Dla młodzieży
Alicja i uczta zombi
KUP TERAZ

Alicja i uczta zombi

brak opinii
Liczba stron: 416
ISBN: 9788327617675
Premiera: 2016-03-16

Zombi istnieją naprawdę. Pogódźcie się z tym.

 

Jestem coraz silniejsza, coraz więcej umiem. Mogę samą myślą sprawić, że z każdego zombi zostanie garść popiołu. Wygrałam kilka bitew z siłami zła, ale zapłaciłam za to wysoką cenę. Okazało się, że to jeszcze nie koniec wojny. Teraz musimy się zjednoczyć, bo gramy o najwyższą stawkę. Albo znów nauczymy się być ludźmi, albo przestaniemy istnieć.

Gena Showalter

Autorka powieści znajdujących się na liście bestsellerów New York Times i USA Today. Jej ulubione gatunki literackie to paranormal, współczesny romans, a także opowiadania kierowane do młodych ludzi. Umiejętnie łączy zmysłowe opisy z wątkami sensacyjnymi, a przy tym daje ujście swemu poczuciu humoru. To sprawia, że od jej powieści trudno się oderwać. Pisała dla takich magazynów, jak „Cosmopolitan” i „Seventeen”, pracowała też dla MTV oraz wielu regionalnych i ogólnokrajowych programów newsowych. Powieść „Mroczna noc” ukazała się po raz pierwszy w USA w 2008 roku i została nominowana do Rita Awards 2009 w kategorii Paranormal Romance.

Nasłuchuję od dłuższego czasu policyjnych komunikatów, przekradam się do szpitali, żeby przeglądać akty zgonu, i patroluję cmentarze w poszukiwaniu ludzi, którzy zmarli z powodu syndromu gnilnego. W ciągu kilku ostatnich dni było ich sześcioro i wszyscy oni przekształcą się w nowe i żwawe zombi.

SG – tak lekarze określają śmierć wywołaną przez ugryzienie zombi. Oczywiście, żaden specjalista medyczny nie wie, że wstrzyknięcie szczerego zła jest powodem, dla którego fragmenty skóry u ofiary czernieją i ropieją, organy zaś gniją, aż w końcu koszmarna śmierć kładzie kres cierpieniom. No cóż, aż zaczyna się prawdziwa tortura. Wieczność nieumarłego.

Nikt by mi nie uwierzył, gdybym wyjaśniła prawdę. Do diabła, mogłabym wylądować w pokoju o miękkich ścianach, nafaszerowana do maksimum lekami. Przydarzyło się to paru moim przyjaciołom.

Byłym przyjaciołom.

Mniejsza z tym.

Słowo daję, przyjdzie mi dzisiaj zabić sześcioro zombi.

Zabijanie to mój biznes i tak jak wszyscy czuję się szczęśliwa, kiedy idzie dobrze.

Potrzebuję odrobiny dobra w swoim życiu. Stałam się najbardziej znienawidzoną zabójczynią w całym stanie. I nie bez powodu. Ale choć moi przyjaciele mnie nienawidzą, ja nie przestałam ich kochać, co tłumaczy, dlaczego tu jestem. Im więcej Z zgładzę, tym mniej będą mieli roboty. Pragnę sprawić, by ich życie było lepsze, łatwiejsze – także życie Rivera.

Przez lata mój brat chronił mnie i moją...

Nie mogę o tym w tej chwili myśleć. Pojawi się depresja i koniec końców zechcę stać się pożywieniem dla zombi.

No dobrze. Ujmijmy to inaczej. Przez lata brat chronił mnie przed agresywnym i brutalnym ojcem, ukrywał mnie przed nim, choć był za to karany, zmuszany do tego, by obrywać też za mnie. Mam wobec niego dług. Więcej, uwielbiam go. Nie istnieje nic, czego bym dla niego nie zrobiła.

Kraść, zabijać i niszczyć? Szach, szach i mat.

– No chodźcie, chodźcie, worki mięsa – mruczę. – Uważajcie to za zaproszenie na moje przyjęcie pod hasłem „z buta”. Dla mojej własnej rozrywki i, okej, okej, żeby trochę się wyładować, zamierzam wykopać zgniliznę z waszych mózgów.

Mam wszystko, czego mi trzeba. Uwolniłam ducha ze swego ciała, zostawiając je na obrzeżach cmentarza pod nazwą Cieniste Wiązy, zakryte gęstym listowiem, zanikającym blaskiem księżyca i upiornymi cieniami (co ma na sobie ciało, ma też jego duch, a to oznacza, że wciąż jestem przygotowana do wojny).

Muszę być jednak ostrożna; nie mogę pozwolić sobie na najmniejsze nawet zadrapanie. Jakakolwiek rana zadana duchowi objawia się w ciele, gdyż jedno wiąże się z drugim niewidzialnymi więzami bez względu na dzielącą je odległość. Zwykle nie stanowi to jakiegoś szczególnego problemu, ale jestem zdana na własne siły i będę musiała sama się połatać. Uchodzę za najgorszego pacjenta na świecie.

Otacza mnie bzyczenie szarańczy i śpiew świerszczy, ale owady nie są moimi jedynymi towarzyszami. Kilka nagrobków dalej usadowiła się grupka nastolatków; piją piwo i grają w „prawda czy wyzwanie”. Zdecydowanie w niewłaściwym miejscu. I niewykluczone, że w niewłaściwym czasie. Zombi wolą się pożywiać zabójcami – jesteśmy ich kocimiętką, jak podejrzewam – ale zwykłymi śmiertelnikami też nie pogardzą.

Jeśli igrasz z ogniem, to w końcu się poparzysz. Odwieczna prawda.

Czuję, jak podnoszą mi się włoski na karku; nieruchomieję. Czasem mój duch wyczuwa coś, co nie zaskoczyło jeszcze w umyśle.

Obecność zombi?

Rozglądam się uważnie, ale nie dostrzegam śladu nieumarłych. Kolejny cywilny intruz? I znów: ani śladu. Nie ma to zresztą znaczenia. Mogę tańczyć, śpiewać i krzyczeć, ale dla cywilów jestem jedynie duchem.

Czyżby inny zabójca spieszył mi z pomocą?

Tak, akurat. Jako wygnaniec z grupy Rivera nie istnieję dla swych pobratymców. I rozumiem to. Naprawdę. Starając się za wszelką cenę ocalić brata, popełniłam koszmarne błędy decydujące o życiu i śmierci.

Zaliczyłeś wpadkę, masz odsiadkę.

Wbijam paznokcie w kamienny nagrobek spryskany liniami krwi, czyli środkiem chemicznym, dzięki któremu świat fizyczny staje się dla ducha dotykalny. Mój brat trzyma zapasy linii krwi na terenie całego stanu, tak na wszelki wypadek. Kiedyś dzwoniłam do niego i prosiłam o to, czego potrzebuję, a on pilnował, bym miała tego pod dostatkiem. Teraz muszę sama to kraść.

Chwilami mam ochotę zwinąć się w kłębek i szlochać z tęsknoty za tym, co straciłam. Za przyjaciółmi, domem. Akceptacją, bezpieczeństwem i poczuciem pewności. Rodziną. A chwilami, znacznie częściej, coś mi mówi, żeby to przeboleć i robić swoje. Co było, to było.

Poza tym mam określony cel, i to się głównie liczy.

Dzieciaki wybuchają śmiechem. To dla mnie dzieciaki, choć są ode mnie młodsze tylko o rok czy dwa. Spędziły większość życia na zabawie, a ja na walce o ocalenie świata. Mam dziewiętnaście lat, jednak doświadczenia przydały mi wieku.

– Chcesz się teraz wycofać? – pyta któryś z chłopaków jedyną ciemnowłosą dziewczynę. – Wymiękasz?

– Wiem, co robisz, panie Manipulator – odpowiada z ironicznym uśmiechem. – Nie możesz namówić mnie na coś, na co nie mam ochoty.

– Przestań gadać i pokaż mu cycki. – Drugi chłopak ciska w nią garścią liści. – Wyzwanie to wyzwanie.

Pozostali parskają śmiechem.

– Wasze szczęście, że sama chcę to zrobić.

Staje pośrodku grupy i, podczas gdy pierwszy chłopak oświetla ją swoją komórką, podnosi top, żeby odsłonić balony.

Pozostali chłopcy przybijają sobie piątkę i gwiżdżą. Dziewczyny buczą i młócą pięściami powietrze.

Chcę zawołać: „Przestańcie żyć w ciemności i otwórzcie oczy na światło! Wokół was istnieje cały świat. Inny świat”.

Tuż obok, nad świeżo wykopanym grobem, unosi się jakiś cień. Sięgam ponad ramieniem, żeby ująć rękojeści krótkich mieczy przytroczonych do pleców, i zapominam o dzieciakach. Metal ociera się o skórę, gwiżdżąc piękną melodię; zaczynam się ślinić na myśl o nowej zdobyczy.

Pawłow określił to dobitnie.

Kolejny palec przebija warstwę ziemi, a potem cała ręka. Skóra odznacza się stonowanym szarym odcieniem, a moje serce bije podekscytowane.

Stwór – to kobieta – siada i potrząsa głową, grudki ziemi spadają z jej splątanych włosów koloru soli i pieprzu. Uśmiecham się wyczekująco, dopóki nie dostrzegam otwartych ran na jej czole i policzkach, ujawniających gnijące mięśnie i rozszczepione kości. Ci, którzy wstają po raz pierwszy, wydają się na pierwszy rzut oka ludźmi, zdradzają ich tylko czerwone oczy i szarzejąca skóra. Skąd ta zmiana?

Zbliża się do mnie, wargi się wykrzywiają, odsłaniając pożółkłe zęby i gęstą czarną ślinę.

Zabij teraz, pytaj później.

Zamierza się na mnie ręką i kłapie zębami.

– Przykro mi, kochanie, ale nie jestem w menu.

Zeskakuję z nagrobka i ląduję tam, gdzie chcę być – w zasięgu jej ramion. Obezwładniona głodem, obejmuje mnie w talii, żeby przyciągnąć do siebie, ale ja już trzymam miecze. Ostrza niczym nożyce przecinają jej szyję, nim zdoła mi czymkolwiek zagrozić; głowa opada do tyłu, z przeciętej aorty tryska czarna maź.

Cywile nadal oddają się tej swojej głupiej zabawie.

Pomimo dekapitacji zarówno głowa, jak i ciało pozostają ożywione, ręce wysuwają się w moją stronę, zęby kłapią. Czas, by wykończyć ją na dobre. Walczę z nieumarłymi od tak dawna, że wywołanie w sobie ognia, czyli dynamis, jest równie łatwe jak oddychanie. Chowam jeden miecz i dotykam jej piersi dłonią, płomienie trzaskają aż do nadgarstka. Upływa jedna minuta, dwie... Dynamis przenika jej skórę, wnika w żyły, wędruje po całym ciele. A potem nagle stwór eksploduje, w powietrzu unosi się ciemny popiół.

Zbliżam się do jej głowy, upewniając się, że zęby skierowane są ku ziemi, nim powtarzam rutynowe działanie: zapal i czekaj. Kiedy powiew zimnego wiosennego wiatru porywa kolejną porcję popiołu, wsuwam do pochwy drugi miecz i klaszczę w dłonie na znak dobrze wykonanej roboty.

Muszę przejść przez krąg cywilów, żeby dotrzeć do następnej osoby na mojej liście ofiar SG. Każdy chłopak tworzy teraz parę z jakąś dziewczyną, migdalą się na kocach, nie zważając na potencjalną widownię. Tęsknota miesza się z zazdrością, sprawiając mi ból. Nie miałam „chłopaka” od niepamiętnych czasów. River jest tak opiekuńczy – był tak opiekuńczy, koryguję się w myślach, czując ucisk w żołądku. Każdy, kto wykazywał zainteresowanie moją osobą, dochodził szybko do wniosku, że nie warto zawracać sobie mną głowy, ale zazwyczaj wtedy, kiedy już udostępniłam mu swe dobra. Przynajmniej lubię sobie powtarzać, że to River jest powodem, dla którego odrzucano mnie tyle razy, a nie moje niezliczone wady.

Teraz nic by go nie obchodziło, gdybym postanowiła wypieprzyć kogoś, kto oddycha. Hej, nawet kogoś, kto nie oddycha.

Nigdy nie powinnam była zdradzić jego zaufania, nigdy nie powinnam była próbować ocalić mu życie, podpisując wyrok śmierci na Ali Bell, dziewczynę przywódcy konkurencyjnej grupy. Lecz przehandlowanie jednego istnienia za inne wydawało się wówczas do przyjęcia. Gdyby tylko tak się właśnie skończyło. Ali przeżyła, ale nie dwoje niewinnych ludzi. Kat Parker i dr Richard Ankh. Nie wiem, czy kiedykolwiek sobie wybaczę, że miałam udział w ich śmierci.

Poprawka. Nigdy sobie tego nie wybaczę.

Z lewej strony dobiega pomruk, odwracam się na pięcie i widzę, że z ziemi powstały dwa zombi. Dwa zombi nie z mojej listy nagrobkowej. Co tam, do diabła! Dobywam ponownie mieczy i z mocno bijącym sercem przyglądam się nowym przeciwnikom. Rodzaj męski. Jeden jest chorobliwie otyły, a drugi niski i przysadzisty. Obaj odznaczają się szarawym odcieniem, tak jak tamten osobnik płci żeńskiej, a zatem tym samym stopniem rozkładu.

Biegną w moją stronę, nie potykając się, ich kości nie są jeszcze na tyle kruche, by pękać.

Uskakuję w prawo, ale czujnie podążają za mną spojrzeniem. Dobrze. Nie zatrzymuję się, odciągając tych dwóch od cywilów, ale uświadamiam sobie zbyt późno, że na mojej drodze znajduje się niewielki nagrobek. Potykam się, padam na tyłek i tracę oddech. Leżę jak długa przez sekundę, może dwie, ale to wystarcza. Dopada mnie zombiczny tandem. Robię przewrót w tył i wyciągam przed siebie miecze, tnąc oba stwory w tułowie. Na ziemię spadają liczne organy, ale żaden z nich jakby nie zauważa, że został właśnie wypatroszony. Albo mają to w nosie. Napierają cały czas.

Wymierzam jednemu kopniaka w pachwinę, zatacza się w bok, jednocześnie pozbawiam drugiego głowy pojedynczym cięciem miecza. Zdekapitowane dziwadło, znajdujące się teraz za moimi plecami, jakimś cudem zaciska palce na moich włosach i szarpie, przyciągając do siebie. Idiota! Może tylko mnie obmacać. Walę go łokciem w pierś i odpycham kopnięciem. Kiedy i on zatacza się w bok, tnę go w lewą rękę, obracam się i tnę w prawą. Obie kończyny spadają na ziemię z głuchym stukotem.

Czuję nacisk na but i patrzę w dół. Odcięta głowa próbuje przegryźć się przez skórzaną podeszwę. Cofam gwałtownym ruchem nogę i zatapiam ostrze w jego kanale usznym; gdyby to był odcinek Żywych trupów, mojego ulubionego serialu pomimo pewnych nieścisłości, to byłby już martwy. Ponownie. Ale to nie jest odcinek Żywych trupów, a on nie jest martwy; wciąż kłapie na mnie zębami. Teraz przynajmniej uwięziłam go w jednym miejscu. Nie może wyrządzić większej szkody, gdy będę walczyć z drugim.

Mam wrażenie, że rzuca mnie na ziemię kamienna ściana. Dobrał się do mnie drugi zombi. Wypuszczam z dłoni miecze, z płuc uchodzi powietrze, przed oczami migoczą gwiazdy. Udaje mi się jednak go powstrzymać, wbijając mocno podbicie dłoni w czoło. Wsuwa mi nogi między uda, obejmuje obiema rękami za szyję, którą chce potraktować najwyraźniej jak przekąskę.

Gdyby był istotą ludzką, musiałabym tylko złączyć dłonie na wysokości mostka i podnieść je gwałtownym ruchem, ustawiając jednocześnie za nim stopy i napierając dostatecznie mocno. Starałby się za wszelką cenę utrzymać równowagę i puściłby mnie. Wówczas chwyciłabym go jedną ręką za potylicę, a drugą walnęła od dołu w brodę, żeby zamknąć mu usta; pchać i ciągnąć, żeby wytworzyć przeciwwagę; przewróciłabym go i przygniotła. Oparłabym ciężar ciała na kolanie i rąbnęła w nos, łamiąc mu chrząstkę, a potem, gdy wiłby się z bólu, wstałabym i wpakowała podeszwę buta w twarz. Po wszystkim. Ale nie jest istotą ludzką, więc nie mogę niczego takiego zrobić; jego zęby znalazłyby się niebezpiecznie blisko mojej wrażliwej skóry, a on nie poczułby bólu.

Mogę jedynie wyswobodzić rękę między naszymi ciałami. Mam przy boku sztylet... No! Kiedy już dobywam broni, unoszę ją i dźgam go w szyję, raz za razem. Ochlapuje mnie czarna maź, pali i wywołuje pęcherze. W powietrzu unoszą się strużki pary. Kiedy głowę podtrzymuje mu już tylko kręgosłup, rzucam ostrze i wykorzystuję dłonie, jedną chwytam stwora od tyłu, a drugą walę w brodę, starając się uniknąć zębów – wygląda na to, że mogę wreszcie posłużyć się jednym z ulubionych chwytów. Kiedy pcham i ciągnę, przeciwwaga odrywa jego głupią łepetynę od głupiego ciała.

Dysząc, odrzucam nowiutki worek treningowy na odległość kilku metrów, uwalniając się od jego ciężaru. Ogarnia mnie słabość, czuję się oszołomiona, ale jeszcze nie czas na przerwę. Przywołuję dynamis i kładę dłoń na plecach zombi. W stanie, w jakim się znajduję, mój ogień nie jest tak mocny i metamorfoza zgnilizny w popiół trwa dłużej niż zwykle, ale jednak się dokonuje.

Dźwigam się na drżące nogi i ruszam z ulgą przed siebie, szukając głowy, którą cisnęłam. Powtórka z rozrywki. Tyle że staję twarzą w twarz z kilkunastoma parami czerwonych, rozżarzonych oczu – i wszystkie wlepiają spojrzenie we mnie.

 

***

Niespodzianka, niespodzianka, znów jestem w Hearts, szukając kolejnego numeru na jeden raz. Bzyknąć i zniknąć.

Z przyzwyczajenia penetruję wzrokiem otoczenie. Cztery miesiące temu, kilka dni przed tym, jak Kat...

Tak. Nieważne. Część klubu została zniszczona przez Animę. Jej agenci wysadzili ścianę, wdarli się do środka i zaatakowali. Walczyliśmy do upadłego, ale szkoda została wyrządzona. Na szczęście odbudowa trwała tylko miesiąc. Precz ze starym, przychodzi nowe. Teraz na suficie są czarne halogeny, a fosforyzująca w ciemności farba ożywa wokół sceny, gdzie gra jakiś zespół. Ściany pokryto malowidłami przedstawiającymi magiczny las – unoszący się w powietrzu kot z Cheshire o zębicznym uśmiechu i królik z zegarkiem kieszonkowym. Pomysł Ali. Hołd złożony Kat i młodszej siostrze Ali, Emmie.

Niegdyś właścicielem klubu był tata Reeve. Kiedy zginął, pozostawił większość swego majątku i bogactwa córce – jedynej żyjącej krewnej – i po milionie dolarów każdemu z nas. Sam klub jednak przekazał Tylerowi Hollandowi, tacie Cole’a. Jestem na liście VIP-ów, choć mam tylko osiemnaście lat. W dokumentach mam dwadzieścia cztery.

Wibruje moja komórka; patrzę na ekran: wiadomość od Cole’a.

„Znowu w klubie? Naprawdę? Może byś tak wrócił i ograniczył się do wyobraźni? Tak. Byłem tam. Przestań pieprzyć, co popadnie i wracaj do domu. Swojego prawdziwego domu”.

Zadzwonił pewnie do niego jeden z pracowników. Przyjaciele, którzy się tobą przejmują, są wspaniali – dopóki nie zaczynają wkurzać.

Mam też inne wiadomości.

Ali: „Zastanawiałam się nad tytułem zombicznego notatnika. Uwaga... UMIERAM Z CHĘCI, BY CIĘ SPOTKAĆ. I co ty na to?”.

Mój kumpel Gavin, zuchwały zabójca, jakim ja kiedyś byłem: „Podobno zaliczasz brunetki. Rany! To moja działka. Zabawiaj się z blondynkami – to dla ciebie zdrowsze (innymi słowy zabiję cię, jeśli nie zmienisz upodobań)”.

Bronx: „Nowy rekrut spytał właśnie – co robi przeciętny człowiek, walcząc z zombi? Powiedziałem mu – smakuje wyśmienicie. Prawie narobił w gacie. Szkoda, że tego nie widziałeś”.

Znowu Ali: „Pytanie. Jeśli zombiczna apokalipsa wydarzy się w Vegas, to zostanie w Vegas?”.

I znowu Ali: „Jeśli Chuck Norris zostanie ugryziony przez zombi, to czy przemieni się w zombi – czy zombi przemieni się w Chucka Norrisa?”.

Jest nawet wiadomość od Dereka, który przeniósł się do Oklahomy, żeby szkolić kolejną grupę i stanąć na jej czele.

„Uznaj to za nieodwołalne zaproszenie: przyjedź i spotkaj się ze mną. Brakuje mi ciebie, człowieku”.

Chcą mi pomóc, bo mnie kochają. Kiedy sobie uświadomią, że jest już za późno? Tak mnie pokiereszowało, że nic mnie nie naprawi.

Ignoruję te wszystkie teksty i sprawdzam godzinę. Właśnie minęła północ, a ja strzeliłem sobie już o jedną whiskey za dużo. Jeśli jedna to nowe określenie czterech. Nieważne. Nie chcę tu dłużej siedzieć. Chcę być w łóżku i udawać.

Kim okaże się pechowa dziewczyna dzisiejszej nocy? Dostrzegam na parkiecie szansę. Ma dwadzieścia kilka lat i długie ciemne włosy. Czy jej oczy są zielone? Bez znaczenia, jak mi się zdaje. Kiedy przymknę powieki, pojawi się każdy kolor, jaki sobie wymarzę.

Dopijam ostatnią lufę i wstaję, zanurzając się już w potężnej fali winy i wstydu. Nie powinienem tego robić. Jutro będę żałował. Ale jestem rozpaczliwie spragniony omraczającej błogości, a to jedyny sposób, by ją osiągnąć.

Ruszam w stronę tej przypadkowości i przystaję w połowie drogi, serce drży mi w piersi. Chyba widzę... Kat? Swoją Kat? 

"Alicja i uczta zombi" to w miarę dobra kontynuacja trzech pierwszych części serii Kroniki Białego Królika. Jest ona raczej skierowana do młodzieży, a starsi czytelnicy mogą mieć problem z odnalezieniem się w specyficznym stylu autorki. (...) Uważam, że powieść ta zasługuje na uwagę czytelników, ale niestety nie wzbudza jakiś szczególnych zachwytów.

Ku mojemu zaskoczeniu, Gena Showalter po raz kolejny spisała się na medal. (...) Mimo sceptycznego nastawienia do czwartej części "Kronik Białego Królika", również ten tom okazał się znakomitą lekturą. Gena Showalter po raz kolejny udowodniła, że jest znakomitą pisarką i powinnam w ciemno brać wszystko, co napiszę. Jeżeli jesteście po lekturze "trylogii" i nie wiecie, czy warto sięgać po dodatkowy tom, bo boicie się popsuć dobre wrażenie, możecie być spokojni. "Alicja i uczta Zombi" w niczym nie ustępuje poprzednim częściom, mimo, że sporo się od nich różni.

"Alicja i uczta zombi" to porządna kontynuacja, po którą na prawdę warto sięgnąć. Showalter spisała się na medal i oddała w ręce czytelników książkę porządnie przemyślaną i napisaną. Losy Alicji wciągają, a perypetie nowej bohaterki, Millie również potrafią zaciekawić. Książka spełniła pokładane w niej oczekiwania i dostarczyła bardzo przyjemnej lektury. Nie jednokrotnie podczas czytania zdarzy się uronić łzę, aż trudno rozstawać się z niektórymi bohaterami. Może Gena Showalter napisze jeszcze kolejny tom i dane nam będzie powrócić do mrocznej i zaskakującej króliczej nory. Polecam!

"Alicja i uczta zombi" jest godną kontynuacją serii o Ali. Wszystkie tomy Wam serdecznie polecam, bo według mnie twórczość pani Showalter jest warta przeczytania. Poza tym, miło było wrócić do historii, którą tak dobrze wspominam.

(...) jest to świetna książka na odpoczynek. Nie wymaga zbytniego nadywrężania umysłu, a jest bardzo przyjemna. Miłe oderwanie od trudnych książek. Bajkowa Alicja nie ma tutaj za wiele do gadania, natomiast nasza Ali ma bardzo wiele.

(...) "Alicja i uczta zombi" to historia miłosna z nieumarłymi w tle. Tym razem opowiadana przez Szrona i Millę, dwójkę zabójców, którym niestraszna jest śmierć. Nie brakuje w niej akcji, miłości i oczywiście ciągłej walki o życie. Powinna się spodobać fanom tej serii i osobom, które lubią mroczne powieści z silnymi bohaterami i nie znudził się im jeszcze motyw zombi.

Czy polecam? Oczywiście! Autorka godnie zakończyła tą serię, czuję się szczęśliwa, że dała bohaterom szansę pozostania szczęśliwymi :) Jak dla mnie 9/10. Jeżeli przeczytaliście 3 pierwsze tomy to się nawet nie zastanawiajcie i po prostu kupujcie! SERDECZNIE POLECAM!

Znowu wpadłam w ten świetny ale równocześnie dziwny (w dobrym sensie) świat Alicji i zombicznej nory. Podobało mi się i aż miło wracało się do towarzystwa Cole’a i Szrona, do tego drugiego w szczególności i oczywiście samej Alicji czy nowej bohaterki, Millie. Autorka wróciła do formy i teraz pozostaje mi tylko wysyłać do niej uciążliwe maile odnośnie wydania kolejnej części z serii, by znaleźć się kolejny raz pośród zombicznej toksyny a kuszą Cole’a i dwudziestkądwójką Szrona.

(...) akcja po części młodzieżowa, po części romantyczna, zbacza na bardziej wojenne tory i zmienia się: jest płynniejsza, szybsza i pojawia się rozwinięcie wątków, których i tak było już do tej pory dużo. Przez to nie brakuje atrakcji, których miłośnik serii nie może nie zauważyć. Całość dopełnia język - lekki i nieskomplikowany, dokładnie taki, jak cała historia. (...) "Alicja i uczta Zombi" to historia dedykowana dla fanów historii, przyjaciół Alicji i zwolenników zwalczania zombi. Bo prawda jest taka, że chociaż to dobra książka i sama czekałam na jej premierę z przejęciem - autorka powinna poprzestać na trylogii. Musicie jednak wiedzieć, że autorka w żadnym wypadku nie przestaje zaskakiwać swoją nietypową mieszanką. Czy miłość w świecie zombi?  Gena Showalter udowadnia, że tak - a ja jej wierzę.

"Alicja i uczta zombi" to świetne zakończenie fantastycznej serii i jest mi smutno, że musiałam pożegnać się z moimi ulubionymi bohaterami. Ogromnie polecam wszystkim powieści Geny Showalter, gdyż gwarantują niesamowite przygody, które wbijają w fotel i nie pozwalają oderwać się od czytania.

Książka jest pełna zaskakujących momentów i zwrotów akcji. Chociaż pojawia się wiele scen walki, nie jest ona nimi przeładowana. Są też ważne rozmowy, wyznania i odkrywanie tajemnic. Silnie zaakcentowano też uczucia bohaterów i zmiany, jakie dokonują się w ich charakterach. Historia jest dzięki temu wyważona. (...) Jeśli czytaliście poprzednie części, sięgniecie i po tę, bo pewnie tak jak ja nie lubicie przerywać czegoś w połowie. Dla tych, którzy nie znają tej historii, polecam przeczytanie pierwszej części i zdecydowanie, czy warto się w nią zagłębiać. Ja przeczytałam, cieszę się, że poznałam kontynuację tej historii (...)

Ta książka jest doskonałym dodatkiem do jednej z moich ulubionych serii i zachęcam każdego, kto jeszcze po nią nie sięgnął, aby jak najszybciej to nadrobić. A kto nie czytał jeszcze „Kronik Białego Królika” niech pędzi co tchu do księgarni i po drodze wystrzega się zombi!

Po raz kolejny jestem zadowolona z lektury, którą zaserwowała Gena Showalter. Zakochałam się po raz drugi w powieści, która spełnia wszystkie moje wymagania, co do gatunku. Polecam ją wszystkim, nawet jeśli się wahacie, bo nie ma w nim za dużo Ali i Cole'a (są i to nawet dość często). Powieść powaliła mnie na łopatki i nie pozwala się podnieść aż do tej pory. Będę jeszcze do niej wracać wielokrotnie, więc gorąco polecam!

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ