Perspektywę. Razem byli nie do zatrzymania.

Nasze osiedle – Wildflower Ridge – to był projekt matki. Wcześniej budowali już mniejsze osiedla i domy pokazowe, ale to miała być cała enklawa z domami jednorodzinnymi i apartamentami, małym centrum biznesowym – a wszystko wkomponowane w ogólnodostępną zieleń. Powrót do dawnych wspólnot, jak mówiła matka. Powiew przyszłości.

Na początku tata nie palił się do tego pomysłu. Robił się jednak coraz starszy i miał mniej siły. Projekt matki dawał mu szanse na objęcie stanowiska nadzorczego i porzucenie pracy fizycznej, więc w końcu przystał na to rozwiązanie. Dwa miesiące później rozpoczęła się budowa pierwszego domu. Naszego domu.

Rodzice współpracowali ze sobą podczas prezentacji domu pokazowego. Tata od razu łapał kontakt z ludźmi: tym z północy serwował urok południowca, a z miejscowymi rozprawiał o wyścigach samochodowych i grillowaniu. Miał imponującą wiedzę, a to robiło na ludziach niemałe wrażenie. Każdy potencjalny klient chciał, żeby to właśnie on zbudował mu dom. Zresztą nie chodziło tylko o dom: wszyscy pragnęli się z nim przyjaźnić do końca życia. Kiedy grunt został już przygotowany, wkraczała matka z takimi szczegółami, jak wzory umów, dane techniczne i ceny. Domy sprzedawały się jak ciepłe bułeczki. Wszystko szło tak, jak zaplanowała to mama. Ale tylko do pewnego momentu.

Wiem, że po jego śmierci zaczęła się obwiniać. Uważała, że stres związany z realizacją projektu Wildflower Rigde był bezpośrednią przyczyną jego kłopotów z sercem. Wierzyła, że gdyby nie dążyła za wszelką cenę do rozwoju firmy, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Obie o tym wiedziałyśmy, współdzieliłyśmy tę tajemnicę, ale nigdy nie poruszałyśmy tego tematu. Ja powinnam mu wtedy towarzyszyć, a ona powinna odpuścić i nie zadręczać go nowymi planami. Powinna była, mogła – wszystko to łatwo powiedzieć w czasie przeszłym.

Ale nas z matką obowiązywał czas teraźniejszy, a w nim mogłyśmy zrobić tylko jedno: iść naprzód. Ciężko pracowałyśmy – ja w szkole, a ona ścigała się z pozostałymi deweloperami. Dbałyśmy o to, żeby mieć zawsze równy przedziałek i trzymałyśmy się prosto, kiedy przyszło nam się witać z klientami albo kimkolwiek innym. Do tego firmowy uśmiech i nieco za duży w obecnej sytuacji dom ze snów, lustra, a w nich nasze pełne optymizmu twarze. Jednak w rzeczywistości nosiłyśmy w sobie smutek. Raz gorzej czuła się mama, innym razem ja, ale uczucie przygnębienia nigdy nas nie opuszczało.

 

Właśnie wskazałam drogę do toalety poirytowanej kobiecie w bluzce zaplamionej czerwonym winem – najwyraźniej zderzyła się z kimś z firmy cateringowej – kiedy zauważyłam, że na stoliku w holu stos broszur reklamowych jest już nieco za niski. Wreszcie nadarzyła się okazja, żeby się stąd wyrwać. Po chwili byłam już na zewnątrz.

Przecięłam znajdujący się przed domem trawnik i okrążyłam stojącą na podjeździe furgonetkę firmy cateringowej. Zauważyłam, że niedawno zaszło słońce. Niebo nad szpalerem drzew oddzielającym nas od wcześniej zbudowanych apartamentów zrobiło się różowo-pomarańczowe. Był początek lata. Kiedyś oznaczało to dla mnie wcześniejsze treningi i wolne popołudnia na basenie, podczas których do znudzenia ćwiczyłam nawroty. W tym roku czekała mnie praca.

Jason rozpoczął swoją karierę w bibliotecznym punkcie informacyjnym w wieku piętnastu lat. Nietrudno się zatem dziwić, że szybko zyskał reputację Człowieka, Który Wie Wszystko. Ci, którzy korzystali z biblioteki w Lakeview, wiedzieli, że ten chłopak poradzi sobie z każdym zadaniem: od znalezienia zapomnianej książki o Katarzynie Wielkiej aż po naprawienie komputerów podczas nagłej awarii. Kochali go z tego samego powodu co ja: znał wszystkie odpowiedzi. Mój chłopak szybko stał się postacią niemal kultową. Szczególnie wśród współpracowników – a właściwie współpracowniczek. Na domiar złego obie były błyskotliwe. Nigdy nie okazywały mi sympatii, w końcu to ja z nim chodziłam. Uważały oczywiście, że daleko mi do ich intelektu, a co dopiero do intelektu Jasona. Mogłam się spodziewać, że nie przyjmą mnie ciepło, kiedy niespodziewanie dołączę do ich zespołu. Nie myliłam się.

Zanosiły się śmiechem, podczas gdy Jason objaśniał mi szczegółowo, jak należy korzystać z bibliotecznej wyszukiwarki. Robiły miny, kiedy zadałam jakieś pytanie dotyczące katalogu fiszkowego. Odnosiłam wrażenie, że on tego w ogóle nie zauważa. Wreszcie zasygnalizowałam mu, że coś jest nie tak, ale Jason tylko się zniecierpliwił, dając do zrozumienia, że marnujemy czas.

– Nie tym powinnaś się martwić – powiedział.

Nie wiedzieć, jak w razie awarii systemu szukać odnośników w bibliotecznej bazie danych obejmującej trzy hrabstwa – o, tak, to byłby problem.

Rzecz jasna miał rację. On zawsze miał rację. Ale wcale mi na tej wiedzy nie zależało.

Kiedy dotarłam do garażu, podeszłam do regału, na którym mama trzymała swoje rzeczy. Odsunęłam stos znaków NA SPRZEDAŻ oraz DZIEŃ OTWARTYCH DRZWI, chcąc wydobyć kolejne pudełko z ulotkami. Drzwi były otwarte i słyszałam odgłosy przyjęcia, gwar rozmów i pobrzękiwanie zastawy. Chwyciłam pudełko, zgasiłam światło i ruszyłam z powrotem w kierunku domu.

Mijałam właśnie pojemniki ze śmieciami, kiedy nagle ktoś wyskoczył na mnie z krzaków.

– Mam cię!

Wrzasnęłam i upuściłam pudełko, które upadło z hukiem na ziemię. Ulotki rozsypały się po całym podjeździe. Mówcie, co chcecie, ale ja wiem, że człowiek nigdy nie jest przygotowany na niespodziewany atak. Właśnie to mają na myśli ludzie, oświadczając, że stanęło im serce. Nie mogłam się ruszyć i z trudem łapałam oddech.

Na chwilę zapadła cisza. W pobliżu przejechał jakiś samochód.

– Bert – głos dobiegał od strony podjazdu, zza furgonetki firmy cateringowej. – Co robisz?

Krzak obok mnie zaszeleścił.

– Ja… – obok mnie odezwał się cichy, niepewny głos. – Próbuję cię nastraszyć. Co nie?

Usłyszałam kroki i sekundę później zobaczyłam idącego ku mnie przez podjazd chłopaka w białej koszuli i czarnych spodniach. Pod pachą niósł półmisek. Kiedy się zbliżył, zmrużył oczy, bo dostrzegł w ciemności nieznaną sylwetkę.

  – Wygląda na to, że nie do końca – powiedział.

Staliśmy teraz naprzeciw siebie. Był wysoki i miał nieco za długie kasztanowe włosy. Wydawał się też niewiarygodnie przystojny. Uroku dodawały mu wydatne kości policzkowe i ostre rysy twarzy. Trudno było tego nie zauważyć, nawet jeżeli miało się chłopaka.

– Wszystko w porządku? – zapytał.

Pokiwałam głową. Moje serce wciąż mocno biło, ale powoli dochodziłam do siebie.

Nieznajomy stał tam, wpatrując się uważnie w krzew, aż nagle zanurzył w nim rękę. Chwilę później wyciągnął spośród liści chłopaka. Tamten był niższy i bardziej przysadzisty, ale ubrany w identyczny strój. Też miał ciemne oczy i kasztanowe włosy,  sprawiał wrażenie młodszego. Oblał się rumieńcem.

– Bert – powiedział ten starszy, opuszczając rękę. – No wiesz… naprawdę.

– To wszystko przez to, że jestem strasznie do tyłu w punktacji – te słowa Bert skierował bezpośrednio do mnie. Wypowiedział je uroczystym tonem.

– Po prostu przeproś – polecił mu starszy chłopak.

– Bardzo mi przykro – powiedział Bert, po czym wyjął sobie z włosów igłę. – Myślałem, hm… wziąłem cię po prostu za kogoś innego.

– W porządku – odpowiedziałam.

Starszy szturchnął go, a potem ruchem głowy wskazał ulotki.

– A, no tak – powiedział Bert, rzucając się na kolana.

Zaczął zbierać rozsypane materiały, szurając przy tym po asfalcie. Starszy chłopak odszedł parę kroków i gromadził te, które poleciały nieco dalej.

– To było całkiem niezłe – mamrotał Bert. Kucnęłam obok niego, żeby mu pomóc. – Prawie go dopadłem. Prawie.

Nad kuchennymi drzwiami zapaliło się światło i nagle zrobiło się bardzo jasno. Po chwili drzwi gwałtownie się otworzyły.

– Co tu się, na Boga, dzieje?

Odwróciłam się i zobaczyłam kobietę w czerwonym fartuchu. Była w ciąży. Miała czarne, kręcone włosy spięte na czubku głowy. Stała teraz na szczycie schodów i mrużąc oczy, wpatrywała się w ciemność. Na jej twarzy dało się zauważyć oznaki zaciekawienia, ale też lekkiego zniecierpliwienia.

– Gdzie jest ten półmisek, o który prosiłam?

– Tutaj – powiedział starszy z chłopaków, ruszając w moim kierunku. Na półmisku, który trzymał, leżał teraz porządnie ułożony stos ulotek. Pospiesznie mi je wręczył.

– Dziękuję – powiedziałam.

– Nie ma sprawy.

Potem wbiegł po schodkach, przeskakując co drugi stopień, i podał półmisek kobiecie. W tym czasie Bert czołgał się jeszcze pod tarasem, starając się wydobyć ulotki, które tam wylądowały.

– Cudownie – powiedziała kobieta. – A teraz, Wes, wracaj do baru, dobrze? Im więcej wypiją, tym mniej się będą niecierpliwić, że trzeba czekać na jedzenie.

– Jasne – powiedział i po chwili zniknął za drzwiami.

Kobieta – pogrążona w myślach – przesunęła dłonią po brzuchu, a potem znów spojrzała w ciemność.

– Bert?! – zawołała głośno. – Gdzie…

– Tutaj – odpowiedział Bert spod tarasu.

Kobieta odwróciła się i wystawiła głowę za poręcz schodów.

– Jesteś na ziemi?

– Tak.

– Co ty wyprawiasz?

– Nic – wymamrotał Bert.

– Jak już skończysz – powiedziała kobieta – to w kuchni stygną ciasteczka krabowe. To twoja działka. Więc rusz z łaski swojej tyłek i pofatyguj się tam, dobra?

– W porządku – odpowiedział. – Już idę.

Kobieta weszła z powrotem do kuchni i po chwili usłyszałam, jak krzyczy coś na temat ciasteczek. Bert wylazł spod tarasu, układając ulotki, które miał w rękach, a potem mi je podał.

– Naprawdę mi przykro – powiedział. – Głupio się zachowałem.

– W porządku – odparłam, a on wyciągnął z włosów kolejną igłę. – To był przypadek.

Spojrzał na mnie z powagą.

– Nie ma przypadków – powiedział.

Przez chwilę mu się przyglądałam. Miał okrągłą twarz i szeroki nos, gęste i nieco za krótkie włosy, jakby podcinane w domu. Wpatrywał się we mnie tak intensywnie – jakby chciał się upewnić, czy zrozumiałam, co chciał mi przekazać – że musiałam w końcu odwrócić wzrok.

– Bert! – wrzasnęła kobieta. – Ciasteczka krabowe!

– Już! – odkrzyknął i ruszył do roboty.

Wbiegł po schodkach, a kiedy dotarł na górę, spojrzał w moją stronę.

– Ale naprawdę mi przykro – powiedział, powtarzając słowa, które w ciągu ostatniego półtora roku słyszałam tak często, że przestały dla mnie cokolwiek znaczyć. Odniosłam jednak wrażenie, że on akurat mówił to szczerze. Dziwne. – Przykro mi – powtórzył.

I zniknął za drzwiami.

Kiedy wróciłam do domu, matka oddawała się rozmowie z dwójką potencjalnych klientów. Chodziło o podział przestrzeni mieszkalnej na strefy. Położyłam ulotki na miejsce i skierowałam do łazienki faceta, który miał już lekkie problemy z utrzymaniem równowagi. Trzymał w ręku kieliszek, który najrozsądniej byłoby odstawić. Rozglądałam się właśnie po salonie, szukając pustego szkła, kiedy z kuchni dobiegł straszny hałas.

W domu wszystko zamarło. Rozmowy. Ruch. Nawet powietrze. A przynajmniej tak mi się wydawało.

– Wszystko w porządku! –  zza drzwi kuchennych dobiegł pogodny głos. – Proszę sobie nie przeszkadzać!

Lekko zdziwieni goście najpierw westchnęli, potem rozległ się śmiech, a w końcu wszyscy wrócili do prowadzonych wcześniej rozmów. Matka, nie rezygnując z firmowego uśmiechu, przeszła przez pokój, objęła mnie i poprowadziła w kierunku holu.

– Nie tak traktuje się klientów: za mało zakąsek i hałasy w kuchni – oświadczyła całkiem spokojnie. – Jestem niezadowolona. Czy możesz im to przekazać?

– Dobra – odpowiedziałam. – Już idę.

Zaraz po przejściu przez drzwi kuchenne wdepnęłam w jakąś mokrą papkę. Zobaczyłam, że podłoga pokryta jest małymi kulkami: niektóre leżały nieruchomo, inne toczyły się wolno na wszystkie strony. Mała dziewczynka z kucykami, wyglądająca na dwu- albo trzylatkę, stała przy zlewie z palcami w ustach i szeroko otwartymi oczami. Kilka kulek przeleciało obok niej.

– Aha – odezwałam się, widząc stojącą przy kuchence kobietę w ciąży, która trzymała pustą blachę do pieczenia. Westchnęła. – Rozumiem, że już po klopsikach.

Uniosłam stopę, żeby ją obejrzeć. W ostatniej chwili zdążyłam uskoczyć przed gwałtownie otwierającymi się drzwiami. Bert – tym razem bez ulotek i wyglądający na trochę bardziej zmobilizowanego – wparował do kuchni, niosąc tacę pełną zmiętych serwetek i pustych szklanek.

– Delia – zwrócił się do kobiety – potrzebujemy więcej ciasteczek krabowych.

– A ja potrzebuję czegoś na uspokojenie – odpowiedziała kobieta zmęczonym głosem, rozprostowując plecy. – Ale nie można mieć wszystkiego. Zanieś im serowe ptysie i powiedz, że właśnie nakładamy ciasteczka krabowe.

– A nakładamy? – spytał Bert, przechodząc obok dziewczynki.

Dziecko uśmiechnęło się szeroko i wyciągnęło do niego oślinione paluszki. Ominął je, kierując się w stronę blatu, ono zaś – niepocieszone – usiadło i natychmiast zaczęło płakać.

– Nie, nie teraz – powiedziała Delia, przemierzając kuchnię. – Mówię tak futurystycznie.

– Istnieje w ogóle takie słowo? – spytał Bert.

– Zanieś już te serowe ptysie – rzuciła i wzięła dziewczynkę na ręce.

– Och, Lucy, proszę cię, wstrzymaj się z histerią jeszcze godzinę. Na miłość boską, błagam cię, okej? – Spojrzała na swój but. – O, nie. Znów wdepnęłam w klopsika. Gdzie jest Monica?

– Tutaj! – odpowiedział dziewczęcy głos zza drzwi wejściowych.

Na twarzy Delii malowała się desperacja.

– Zgaś tego papierosa i chodź tutaj, ale już. Znajdź miotłę i sprzątnij te klopsiki… Czekamy jeszcze na ptysie serowe, a Bert potrzebuje… Czego ty potrzebowałeś?

– Ciasteczek krabowych – odparł. – Futurystycznie. A Wes czeka na lód.

– Są w piecu, jeszcze tylko moment – powiedziała Delia, wbijając w niego wzrok i ruszając w stronę szafki na miotły. Trzymała dziecko na biodrze i szperała przez chwilę w szafce, aż w końcu wyjęła szufelkę i zmiotkę. – To znaczy, ciasteczka krabowe, a nie lód. Lucy, proszę cię, nie obśliniaj mamy… A lód jest… o cholera, nie wiem, gdzie jest lód. Gdzie wsadziliśmy te torby?

– Do zamrażalnika – powiedziała wysoka dziewczyna, wchodząc do środka i głośno zatrzaskując za sobą drzwi.

Miała długie, miodowe włosy. Lekko zgarbiona, wlokła się w kierunku piekarnika. Uchyliła go, zajrzała do środka i zatrzasnęła drzwiczki, po czym ruszyła do kuchennej wyspy w tempie, którego nie powstydziłby się żaden ślimak.

– Gotowe – obwieściła.

– Monico, więc wyjmij je, proszę, i ułóż na tacy – burknęła Delia, przekładając dziecko na drugie biodro. Zaczęła zgarniać klopsiki szufelką, a Monica w tym czasie znowu ruszyła do kuchenki, robiąc po drodze zdecydowanie zbyt długą przerwę na zabranie rękawicy żaroodpornej.

– Zaczekam na ciasteczka krabowe – powiedział Bert. – To tylko…

Delia wyprostowała się i spiorunowała go wzrokiem. Przez kilka chwil panowała cisza, ale coś mi mówiło, że mój czas jeszcze nie nadszedł. Pozostałam więc na miejscu i zaczęłam zeskrobywać klopsik z buta.

– A, no tak – rzucił szybko Bert. – Ptysie serowe. Już idę. Tak w ogóle to potrzebujemy więcej kelnerów. Ludzie od razu mnie osaczają, nie macie pojęcia, co tam się dzieje.

– Monico, wracaj tam – powiedziała Delia do wysokiej dziewczyny, która przechadzała się powoli z blachą skwierczących ciasteczek krabowych. Odkładając szufelkę, Delia podeszła do wyspy, wzięła do ręki łopatkę i zaczęła z zawrotną prędkością przekładać jedną ręką ciasteczka na półmisek. – I to już!

– Ale…

– Wiem, co przedtem mówiłam – odkrzyknęła Delia, kładąc stosik serwetek na brzegu tacy – ale mamy sytuację awaryjną i muszę cię tam znów posłać, nawet jeśli wiąże się to z niemałym ryzykiem. Chodź wolno i patrz, dokąd idziesz. I uważaj z napojami, na miłość boską, błagam cię, okej?

Zauważyłam, że Delia najczęściej kończy zdania w ten sam sposób: te słowa były najwyraźniej jakąś jej mantrą.

– Okej – odpowiedziała Monica, zakładając kosmyk włosów za ucho.

Uniosła tacę i niespiesznie ruszyła, omijając róg wyspy. Delia obserwowała ją, potem zajęła się znów klopsikami, zamiatając kilka ostatnich sztuk leżących na podłodze. Wrzuciła je do kosza na śmieci. Jej córka wciąż popłakiwała, a Delia przemawiała do niej łagodnie, kierując się jednocześnie do metalowego wózka, który stał przy drzwiach. Wyciągnęła z niego tacę przykrytą folią spożywczą i ruszyła z powrotem kaczym chodem, niepewnie balansując. Nigdy w życiu nie widziałam nikogo, kto bardziej niż ona potrzebowałby pomocy.

– Co jeszcze, co jeszcze? – powtarzała, kiedy dotarła już do wyspy, na której położyła tacę. – Co jeszcze miałam przygotować?

Przyłożyła rękę do czoła i zamknęła oczy.

– Lód – powiedziałam, a ona odwróciła się i popatrzyła na mnie.

– Lód – powtórzyła. A potem się uśmiechnęła. – Dzięki. A kto ty jesteś?

– Macy. To dom mojej mamy.

Wyraz jej twarzy zmienił się, ale tylko nieznacznie. Miałam wrażenie, że wie, czego się spodziewać.

Nabrałam powietrza.

– Chciała, żebym tu przyszła i sprawdziła, czy wszystko w porządku. I żebym przekazała, że jest…

– …niewiarygodna wkurzona – dokończyła za mnie, kiwając głową.

– No, może nie wkurzona…

Właśnie w tym momencie z sąsiedniego pokoju dobiegł głośny huk połączony z pluskiem, a potem na chwilę zapadła cisza. Delia spojrzała na drzwi, a jej dziecko znów zaczęło płakać.

 – A teraz? – spytała mnie Delia.

– No… tak – przytaknęłam. W gruncie rzeczy mogłam się założyć, że to zbyt łagodne określenie. – Teraz jest prawdopodobnie wkurzona.

– O Boże. – Delia zakryła twarz dłonią i zaczęła kręcić głową. – To katastrofa.

Nie byłam pewna, co powinnam teraz powiedzieć. Denerwowałam się od samego patrzenia na to wszystko. Nie mogłam sobie wyobrazić, jak musi czuć się człowiek, który za to odpowiada.

– No cóż – odezwała się po chwili Delia. – W jakimś sensie dobrze się stało. Przynajmniej wiemy, na czym stoimy. Teraz może już być tylko lepiej. Prawda?

Nic na to nie odpowiedziałam, co nie dodało jej chyba pewności siebie. Na szczęście ciszę niespodziewanie przerwał radosny dzwonek minutnika.

– Okej – powiedziała nagle Delia, zupełnie jakby ten dźwięk stał się dla niej sygnałem do dalszej pracy. – Macy. Odpowiesz mi na pytanie?

– Oczywiście – odparłam.

– Jak sobie radzisz z łopatką?

Spodziewałam się raczej czegoś innego.

– Chyba dobrze – powiedziałam po chwili.

– Cudownie – podsumowała Delia. – Chodź tutaj.

 

Piętnaście minut później złapałam rytm. To było jak pieczenie ciasteczek, tylko na przyspieszonych obrotach: wyłożyć na blasze serowe ptysie albo ciasteczka krabowe w równych rządkach, wsadzić do piekarnika, wyjąć poprzednią blachę, przenieść na tacę, wyekspediować z kuchni. I tak w kółko.

– Idealnie – powiedziała Delia, układając tosty dwa razy szybciej ode mnie i w zdecydowanie równiejszych rządkach. – Miałabyś świetlaną przyszłość w cateringu, moja droga, gdyby coś takiego w ogóle istniało.

Uśmiechnęłam się, słysząc te słowa. W tej samej chwili Monica, dziewczyna-leniwiec, przedarła się przez drzwi, trzymając tacę pełną serwetek. Po drugim upadku została odsunięta od podawania napojów, a na koniec sprzątała już tylko śmieci i znosiła puste kieliszki. Ograniczono zakres powierzanych jej obowiązków, bo zderzyła się z poręczą i zrzuciła pół tacy serowych ptysiów na koszulę jednego z gości. A wydawałoby się, że ten, kto chodzi naprawdę wolno, ma większe szanse, żeby uniknąć kolizji. Najwyraźniej przypadek Moniki przeczył logice.

– Jak tam idzie? – spytała ją Delia, spoglądając na swoją córeczkę Lucy, która spała teraz w foteliku samochodowym ustawionym na kuchennym stole.

Delia mi zaimponowała. Kiedy uświadomiła sobie, że sytuacja jest beznadziejna, natychmiast wzięła się do pracy: dorobiła dwie tace kanapek, wyjęła lód z zamrażalnika i ukołysała córkę do snu – a wszystko to w czasie nieprzekraczającym trzech minut. I tak jak w powtarzanej przez nią formule: Och-na-miłość-boską-błagam-cię-okej – po prostu robiła wszystko, co mogła, i czekała, aż coś zaskoczy. Byłam pod wrażeniem.

– W porządku – odezwała się Monica, po czym bez pośpiechu, powłócząc nogami, ruszyła w kierunku kosza na śmieci. Kiedy już tam dotarła, zrobiła sobie krótką przerwę i zaczęła opróżniać tacę, wyrzucając każdy ze znajdujących się na niej elementów po kolei.

Delia przewróciła oczami, a ja wsunęłam do piekarnika kolejną blachę.

– To nie zawsze tak wygląda – zwróciła się do mnie, otwierając kolejną paczkę ptysiów serowych. – Przysięgam. Zwykle jesteśmy wzorem profesjonalizmu i skuteczności.

Monica, słysząc te słowa, prychnęła, a Delia spiorunowała ją wzrokiem.

– Ale – mówiła dalej – moja opiekunka do dziecka wycięła mi numer, a potem jeden z kelnerów powiedział, że ma inne plany, a potem… no cóż, potem cały świat sprzysiągł się przeciwko mnie. Wiesz, jak to jest?

Pokiwałam głową. Nawet nie wiesz, jak dobrze, pomyślałam. A na głos powiedziałam:

– Jasne, że wiem.

– Macy! Tu jesteś! – Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że matka pojawiła się w drzwiach kuchni. – Wszystko w porządku?

To pytanie zostało skierowane do mnie, ale w gruncie rzeczy miała je usłyszeć Delia. Kiedy na nią spojrzałam, zauważyłam, że doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Wykładała właśnie serowe ptysie z prędkością trzy razy większą niż normalny człowiek. Stojąca za nią Monica zdołała już opróżnić tacę i teraz uderzała nią o kolana, wlokąc się przez kuchnię.

– Tak – odpowiedziałam. – Zapytałam Delię, jak się robi ciasteczka krabowe.

Podchodząc do nas, matka przeczesywała dłonią włosy, co oznaczało, że przygotowuje się do konfrontacji. Delia też chyba to wyczuła. Wszystko na to wskazywało, bo wzięła ścierkę, wytarła ręce i odwróciła się do matki, nie tracąc przy tym zimnej krwi.

– Jedzenie zbiera entuzjastyczne recenzje – zaczęła matka głosem, z którego jasno wynikało, że za chwilę padnie „ale” – ale…

– Pani  Queen. – Delia, wzięła głęboki oddech i położyła rękę na piersi. – Nie musi pani już nic mówić.

Otworzyłam następną paczkę krabowych ciasteczek, starając się nie podnosić głowy.

– Jest mi naprawdę bardzo przykro, że zaczęliśmy ten wieczór tak chaotycznie – ciągnęła Delia. – W ostatniej chwili dowiedziałam się, że będę miała za mało ludzi, ale to nie jest żadne usprawiedliwienie. Chciałabym zrezygnować z pozostałej części należności. Mam nadzieję, że skorzysta pani jeszcze kiedyś z naszych usług.

Pełna napięcia cisza, która zapadła po tych słowach, trwała pełne pięć sekund. Przerwał ją wracający do kuchni Bert, który z impetem wpadł do kuchni.

– Potrzeba więcej babeczek! – krzyknął. – Idą jak gorące bułeczki!

– Bert – odezwała się Delia z wymuszonym uśmiechem skierowanym do matki. – Nie musisz się tak drzeć. Jesteśmy całkiem blisko.

– Przepraszam – powiedział Bert.

– Masz. – Wręczyłam mu tacę, którą właśnie przygotowałam, i przejęłam pustą. – Ciasteczka krabowe też powinny być za parę minut.

– Dzięki – odpowiedział. W tym momencie uświadomił sobie, że ja to ja. – O, teraz tu pracujesz?

– Nooo, nie. – Położyłam przed sobą pustą tacę. – Niezupełnie.

Spojrzałam na matkę. Przez ostatnich kilka chwil z perspektywy mamy wiele się wydarzyło. Najpierw szczere przeprosiny Delii, potem moja rozmowa z Bertem. Widziałam, że robi wszystko, żeby nadążyć za rozwojem sytuacji.

– No cóż – powiedziała w końcu, zwracając się ponownie do Delii. – Przyjmuję pani przeprosiny. To chyba wystarczające zadośćuczynienie. Jedzenie jest wspaniałe.

– Bardzo pani dziękuję – odpowiedziała Delia. – Naprawdę to doceniam.

Z salonu dobiegły salwy śmiechu – to znaczy, że ludzie dobrze się bawili. Matka spojrzała w tamtą stronę i wyraźnie się uspokoiła.

– No cóż – odezwała się – chyba powinnam wrócić do gości.

Ruszyła w kierunku drzwi, ale przystanęła koło lodówki.

– Macy? – zwróciła się do mnie.

– Tak?

– Kiedy tu skończysz, przydasz mi się tam, w salonie. Dobrze?

– Oczywiście – odpowiedziałam, chwytając rękawice i podchodząc do piekarnika, żeby spojrzeć na krabowe ciasteczka. – Za chwilę przyjdę.

– A tak w ogóle, to ona jest wspaniała – powiedziała Delia. – Już jej mówiłam, że jeśli będzie potrzebować pracy, natychmiast ją zatrudnię.

– To miło z pani strony – odparła matka. – Tego lata Macy ma pracę w bibliotece.

– O! To świetnie.

– To tylko punkt informacyjny – wyjaśniłam, otwierając piekarnik. – Odpowiadam na pytania i tak dalej.

– Aha – rzuciła Delia. – Dziewczyna, która zna wszystkie odpowiedzi.

– Taka właśnie jest Macy. – Matka uśmiechnęła się. – To bardzo mądra dziewczyna.

Nie wiedziałam, co w tej sytuacji powiedzieć. Dlatego zamiast cokolwiek mówić, sięgnęłam po ciasteczka krabowe. Kiedy matka wyszła z kuchni, Delia zbliżyła się do mnie z rękawicą w dłoni i przejęła ode mnie blachę, którą właśnie wyjęłam z piekarnika.

– Bardzo mi pomogłaś – powiedziała. – Naprawdę. Ale teraz lepiej wracaj do mamy.

– Nie, w porządku – odparłam. – Ona nawet nie zauważy, że mnie nie ma.

Delia uśmiechnęła się.

– Może i nie. Ale i tak powinnaś tam pójść.

Zrobiłam krok do tyłu, żeby mogła przejść, a ona zaniosła blachę na wyspę. Lucy poruszyła się lekko w swoim foteliku, po czym się uspokoiła.

– Czyli pracujesz w bibliotece, tak? – spytała Delia, biorąc do ręki łopatkę. – Fajnie.

– To tylko na czas wakacji – wyjaśniłam. – Zastępuję kogoś.

Zaczęła zdejmować ciasteczka z blachy i układać je na tacy.

– No cóż, jeśli nie będzie ci to odpowiadało, pamiętaj, że zawsze mi się przyda ktoś, kto potrafi słuchać i chodzi prosto.

Monica właśnie weszła do kuchni, zdmuchując kosmyk włosów z twarzy i mimo woli stała się żywą ilustracją tych słów.

– Chociaż catering to zajęcie dla zdrowo zakręconych ludzi – ciągnęła Delia. – Nie wiem właściwie, dlaczego miałabyś to robić, skoro masz spokojną, normalną pracę. Ale gdybyś z jakichś powodów pragnęła chaosu, zadzwoń do mnie. Okej?

Znów wrócił Bert i niedbale przeszedł między nami z pustą tacą.

– Ciastka krabowe! – wydarł się. – Potrzebna jest następna porcja!

– Bert – zwróciła się do niego Delia, wzdrygając się. – Jestem tutaj.

Podeszłam do drzwi. W momencie gdy powłócząca nogami Monica zrównała się ze mną, dyskretnie się odsunęłam. Bert stał zniecierpliwiony, czekając na swoją tacę, a Delia popędzała Monikę, mówiąc, żeby, na Boga, spróbowała się pospieszyć. Wydawało się, że już o mnie zapomniała, ale ja z bliżej nieokreślonych przyczyn chciałam dokończyć tę rozmowę.

– Dobrze – powiedziałam głośno w nadziei, że mnie usłyszy. – Okej.

 

Ostatni gość – lekko wstawiony i bardzo głośny facet w golfie – wyszedł około dziewiątej trzydzieści. Matka zamknęła za nim drzwi, zdjęła buty, pocałowała mnie w czoło i podziękowała mi, a potem poszła do swojego biura, żeby przygotować pakiety dla osób, które wpisały się na listę w rubryce „TAK! PROSZĘ O WIĘCEJ INFORMACJI” wyłożoną na stoliku w holu. Kontakty to podstawa – zdążyłam się już tego nauczyć. Z ludźmi trzeba działać szybko, inaczej znikną z pola widzenia.

Idąc na górę do swojego pokoju, miałam w pamięci wszystkie te złote myśli. Kiedy tylko zamknęłam za sobą drzwi, od razu sprawdziłam pocztę. Jason, zgodnie z obietnicą, napisał do mnie, ale skupił się głównie na wskazówkach dotyczących pracy w punkcie informacyjnym („Pamiętaj, żeby zapisywać wszystkie hasła do kserokopiarki, potem bardzo trudno je odtworzyć”), wspomniał też o paru innych sprawach, którymi miałam się zająć („Pamiętaj, żeby w sobotę wysłać mejl do grupy kulturoznawczej z informacją dla prelegenta, którego wykład został zaplanowany na sierpień”). E-mail podsumował słowami, że jest zbyt zmęczony, żeby napisać coś więcej i że odezwie się za parę dni. Nie zadał sobie nawet trudu, żeby dodać dość istotne w takich przypadkach słowo „kocham”. Zresztą niczego innego się nie spodziewałam. Jason nie należał do tych, którzy obnoszą się z uczuciami. Z niesmakiem patrzył na pary, które obściskiwały się na szkolnych korytarzach w trakcie przerw, źle znosił romantyczne sceny pokazywane w filmach. Ale ja wiedziałam, że mu na mnie zależy. Okazywał to jednak w naprawdę powściągliwy sposób. Był tak samo oszczędny w manifestowaniu emocji, jak w innych sytuacjach – nie lubił przesady. Przykładem sytuacji, w których wykazywał jakąś inicjatywę, były chwile, gdy obejmował mnie w pasie, kiedy powiedziałam coś, co go rzeczywiście zaskoczyło. Dawniej może chciałabym, żeby posunął się dalej, ale przez ten czas, kiedy ze sobą chodziliśmy, przekonałam się do jego sposobu myślenia. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, więc w zasadzie nie musiał już nic robić, żeby pokazać, co do mnie czuje. Podobnie jak w przypadku tylu innych spraw, powinnam to po prostu wiedzieć.

Teraz jednak, po raz pierwszy od czasu, kiedy się ze sobą związaliśmy, czekała nas rozłąka dłuższa niż jeden weekend i zaczęłam zauważać, że różne drobne znaki, które na co dzień dodawały mi otuchy, w e-mailach po prostu nie istnieją. Ale on mnie kochał – wiedziałam to. Musiałam o tym pamiętać.

Zamknęłam pocztę, otworzyłam okno i wysunęłam się na dach. Usiadłam, opierając się o okiennicę. Kolana przyciągnęłam do piersi i zastygłam tak na jakiś czas, patrząc w gwiazdy. Nagle usłyszałam, że trzasnęły drzwi samochodu, po chwili ten dźwięk się powtórzył. Wychyliłam się trochę i zobaczyłam kilka osób kręcących się wokół furgonetki Cateringu FORTUNA.

– …i ta inna planeta poruszająca się po tym samym torze, co Ziemia. Jest tylko kwestią czasu, kiedy w nas uderzy. Wiem, że nie mówią o tych sprawach w wiadomościach. Ale to nie znaczy, że to się nie dzieje.

To były słowa Berta. Najpierw rozpoznałam jego głos, nieco piskliwy i zaniepokojony, a potem go zobaczyłam. Stał za furgonetką i mówił do kogoś, kto siedział na zderzaku i palił papierosa. Ognik było wyraźnie widać w ciemności.

– Mhmmm – odpowiedział nieśpiesznie jego rozmówca. To musiała być Monica. – Rzeczywiście.

– Bert, daj sobie z tym spokój – rozległ się jeszcze inny głos. Do samochodu podszedł Wes, starszy z nich dwóch, i wsunął coś z tyłu do furgonetki. Przez cały wieczór prawie w ogóle go nie widziałam, bo stał za usytuowanym obok kuchni barem.

– Ja tylko chcę, żeby ona się orientowała! – powiedział oburzony Bert. – To są ważne sprawy, Wes. Tylko dlatego, że ty wolisz pozostać ciemniakiem…

– Jesteśmy gotowi? – Na podjeździe pojawiła się Delia, trzymając Lucy opartą na biodrze. Powiedziała coś wyraźnie zmęczonym głosem.

Wes podszedł i odebrał od niej fotelik dziecięcy. Z miejsca, w którym siedziałam, widać było wyraźnie czubek jego głowy i biel koszuli. Miałam wrażenie, że poczuł, że go obserwuję, bo w pewnej chwili podniósł głowę i spojrzał w górę. Cofnęłam się.

– Zapłacili nam? – spytał Bert.

– Musiałam odpuścić połowę – powiedziała Delia. – Cena za ten bałagan. Może powinnam się tym przejmować, ale prawdę mówiąc, jestem w ciąży, padam z nóg i zwyczajnie nie mam siły się tym przejmować. Kto ma kluczyki?

– Ja – powiedział Bert. – Poprowadzę.

Zapadła cisza na tyle długa, że znów miałam ochotę się wychylić, ale nie zrobiłam tego.

– Nie sądzę – odezwała się w końcu Delia.

– Weź przestań… – dodała Monica.

– Co? – zdziwił się Bert. – Dajcie spokój! Prowadzę od roku! Za tydzień zdaję egzamin! I muszę trochę poćwiczyć, zanim sobie sprawię Bertomobila.

– Przestań tak go nazywać  – powiedział Wes cichym głosem.

– Bert. – Delia lekko westchnęła. – W innej sytuacji chętnie dałabym ci poprowadzić. Ale to był długi wieczór i najzwyczajniej w świecie mam ochotę być już w domu, okej? Następnym razem sobie pojeździsz. Ale teraz pozwól bratu prowadzić. Okej?

Znów cisza. Ktoś zakaszlał.

– Dobra – odpowiedział Bert. – Niech będzie.

Usłyszałam odgłos zatrzaskiwanych drzwi. Wychyliłam się i zobaczyłam, że Wes i Bert wciąż jeszcze stoją z tyłu furgonetki. Bert kopał nogą w ziemię wyraźnie nadąsany, a Wes tkwił obok niego niewzruszony.

– To nic takiego – odezwał się po chwili do Berta. Teraz wiedziałam już na pewno, że są braćmi. Wydali mi się bardzo podobni, choć te podobieństwa – odcień skóry, ciemne włosy, ciemne oczy – skrywały dwie zupełnie różne sylwetki.

– Nigdy nie dają mi prowadzić – powiedział Bert. – Nigdy. Nawet leniwa Monotonia dostała szansę w zeszłym tygodniu, a ja nigdy. Nigdy.

– Jeszcze dostaniesz – odezwał się Wes. – Od przyszłego tygodnia będziesz miał własny samochód i możesz prowadzić, ile dusza zapragnie. Ale teraz już nie naciskaj. Jest późno.

Bert wcisnął ręce do kieszeni.

– Niech będzie – powiedział i ruszył naokoło furgonetki, powłócząc nogami.

Wes szedł za nim, poklepując go po plecach.

– Znasz tę dziewczynę, która była w kuchni i pomagała Delii? – spytał Bert.

Zamarłam.

– Aha – odparł Wes. – Tę, na którą wyskoczyłeś?

– No, nieważne – powiedział głośno Bert. – Wiesz, kto to jest?

– Nie.

Bert podszedł do tylnych drzwi samochodu.

– A właśnie że wiesz. Jej ojciec…

Czekałam. Wiedziałam, co się szykuje, ale musiałam usłyszeć słowa, które miały zostać wypowiedziane. Słowa, które mnie określały, odróżniały od innych.

– …był trenerem, kiedy biegaliśmy w dziecięcej lidze, jeszcze w szkole podstawowej – dokończył Bert. – Błyskawice z Lakeview. Pamiętasz?

Wes otworzył Bertowi tylne drzwi.

– A, tak – potwierdził. – Trener Joe, prawda?

Prawda, pomyślałam i poczułam ukłucie w piersi.

– Trener Joe – powtórzył Bert i zamknął drzwi. – To był fajny facet.

Patrzyłam, jak Wes podchodzi do drzwi od strony kierowcy. Stał przez chwilę, po raz ostatni rozejrzał się, a potem otworzył drzwi i wskoczył do środka. Szczerze mówiąc, czułam się zaskoczona. Byłam już przyzwyczajona, że jestem dziewczyną, której tata umarł, i czasami zapominałam o swoim wcześniejszym życiu.

Wróciłam przez okno do ciemnego pokoju. Słyszałam dźwięk uruchamianego silnika i widziałam, jak furgonetka ruszyła po podjeździe, po czym wyjechała na ulicę. Na bocznej powierzchni miała wymalowaną grubymi pociągnięciami pędzla kość, która z daleka wyglądała jak litera chińskiego alfabetu. Rzucała się w oczy, nawet jeśli nie wiedziało się, co to jest. Wpatrywałam się w nią jeszcze, kiedy samochód jechał przez nasze osiedle, potem wspiął się na wzgórze i dotarł do znaku stop – a w końcu zniknął.

 

 

Nie mogłam zasnąć.

Następnego dnia zaczynałam pracę w bibliotece i czułam się jak przed pierwszym dniem szkoły, byłam nerwowa i poirytowana. Z drugiej strony nigdy nie miałam kłopotów ze wstawaniem. Dlatego tak dziwny wydawał mi się tamten poranek, kiedy przyszedł po mnie tata, a ja byłam całkowicie nieprzytomna. Spałam naprawdę głęboko.

Od tego czasu myśl o śnie wzbudzała we mnie lęk. Obawiałam się, że coś złego się stanie, jeżeli choćby na sekundę stracę kontakt z rzeczywistością. Dlatego pozwalałam sobie wyłącznie na drzemki. Jeżeli spałam na tyle długo, żeby coś mogło mi się przyśnić, zawsze były to sny o bieganiu.

Tata uwielbiał biegać. Dzięki niemu od najmłodszych lat trenowałyśmy z siostrą w drużynie Lakeview Zips. Zabierał nas też zawsze na pięciokilometrowe biegi, w których sam brał udział, i zapisywał nas do sekcji dziecięcej. Pamiętam swój pierwszy wyścig, miałam wtedy sześć lat. Stałam na linii startu w którymś rzędzie z kolei. Na poziomie oczu miałam tylko ramiona i szyje innych dzieci. Byłam dość niska jak na swój wiek, a Caroline oczywiście przepchnęła się do przodu. Oświadczyła tonem nieznoszącym sprzeciwu, że miejsce dziesięcio-prawie-jedenastolatki musi być gdzieś indziej niż pośród dzieciaków stojących z tyłu. Po strzale startera wszyscy rzucili się do przodu, a tupot tenisówek uderzających o asfalt zrobił się ogłuszający. Na początku wydawało się, że ta fala mnie niesie, ledwo dotykałam stopami ziemi. Ludzie stojący wzdłuż ulicy zlewali się w niewyraźną plamę, poszczególne twarze przelatywały obok. Jedyną rzeczą, na której potrafiłam się skupić, były włosy dziewczyny przede mną, związane niebieską, rypsową wstążką. Jakiś wielki, pędzący z tyłu chłopak, potrącił mnie mocno i pobiegł dalej. Podczas drugiego okrążenia poczułam skurcz, a potem usłyszałam głos taty:

  – Macy! Świetnie! Trzymaj się, wspaniale ci idzie!

Kiedy miałam osiem lat, wiedziałam już, że jestem szybka, szybsza niż inne dzieci. Wiedziałam to już, zanim zaczęłam wyprzedzać większych rywali na pierwszym okrążeniu, zanim wygrałam swój pierwszy wyścig – a potem wszystkie następne. Kiedy biegłam na miarę swoich możliwości, wiatr gwizdał mi w uszach i miałam pewność, że za chwilę wzniosę się w powietrze. Żeby to zrobić, wystarczyłoby trochę mocniej oddychać i odrobinę przyspieszyć.

W tamtym okresie z nas dwóch już tylko ja biegałam. Moją siostrę przestało to bawić mniej więcej w siódmej klasie. Doszła wtedy do wniosku, że jej najmocniejszą stroną – wbrew temu, co wszyscy sądziliśmy – wcale nie jest sprint na sto metrów, tylko flirtowanie z chłopakami z drużyny. Nadal lubiła biegać, ale widziała w tym sens tylko wtedy, gdy ktoś ją gonił.

Tak więc chodziliśmy na mityngi we dwójkę z tatą, który wstawał wcześnie, żeby przebiec naszą tradycyjną pięciokilometrową pętlę. Ojciec opowiadał straszne historie o uszkodzonych biodrach i kolanach, pakując w sobotnie poranki worki z lodem i batony energetyczne. Ta wspólna aktywność łączyła nas w wyjątkowy sposób, nikt inny nie dzielił z nim tej pasji. I właśnie dlatego tamtego ranka powinnam mu towarzyszyć.

Tego dnia zmieniłam stosunek do biegania. Niezależnie od tego, jak dobre czasy robiłam i jakie rekordy jeszcze kilka dni wcześniej zamierzałam pobić, tego najważniejszego czasu nie mogłam już poprawić. Właśnie dlatego przestałam biegać.

Modyfikując dobrze znaną trasę, która prowadziła obok skrzyżowania ulic Willow i McKinley i którą zawsze jechałam po wyjściu z domu, i nadkładając trochę drogi, mogłam ominąć miejsce, gdzie to wszystko się zdarzyło: naprawdę nietrudno było sobie z tym poradzić. Większym wyzwaniem wydawały się relacje z kolegami z drużyny lekkoatletycznej. Towarzyszyli mi – lojalnie – na pogrzebie, wpierali mnie w kolejnych dniach, ale nie kryli rozczarowania, kiedy nowy trener powiedział im, że postanowiłam odejść. Czuli się też dotknięci tym, że zaczęłam unikać ich na korytarzach. Nikt tego nie rozumiał: oprócz mamy jedyną osobą, na którą mogłam liczyć i która na pewno nie zamierzała poruszyć tematu śmierci taty, żałować mnie ani robić „miny” – byłam ja sama. Świadomie okroiłam swój świat. Odsunęłam od siebie wszystkich, którzy mnie znali albo próbowali się ze mną zaprzyjaźnić. Nie umiałam inaczej.

Spakowałam wszystkie puchary i ułożyłam je w pudłach. Czułam, że ta część mojego życia – sport – po prostu się zakończyła. To poszło wręcz zbyt łatwo, jeśli wziąć pod uwagę, że kiedyś bieganie było dla mnie wszystkim.

Teraz biegałam tylko w snach. Zawsze powtarzał się ten sam scenariusz: nadchodzi jakaś katastrofa albo o czymś zapomniałam i muszę szybko wracać, ale mam nogi jak z waty, nie jestem się w stanie na nich utrzymać. Różne rzeczy mogły się na to składać, ale finał był niezmienny: linia mety, do której nie dobiegam – to ponad moje siły, niezależnie od tego, ile kilometrów mam w nogach.

 

– Ach, rzeczywiście. – Bethany popatrzyła na mnie przez wąskie okulary w drucianej oprawie. – Ty dziś zaczynasz.

Stałam przed nią, trzymając w dłoniach torebkę. I nagle uświadomiłam sobie aż nazbyt jasno, że kiedy na parkingu odpinałam pas bezpieczeństwa, odbiłam sobie lakier na jednym z paznokci. Tyle czasu włożyłam w to, żeby pierwszego dnia dobrze wyglądać: wyprasowałam bluzkę, ułożyłam włosy w taki sposób, żeby mieć idealny przedziałek, dwa razy malowałam usta. A teraz lakier odprysnął na samym czubku i jeszcze się wyszczerbił. To była oznaka porażki, więc za wszelką cenę starałam się tę kompromitację ukryć.

Bethany odsunęła swoje krzesło i wstała.

– Chyba możesz usiąść tam na końcu – powiedziała, sięgając ręką do zasuwki, żeby otworzyć niskie, prowadzące do naszego stanowiska drzwiczki. Przytrzymała je, żebym mogła wejść. – Nie na czerwonym krześle, to miejsce Amandy. Na tym obok.

– Dzięki – odpowiedziałam.

Poszłam we wskazane miejsce, odsunęłam krzesło i usiadłam, kładąc torebkę na podłodze. Chwilę później usłyszałam, że drzwiczki znów zaskrzypiały. Przeszła przez nie Amanda, najlepsza przyjaciółka Bethany i sekretarz Rady Studentów. Była wysoka i miała długie włosy, które zaplatała w sięgający do połowy pleców misterny warkocz. Wyglądał tak wspaniale, że w trakcie długich spotkań, kiedy moja myśl zaczynała odpływać daleko od spraw oficjalnych, zastanawiałam się czasem, czy ona w tym śpi, czy może jest to coś takiego jak krawat odpinany pod koniec dnia.

– Cześć, Macy – przywitała mnie chłodno, siadając na czerwonym krześle. Miała idealną sylwetkę, dbała też o postawę: ramiona do tyłu, podbródek do góry. Może warkocz jej w tym pomaga, pomyślałam. – Zapomniałam, że dziś zaczynasz.

– No… tak – odpowiedziałam. Przyglądały mi się obie, a ja świetnie zdawałam  sobie sprawę, że to „no”, takie płaskie, zawisło w powietrzu między nami. Więc powiedziałam wyraźniej: – Tak.

Jeśli ja dopiero pracowałam, żeby osiągnąć stan doskonałości – przy czym „pracowałam” rzeczywiście będzie tu właściwym słowem – te dziewczyny miały to już za sobą i wydawało się, że trwanie w doskonałości nie wymaga od nich większego wysiłku. Bethany miała krótkie rude włosy oraz małe, pokryte piegami dłonie z równo przyciętymi paznokciami. Siedziałam obok niej na lekcjach angielskiego i zawsze patrzyłam zafascynowana, jak ona notuje: stawiała litery tak, jakby pisała na maszynie, każda wyglądała idealnie. Była spokojna i opanowana, inaczej niż bardziej gadatliwa Amanda, mówiąca z wyszukanym akcentem, który nabyła jeszcze jako dziecko w Paryżu. Mieszkała tam z rodziną w czasach, gdy jej ojciec studiował na Sorbonie. Nigdy nie widziałam, żeby któraś z nich miała na sobie bluzkę choćby z jedną plamką czy fałdą. Używały tylko prawidłowej angielszczyzny. Były żeńskimi odpowiednikami Jasona.

– Cóż, tego lata jest jak na razie bardzo spokojnie – odezwała się Amanda, wygładzając spódnicę dłońmi. Miała długie, białe jak kreda nogi. – Liczę na to, że będziesz miała co robić.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, więc uśmiechnęłam się tylko raz jeszcze swoim uśmiechem w-porządku-wszystko-w-porządku i odwróciłam się do ściany, przy której stało moje biurko. Słyszałam, jak zaczęły rozmawiać – cicho i spokojnie. Mówiły coś o jakiejś wystawie. Spojrzałam na zegar. Była 9.05. Zostało jeszcze pięć godzin i pięćdziesiąt pięć minut.

Do południa odpowiedziałam tylko na jedno pytanie, które dotyczyło lokalizacji toalety. (A więc to nie tylko w domu. Widać wszędzie wyglądałam na osobę, która przynajmniej wie, gdzie jest toaleta). Przy naszym stanowisku sporo się działo: problem z kserokopiarką, kilka pytań o jakieś nieznane czasopismo, ktoś nawet zapytał o internetową encyklopedię, której obsługi specjalnie uczył mnie Jason. Ale nawet jeśli Amanda lub Bethany zajęte były kimś innym i czytelnik podchodził prosto do mnie, jedna z nich doskakiwała, informując: „Za moment się tobą zajmę” tonem, który pozwalał wywnioskować, że pytanie mnie o cokolwiek byłoby stratą czasu. Na początku wydawało mi się, że może w ten sposób pozwalają mi nabrać pewności siebie. Ale po jakimś czasie stało się jasne: ich zdaniem nie pasowałam do tego miejsca.

W południe Amanda ustawiła na biurku znak PRZERWA DO 13.00 i z zapinanej plastikowej torebki wyciągnęła bajgla. Bethany poszła za jej przykładem i z szuflady biurka wyjęła jabłko oraz baton miłorzębowy.

– Zaprosiłybyśmy cię do nas – powiedziała Amanda – ale zamierzamy przygotowywać się do zajęć na kursie zaocznym. Więc po prostu wróć za godzinę, okej?

– Jeśli chcecie, mogę zostać – odpowiedziałam. – A potem zjem lunch o pierwszej, więc cały czas ktoś tu będzie.

Obie spojrzały na mnie tak, jakbym zaproponowała, że objaśnię im fizykę kwantową, żonglując jednocześnie kręglami.

– Nie – powiedziała Amanda, odwracając się, żeby wyjść zza biurka. – Tak będzie lepiej.

Zaraz potem zniknęły na zapleczu, więc zabrałam torbę i ruszyłam do wyjścia. Przeszłam przez parking i usiadłam na ławce obok fontanny. Wyciągnęłam kanapkę z masłem orzechowym i dżemem, położyłam ją na kolanach i wzięłam kilka głębokich oddechów. Nie wiem dlaczego, ale poczułam, że zaraz się rozpłaczę.

Siedziałam na ławce przez godzinę. Potem wyrzuciłam kanapkę i weszłam z powrotem do budynku. Choć była dopiero 12.55, Bethany i Amanda siedziały już znowu przy biurkach, więc wyglądało, że to ja się spóźniam. Przeciskając się między nimi, żeby dostać się na swoje miejsce, czułam na sobie ich wzrok.

Popołudnie ciągnęło się w nieskończoność. Biblioteka była prawie pusta, a ja poczułam nagle, że wszystko słyszę ze zdwojoną siłą: brzęczenie świetlówek nad głową, skrzypienie krzesła Bethany, a także stukanie klawiatury przy stanowisku katalogu komputerowego tuż za rogiem. Byłam przyzwyczajona do ciszy, ale teraz miałam wrażenie sterylności. I samotności. Mogłam pracować dla mamy, a nawet przewracać ciasteczka krabowe, i zastanawiałam się, czy nie dokonałam złego wyboru. Ale właśnie na to się zgodziłam.

O trzeciej odsunęłam krzesło i wstałam, otwierając usta, żeby wypowiedzieć pierwsze słowa od ponad dwóch godzin.

– Dziewczyny, rozumiem, że widzimy się jutro.

Amanda odwróciła głowę, aż warkocz opadł jej przy tym z ramienia. Czytała grubą książkę o historii Włoch i śliniła palec, ilekroć przewracała kartkę. Wiedziałam o tym, bo za każdym razem ją słyszałam.

– Ach, tak – odpowiedziała, a Bethany posłała mi wymuszony uśmiech. – Do zobaczenia jutro.

Kiedy przechodziłam przez czytelnię, a potem pokonywałam szklane drzwi, czułam na plecach ich spojrzenia. A po chwili usłyszałam odgłosy życia toczącego się na zewnątrz: przejeżdżający samochód, czyjś śmiech w parku po drugiej stronie ulicy, odległy warkot samolotu. Jeden dzień zmarnowany, pomyślałam. A zostało jeszcze tylko całe lato.

 

– No cóż – powiedziała matka, podając mi miskę z sałatą – gdybyś miała to bardzo lubić, nie nazywano by tego pracą. Prawda?

– Chyba tak – odpowiedziałam.

– Będzie lepiej – pocieszała mnie w taki sposób, w jaki robią to osoby, które nie mają o niczym pojęcia. – To dla ciebie ważne doświadczenie. Nic innego się nie liczy.

Chodziłam do biblioteki już od trzech dni i nie zauważyłam żadnej poprawy. Wiedziałam, że robię to dla Jasona, że było to dla niego ważne, ale Bethany i Amanda najwyraźniej zsumowały swoje wysokie ilorazy inteligencji i podjęły jednomyślną decyzję, że muszą mnie do wszystkiego zniechęcić.

Starałam się nadal pisać do Jasona pełne optymizmu i uspokajające e-maile, ale po drugim dniu nie zdołałam się powstrzymać i poświęciłam trochę miejsca Bethany i Amandzie. Napisałam te słowa, jeszcze zanim Bethany po raz kolejny zmyła mi głowę w obecności czytelnika. Tym razem czuła się w obowiązku pouczyć mnie – i to dwukrotnie – że jak na jej wyćwiczone ucho, źle wymówiłam nazwisko Alberta Camusa, kiedy odsyłałam ponurego studenta szkoły letniej do działu z literaturą francuską.

– Ka-mi – powiedziała, układając usta na francuski, zasznurowany sposób.

– Ka-mi – powtórzyłam. Wiedziałam, że wypowiadam to prawidłowo i nie rozumiałam, dlaczego godziłam się na to, żeby mnie poprawiała. Ale nie protestowałam.

– Nie, nie. – Ponownie uniosła podbródek i pomachała palcami w okolicach ust. – Ka-mii.

Spojrzałam na nią, wiedząc już, że choćbym nie wiem ile razy wymówiła to nazwisko, choćbym nawet sprowadziła samego Alberta, żeby też spróbował – i tak nic by to nie pomogło.

– Okej – powiedziałam. – Dzięki.

– Nie ma sprawy – odpowiedziała, odwracając się ze swoim głupim krzesłem do Amandy, która uśmiechnęła się do niej, kręcąc z niedowierzaniem głową, po czym wróciła do swego poprzedniego zajęcia.

Nic dziwnego, że kiedy wróciłam tego dnia do domu, bardzo się ucieszyłam, widząc w poczcie odpowiedź Jasona. On wiedział, że te dziewczyny są niemożliwe; on mnie na pewno zrozumie. Zawsze to jakaś pociecha, myślałam, otwierając tę wiadomość podwójnym kliknięciem. Właśnie tego potrzebowałam.

Jednak gdy przeleciałam wzrokiem dwie pierwsze linijki, zrozumiałam, że moje poczucie własnej wartości i stan emocjonalny miały dla Jasona drugorzędne znaczenie. „Po twoim ostatnim mejlu – pisał – martwię się, że nie poświęcasz pracy wystarczającej uwagi. Napisałaś całe dwa akapity o funkcjonowaniu punktu informacyjnego, ale nie odpowiedziałaś na pytania, które Ci zadałem: Czy nowy zestaw Naukowych antologii miesiąca już przyszedł? I czy zdołałaś wejść do bazy danych obejmującej trzy hrabstwa, korzystając z mojego hasła?”. I dalej przypominał mi jeszcze o kilku rzeczach, którymi  bezwzględnie miałam się zająć, a na końcu napisał: „Jeśli masz problemy w kontaktach z Bethany i Amandą, powinnaś zwrócić się z tym bezpośrednio do nich. W środowisku zawodowym nie ma miejsca na tego typu sprawy”. Brzmiał bardziej jak menedżer średniego szczebla niż jak mój chłopak. Najwyraźniej musiałam zająć się sobą sama.

– Kochanie?

Podniosłam głowę. Po drugiej stronie stołu siedziała matka, trzymając widelec zawieszony nad talerzem i patrząc na mnie zatroskanym wzrokiem. Zawsze jadłyśmy przy stole w jadalni, choć byłyśmy już tylko we dwie. Stanowiło to część rytuału, podobnie jak podział ról: ona przygotowywała&

Książkę przeczytałam na raz i nie ma w tym nic zadziwiającego, tym bardziej że wszystkie książki tej autorki jakie miałam okazję czytać, przeczytałam na raz. Bardzo lubię jej styl pisania, bo nie jest banalnie prosty, ale jest bardzo przyjemny w odbiorze i bardzo szybko się dzięki niemu czyta. Jeśli książka jest dobra, to nie zwracam uwagi na to jaki numer strony aktualnie jest. Czytam i czytam, a później okazuje się, że jestem już na końcu. (...) Teraz albo nigdy jest kolejną książką, którą mogę zaliczyć do takich, które pozostaną ze mną na dłużej. Ja Wam gorąco polecam tę pozycję, ale również zachęcam Was abyście sięgnęli także po inne książki Sarah Dessen, tym bardziej teraz gdy zbliża się pora czytania książek pod kocem i z gorącym kubkiem herbaty czy kawy.

"Teraz albo nigdy" to zabawna i ciekawa opowieść, momentami wyidealizowana. Zawiera morały, i na pewno wyróżnia się na tle powieści dla młodzieży - wątpię jednak w to, że  ta książka na długo pozostanie w mojej pamięci - ale na wolne, letnie popołudnie, będzie idealnym towarzyszem.

Bardzo podoba mi się lekki styl jej powieści i to, że nie są one ciężkie tematem, bo trzeba kiedyś od tych ciężkich odpocząć. Owszem, autorka porusza w swojej powieści ważne tematy, a nawet zahacza o te ciężkie, ale nie przytłacza czytelnia tym całym dramatem. (...) Cóż ja mogę rzec na sam koniec... Książka mi się podobała. Przeczytałam ją bardzo szybko i jest idealna na okres wakacyjny. Nie tylko polecam ją młodzieży, ale każdemu, kto ma ochotę na coś lekkiego i niezobowiązującego. Mam nadzieję, że gdy już się zdecydujecie na jej lekturę, to będziecie się dobrze bawić.

Teraz albo nigdy oczywiście polecam. Autorka porusza nie tylko temat etapów radzenia sobie z żałobą, ale również zmian zachodzących w człowieku, tego co dają te chciane i te w jakimś stopniu wymuszone. To wszystko jest przedstawione w lekkiej i przyjemnej w odbiorze formie.

Jak do tej pory miałam okazję przeczytać tylko dwie książki Dessen. Pierwsza z nich to Kołysanka, która była według mnie bardzo średnia. (...) W dużym skrócie: książkę czytało się przyjemnie, jednak brakowało mi w niej czegoś. I ten brakujący element odnalazłam w Teraz albo nigdy. Po lekturze tej powieści mam ochotę przeczytać więcej książek tej autorki, chociażby po to by przekonać się czy będą równie dobre jak ta. Świetna główna bohaterka, ciekawa i niebanalna fabuła i bardzo inteligentnie rozpisany wątek romantyczny. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić Wam nową książkę Sarrah'y Dessen wydaną w Polsce. To niezobowiązująca lektura, której warto dać szansę, szczególnie w wakacje. Także, jeśli tylko szukacie czegoś do poczytania w upalne letnie dni, Teraz albo nigdy będzie w sam raz.

Nie kryję podziwu dla Dessen, która świetnie przedstawiła problem samoakceptacji, poczucia winy oraz żałoby. W lekki, delikatny sposób porusza strony w duszy czytelnika. Historia Macy jest zarazem wzruszająca, szokująca, interesująca oraz zabawna. Pisarka przeplatając subtelne poczucie humoru ze złamanym sercem lub powagą, stworzyła książkę, która powinna przypaść wszystkim miłośnikom Young Adult do gustu. Moje pierwsze spotkanie z tą autorką, na pewno nie jest ostatnie.

Duży plus zależy się autorce, za pokazanie różnych relacji: oprócz oczywistego wątku miłosnego, który w podobnych powieściach występuje zawsze, pojawił się bardzo rozbudowany motyw relacji Macy z matką, które są wyjątkowo skomplikowane, a także temat traumy, żałoby i sposoby radzenia sobie ze stratą i to nie tylko z punktu widzenia Macy. (...) Dessen stworzyła bardzo mądrą, ciepłą i dojrzałą powieść New Adult, w której każdy znajdzie coś dla siebie, bo tematów jest naprawdę wiele, a przy tym uniknęła infantylizmu, który zazwyczaj towarzyszy podobnym powieścią. Cóż więcej mogę powiedzieć: Takie książki chcemy czytać

Czcionka książki jest duża, a czyta się ją szybko. Może niektórzy nie mają nad nią głębszych refleksji, ale ja czytając zauważyłam, ze też lubię mieć wszystko według planu, robić wszystko po kolei, w porządku. Miałam wrażenie jakby coś mnie omijało, a przecież też nie zamykam się w sobie, nie staram się wycofać ze świata, ale nigdy nie wyobrażałam sobie, żeby zrobić coś tak spontanicznie, zwykle wszystko jest zaplanowane. Książka ta dała mi wiele do myślenia, dzięki czemu postaram bardziej stać się otwartą na różne niespodzianki.

To opowieść o dojrzewaniu, o stracie, bólu i tęsknocie. O potrzebie bliskości i miłości takiej zwykłej, siostrzanej, rodzinnej. Sarah Dessen stworzyła obyczajową historię młodzieńczych uczuć i emocji, które dotyczą każdego z nas.

Teraz albo nigdy to już moje drugie spotkanie z twórczością Sarah Dessen. Wcześniej miałam okazję przeczytać Ktoś taki jak ty, które, nie ukrywam, bardzo przypadło mi do gustu. I tym razem liczyłam na coś podobnego, a autorce zdecydowanie udało się spełnić moje oczekiwania (...) "Teraz albo nigdy" przypomina być może kolejną przewidywalną młodzieżówkę, która opowiada zgoła tą samą historię. Nie dajcie się jednak zwieść przesiętnemu opisowi i okładce – ta książka ma w sobie coś więcej, co zdecydowanie sprawia, że warto po nią sięgnąć.

Ta powieść spodobała mi się na tyle, że nie zauważyłam większych niedociągnięć. To po prostu książka o wakacjach, problemach, bólu i zmianie. Idealna na letni wieczór przy szklance zimnej lemoniady. Trudno było mi się odciągnąć od lektury, bo ta historia jest naprawdę wspaniała i dająca nadzieję. Dodatkowym atutem jest to, że fabuła zamyka się w jednej książce. (...) Jeśli jesteście miłośniczkami książek o miłości, koniecznie wpiszcie ten tytuł na waszą listę Do przeczytania.

Teraz albo nigdy to wzruszająca, jak i zarówno zabawna powieść. Nie jest tylko kolejną młodzieżówką, porusza trudne tematy przyjaźni, śmierci, miłości i rodziny. Jest lekka, przyjemna, ale budzi nasz umysł i zachęca do myślenia, a bohaterowie są wyjątkowi. A historia jest po prostu urzekająca i naprawdę miło spędza się z nią czas.

"Teraz albo nigdy" to opowieść o walce z ciężkimi przeżyciami, z oczekiwaniami otoczenia, z własnymi słabościami. Autorka w niesamowity sposób operowała uczuciami bohaterów i z taką samą łatwością zrobiła to samo z moimi uczuciami. Momentami słodka, ale doprawiona wyczuwalną dawką goryczy historia, która uczy nas tego, że nie ma sensu przejmować się wszystkimi dookoła, jeśli próba stwarzania pozorów unieszczęśliwia nas samych. Po raz drugi przekonałam się, że powieści Sarah Dessen bardzo do mnie przemawiają, bo są mądre, przemyślane i bliskie temu, co każdy z nas zna. Polecam tak samo mocno, jak polecałam "Kołysankę".

„Teraz albo nigdy” Sarah Dessen to moje trzecie spotkanie z twórczością amerykańskiej pisarki i jak do tej pory najbardziej udane. (...) „Teraz albo nigdy” ma wszystko to, czego szukam w literaturze młodzieżowej; ciekawą tematykę, wciągającą fabułę i przekonujących bohaterów, z którymi można się utożsamić. Mimo iż książki Sarah Dessen są dosyć przewidywalne i schematyczne, to jednak mają w sobie jakiś niepowtarzalny urok, który sprawia, że nie można się od nich oderwać. Tak też było i w tym przypadku.

Pierwsze spotkanie z twórczością Sarah Dessen uważam za jak najbardziej udane. Autorka porusza bardzo ważne tematy, skłania do refleksji. Dessen przeplata lekką opowiastkę z realistycznymi sytuacjami. Czytelnik ma wrażenie, że autorka jest po prostu dobrym obserwatorem, że przygląda się życiu kilku osób i zgrabnie przelewa wszystko na papier - tak dobrze poradziła sobie z wykreowaniem świata przedstawionego i bohaterów. Co nie znaczy, że jest to nużąca i pesymistyczna powieść. W Teraz albo nigdy oprócz pouczających lekcji znajdziemy humor, młodzieńczą delikatność.

„Teraz albo nigdy” jest typową powieścią młodzieżową, którą czyta się szybko i przyjemnie. Jednak mimo tego, jest w niej coś, co sprawiło, że nie mogłam się od niej oderwać. Poprzez tę książkę Autorka pokazuje czytelnikowi, że nie można bać się marzeń i trzeba celować naprawdę wysoko, bo czasami sami tworzymy sobie bariery, których nie możemy pokonać. Jestem pewna, że jeszcze sięgnę po powieści tej Autorki.

Książka, którą świetnie się czyta. Dobrze napisana, ciekawie rozwijająca się opowieść, która trzyma w napięciu do końca, wywołuje emocje, sprawia że zaczynamy kibicować jej bohaterom, licząc na pozytywne zakończenie ich historii.

 Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że ta książka będzie aż tak dobra, i że aż tak dobrze będzie się ją czytać. Autorka przyciąga uwagę czytelnika w zasadzie już od pierwszych stron i potrafi ją utrzymać, aż do zakończenia tej niezwykłej historii. Teraz albo nigdy to nie tylko zabawna ale i pouczająca opowieść o radzeniu sobie ze smutkiem i z naciskającym na człowieka otoczeniem. To również historia o poplątanych ludzkich losach, uczuciach, które czasem okazują się nic nie znaczyć oraz przyjaźniach, które okazują się być najważniejsze na świecie. Jak dla mnie znakomita i godna polecenia książka. Z czystym sumieniem zachęcam do lektury.

Książkę na pewno polecę swoim znajomym. Jak najbardziej się na niej nie zawiodłam, wręcz przeciwnie, miło mnie ona zaskoczyła. Jeśli będę miała możliwość, to przeczytam pozostałe książki tej autorki jakie ukazały się w Polsce, bo tą zachęciła mnie do swojej twórczości.

Podobała mi się fabuła, kreacja bohaterów oraz sam pomysł. Podobał mi się styl pisania Sarah Dessen. Podobało mi się tutaj wszystko. Według mnie to piękna historia o życiu, przyjaźni i miłości. Powieść, którą z czystym sumieniem mogę polecić nie tylko młodzieży, ale również dorosłym. Według mnie warto po nią sięgnąć. Ja z pewnością nie żałuję. Wręcz przeciwnie - gorąco polecam! Warto!

Komu wobec tego polecałabym „Teraz albo nigdy”? Na pewno nastolatkom (bo w końcu to książka przeznaczona dla nich), ale i ich rodzicom. Chyba nikt tak, jak Sarah Dessen nie potrafi przybliżyć czytelnikom emocji młodych ludzi. Jej książki można traktować jako dobrą lekcję na temat tego, jak nastoletni człowiek odbiera świat. To lekcje podane w przystępny sposób, lekkie, ale i zarazem pouczające.

"Teraz albo nigdy" to bardzo dobra książka. Czytając ją, czułam się otulona tą historią. Z sympatią śledziłam losy wszystkich bohaterów, nie tylko tych pierwszoplanowych, gdyż wykreowani byli oni doskonale. Bardzo się cieszę, że po średnio udanym początku znajomości z autorką, dałam jej jeszcze jedną szansę.

Ogromnym plusem tej historii jest to, że główna bohaterka - narratorka książki, nie użala się nad sobą. Nie opisuje nam jak bardzo jej życie jest smutne i męczące, tylko brnie w nie dalej, bojąc się zrobić coś innego. Najnowsza książka autorki kryje w sobie chwile melancholii i śmiechu, więc radość z czytania i poznawania tej historii jest gwarantowana.

Sarah Dessen w swojej powieści porusza dość istotny temat utraty kogoś bliskiego. Tutaj Macy traci ukochanego ojca. Autorka pokazała, jak każdy z członków rodziny radził sobie ze stratą (...) „Teraz albo nigdy” to także historia rodzącej się przyjaźni. O tym jak ważna jest w naszym życiu i jak otoczenie ma na nas wpływ. To nie jest tylko powieść dla nastolatków. Myślę, że każdy w niej znajdzie coś dla siebie. Polecam!!!

"Teraz albo nigdy" to niesamowita książka o stracie, przyjaźni, miłości i przede wszystkim o współczesnym życiu, choć takich powieści jest wiele na rynku wydawniczym to ta, ma w sobie coś niepowtarzalnego i pięknego. Mogłabym godzinami rozdrabniać się nad zaletami tej powieści, ale nie chcę odbierać Wam przyjemności z jej poznawania. Jestem pewna, że historia Macy i jej bliskich skradnie Wasze serca. Musicie ją przeczytać!

Powieści autorstwa Sarah Dessen to książki, które niezmiennie uwielbiam i "Teraz albo nigdy" nie jest wyjątkiem. To piękna opowieść o radzeniu sobie ze stratą i odnalezieniu siebie w nowych realiach codzienności. Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji do zapoznania się z twórczością autorki to gorąco polecam Wam wszystkie trzy jej powieści, choć szepnę, że osobiście to właśnie ta wskoczyła u mnie na pierwsze miejsce.

Uważam , że jest to naprawdę fajna książka na wieczór , gdy potrzebujemy się odstresować po ciężkim dniu w pracy czy w szkolę. Jest to książka przy której odpoczniemy i zrelaksujemy się. Myślę , że będzie idealna na urlop wakacyjny gdy mamy ochotę na książkę , ale nie ciężką która by nas przytłoczyła tylko lekką przy której odprężymy się i od czasu do czasu uśmiechniemy.

W książce spodobała mi się bardzo relacja między Wesem i Macy. Ich gra w Prawdę, rzeźby i praca w FORTUNIE. Dla samych tych wątków warto ją przeczytać. Do tego autorka piszę bardzo lekkim i przystępnym językiem. Pani Sarah wiedziała kiedy użyć lżejszego języka, a kiedy wyrafinowaną polszczyznę.
Dlatego podsumowując jeżeli szukacie lekkiej i przyjemnej książki na oderwanie się od wszystkiego na jednen może dwa wieczory, ta książka jest idealna dla Was. Zżyjecie się z bohaterami i będziecie im życzyć jak najlepiej. Nie zostaje mi więc nic innego jak polecić, polecić i jeszcze raz polecić Wam tą powieść

Teraz albo nigdy to typowa młodzieżówka, którą czyta się lekko i szybko. Książka opiera się na schematach, poruszając popularne problemy - tęsknota, strata, bunt, młodzieńcza miłość, relacje z rodzicami, powolne wkraczanie w dorosłe życie. Nastoletni wiek już dawno za mną, ale pomimo tego lubię niekiedy sięgnąć po niezobowiązującą lekturę o młodych ludziach, która nie tylko zapełni mi czas, ale dodatkowo skupi się na paru istotnych tematach.

W Teraz albo nigdy wiele jest takich wątków, które naprawdę umilają czytanie, choć sporo tutaj też rozmów i przemyśleń na temat śmierci. (...) Nie ukrywam, że jest to przede wszystkim historia o miłości i przyjaźni, jednak bez problemu można dopatrzeć się tutaj przesłania, które poruszy kobiece serduszka. Cieszę się, że postanowiłam zapoznać się z Sarah Dessen. Nie wiem, czy będę łapać za jej kolejne książki - to zależy od tego, czy opis przypadnie mi do gustu. Jestem zdania, że w Teraz albo nigdy zakocha się sporo osób, bo to jedna z tych przyjemnych książek, których nie da się nie lubić.

Choć jest to pierwsza książka, którą przeczytałam tej autorki, to bardzo mi się podobała, przede wszystkich pod względem poruszanych tematów. Jest to powieść, po którą zdecydowanie warto sięgnąć. Pełna znaczeń, nadziei i wiarygodna historia, która zasługuje na to abyście ją przeczytali. Wiem już, że chciałabym sięgnąć po inne książki tej autorki, bo pisze fenomenalnie.

 Książka pokazuje nam zmianę człowieka, jak wpływ środowiska może nas zdusić, albo uwolnić od łańcuchów przeszłości i "idealnie" wykreowanej rzeczywistości. Pokazuje próby i błędy, miłość, nie tylko tą szczęśliwą, ale też tą, którą trzeba odzyskać, wręcz wymusić, by przełamały się bariery w psychice i żeby w końcu żyć normalnej. (...) Polecam tę książkę każdemu, dosłownie. Jest ona lekka mimo swojej tematyki, jednak urzeka, czyta się ją szybko i koniecznie musicie poznać jej historię, całą treść, a nie tylko moją marną pisaninę.

"Teraz albo nigdy" to młodzieżowe wejrzenie do świata rzeczywistości. Co kryje się w dorosłym życiu? To pytanie, które zadaje sobie każda wchodząca w dojrzały wiek młoda osoba, a Dessen doskonale pokazuje, że świat ten wcale nie musi być ponury i bezbarwny. Najnowsza książka autorki kryje w sobie chwile melancholii i śmiechu, więc radości z czytania na pewno tutaj nie zabraknie.

Kolejny raz Sarah Dessen udowodniła, że jest jedną z lepszych autorek młodzieżowych, bo w trudnych i naprawdę przygniatających tematach, potrafi wybronić się humorem i lekkością pisania a dzięki temu wciągającym i płynnym językiem, który czytelnika przyciąga i zamyka w świecie jej powieści. Bardzo spodobał mi się pewien szczegół, a mianowicie postać, która pisała powieści z drugiej książki autorki, pojawia się w jej trzeciej historii. Jest to taka mała rzecz a pokazuje jak autorka łączy w umyśle wszystkie swoje historie i rysuje je na mapie swojego świata. Czy nie czyni jej to jeszcze lepszą pisarką?

"Teraz albo nigdy" to ciepła i lekka opowieść. Mimo że akcja nie gna przed siebie, czyta się ją bardzo szybko i przyjemnie, a fabuła wciąga już od pierwszej strony. Autorka kontrastuje porządek z chaosem, idealne, ułożone życie z odnoszeniem się do świata z dystansem.

Nie zawiodłam się i mam nadzieję, że kiedyś przeczytam więcej jej książek. Mimo, że książka nie należy do najcieńszych pochłonęłam ją w zaledwie parę godzin. Do wszystkiego dochodzi jeszcze genialna okładka, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Jeżeli czytaliście "Ktoś taki jak ty" lub "Kołysanka" to ta powieść zapewne was zadowoli, a jeżeli tak jak ja nigdy nie mieliście do czynienia z tą pisarką koniecznie to nadróbcie !

"Teraz albo nigdy" jest jak bransoletka idealnie będzie pasować do naszej dłoni, ilekroć będziemy potrzebować przypomnienia, ze dążenie do perfekcji jest przereklamowane. Fabuła co prawda nie okazała się tak emocjonująca jak oczekiwałam, ale mimo to takiej właśnie książki potrzebowałam ostatnio, kiedy miałam wrażenie, że popadam w monotonię. Jest ona jak karteczka samoprzylepna, która przypomina nam, że warto nosić zawsze w kieszeni różowe okulary, gdyż nie wiadomo kiedy będą nam potrzebne...

 

Zapewne nie każdy chce być umoralniany i uczony, jak powinien i nie powinien postępować. Jednak Teraz albo nigdy nie tylko porusza tematy życiowe i trudne, ale jest przyjemną lekturą na chwilę, przy której można się rozerwać i zapomnieć o włączonej pralce, pełnej zmywarce i brudnych podłogach. Jest napisana tak przyjemnie i lekko, że nie miałam ochoty jej odkładać. Sarah w przyjemny i delikatny sposób przemyca różne wartości i wskazówki, dzięki czemu nie czuć ich ciężaru.

Spodobała mi się ta książka. Na pewno będę ją wspominać niezwykle ciepło i czuje, że właśnie takiej lektury mi było trzeba. Po tych wszystkich zawirowaniach potrzebowałam takiej lekkiej, a jednocześnie pełnej przemyśleń, książki. (...) polecam Wam raz jeszcze tę historię. Jeżeli tylko macie ochotę na lekką lekturę, ale też taką, jaka w jakiś sposób chwyci Was za serce, to książka "Teraz albo nigdy" będzie idealna. Naprawdę dzięki takim lekturą moja wiara w młodzieżówki  nieco wzrasta i sprawie, że mam ochotę po nie sięgać od czasu do czasu.

"Teraz albo nigdy" nie zawiodła mnie i świetnie się bawiłem podczas czytania. Sarah Dessen wciągnęła mnie w świat powieści i sprawiła, że nie mogłem się od niej oderwać. Dobre tempo i ciekawe postacie jak najbardziej zasługują na plus. Realistyczne dialogi wyszły autorce nad wyraz udanie, dzięki czemu postacie jeszcze bardziej przekonywują podczas lektury. Powieść jest świetnie przemyślana i napisana, od której wręcz nie da się oderwać. Umieszczenie akcji podczas wakacji również było dobrym pomysłem i pokazało postać Macy w szerszym świetle. Dzięki czemu będziemy mogli ją lepiej poznać, a na prawdę warto. Polecam.

„Ukryte uczucia” to bardzo przyjemny romans z nutką sensacji. Jest to książka lekka jak piórko i jednocześnie na tyle porywająca, że ciężko się od niej oderwać. Scenariusz fabuły wydaje się dość prosty i tyle razy powielany, że nie spodziewałam się niczego nowego, ale autorka potrafi zaskoczyć. (...) ta książka jest idealną pozycją dla szukających wytchnienia od bardziej wymagających lektur, a fanki starego, dobrego romansu, również nie powinny być zawiedzione. Spędziłam z nią kilka bardzo przyjemnych godzin więc polecam!

To już trzecia książka Sarah Dessen, którą mam okazję przeczytać. Bardzo dobrze wspominam przeczytaną Kołysankę i książkę: Ktoś taki jak ty. Ta pozycja mnie nie zawiodła. Styl pisania podobał mi się tak samo we wszystkich książkach. Są one warte uwagi, ponieważ bardzo miło można spędzić przy nich czas. Muszę jeszcze wspomnieć, że tytuł i okładka "Teraz albo nigdy" również przyciągają wzrok. Według mnie książka zasługuje na uznanie. Autorka nie zawiodła mnie, a wręcz przeciwnie: pokazała świetną opowieść od której nie dało się oderwać. "Teraz albo nigdy" jest genialną powieścią młodzieżową na lato. Akcja powieści odbywa się w trakcie wakacji, przez co czytając ją teraz będzie nam lepiej poczuć klimat tej książki.

Poza nerwami jakie targał mi Jason i poza tym, że całkowicie nie potrafiłam zrozumieć postawy matki Macy, która w ogóle zachowywała się gorzej niż uzależniona od pracy osoba, to Sarah Dessen pokazała mi się z zupełnie innej strony. Dużo lepszej i bardziej dopracowanej zarówno od stylu pisania, jak i samej kreatywności w tworzeniu historii i związków.

"Teraz albo nigdy" to bardzo lekka, choć odrobinę problematyczna powieść. Bohaterowie są sympatyczni, mają zróżnicowaną osobowość. Poznawanie ich losów było szybkie, przyjemne i klimatyczne. Powieść ma w sobie odrobinę dramatyzmu, porusza zagadnienia związane ze śmiercią, ale nie są one postawione na pierwszy plan. Bardzo miło spędziłam czas czytając powieść "Teraz albo nigdy". Odpowiednia pozycja na lato.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ