Dla młodzieży
Całkiem zabawna historia
36,99 zł
36,99
KUP TERAZ

Całkiem zabawna historia

brak opinii
Liczba stron: 336
Oprawa miękka
ISBN: 9788327620361
Premiera: 2016-03-02

Skończyć studia. Znaleźć pracę. Być najlepszym. Coś osiągnąć.

 

Życie rzuca wyzwania, a ty nie nadążasz. Jesteś zdany na siebie, a równocześnie wszyscy czegoś od ciebie oczekują. Rodzice nie chcą wiedzieć, że nie dajesz rady. A Ona jest z twoim najlepszym kumplem. Jak tu nie zwariować?

Craig nie udźwignął presji otoczenia i tempa pędzącego świata. Nieudana próba samobójcza sprawiła, że trafił na oddział psychiatryczny.

Koniec? To dopiero początek.

„Całkiem zabawna historia” to słodko-gorzka powieść o dorastającym chłopaku, który odnajduje siebie dopiero wśród tych, którzy stracili zmysły.

Ned Vizzini

Ned Vizzini to amerykański autor powieści dla młodzieży. Miał okazję być obserwatorem życia codziennego w szpitalu psychiatrycznym. Zdobyte tam doświadczenia wykorzystał do napisania powieści „Całkiem zabawna historia”. To książka niesamowicie prawdziwa i idealnie obrazująca środowisko, w którym żyją chorzy.

Trudno coś powiedzieć, gdy planujesz się zabić. To właściwie najtrudniejsze i nie ma żadnego związku z psychiką, po prostu nie jesteś w stanie się zmusić do otwarcia ust. Słowa wydają się nie mieć żadnego związku z mózgiem i zamiast płynąć gładko jak zawsze, gromadzą się pod dolną wargą niczym pokruszone kostki lodu. Więc siedzisz cicho.

– Zauważyliście, że ludzie w reklamach telewizyjnych zawsze gapią się na telewizję? – rzuca mój kumpel.

– Lepiej podaj tego skręta – zbywa go drugi.

– Ty, ale serio – dołącza do nich kolejny. – Zawsze ktoś wyleguje się na kanapie, chyba że reklamują coś na alergię, wtedy wszyscy są na łące…

– Albo jeżdżą konno po plaży.

– Konie są tylko w reklamach środków na opryszczkę.

Śmiechy.

– Jak się w ogóle przyznać, że masz opryszczkę? – odzywa się Aaron. Jesteśmy u niego w domu. – To musi być dziwna rozmowa, serio: „Wiesz, zanim zaczniemy, muszę ci powiedzieć, że…”

– Twojej starej to nie przeszkadzało.

– Łooo!

– Uspokój się, chłopaku!

Aaron rzuca się na swojego kumpla. Jego przeciwnikiem jest Ronny. To drobny chłopak, obwieszony biżuterią. Powiedział mi kiedyś: „Wiesz, Craig, kiedy raz zaczniesz nosić świecidełka, to już nie ma odwrotu”. Oddaje cios, luźna złota bransoleta na jego nadgarstku zahacza z brzękiem o zegarek Aarona.

– Uważaj na moje biżuty! – Oburza się, potrząsając ręką i ponownie skupia się na jaraniu.

U Aarona na chacie zawsze jest jakieś palenie. Jego pokój ma wentylację i zamek w drzwiach; można go wynająć jako osobne mieszkanie. Brudny, ze śladami palców wyłącznik światła, prześcieradło poznaczone wypalonymi dziurkami. Połyskliwe plamy na pościeli, wskazujące, że Aaron nie nudził się ze swoją dziewczyną. Przyglądam się im (plamom, następnie parce). Czuję zazdrość. Choć przecież już jestem ponad to.

– Chcesz, Craig?

Odmawiam, podając dalej kunsztownie skręconego jointa. Eksperymentuję ze swoim mózgiem. Być może to trawka jest problemem, może to ona mi wszystko odbiera? Powtarzam te eksperymenty dość regularnie, nie palę przez parę tygodni, a potem jaram jak smok, żeby sprawdzić, czy to przypadkiem brak trawki nie jest źródłem moich problemów.

– Wszystko dobrze?

Tak właśnie powinienem się nazywać. Mógłbym zostać superbohaterem Wszystkodobrzemenem.

– Ech… – mamrocę.

– Weź się, zostaw go – wtrąca się Ronny. – Widzisz, że ma swój świat. Całkiem się scraigował.

– Taaa… – poruszam mięśniami odpowiadającymi za uśmiech. – Ja… trochę… no wiecie…

Widzicie, jak to działa? Słowa was zdradzają i odchodzą.

– Dobrze się czujesz? – dopytuje Nia. To dziewczyna Aarona. Zawsze musi mieć go przy sobie. Teraz siedzi przy jego nodze. Nia ma wielkie oczy.

– Spoko – odpowiadam. Odwraca wzrok, w jej oczach migoce odbicie niebieskiego ekranu telewizora. Oglądamy film przyrodniczy o głębinach oceanu.

– O kurde, patrz tylko na to, synek! – podnieca się Ronny, wydmuchując kłąb dymu. Nawet nie wiem, kiedy znów dostał skręta. Na ekranie unosi się gigantyczna ośmiornica z wielkimi uszami i zanurza się w zimnym, podwodnym świetle, trzepocąc mackami.

– Naukowcy żartobliwie nazwali ten gatunek na cześć słonia Dumbo – wyjaśnia narrator.

Uśmiecham się w duchu. Chciałbym być ośmiornicą Dumbo. To moja tajemnica. Przystosowany do panujących w głębinach lodowatych temperatur, unosiłbym się w wodzie bez końca, pływając tam i z powrotem. Żadnych zmartwień poza tym, jakiego ślimaka upolować sobie na obiad (czyli w sumie trochę jak teraz), a na dodatek brak jakichkolwiek naturalnych wrogów; choć z drugiej strony teraz też nie mam żadnych wrogów i jakoś nie poprawiło to mojej sytuacji. Ale życie ośmiornicy wydaje mi się całkiem sensowne.

– Zaraz wracam. – Opuszczam kanapę, a Scruggs natychmiast zrywa się z podłogi i zajmuje moje miejsce.

– Zapomniałeś sobie zaklepać – informuje.

– Zaklepuję – próbuję jakoś temu zaradzić.

– Za późno.

Wzruszam ramionami i manewruję wśród ciuchów i nóg na podłodze, kierując się w stronę drzwi; wychodzę na korytarz, po prawej czeka na mnie przytulna łazienka Aarona.

Mam swój system na łazienki. Spędzam w nich mnóstwo czasu. To moje świątynie, oazy spokoju rozrzucone po całym świecie dla ludzi takich jak ja. Siedząc w łazience Aarona, rytualnie marnuję czas. Najpierw gaszę światło. Potem wzdycham. Później odwracam się twarzą do drzwi, opuszczam spodnie i opadam na ubikację – nie siadam: zwalam się jak bezwładne truchło, czując brzegi sedesu wżynające się w pośladki. Potem zwieszam głowę i oddycham głęboko, a następnie, no wiecie, sikam. Zwykle cieszę się, że moje ciało robi coś, co powinno, na przykład przyjmuje pokarm, ale nie zawsze mi to wychodzi. Chowam twarz w dłoniach, a sikanie jest tak przyjemne, że mogłoby trwać wiecznie. Robisz, co masz zrobić, i już. Zero wysiłku czy planowania. Nie odkładasz tego na później. To chyba zresztą byłoby chore, tak mi się wydaje. Że masz taki problem, że nie możesz się wysikać. Jak anoreksja, tylko z moczem. Nie sikasz, żeby się ukarać. Ciekawe, czy ktoś tak robi?

Nie podnosząc głowy, sięgam ręką za siebie i naciskam spłuczkę. Potem wstaję i zapalam światło. (Czy ktoś zauważył, że siedziałem tu po ciemku? Dostrzegli brak światła pod drzwiami? Że tkwię w ciemnościach jak karaluch? Czy Nia to widziała?) W końcu patrzę w lustro.

Wyglądam zupełnie normalnie. Jak zawsze, jak w zeszłym roku, nim nadszedł upadek. Ciemne włosy, ciemne oczy, trochę krzywe zęby. Szerokie, zrośnięte brwi. Długi nos, odrobinę krzywy. Naturalnie powiększone źrenice – mam tak od zawsze, nie od zioła – utopione w ciemnobrązowych okręgach, które tworzą wielkie, okrągłe oczy, dziury w mojej twarzy. Rzadki meszek nad górną wargą. Oto Craig.

Zawsze wyglądam, jakbym miał się za chwilę rozbeczeć.

Próbując cokolwiek poczuć, ochlapuję twarz gorącą wodą. Za kilka sekund muszę tam wrócić i znów stanąć przed ludźmi. Chyba że mogę jeszcze posiedzieć przez chwilę po ciemku w ubikacji? Zawsze zajmuje mi to jakieś pięć minut.

 

2

– I jak się czujesz? – pyta mnie doktor Minerva.

Jej gabinet, podobnie jak gabinety wszystkich znanych mi świrologów, wypełniają książki. Wcześniej nie mówiłem w ten sposób o psychologach, ale spotkałem ich już tylu, że czuję się do tego całkowicie uprawniony. To pogardliwe określenie należy do dorosłego słownictwa, a ja jestem już w dwóch trzecich dorosły i na dodatek lubię okazywać pogardę, więc co mi tam.

W tym gabinecie, jak w każdym, który odwiedziłem, również znajduje się półka lektur obowiązkowych. Najważniejsza z nich to Kryteria diagnostyczne DSM zawierająca spis wszystkich chorób psychicznych znanych ludzkości – wyobraźcie sobie, jaka to pasjonująca lektura. Strasznie gruba cegła. Chociaż męczy mnie tylko jedno poważne schorzenie, przeglądając to tomiszcze dowiedziałem się o wielu innych. Są tam naprawdę niezłe kawałki. Jest na przykład „klątwa Ondyny”, choroba, w czasie której organizm traci kontrolę nad oddychaniem. Wyobraźcie sobie to tylko! Musisz sobie ciągle świadomie przypominać, żeby oddychać, bo inaczej się udusisz. Tak zresztą kończy większość pacjentów.

Jeśli świrolog (zwykle jest to ona, rzadziej on) chce pokazać, że jest zawodowcem, to trzyma na półce kilka egzemplarzy Kryteriów diagnostycznych w różnych wydaniach. Najczęściej trafiają się wydania od trzeciego do piątego. Drugiego chyba nie da się już znaleźć. Wyszło w 1963 roku czy jakoś tak. Trwają teraz prace nad kolejną edycją. Stworzenie takiego tomiszcza zajmuje co najmniej dziesięć lat.

Kurde, chyba sam mógłbym zostać świrologiem.

Poza Kryteriami diagnostycznymi na półce znajdują się też książki dotyczące poszczególnych chorób. Leczenie depresji, Niepokój i ataki paniki: przyczyny i terapia, Siedem nawyków zwiększających skuteczność. Wszystko w twardych oprawach. Żaden świrolog nie kupuje książek w miękkiej okładce. Zwykle mają też jakieś teksty o molestowaniu seksualnym dzieci, na przykład Złamane serce. Kiedyś jedna z terapeutek przyłapała mnie na przeglądaniu tej książki.

– To o molestowaniu – wyjaśniła.

– Mhm – mruknąłem.

– Pomaga ludziom, którzy tego doświadczyli – dodała.

Pokiwałem głową.

– Miałeś z tym styczność?

Była starszą panią o pomarszczonej twarzy i gęstych siwych włosach; więcej już do niej nie poszedłem. Co to w ogóle za pytanie? Jasne, że nie byłem molestowany! Och, gdybym tylko miał tak proste wyjaśnienie, wszystko byłoby o wiele łatwiejsze. Miałbym po co chodzić do terapeutów. Byłoby nad czym pracować. Ale rzeczywistość nie zamierzała mi niczego ułatwiać.

– Dobrze – odpowiadam Minervie. – Nie licząc tego, że znów tu jestem.

– Nie chcesz tu być?

– W ogóle.

– Przecież spotykamy się już od jakiegoś czasu.

Doktor Minerva zawsze świetnie się ubiera. Nie jest jakoś szczególnie atrakcyjna czy ładna, ale potrafi doskonale o siebie zadbać. Dziś miała na sobie czerwony sweter, dobrany tak idealnie pod kolor szminki, jakby specjalnie sprawdziła odcienie w sklepie z farbami.

– Ale wolałbym nie przychodzić.

– Wciąż jesteś na terapii. Jak się dziś czujesz?

To było jej standardowe pytanie na rozruch. Każdy świrolog ma takie. Znałem takich, którzy pytali: „I co tam?” albo „Jak się mamy?”, jeden dopytywał nawet: „I co nowego w świecie Craiga?”. To się nigdy nie zmienia. Taki sygnał rozpoznawczy.

– Rano miałem problem ze wstawaniem.

– Dobrze spałeś?

– Tak.

Patrzy przed siebie z kompletnie nieodgadnionym wyrazem twarzy. Nigdy nie rozumiałem, dlaczego przywdziewają to pokerowe oblicze. Powinni grać w pokera. Może nawet i grają. Może to oni wygrywają te wszystkie turnieje pokazywane w telewizji. A potem i tak zdzierają z mojej matki sto dwadzieścia dolców za godzinną sesję. Chciwość, straszna rzecz.

– To co się stało po przebudzeniu?

– Miałem sen. Nie wiem, o czym był, ale kiedy się obudziłem, było mi przykro, że już nie śpię. Poczułem się, jakby ktoś mnie walnął kamieniem w brzuch.

– Kamieniem w brzuch… rozumiem.

– Nie chciałem się budzić. We śnie było mi lepiej. To naprawdę przygnębiające. Jak koszmar, tylko na odwrót. Po przebudzeniu się ze strasznego snu czujemy zwykle ulgę. A tym razem poczułem się tak, jakby dopiero po otwarciu oczu zaczął się koszmar.

– Jaki koszmar, Craig?

– Życie.

– Życie to zły sen?

– Tak.

Milkniemy. To chyba doniosła chwila. Czyżby życie faktycznie było koszmarem? Medytujemy nad tym przez kilka sekund.

– Co zrobiłeś po przebudzeniu?

– Nie ruszyłem się z łóżka. – To nie jest cała prawda, pomijam niektóre rzeczy. Nie mówię, że byłem strasznie głodny. Nie jadłem kolacji. Odrobiłem lekcje i walnąłem się spać, choć wiedziałem, że po przebudzeniu będzie mnie tak skręcało z głodu, że niczego nie przełknę. Zgodnie z przewidywaniami, rano mój zaciśnięty żołądek natychmiast zaczął wyć z tęsknoty za pokarmem. Ale się nie ruszyłem. Sama myśl o jedzeniu sprawiała mi ból. Nie byłem w stanie niczego przełknąć, chyba że jogurt kawowy. A miałem już serdecznie dosyć tego jogurtu.

Ukryłem twarz w poduszce, dociskając pięści do brzucha. To sposób na oszukanie głodu, wmówienie żołądkowi, że jest pełny. Ogarnęło mnie ciepło, myśli wirowały w mojej głowie. Zwlokłem się dopiero jakiś kwadrans później, zmuszony przez jedyną potrzebę, której się nie opierałem.

– Wstałem dopiero wtedy, gdy zachciało mi się sikać – wyjaśniam.

– Rozumiem.

– To było cudowne.

– Wspominałeś już wcześniej, że lubisz sikać.

– Tak. Bo to proste.

– Lubisz proste rzeczy?

– Są tacy, którzy nie lubią?

– Tak. Niektórzy uwielbiają, gdy wszystko jest skomplikowane.

– To raczej nie ja. Dziś, po drodze na to spotkanie, wyobrażałem sobie, że… chciałbym zostać kurierem rowerowym.

– Aha.

– Prosta praca, jasne wytyczne i na dodatek dostawałbym pieniądze. Miałbym jakiś punkt zaczepienia.

– A co ze szkołą, Craig? To przecież może być twój punkt zaczepienia.

– Szkoła jest za bardzo chaotyczna. Milion rzeczy naraz.

– Macki.

To jej trzeba przyznać: błyskawicznie uczyła się mojego języka. „Macki” oznaczają w nim te wszystkie okropne obowiązki, jakimi muszę się zajmować. Na przykład wypracowanie o broni z czasów amerykańskiej rewolucji, które zmusiło mnie do odwiedzenia muzeum miejskiego, co wiązało się z koniecznością spędzenia czterdziestu pięciu minut w metrze, poza jakimkolwiek zasięgiem, dokładnie w tym czasie, gdy nauczyciel rozesłał do wszystkich maila z pytaniem, czy ktoś chce zadanie dodatkowe, do którego oczywiście nie mogłem się zgłosić, więc przypadło innym dzieciakom, co oznaczało, że na pewno nie zdobędę dziewięćdziesięciu ośmiu punktów, w związku z czym nigdy nie wyrobię sobie średniej na poziomie 98,6, nie dostanę się na dobre studia i nigdy nie znajdę dobrej pracy, dzięki której miałbym ubezpieczenie zdrowotne, tak więc będę musiał wydawać kupę forsy na swoje terapie i leki, zamiast pielęgnować wymarzony styl życia, a sama myśl o tym wzbudza we mnie atak zawstydzenia przechodzący w depresję, nasilającą się do tego stopnia, że nie potrafię zwlec się z łóżka, zmierzając tym samym w stronę nieuchronnego końca, który będzie wyglądał tak, że zostanę bezdomnym. Jeśli ciągle wylegujesz się w wyrku, ktoś ci je w końcu zabierze.

Przeciwieństwem „macek” są „punkty zaczepienia”. To te wszystkie rzeczy, na których potrafię się skupić i poprawiają mi nastrój. Jazda na rowerze to punkt zaczepienia. Tworzenie fiszek z pytaniami do egzaminów to punkt zaczepienia. Przyglądanie się kumplom grającym w gry wideo na chacie u Aarona to punkt zaczepienia. Rzeczy proste i powtarzalne. Żadnych decyzji. Żadnych macek. Rutynowe czynności, z którymi trzeba się zmierzyć. I jak najmniej kontaktów z ludźmi.

– W szkole jest sporo macek – przyznaję. – Ale powinienem sobie jakoś z nimi poradzić. Gdybym tylko nie był taki leniwy.

– Dlaczego myślisz, że jesteś leniwy?

– Każdego dnia marnuję przynajmniej godzinę, bo nie mogę zwlec się z łóżka. Potem tracę jeszcze więcej czasu, łażąc tam i z powrotem i myśląc. A na dodatek boję się odezwać ze strachu przed jąkaniem. To też marnowanie czasu.

– Często się zacinasz?

– Gdy mam depresję, potrafię się zgubić w połowie zdania.

– Rozumiem. – Terapeutka zapisuje coś w notesiku. Pewnie wszystko trafi do akt.

– Ale ja nie rozumiem. – Potrząsam głową. – Podobnie jak tego z rowerem…

– Słucham? Co chciałeś powiedzieć? – Kolejna typowa sztuczka. Żaden świrolog nie pozwoli ci zamilknąć w pół zdania. Jeśli już otworzyłeś usta, to domagają się, żebyś dokładnie wyjaśnił, co chciałeś powiedzieć. Podobno tylko takie niedokończone myśli zawierają najistotniejsze prawdy na nasz temat, chociaż podejrzewam, że terapeuci tylko tak mówią, żebyśmy poczuli się ważniejsi. Jedno jest w każdym razie pewne: nikt nie zadaje takich pytań jak oni.

 – Chwileczkę, Craig. Co właściwie chciałeś powiedzieć?

– Myślę, że jąkanie nie jest tak naprawdę problemem. To tylko jeden z objawów choroby.

– Jak pocenie się.

– Tak. – Pocenie się było faktycznie paskudne. Może nie aż tak, jak powstrzymywanie się od jedzenia, ale strasznie dziwne. Co dwie minuty musiałem ocierać czoło pokryte zimnym potem, pachnącym jak koncentrat skóry. Ludzie zwracali na to uwagę. Była to jedna z kilku rzeczy, które zauważali.

– Ale teraz się nie zacinasz.

– Bo płacę. Nie chcę marnować czasu.

Cisza. Kolejna z naszych milczących potyczek. Patrzę na doktor Minervę, ona odpowiada tym samym. Czekamy, kto pierwszy się złamie. Znów ma to pokerowe oblicze. Ja nie mam żadnych dodatkowych twarzy, więc pozostaję zwykłym Craigiem.

Mierzymy się wzrokiem. Czekam, aż powie coś istotnego – zawsze na to czekam, choć jeszcze nigdy nic takiego się nie zdarzyło. Liczę na to, że po słowach typu: „Craig, musisz zrobić coś tam” nastąpi jakaś Zmiana. Bardzo na to liczę. Marzę o tym, by mój mózg znalazł się ponownie na swoim miejscu, uspokoił się, wrócił do stanu sprzed zeszłorocznej jesieni, kiedy byłem młody, wygadany, a nauczyciele twierdzili, że mam ogromny potencjał, i faktycznie miałem ogromny potencjał, nie bałem się odzywać na lekcjach, bo byłem bystry i ogarniałem, co się dzieje na świecie. Naprawdę marzę o zmianie. Czekam na słowa, które ją wywołają. To będzie prawdziwy cud. Tylko czy doktor Minerva potrafi sprawić cuda? Nie. To tylko szczupła, opalona Greczynka z czerwoną szminką.

W końcu to ona odzywa się pierwsza.

– Wspominałeś, że chciałbyś zostać kurierem rowerowym – przypomina.

– Tak.

– Dobrze pamiętam, że masz już rower?

– Tak.

– Często jeździsz?

– Nie aż tyle. Mama nie pozwala mi jeździć do szkoły. Ale w weekendy krążę po Brooklynie.

– Co wtedy czujesz?

Muszę się zastanowić.

– Zależności – odpowiadam po chwili.

– Zależności.

– Tak. Na przykład, że muszę uniknąć tej ciężarówki. Albo żeby zwrócić uwagę na te metalowe rury, bo mogę nimi oberwać w głowę. Albo że trzeba skręcić w prawo. Wszystkie zasady są czytelne i wystarczy się ich trzymać.

– Jak w grach wideo.

– Dokładnie. Uwielbiam gry. Wystarcza mi samo patrzenie, jak ktoś gra. Mam tak od dziecka.

– Czyli od czasu, kiedy, jak sam twierdzisz, „czułeś się szczęśliwy”.

– Tak. – Przygładzam koszulę. Zawsze staram się elegancko ubrać na te spotkania. Beżowe spodnie i biała koszula. Ona również się dla mnie ubiera. Powinniśmy się kiedyś wybrać na kawę i wywołać skandal – grecka terapeutka i jej chłopak licealista. Zdobylibyśmy sławę. A dzięki temu miałbym pieniądze. I byłbym szczęśliwy.

– Pamiętasz, co cię uszczęśliwiało?

– Gry wideo – odpowiadam i parskam śmiechem.

– Co w tym zabawnego?

– Przypomniałem sobie, jak parę dni temu szedłem naszą ulicą, a za mną jakaś matka prowadziła dziecko i mówiła mu: „Posłuchaj, Timmy, chciałabym, żebyś przestał się skarżyć. Naprawdę nie możesz grać w gry całymi dniami”. Na co Timmy mówi jej: „Ale ja chcę!”. Wtedy się odwróciłem i powiedziałem: „Ja też!”.

– Chciałbyś grać całymi dniami?

– Albo oglądać, jak ktoś gra. To wystarcza, żebym zapomniał o sobie. Mam to samo, kiedy gram, jeżdżę na rowerze albo czegoś się uczę. Mój mózg przestaje świrować. To dla mnie ważne.

– Naprawdę wiesz, czego chcesz.

– Tak.

– A czego chciałeś w dzieciństwie? Wtedy, gdy byłeś szczęśliwy? Kim chciałeś być, jak dorośniesz?

Doktor Minerva to naprawdę dobra świrolożka. To oczywiście nie jest odpowiedź na jej pytanie, ale było to cholernie dobre pytanie. Kim chcę być, jak dorosnę?

 

3

Gdy skończyłem trzy lata, sprawy miały się tak:

Cała nasza rodzina mieszkała w biednym mieszkanku na Manhattanie. Wtedy nie wiedziałem, że jest biedne, bo nie miałem go z czym porównać. Ale ze ścian wystawały rury. To nie jest dobry znak. Nie powinno się wychowywać dziecka w mieszkaniu z odsłoniętymi rurami. Pamiętam ich skupisko w rogu korytarza, tuż przy łazience, i że jedna była czerwona, druga zielona, a trzecia biała; pamiętam też, że zbadałem je dokładnie, kiedy tylko nauczyłem się chodzić. Sprawdziłem ich temperaturę dłonią, odsuwając ją o zaledwie kilka milimetrów. Jedna była zimna, druga ciepła, a czerwona tak promieniowała gorącem, że kilka milimetrów nie wystarczyło. Oparzyłem się, a tata, który do tej pory nie zdawał sobie sprawy, że rury emitują ciepło („pewnie nagrzewają się tylko za dnia”), zabezpieczył je szarą pianką oraz taśmą klejącą, co mnie przed niczym nie powstrzymywało, bo skubanie i żucie pianki okazało się superzabawą, więc ją skubałem i żułem. Potem, kiedy zaczęły mnie odwiedzać inne dzieciaki, namawiałem je, żeby dotykały znów odsłoniętej rury, a jeśli nie chciały tego zrobić, wyzywałem je od palantów. Tego słowa nauczyłem się z telewizji i wydawało mi się wspaniałe, bo miało dwa znaczenia i nazywając nim ludzi, można ich było zmusić do robienia różnych rzeczy. „Tchórz” też miał dwa znaczenia: oznaczał zwierzątko oraz kogoś, kto się boi. Niektórych wystarczyło wyzwać od tchórzy i też próbowali dotknąć gorącej rury.

Miałem swój pokój, ale nie lubiłem w nim siedzieć samotnie, kochałem za to nasz salon, gdzie chowałem się pod szafką, na której stały encyklopedie. Za pomocą koca robiłem sobie mały fort i pracowałem przy niewielkiej lampce, którą tata tam dla mnie podłączył. Rysowałem mapy. Uwielbiałem mapy. Wiedziałem, że mieszkamy na Manhattanie i miałem Atlas pięciu dzielnic Hagstroma, gdzie zaznaczono wszystkie ulice. Żyliśmy dokładnie na rogu Pięćdziesiątej Trzeciej i Trzeciej Alei. Tę drugą zaznaczono w atlasie na żółto, ponieważ była długa, szeroka i ważna. Pięćdziesiąta Trzecia była zwykłą białą uliczką przecinającą Manhattan. Należało jedynie pamiętać, że ulice rozchodziły się poprzecznie, zaś aleje prowadziły z góry na dół. (Tata mnie tego nauczył, gdy chodziliśmy na naleśniki. Pytał wtedy, czy ma mi je pokroić na ulice i aleje, a ja wołałem, że tak, więc robił na stosie naleśników odpowiednie nacięcia i nazywaliśmy każdą zjedzoną ulicę oraz aleję, upewniając się, że mamy też róg Pięćdziesiątej Trzeciej i Trzeciej). To było bardzo proste. Jeśli się w tym orientowałeś (tak jak ja), to wiedziałeś, że samochody na ulicach parzystych jadą na wschód, a ulice nieparzyste prowadzą na zachód. Co kilka ulic pojawiały się szerokie, żółte aleje, po których można było jechać w obie strony. To były najbardziej znane ulice: Czterdziesta Druga, Trzydziesta Czwarta. Cała lista ulic wygląda tak: Chambers, Canal, Houston, Czternasta, Dwudziesta Trzecia, Trzydziesta Czwarta, Czterdziesta Druga, Pięćdziesiąta Siódma, Siedemdziesiąta Druga (nie ma żadnej ważnej ulicy z numerem sześćdziesiątym, zostały wyburzone), Siedemdziesiąta Dziewiąta, Osiemdziesiąta Szósta, Dziewięćdziesiąta Szósta, a później zaczyna się Harlem, gdzie dla małych białych chłopców, budujących forty z encyklopedii i rozkochanych w mapach, definitywnie kończy się Manhattan.

Wiedziałem, że muszę go narysować, od kiedy tylko pierwszy raz spojrzałem na mapę. Powinienem umieć narysować miejsce, w którym mieszkam. Poprosiłem mamę o kalkę, a kiedy mi ją przyniosła, ukryłem się w forcie i skierowałem lampkę na pierwszą mapę w atlasie Hagstroma: centrum Manhattanu, gdzie znajduje się Wall Street i budynek giełdy. W tej okolicy nie było żadnych alej, tylko ulice oznaczone nazwami, przypominające rozrzucone bierki. Ale zanim zabrałem się do ich narysowania, musiałem dokładnie odwzorować teren. Manhattan wybudowano na wyspie. Czasem, przy okazji ulicznych robót, można było zobaczyć prawdziwą ziemię. A u dołu wyspy ląd wyginał się w kształt przypominający łeb dinozaura – wybrzuszony po prawej, równy po lewej – wspaniały majestatyczny łuk.

Docisnąłem kalkę i próbowałem odwzorować dolną krawędź Manhattanu.

Nic z tego.

Serio. To było idiotyczne. Moja linia w niczym nie przypominała tej prawdziwej z atlasu. Nie umiałem tego zrozumieć – przecież dokładnie docisnąłem kalkę. Spojrzałem na swoją dłoń, prosząc w myślach, by przestała drżeć. Zgniotłem kartkę i spróbowałem raz jeszcze.

Znowu nic z tego. Nadal nie wychodził mi ten łuk.

Zmiąłem kolejną kartkę i spróbowałem ponownie.

Ta linia była jeszcze gorsza. Manhattan na moim rysunku wyglądał jak kwadrat.

Kolejna próba.

Tym razem wyspa przypominała kaczkę.

Do śmieci.

Na kolejnym rysunku Manhattan wyglądał jak gówienko. To następne słowo, którego nauczyłem się z telewizji.

Do śmieci.

Kolejna wersja przypominała kawałek owocu.

Żaden z moich rysunków nie wyglądał jak Manhattan. Nie umiałem go narysować. Nie miałem pojęcia, że do dokładnego odrysowania mapy potrzebowałbym poza kalką także stołu podświetlonego od dołu oraz klamerek, przytrzymujących papier na miejscu, dlatego uznałem, że poniosłem porażkę. W telewizji ciągle powtarzano, że możemy dokonać wszystkiego, o czym zamarzymy, a tu proszę – spróbowałem i nie wyszło. Nigdy mi się to nie uda. Zgniotłem ostatnią kalkę i zacząłem płakać, kryjąc twarz w dłoniach.

Mama usłyszała pochlipywanie z mojego fortu.

– Craig?

– Co? Idź sobie!

– Co się stało, dziecinko?

– Nie patrz tutaj! Zostaw ten koc! Mam tu swoje rzeczy!

– Ale czemu płaczesz? Co się stało?

– Bo nie umiem tego zrobić!

– Ale czego?

– Niczego!

– No powiedz… Mamusia odsunie teraz ten koc i…

– Nie!

Gdy odsunęła moją zasłonę, skoczyłem do przodu, wyszarpując naprężony materiał spod encyklopedii. Mama natychmiast przytrzymała książki, ocalając nas przed zmiażdżeniem. (Jakiś tydzień później zmusiła tatę do przeniesienia ciężkich tomów). Widząc, że ma zajęte ręce, zapłakany przebiegłem przez pokój, marząc tylko o tym, żeby schować się w łazience, gdzie mógłbym posiedzieć po ciemku na sedesie, a potem ochlapać twarz ciepłą wodą. Ale mama była zbyt szybka. Wepchnęła książki na miejsce i skoczyła, zgarniając mnie w swoje chude ramiona. Miała obwisłą skórę na łokciach. Zasypałem ją gradem uderzeń.

– Craig! Nie bij mamusi!

– Nie umiem tego zrobić! Nie umiem! Nie umiem! – Walnąłem ją raz jeszcze.

– Ale czego? – Przytuliła mnie ze wszystkich sił, odbierając możliwość ruchu. – Czego nie potrafisz?

– Nie umiem narysować Manhattanu!

– Hm? – Odsunęła się nieco i spojrzała mi w oczy. – W to się właśnie bawiłeś?

Pociągnąłem nosem i pokiwałem głową.

– Odrysowywałeś przez kalkę, którą ci przyniosłam?

– Ale nie umiem.

– Craig – roześmiała się. – Przecież nikt tego nie potrafi. Nie da się odrysować czegoś tak od ręki. To niemożliwe.

– No to jak robią mapy?

To ją zmusiło do myślenia.

– Widzisz? Ktoś to przecież rysuje!

– Ale oni mają odpowiedni sprzęt. To dorośli ludzie z właściwymi narzędziami.

– W takim razie chcę mieć takie narzędzia.

– Craig.

– Kupmy je.

– Kochanie.

– Trzeba na nie dużo pieniędzy?

– Syneczku.

Usadowiła mnie na kanapie, która nocami służyła im za łóżko, a potem przycupnęła tuż obok. Przestałem płakać. Już nie chciałem jej uderzyć. Wtedy jeszcze mój mózg nie był wykolejony.

– Craig – westchnęła, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Mam pomysł. Może zamiast odrysowywać Manhattan, spróbujesz narysować własną mapę jakiegoś wymyślonego miejsca?

To był jedyny raz, gdy przeżyłem coś w rodzaju objawienia.

Mogłem stworzyć własne miasto. Wymyślić ulice. Rzekę, która popłynie tam, gdzie chcę, do stworzonego przeze mnie oceanu. To ja zdecyduję, gdzie będą mosty, a przez środek miasta puszczę autostradę, której Manhattan nigdy się nie doczekał. Mogłem narysować własne metro, nadać nazwy wszystkim ulicom tworzącym siatkę sięgającą aż po krawędzie mapy. Z uśmiechem na ustach przytuliłem się do mamy.

Załatwiła dla mnie kilka arkuszy grubego białego brystolu. Później zacząłem korzystać ze zwykłego papieru do drukarek. Wróciłem do fortu i przy świetle lampki narysowałem swój pierwszy rysunek. Zajmowałem się tym przez kolejne pięć lat; zamiast bazgrać na marginesach podczas lekcji, rysowałem mapy. Setki map. Wyrzucałem je natychmiast po ukończeniu; liczyła się praca, a nie finałowy efekt. Tworzyłem mapy miast na oceanie i takich, które miały w centrum dwie krzyżujące się rzeki; miasta nad brzegami niezwykle krętych rzek i takie, które pełne były mostów, szalonych skrzyżowań, rond i bulwarów. Tworzenie miast sprawiało mi radość. Było moim punktem zaczepienia. Aż do dziewiątego roku życia, kiedy to wciągnęły mnie gry wideo, marzyłem o tym, że kiedy dorosnę, zostanę twórcą map – kartografem.

 

4

– Chciałem rysować mapy – wyjaśniam doktor Minervie.

– Jakie mapy?

– Miast.

– Na komputerze?

– Nie, od ręki.

– Rozumiem.

– Chyba nie ma na to zbyt wielkiego popytu. – Uśmiecham się.

– Może tak, może nie.

Typowo psychologiczna odpowiedź.

– „Może” mi niestety nie wystarcza. Muszę na czymś zarabiać.

– O tym porozmawiamy następnym razem. Dziś musimy już kończyć.

Patrzę na zegarek. Trzy po siódmej. Zawsze dostaję dodatkowe trzy minuty.

– Co będziesz robił, gdy stąd wyjdziesz?

Pyta o to za każdym razem. A co niby zawsze robię? Wracam do domu i zaczynam świrować. Siedzę w milczeniu z rodziną i staram się ich nie zamęczać tym, co mnie gnębi. Pewnie spróbuję coś zjeść, a potem postaram się zasnąć. Tego się właśnie boję. Nie umiem jeść ani spać. Słabo sobie radzę z normalnym funkcjonowaniem, wiecie.

 

Co z wami, żołnierzu!

Nie mogę jeść i spać, kapitanie!

Mam was zmotywować lewatywą z ołowiu, żołnierzu?

To chyba nie pomoże, kapitanie! Tylko będę bardziej ociężały!

Wstawaj i walcz, żołnierzu! Wróg u bram!

Oni są zbyt silni. Nie dam im rady. Są zbyt sprytni.

Ty też jesteś bystry, żołnierzu.

Ale nie aż tak.

Po prostu się poddasz?

Taki jest plan.

 

– Spróbuję się jakoś trzymać – obiecuję doktor Minervie. – To wszystko, na co mnie stać. Będę się trzymał i czekał, aż mi to kiedyś minie.

– Bierzesz lekarstwa?

– Tak.

– Masz wizytę u doktora Barneya?

Barney to mój psychiatra. Wypisuje mi recepty i skierowania na wizyty u psychoterapeutów takich jak Minerva. Na swój sposób też jest dziwny, wygląda jak mały, gruby święty Mikołaj z sygnetami na palcach.

– Tak, jeszcze w tym tygodniu.

– Wiesz, że musisz go słuchać.

– Tak, pani doktor. Robię, co mi każecie. Wszystkich słucham. Proszę – podaję jej czek podpisany przez mamę.

 

5

Moja rodzina nie powinna być na mnie narażona. To dobrzy, przyzwoici, szczęśliwi ludzie. Gdy z nimi przebywam, czuję się czasem jak w serialu.

Mieszkamy na Brooklynie, w dużo lepszych warunkach niż wtedy na Manhattanie, ale to nadal żadne luksusy, nie ma się czym chwalić. Brooklyn przypomina wielki glut po drugiej stronie Manhattanu; kojarzy się z Jabbą, który liczy swoje pieniądze. Z wyspą łączą go mosty, a całą dzielnicę przecinają kanały i strumienie – obrzydliwe zielonkawe ścieki, przypominające, że kiedyś były tu bagna. Są ludzie gotowi płacić grube miliony, żeby zamieszkać w domach z kasztanowobrązowego piaskowca, które prężą się przy ulicy niczym deski w płocie. Ale tak poza tym dzielnica niczym się nie wyróżnia. Trochę wstyd, że przenieśliśmy się tu z Manhattanu, gdzie mieszkają ludzie mający prawdziwą władzę.

Krótka droga z gabinetu do domu staje się męcząca z powodu sklepów. Jest w nich jedzenie. A jedzenie to absolutnie najgorsza rzecz w czasie depresji. Związek z pokarmem to jeden z najważniejszych związków w naszym życiu. Chyba nawet stosunki z rodzicami nie są aż tak ważne. Niektórzy w ogóle nie znają swoich rodziców. Związki z przyjaciółmi też nie są moim zdaniem zbytnio istotne. Kluczowy jest za to osobisty związek z powietrzem. Nie da się go zerwać. Jesteście na siebie skazani. Woda jest prawie tak samo ważna. I wreszcie jedzenie. Nie możesz odstawić jedzenia, żeby wejść w inny związek. Musisz zawrzeć z nim jakiś układ.

Nigdy nie przepadałem za klasyczną amerykańską kuchnią: żeberkami, stekami, jagnięciną… nadal nie jestem fanem. Warzywa to samo. Lubiłem jedzenie o abstrakcyjnych kształtach: panierowane udka, żelki owocowe, hot-dogi. Wchodziło mi śmieciowe żarcie. Mogłem wciągnąć całą pakę chipsów serowych. Okruchy pod paznokciami, cały dzień czułem ten smak. Mój związek z jedzeniem był całkiem spoko. Traktowałem je jak wszyscy, jadłem, kiedy byłem głodny.

A potem przyszła tamta jesień i przestałem jeść.

Teraz szydzą ze mnie piekarnie, budki z lodami, pizzerie, delikatesy, chińskie stragany, ciastkarnie, sushi bary i McDonaldy. Rozpychają się przy ulicy, wciskając mi coś, czym nie potrafię się już cieszyć. Chyba skurczył mi się żołądek; nie umiem w siebie zbyt wiele wmusić, a jeśli zjem zbyt dużo, natychmiast gna mnie do łazienki, zmuszając do klęczenia po ciemku przy muszli. Czuję się tak, jakby mój przełyk oplatał gruby sznur, za który ktoś co chwilę ciągnie. Jakbym miał w brzuchu małego facecika, który potrafi tylko szarpać za koniec sznura, gdy jest głodny, bo nie wie, że kiedy tak robi, mam momentalnie ściśnięte gardło i nie jestem w stanie niczego przełknąć. Mógłbym go przecież nakarmić, wystarczyłoby, żeby trochę popuścił sznura. Ale zapach podsmażonego tłuszczu unoszący się z pobliskich knajpek sprawia, że szarpnięcia stają się coraz mocniejsze, a ja czuję narastające zmęczenie i zawroty głowy.

Samo jedzenie może się skończyć na dwa sposoby: Bitwą albo Rzezią. Jeśli jestem w złym stanie, jeśli w mojej głowie rozkręca się Wirówka – wtedy wybucha Bitwa. Każdy kęs to mordęga. Żołądek odmawia jakiejkolwiek współpracy. Zmuszam się do wszystkiego. Jedzenie upiera się, żeby zostać na talerzu, a kiedy w końcu znajdzie się w moim brzuchu, natychmiast chce wracać. Ludzie rzucają mi dziwne spojrzenia: Co się stało, Craig? Dlaczego nie jesz?

Czasem jest lepiej. Wciąż oczekiwałem na Zmianę, która mogła nigdy nie nastąpić, ale niekiedy – na tyle często, bym nadal żył nadzieją – mój mózg wskakiwał do właściwej przegródki. Wiedziałem, że kiedy ogarnia mnie takie poczucie fałszywej Zmiany, powinienem jeść jak najwięcej, ale wcale tego nie robiłem; zdarzało się, że kierowany idiotycznym uporem starałem się ignorować poprawę, nie robiłem tego, co powinienem, choć mój mózg działał prawidłowo i nie jadłem, co kończyło się tym, że wracałem do punktu wyjścia. Ale niech no tylko mój mózg zaskoczył, gdy byłem w pobliżu jedzenia… tak, wtedy było na co popatrzeć. Mogłem jeść wszystko. Jajka, hamburgery, frytki, lody, dżem, cukierki owocowe, ciasteczka, makaron z sosem, nawet brokuły. Walić to: niczego nie zostawię. Jestem Craig Gilner, a dzięki wam nabiorę wreszcie siły. Nie mając pojęcia, kiedy moje ciało znów pozwoli mi jeść, musiałem wepchnąć w siebie wszystko naraz.

To było cudowne uczucie. Jadłem, nie czując żadnych szarpnięć sznura. Mieszkaniec mojego żołądka był zbytnio zajęty spadającą na niego żywnością, wśród której miotał się jak bezgłowy kurczak, a jego odcięta głowa pogryzała jedzenie zalegające na dnie. Pokarm rozchodził się po wszystkich komórkach organizmu, które przyjmowały go z miłością i były wdzięczne mojemu umysłowi, a ja tylko się uśmiechałem, czując, że jestem pełny; byłem najedzony, mogłem funkcjonować i robić wszystko. Wystarczyło tylko, że coś zjadłem, i wydarzał się cud: potrafiłem zasnąć, spałem tak jak powinienem, niczym myśliwy, który wrócił do domu ze zdobyczą… Ale potem się budziłem, człowieczek w moim żołądku znów był na posterunku, zaciskając ścianki żołądka ze wszystkich sił, a ja nie potrafiłem zrozumieć, co mnie napadło, by zrobić taką Rzeź przy jedzeniu. To przecież nie przez palenie. Ani przez dziewczyny. Ani przez rodzinę. Zacząłem podejrzewać, że tak właśnie funkcjonuje mój organizm i nie pozostawało mi nic innego, jak czekać na Zmianę. Wciąż jednak się jej nie doczekałem.

"Całkiem zabawna historia" to nieco lżejsza wersja o odnajdywaniu siebie wśród szaleńców. To opowieść napisana w przystępny sposób, pozbawiona filozoficznych wywodów, które nudzą, jednak zawiera w sobie wiele mądrości oraz emocji. Jest coś na poprawę ducha i humoru, coś melancholijnego i smutnego, mamy tu wszystkiego po trochu. Ned Vizzini w autentyczny sposób przedstawił chorobę, jaką jest depresja. Ukazuje nam obraz powstający w głowie takiej osoby, pokazuje jej myśli i uczucia, a czy dzieje się to za sprawą jego własnego doświadczenia, to już nie powinno mieć większego znaczenia.

"Całkiem zabawna historia" to powieść w bardzo ironiczny sposób zabawna, ale poruszająca bardzo ważne, społeczne problemy. Mało tego - ukazuje współczesne relacje nastolatków z rodzicami oraz ze znajomymi. Wszystko to składa się na przystępną opowieść o depresji, jej skutkach, ale i o odrzucaniu pozorów i powszechnych prawd, które okazują się kłamstwami. Ja wspominać tę książkę będę dobrze, ale mimo wszystko chciałam otrzymać jeszcze więcej.

"Całkiem zabawna historia" to mądra i dobrze napisana powieść dla młodzieży traktująca temat załamania psychicznego i wielu jego odcieni. Gdybym przeczytała ją bez świadomości biografii autora - prawdopodobnie (tak jak wiele osób narzekających na wyidealizowanie psychiatryka) dostrzegłabym tylko słodko-gorzki, chwilami naiwny i przerysowany wydźwięk całej treści. (...) Biorąc jednak pod uwagę tragiczną historię autora - książka ma dla mnie gorzki smak, pełen ciężkiej i przygnębiającej atmosfery unoszącej się nad całą fabułą. Jeżeli lubicie takie psychodeliczne książki - polecam.

"Całkiem zabawna historia" to dobrze napisana powieść. Gdyby przeczytała ją przed 2013 rokiem, zapewne dostrzegłabym słodko-gorzki klimat. Biorąc jednak pod uwagę historię autora (a nie mogę o niej zapomnieć), książka ma dla mnie jedynie gorzki smak.  Podsumowując - to nie jest zła książka, wręcz przeciwnie, jest znakomita. Nie mogę jednak polecić jej wszystkim... Jeżeli naprawdę przygnębiająca atmosfera Wam nie straszna, albo po prostu jesteście takimi samymi masochistami jak ja - czytajcie. Na pewno długo jej nie zapomnicie.

"Całkiem zabawna historia" jest powieścią skierowaną głównie do nastolatków. Podejmuje trudną tematykę, ale jakże często obecną w naszym otoczeniu - depresja, samobójstwo, załamanie psychiczne. Pomimo ciężaru, jaki niesie za sobą taka tematyka książka jest lekka, czyta się ją w zaskakująco szybkim tempie. Nie nudzi, nie przytłacza, rozpala iskierkę nadziei. Bywa smutna, ale też zabawna, nie tylko bawi, ale też uczy, uwrażliwia na problemy nastolatków, z którymi borykają się na co dzień. Historia Craiga pokazuje, że czasem trzeba znaleźć się na dnie, by móc spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy, nauczyć się żyć od nowa, doceniać każdą chwile i cieszyć się z małych, błahych rzeczy. Książka może mnie nie zachwyciła, ale miło spędziłam z nią czas. Polecam wszystkim, którzy lubię lekkie historie z mądrym przesłaniem.

Poznawanie „Całkiem zabawnej historii” było bardzo przyjemnym procesem. Wiązało ze sobą humor i liczne wartości, których uświadomienie sobie często wydaje się oczywiste, a nie jest łatwe. Poza tym, jak już napisałam, czytanie jej na różnych etapach życia da nam odmienny odbiór tego, co spotkało Craiga. I mimo iż książka nie wygląda spektakularnie, to z pewnością was zaskoczy.

"Całkiem zabawna historia" to powieść napisana, pomimo niełatwej tematyki, przystępnym i lekkim językiem. Nie jest ciężka w odbiorze, a jej lektura sprawia przyjemność. To jedna z tych wartościowych książek, które zapadają w pamięć na dłużej. (...) "Całkiem zabawna historia" to pozycja warta uwagi i czas z nią spędzony na pewno nie będzie stracony.

Powieść Neda Vizzini jest o tym, że każdy od czasu do czasu może się pogubić. Problemem staje się wtedy powrót do normalności. Czasem potrzebna jest ucieczka od wszystkiego co nas otacza. Trzeba dać sobie czas by móc się uwolnić od ciężaru, który nałożyliśmy sobie na barki. Nie żałuję, że sięgnęłam po tę pozycję. „Całkiem zabawna historia” to książka po którą jeszcze z chęcią sięgnę. Powieść opowiada o poważnych problemach na swój wspaniały, lekko humorystyczny sposób, zachowując się przy tym w pełni taktownie. Serdecznie polecam!

"Całkiem zabawna historia" to "całkiem" dobra, pouczająca książka. Uczy nas, że należy czerpać jak najwięcej radości z życia. Zostawić w tyle popełnione błędy, bo i tak czasu nie cofniemy, i iść na przód. Pamiętajcie, życie ma się tylko jedno i to od nas zależy czy należycie je wykorzystamy, czy zmarnujemy. A taka ciekawostka - w 2010 roku wyszła ekranizacja owej powieści i zaraz zabieram się za jej oglądanie

Nie bez powodu w rankingach goodreads.com „It’s kind of a funny story” utrzymuje się na zaszczytnym pierwszym miejscu, jeśli chodzi o powieści o depresji. I mimo, że klasyfikuje się ją jako młodzieżówkę, byłaby genialnie idealna dla każdego dorosłego. Dla dzieci? Niekoniecznie, aczkolwiek spróbować można. W tej książce możecie tak serio zobaczyć jak wygląda depresja od kuchni i z jakimi (fatalnymi bądź mniej) reakcjami trzeba się zetknąć przy takim zaburzeniu. A także co trzeba zrobić, kiedy nie wiesz co robić.

Po przeczytaniu całości, zdecydowanie muszę przyznań, że "Całkiem zabawna historia" Neda Vizziniego rzeczywiście jest całkiem zabawna i czyta się ją wyjątkowo przyjemnie. Typowo młodzieżowa i bardzo lekka książka. Dobra do poduszki, w szkolemiędzy lekcjami, w przerwie na kawę. Można ją czytać, by się zrelaksować - a satysfakcja gwarantowana! Chociaż książka ta nie tylko bawi, ale i uczy. Jako że, w tym co pisze autor, jest sporo prawdy, zdecydowanie polecam tę książkę osobom, które interesują się psychologią, problemami cywilizacyjnymi, a szczególnie depresją - w bardzo ciekawy sposób zaznajamia z problemem. Bardzo polubiłam głównego bohatera, dlatego teraz ciężko jest mi się pogodzić, z tym, że ta książka jest taka krótka - bardzo chętnie przeczytałabym jej kontynuację!

Książkę czyta się jednym tchem. Świetne dialogi i ciekawe kreacje bohaterów pozwalają wczuć się w klimat powieści. Craig, mimo poważnych zaburzeń psychicznych, ma dużo dystansu do siebie. Noelle jest zabawna i ironiczna, choć można odnieść wrażenie, że trochę jej za mało na kartach powieści - chętnie dowiedziałabym się co nieco o jej przeszłości (...) Na podstawie "Całkiem zabawnej historii" nakręcono parę lat temu film o tym samym tytule z Keirem Gilchristem i Emmą Roberts w rolach głównych. Kiedyś uznałam, że jest całkiem przyjemnym obrazem, choć brakuje mu "iskry".  W książce ta "iskra" jest zdecydowanie obecna, dlatego bardzo polecam - zwłaszcza młodym i zagubionym. 

"Całkiem zabawna historia" to książka przede wszystkim o dorastaniu i poszukiwaniu siebie. Ukazuje wszystkie te problemy, z jakimi musi zmierzyć się młody człowiek, wchodząc w dorosłość, wszystkie te oczekiwania, którym musi sprostać oraz zbyt dużą odpowiedzialność, jaką został obarczony. Jest tu także miejsce na obcowanie ze sztuką oraz na słodki, a zarazem skomplikowany wątek miłosny. Ned Vizzini uświadomił mi, że są na świecie rzeczy, którymi nie warto się przejmować, bo nie należą one do najważniejszych. Najlepsze oceny, wykształcenie, sukces, dobra posada, pieniądze - jeśli na tym teraz opiera się świat, to coś chyba poszło nie tak, bo to wszystko nie jest nikomu do niczego potrzebne. Chodzi przede wszystkim o to, aby być szczęśliwym i nie pozwolić aby nasze życie stało się częścią tego całego schematu kontrolowanego przez otoczenie. 

To jest historia o XXI wieku. To właśnie teraz co piąty nastolatek ma myśli samobójcze i bierze antydepresanty. Presja świata dopada każdego i to od nas zależy czy się poddamy, czy pójdziemy dalej. Ned Vizzini przedstawił całą gamę osób które mieszkają na takim oddziale. Doskonale poprowadził też wątek miłosny. Cała uczuciowa niezdarność piętnastolatka jest w tej książce. 
To przejmująca, prawdziwa, chwytająca za serce, ale koniec końców... całkiem zabawna historia.

"Całkiem zabawna" historia jest książką, z której można wynieść mnóstwo dobrych rzeczy. Autor ukazał w niej, że nie można nikogo z góry odrzucać, trzeba dawać ludziom szanse, że należy żyć pełnią życia i nie poddawać się, że nawet wśród szaleńców da się odnaleźć. Główny problem w niej ukazany jest powszechny dla XXI wieku - teraz co piąty nastolatek ma myśli samobójcze. Mamy młodzieńczą miłość i dziwny głos kapitana w głowie Craiga. To całkiem zabawna oraz całkiem dobra historia, także jeśli szukacie czegoś takiego, to jak najbardziej polecam.

Podsumowując całą tą recenzję, uważam, że książka ta jest godna polecenia. Myślę, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Mnie totalnie ta powieść urzekła od połowy. Po prostu nie dowierzałam, że bohater zachował się tak mądrze i od pewnego kluczowego momentu (nie będę go zdradzać, bo przecież nikt nie lubi spoilerów) chłonęłam tę książkę. Bardzo mi się podoba, i jestem pewna, że przeczytam ją jeszcze nie raz.

Jeśli myślicie, że po odłożeniu "Całkiem zabawnej historii" od razu o niej zapomnicie to jesteście w ogromnym błędzie.  Na moim przykładzie mogę Wam powiedzieć, że dzięki tej powieści inaczej spojrzałam na świat. Zauważyłam rzeczy, na które, na co dzień nie zwracałam uwagi. (...) ocena tej książki będzie jak najbardziej pozytywna. No cóż, nic nie poradzę na to, iż Ned Vizzini  oczarował mnie swoją powieścią. W tej chwili najchętniej pobiegłabym do księgarni, wykupiłabym wszystkie dostępne egzemplarze i rozdałabym innym czytelnikom, aby mogli ją  przeczytać i pokochać. Tak jak bohaterowie książki stracili zmysły, tak ja totalnie oszalałam na jej punkcie. Nawet nie chcę myśleć co by było gdybym po nią nie sięgnęła.

Wspaniale było czytać o tym, jak Craig odbiera świat i ludzi. Problemy, z jakimi zmagał się nastolatek, nie są jedynym tematem powieści. W międzyczasie poznajemy kilka innych ciekawych bohaterów, którzy umilą nam spędzanie czasu przy tej lekturze. Całość jest przyprawiona humorem – nieraz parsknęłam śmiechem czytając dialogi bohaterów. ;) Książka zdecydowanie godna polecenia, bez względu na to jaki macie nastrój – warto po nią sięgnąć.

Przeczytanie tej książki było dla mnie dość osobistym celem. To jakie emocje we mnie wzbudziła było fascynujące. Choć naiwna w stosunku do życia i realiów to jednak cudowna do czytania i dająca nam powiew wiary i optymizmu do codziennych zmagań. Przeczytajcie i nie patrzcie, że to dla młodych!

(...) znakomicie się to czyta. Bez dłużyzn, bez wpadek. Z nadzieją za to i nieco naiwnym, acz jakże miłym optymizmem. Powieść zresztą spodobała się na tyle, że doczekała także filmowej adaptacji. A ja po jej lekturze mam wielką ochotę poznać ten film, co chyba stanowi dobra rekomendację. Dla formalności jednak dodam: polecam „Całkiem zabawną historię”, bo jest tego warta.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ