Dla młodzieży
Kołysanka
KUP TERAZ

Kołysanka

brak opinii
Liczba stron: 304
ISBN: 9788327617903
Premiera: 2016-01-13

Nic nie wychodzi Remy tak dobrze, jak zrywanie. Rzesza jej byłych chłopaków na pewno by się z tym zgodziła. Trudno ją za to winić, najwyraźniej odziedziczyła tę skłonność w genach. Jej matka, pisarka, właśnie wychodzi za mąż po raz piąty. A ojciec, muzyk, zniknął z jej życia, zanim się urodziła. Jedyną pamiątką po nim jest ckliwy hit Kołysanka, którą dla niej napisał.

Dexter, nowy chłopak Remy, jest jej kompletnym przeciwieństwem. Oderwany od ziemi, niezorganizowany, niepoprawny optymista. Zanim zacznie jej na nim zależeć, Remy musi zrobić to, co umie najlepiej – odejść.

Sarah Dessen

Sarah Dessen to jedna z najpopularniejszych pisarek powieści dla młodzieży. Jest bestsellerową autorką według listy New York Timesa, sprzedała ponad milion egzemplarzy swoich książek. W Polsce znana jest z tytułów „Bezsenność we dwoje”, „Zamek i klucz”, „Kołysanka” czy „Teraz albo nigdy”.

Piosenka nosi tytuł Kołysanka. Słyszałam ją z milion razy.

            Przez całe życie opowiadano mi, że ojciec napisał ją w dniu moich narodzin. Jechał wtedy jakąś teksańską drogą, już po rozstaniu z moją matką. Podobno usłyszał, że ma córkę, usiadł z gitarą i od razu wymyślił piosenkę w pokoju w Motelu 6. Poświęcił temu sześćdziesiąt minut. Ułożył kilka akordów, dwie zwrotki i refren. Pisał muzykę przez całe życie, ale koniec końców zasłynął tą jedną piosenką. Okazał się autorem jednego hitu – ewentualnie dwóch, jeśli liczyć mnie.

            Piosenka dobiegała z głośników, kiedy w pierwszym tygodniu czerwca siedziałam na plastikowym krześle w salonie samochodowym. Zrobiło się ciepło, wszystko kwitło, lato zbliżało się wielkimi krokami, co naturalnie znaczyło, że matka znowu wyjdzie za mąż.

            To był jej czwarty raz – piąty, jeśli liczyć ojca. Ja go nie liczyłam, ale jej zdaniem byli małżeństwem, o ile można nazwać ślubem ceremonię poprowadzoną na środku pustyni przez kogoś, kogo poznali zaledwie chwilę wcześniej, przy okazji postoju podczas podróży. Matka uważa, że ślub to ślub. Inna sprawa, że wychodzi za mąż z powodów, dla których inni zmieniają kolor włosów: z nudy, z apatii albo po prostu z przekonania, że następny facet naprawi wszystko raz na zawsze. Kiedy byłam młodsza i pytałam o tatę oraz o to, jak się poznali, bo wtedy jeszcze mnie to obchodziło, wzdychała tylko, machając ręką.

            – Remy – mówiła. – To były lata siedemdziesiąte. No wiesz.

            Matka uważa, że wiem wszystko, ale się myli. Znam lata siedemdziesiąte ze szkoły i z kanału History: Wietnam, prezydent Carter, disco. A o ojcu wiem tylko tyle, że napisał Kołysankę. Odkąd sięgam pamięcią, nieustannie słyszę ją w tle reklam i filmów, na ślubach i w radio, jako obowiązkowy evergreen. Mój ojciec odszedł, ale piosenka, ckliwa, głupia i nijaka, trwa w najlepsze. Przeżyje nawet mnie.

            W połowie drugiego refrenu Don Davis z Don Davis Motors wystawił głowę z biura.

            – Remy, skarbie, przepraszam, że musiałaś czekać – powiedział na mój widok. – Wchodź.

            Za osiem dni Don miał zostać moim ojczymem i tym samym wstąpić do niespecjalnie ekskluzywnego klubu. Spośród mężów matki był pierwszym sprzedawcą samochodów, drugim facetem spod znaku Bliźniąt i jak na razie  jedynym z własnymi pieniędzmi. Poznał moją matkę tu, w swoim salonie, kiedy przyszłyśmy kupić nową toyotę camry. Towarzyszyłam matce, bo dobrze ją znam. Od razu zapłaciłaby pełną kwotę, wychodząc z założenia, że cena jest ustalona, tak jak cena pomarańczy albo papieru toaletowego w sklepie. Naturalnie, w salonie wzięliby całą sumę, bo matka jest dość znana i uchodzi za bogaczkę.

            Pierwszy sprzedawca był młodziakiem, pewnie świeżo po studiach. Omal nie zemdlał, kiedy matka pomaszerowała prosto do wypasionego tegorocznego modelu i wetknęła głowę do środka, żeby odetchnąć zapachem wnętrza auta prosto z fabryki. Nabrała powietrza w płuca i uśmiechnęła się szeroko.

            – Biorę! – obwieściła z charakterystycznym dla siebie teatralnym gestem.

            – Mamo – mruknęłam, starając się nie zgrzytać zębami.

            Ona jednak wiedziała swoje. Przez całą drogę mówiłam jej, co dokładnie ma powiedzieć i jak się zachować, żebyśmy ubiły dobry interes. Powtarzała, że słucha, chociaż w tym samym czasie bawiła się kratkami nawiewu klimatyzacji i przyciskami do otwierania okien. Jak Boga kocham, właśnie przez to napaliła się na nowy samochód – skoro ja miałam auto, to ona też chciała.

            Kiedy zawaliła sprawę, przejęłam pałeczkę. Zasypałam sprzedawcę konkretnymi pytaniami, przez co się speszył i zaczął zerkać na matkę tak, jakbym była tresowanym psem obronnym, którego powinna usadzić. Przywykłam do tego. Kiedy jednak naprawdę zaczął się denerwować, przerwał nam Don Davis we własnej osobie. Szybko zaprowadził nas do gabinetu i w kwadrans zakochał się w mamie. Siedzieli tam i robili do siebie maślane oczy, a ja zdołałam zbić cenę auta o trzy tysiące i jeszcze skłoniłam Dona, żeby dorzucił gratis plan serwisowy, metaliczny lakier i zmieniarkę do płyt CD. Chyba ubiłam najlepszy interes w historii Toyoty, chociaż nikt tego nie docenił. Oczekuje się ode mnie, że ze wszystkim sobie poradzę, bo jestem menedżerką matki, jej terapeutką, złotą rączką, a teraz także organizatorką ślubu. Ale ze mnie szczęściara.

            – No więc, Remy… – Don rozwalił się na wielkim obrotowym fotelu za biurkiem.

Usiadłam na dość niewygodnym krześle, które miało skłaniać klientów do szybszego podejmowania decyzji. Wszystko w tym salonie pomagało w praniu mózgów klientów. Taki cel miały karteczki z informacjami dla handlowców, niby przypadkowo rozsiane tam, gdzie każdy mógł je przeczytać. Dlatego też odpowiednio rozplanowano gabinety, żeby łatwo było „podsłuchać”, jak sprzedawca, rzekomo w imieniu klienta, pertraktuje z menedżerem. Do tego dochodził jeszcze fakt, że okno, naprzeciwko którego siedziałam, wychodziło na tę część parkingu, gdzie ludzie odbierali nowiutkie samochody. Co kilka minut jeden z handlowców podchodził do kogoś za oknem, wręczał mu błyszczące kluczyki, a potem uśmiechał się przychylnie, gdy klient odjeżdżał w stronę  zachodu słońca, zupełnie jak w reklamach. Dno i wodorosty.

            Don usiadł wygodniej w fotelu i poprawił krawat. Był krępym facetem ze  sporym brzuchem i z widoczną łysinką na czubku głowy. Kojarzył się ze słowem „zakalcowaty”, ale uwielbiał mamę. Biedaczysko.

            – Czego sobie dzisiaj życzysz? – spytał.

            – Okej – zaczęłam, sięgając do kieszeni po listę. – Jeszcze raz skontaktowałam się z zakładem krawieckim, masz się zjawić w tym tygodniu na końcowe przymiarki. Na próbnej kolacji weselnej będzie siedemdziesiąt pięć osób, a firma obsługująca przyjęcie spodziewa się ostatniej raty do poniedziałku.

            – W porządku. – Otworzył szufladę i wyciągnął z niej skórzaną teczkę, w której trzymał książeczkę czekową, a następnie sięgnął do kieszeni marynarki po długopis. – Ile trzeba dla tej firmy?

            Popatrzyłam na kartkę i przełknęłam ślinę.

            – Pięć tysięcy – odparłam.

            Skinął głową i zabrał się do pisania. Pięć tysięcy było dla Dona jak kieszonkowe. Sam ślub miał go kosztować ponad dwadzieścia tysięcy, ale i to nie zrobiło na nim wrażenia. Jeśli dodać do tego remont w naszym domu, żebyśmy mogli żyć jak jedna szczęśliwa rodzina, dług, który Don darował mojemu bratu za pikapa, oraz koszty życia z moją matką, nie ulegało wątpliwości, że sporo inwestował. Z drugiej strony żenił się po raz pierwszy. Był nowicjuszem, a moja rodzina miała status profesjonalistów.

            Wyrwał czek i przesunął go po blacie.

            – Co jeszcze? – spytał mnie z uśmiechem.

            Ponownie spojrzałam na listę.

            – Chyba tylko zespół muzyczny – powiedziałam. – Ludzie od sali bankietowej pytali, czy…

            – Wszystko jest pod kontrolą – przerwał mi i pomachał ręką. – Będzie zespół. Powiedz mamie, żeby się nie przejmowała.

            Uśmiechnęłam się, bo tego ode mnie oczekiwał. Oboje jednak wiedzieliśmy, że matka wcale nie martwi się weselem. Wybrała suknię i kwiaty, a resztę obowiązków zrzuciła na mnie, twierdząc, że potrzebuje każdej sekundy do pracy nad nową książką. Tak naprawdę jednak nie znosiła szczegółów. Uwielbiała nowe projekty, zajmowała się nimi przez dziesięć minut, a potem traciła zainteresowanie. W całym domu piętrzyły się stosiki rzeczy, które kiedyś ją fascynowały: zestawy do aromaterapii, programy do tworzenia drzew genealogicznych, książki o kuchni japońskiej. Nie brakowało też akwarium o ścianach pokrytych glonami, z jednym ocalałym lokatorem, czyli grubą, białą rybką, która zeżarła wszystkie pozostałe.

            Większość ludzi kładła niekonsekwentne zachowanie matki na karb tego, że była pisarką, tak jakby to wszystko wyjaśniało. Moim zdaniem, to zwykła wymówka. Przecież neurochirurdzy też mogą zachowywać się jak wariaci, jednak nikt nie twierdzi, że to w porządku. Na szczęście dla matki nikt nie podziela mojej  opinii.

            – …już tak niedługo! – Don postukał palcem w kalendarz. – Możesz w to uwierzyć?

            – Nie – odparłam, zastanawiając się, jak brzmiała pierwsza część zdania. – To niesamowite – dodałam.

            Uśmiechnął się do mnie, a potem popatrzył na kalendarz. Dopiero teraz zauważyłam kilka kolorowych kółek na dacie ślubu, dziesiątego czerwca. Chyba nie było nic dziwnego w tym, że Don tak się entuzjazmował. Gdy poznał mamę, był w wieku, w którym większość jego przyjaciół pogodziła się z myślą, że zostanie kawalerem. Przez ostatnich piętnaście lat mieszkał sam w dużym mieszkaniu tuż przy autostradzie i niemal cały czas spędzał na sprzedawaniu większej liczby toyot niż ktokolwiek w naszym stanie. Teraz, już za osiem dni, nie tylko miał dostać Barbarę Starr, niezwykłą autorkę romansów, ale w komplecie jeszcze mojego brata Chrisa i mnie – i w dodatku się z tego cieszył. To rzeczywiście było niesamowite.

            Nagle interkom na jego biurku zabrzęczał donośnie i rozległ się kobiecy głos:

            – Don, Jason zgłasza osiem-pięć-siedem, potrzebuje twojego wsparcia. Mam ich wpuścić?

            Don popatrzył na mnie i wcisnął przycisk.

            – Jasne – powiedział. – Daj mi pięć sekund.

            – Osiem-pięć-siedem? – zapytałam.

            – To taki slang handlowy – wyjaśnił szybko i wstał.

            Przygładził włosy, zasłaniając łysy placek, widoczny tylko wtedy, kiedy siedział. Za oknem, za jego plecami, rumiany sprzedawca wręczał kobiecie z małym dzieckiem kluczyki do nowego auta. Przyjęła je, a dzieciak pociągnął za jej spódnicę, żeby zwrócić na siebie uwagę. Chyba nawet tego nie zarejestrowała.

            – Nie chcę cię poganiać, ale…

            – Już skończyłam. – Wsunęłam listę do kieszeni.

            – Naprawdę jestem ci wdzięczny za to, co dla nas robisz, Remy – oświadczył.

Okrążył biurko i ojcowskim gestem położył rękę na moim ramieniu. Starałam się nie myśleć o wszystkich ojczymach przed nim, którzy robili to samo, mówili to samo i mieli takie same intencje. Każdemu z nich wydawało się, że zostanie na zawsze.

            – Nie ma problemu – odparłam, a on zabrał rękę i otworzył przede mną drzwi.

            Na korytarzu czekał na nas sprzedawca w towarzystwie osoby, którą określono mianem osiem-pięć-siedem. Najwyraźniej ten kod oznaczał niezdecydowanego klienta. W tym wypadku była to niska kobieta ściskająca w dłoniach torebkę, ubrana w bluzę z aplikacją przedstawiającą kotka.

            – Don, to Ruth – powiedział sprzedawca. – Robimy, co się da, żeby załatwić jej nową corollę.

            Ruth popatrzyła nerwowo na Dona, na mnie, a potem znów na Dona.

            – Ja tylko… – zająknęła się.

            – Ruth, Ruth… – przerwał jej Don kojącym tonem. – Usiądźmy na chwileczkę i pogadajmy o tym, co mógłbym dla ciebie zrobić, dobrze?

            – Tak jest – przytaknął sprzedawca, lekko popychając kobietę. – Pogadajmy.

            – No dobrze – odparła Ruth nieco niepewnie i ruszyła do biura Dona.

            Po drodze zerknęła na mnie, jakbym brała w tym udział, a ja ugryzłam się w język, bo miałam ochotę poradzić jej, żeby stąd uciekała, nie oglądając się za siebie.

            – Remy – odezwał się Don cicho, jakby to zauważył. – Zobaczymy się później, okej?

            – Okej – odparłam i powiodłam wzrokiem za Ruth, kiedy wchodziła do gabinetu.

            Sprzedawca pokierował ją do niewygodnego krzesła naprzeciwko okna. Właśnie w tej chwili para Azjatów wsiadała do nowego pikapa. Oboje z uśmiechem poprawiali fotele i podziwiali wnętrze. Kobieta opuściła osłonę przeciwsłoneczną i przejrzała się w lusterku. Odetchnęli głęboko, napawając się zapachem świeżo wyprodukowanego auta, a potem mąż wsunął kluczyki do stacyjki. Odjeżdżając, pomachali obsługującemu ich sprzedawcy. Następne ujęcie: zachód słońca.

            – No dobrze, Ruth. – Don usiadł w fotelu. Drzwi się zamykały, więc ledwie widziałam jego twarz. – Jak mogę cię uszczęśliwić?

 

            Byłam już w połowie drogi do salonu sprzedaży, kiedy nagle uświadomiłam sobie, o co prosiła mnie matka. Miałam koniecznie, ale to koniecznie przypomnieć Donowi o wieczornym koktajlu. Jej nowa wydawczyni wpadała dziś do miasta, rzekomo w drodze powrotnej z Atlanty. Tak naprawdę matka spóźniała się z powieścią i wszyscy zaczynali się lekko niecierpliwić.

            Wróciłam korytarzem do gabinetu Dona. Drzwi nadal były zamknięte, ale słyszałam za nimi głosy, więc usiadłam na krześle, żeby poczekać. 

            Zegar na sąsiedniej ścianie był taki sam jak w szkołach: z dużymi, czarnymi cyframi i chwiejącą się wskazówką sekundową. Minęło już piętnaście po pierwszej, a ja, dzień po ukończeniu szkoły średniej, nie szłam na plażę ani nie odsypiałam kaca, jak reszta. Załatwiałam sprawy związane ze ślubem, jak płatny pracownik, podczas gdy matka leżała w swoim łożu królewskich rozmiarów, za opuszczonymi roletami. Jak twierdziła, sen był konieczny dla jej twórczej sprawności intelektualnej. Tyle wystarczyło, żebym znów poczuła nieprzyjemne pieczenie w brzuchu, jak zawsze, kiedy docierało do mnie, jak bardzo idę matce na rękę. Była to manifestacja niechęci albo niezaleczonej choroby wrzodowej, ewentualnie jednego i drugiego.

Muzyka sącząca się przez głośniki w budynku dudniła coraz głośniej, jakby ktoś bawił się pokrętłem natężenia dźwięku. Nagle zaatakowała mnie nowa wersja starej piosenki Barbry Streisand, więc założyłam nogę na nogę i zamknęłam oczy, zaciskając palce na poręczach krzesła. Powtarzałam sobie, że jeszcze tylko kilka tygodni i znikam.

            Nagle ktoś opadł ciężko na krzesło po lewej stronie i przy okazji pchnął mnie na ścianę. Rąbnęłam łokciem o listwę profilową i poczułam elektryzujący ból, który przeszył mi całą rękę, docierając aż do palców. Momentalnie się wkurzyłam, i to na serio. Zdumiewające: wystarczy jedno popchnięcie, żeby człowiek dostał szału.

            – Co jest, cholera?

            Odepchnęłam się od ściany, gotowa urwać łeb głupiemu sprzedawcy, który najwyraźniej postanowił się ze mną zaprzyjaźnić. Nadal rwał mnie łokieć i czułam, że po mojej szyi pełznie gorący rumieniec. To były niepokojące objawy – wiedziałam, do czego jestem zdolna.

            Odwróciwszy się, zobaczyłam, że to wcale nie sprzedawca, tylko chłopak mniej więcej w moim wieku, z czarnymi kędzierzawymi włosami i w pomarańczowej koszulce. Uśmiechał się, nie wiedzieć czemu.

            – Cześć – powiedział radośnie. – Jak leci?

            – Masz jakiś problem? – warknęłam, rozcierając łokieć.

            – Problem? – powtórzył.

            – Pchnąłeś mnie na ścianę, zasrańcu.

            Chłopak zamrugał.

            – Mój Boże, co za język – powiedział w końcu.

            Popatrzyłam na niego i przyszło mi do głowy, że ma pecha. Trafił na mnie w bardzo kiepskim momencie.

            – Wiesz, w czym rzecz? – ciągnął, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie albo o polityce. – Chodzi o to, że widziałem cię w salonie. Byłem przy stoisku z oponami.

            Piorunowałam go wzrokiem, on jednak nie przestawał gadać:

            – I nagle pomyślałem sobie, że coś nas łączy, jakaś naturalna chemia. Chyba można tak to nazwać. Czułem, że coś wielkiego przydarzy się nam obojgu, bo jesteśmy sobie pisani.

            – Tak cię olśniło przy stoisku z oponami? – upewniłam się.

            – A ty nic wtedy nie poczułaś?

            – Wtedy nie. Ale poczułam coś przed chwilą, jak rąbnąłeś mną o ścianę – odparłam bez zająknienia.

            – Zrobiłem to niechcący – wyjaśnił cicho i pochylił się ku mnie. – Doszło do przykrego wypadku. To był niefortunny skutek uboczny entuzjazmu, który ogarnął mnie na myśl, że z tobą porozmawiam.

            Patrzyłam na niego. Wokoło rozbrzmiewało radosne brzdąkanie i pitolenie, czyli muzyczka reklamowa Don Davis Motors.

            – Kiedy sobie pójdziesz? – zapytałam.

            Znowu się uśmiechnął i przeczesał palcami włosy. Muzyczka była coraz donośniejsza. Głośnik nagle zatrzeszczał, jakby miał zaraz spowodować krótkie spięcie. Oboje podnieśliśmy wzrok, a potem popatrzyliśmy po sobie.

            – Wiesz co? – powiedział chłopak, wskazując głośnik, który znowu zatrzeszczał, a potem zasyczał i ryknął na pełny regulator. – Od teraz, po wsze czasy… – wycelował palec w urządzenie – …to będzie nasza piosenka.

            – Łojezu – jęknęłam.

            W tym samym momencie drzwi biura Dona się otworzyły i ze środka wyłoniła się Ruth w towarzystwie handlowca. W rękach trzymała plik dokumentów, a na jej zmęczonej twarzy malowało się oszołomienie typowe dla kogoś, kto właśnie rozstał się z grubymi tysiącami. Dostała za to darmowy breloczek z tombaku.

            Wstałam, a chłopak obok również zerwał się z krzesła.

            – Czekaj, chcę tylko…

            – Don?! – krzyknęłam, ignorując go.

            – Masz tutaj.

            Chwycił mnie za dłoń i odwrócił ją spodem do góry. Zanim zdążyłam zareagować, wyciągnął z kieszeni spodni długopis i – naprawdę nie żartuję – napisał swoje imię i numer telefonu między moim kciukiem a palcem wskazującym.

            – Jesteś nienormalny – powiedziałam, wyrywając rękę z jego uścisku.

            Ostatnie cyfry się rozmazały, a długopis spadł na podłogę i wtoczył się pod automat z gumami do żucia.

            – Ej, Romeo! – wrzasnął ktoś z salonu, po czym rozległ się wybuch śmiechu. – No chodź, stary, idziemy!

            Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Gość grubo przesadził. W klubach zdarzało mi się wylewać drinki na facetów tylko za to, że mnie musnęli, a ten miał czelność chwycić mnie za rękę i coś na niej nabazgrać.

            Chłopak obejrzał się za siebie, po czym spojrzał na mnie.

            – Do zobaczenia wkrótce – powiedział i uśmiechnął się szeroko.

            – Żebyś się nie zdziwił – burknęłam, ale on już odchodził.

            Minął pikapa oraz minivana w salonie i wyszedł przez szklane drzwi na zewnątrz, gdzie przy krawężniku czekała poobijana biała furgonetka z silnikiem na wolnych obrotach. Chłopak otworzył tylne drzwi samochodu i już miał wsiąść, kiedy auto gwałtownie ruszyło. Zachwiał się i niemal przewrócił, a wtedy samochód się zatrzymał. Chłopak westchnął, oparł dłonie na biodrach i wzniósł oczy ku niebu, po czym ponownie chwycił klamkę. Usiłował wskoczyć do samochodu, kiedy ten znowu ruszył, tym razem przy akompaniamencie klaksonu. Powtarzało się to przez całą długość parkingu, sprzedawcy chichotali, aż w końcu ktoś wyciągnął rękę zza tylnych drzwi samochodu, którą chłopak zignorował. Palce dłoni się poruszyły, najpierw lekko, potem gwałtownie, aż w końcu chłopak chwycił za nią i wskoczył do środka. Drzwi się zatrzasnęły, klakson znowu zatrąbił i furgonetka opuściła parking, przy okazji waląc tłumikiem o nawierzchnię.

            Popatrzyłam na swoją dłoń, na której czarnym tuszem wypisane były cyfry 933-54-cośtam-cośtam oraz jedno słowo pod spodem, zanotowane naprawdę okropnym charakterem pisma. Duże D, rozmazana ostatnia litera. Dexter. Jakie głupie imię.

 

            Po powrocie do domu usłyszałam muzykę klasyczną, która wypełniała dom zawodzącym brzmieniem obojów i jękliwym dźwiękiem skrzypiec. Poczułam waniliowy zapach świec, na tyle drażniący i słodki, że się skrzywiłam. Na koniec dostrzegłam coś, co wszystko wyjaśniało: szlak wyznaczony zmiętymi kartkami, które jak okruchy chleba prowadziły z holu przez kuchnię na werandę.

            Bogu dzięki, pomyślałam. Znowu pisała.

            Rzuciłam kluczyki na stolik przy drzwiach i pochyliłam się, żeby podnieść papierową kulkę u moich stóp. Rozprostowałam ją w drodze do kuchni. Matka była bardzo przesądna w kwestiach związanych z pracą i pisała tylko na starej, zniszczonej maszynie, którą dawniej woziła po całym kraju, kiedy jeszcze jako wolny strzelec dostarczała artykuły o muzyce dla jednej z gazet w San Francisco. Hałaśliwe urządzenie było wyposażone w dzwoneczek, którego dźwięk rozbrzmiewał za każdym razem, gdy matka dotarła do końca wiersza, i wyglądało jak pozostałość po czasach poczty z Dzikiego Zachodu. Nowiutki drogi komputer przydawał się matce jedynie do stawiania pasjansa.

            Kartka w mojej dłoni, oznaczona jedynką w prawym górnym rogu, zaczynała się w typowym dla matki stylu.

 

            Melanie lubiła wyzwania. Dotyczyło to i pracy, i miłości: zawsze stawiała czoło przeciwnościom, gdyż dzięki temu zwycięstwo przynosiło jej większą satysfakcję.

            Tego chłodnego listopadowego dnia weszła do hotelu Plaza, po czym ściągnęła chustkę z głowy. Wcześniej nie miała w planach spotkania z Brockiem Dobbinem. Nie widziała go od pobytu w Pradze, kiedy rozstali się w równie nieprzyjemnych okolicznościach jak te, w których się poznali. Teraz jednak, rok później, tuż przed ślubem Melanie, Brock znów zjawił się w mieście, a ona przyszła tu, żeby się z nim spotkać. Tym razem zamierzała wygrać. Była

 

            Była… co? Za ostatnim słowem widniała tylko smuga tuszu, która ciągnęła się aż do dołu wyszarpniętej z maszyny kartki.

            Zbierałam porozrzucane papiery, przy okazji czytając to, co matka  napisała. W jednej wersji akcja toczyła się w Los Angeles, nie w Nowym Jorku, a w innej Brock Dobbin stał się Dockiem Brobbinem tylko po to, by na następnej kartce wrócić do poprzedniego nazwiska. To były drobiazgi, jednak zawsze trochę trwało, nim matka wpadła w odpowiedni rytm. Potem pracowała niezmordowanie – ostatnią książkę, tak grubą, że mogłaby pełnić funkcję odboju do drzwi, napisała w trzy i pół tygodnia.

            Muzyka i stukanie maszyny stały się głośniejsze, kiedy weszłam do kuchni, gdzie mój brat Chris prasował koszulę na kuchennym stole. Solniczkę, pieprzniczkę i serwetnik odsunął na bok.

            – Hej. – Odgarnął włosy z twarzy.

            Żelazko syknęło, gdy je podniósł, żeby przejechać nim po kołnierzyku, dociskając z całej siły.

            – Długo pisze? – zapytałam.

            Wyciągnęłam spod zlewu kosz i wyrzuciłam do niego pomięte kartki. Chris wzruszył ramionami, upuścił trochę pary z żelazka i rozprostował palce.

            – Chyba ze dwie godziny – odparł.

            Zerknęłam za niego, na znajdującą się za jadalnią werandę, gdzie przy świecy zgarbiona nad maszyną matka tłukła w klawisze. Zawsze dziwnie się czułam, gdy ją obserwowałam. Naprawdę mocno waliła w klawiaturę, angażując się całym ciałem, jakby nie nadążała z wyrzucaniem z siebie słów. Potrafiła siedzieć tak przez kilka godzin, by w końcu wyłonić się z werandy z przykurczem palców, obolałym kręgosłupem i co najmniej pięćdziesięcioma stronami gotowego tekstu. Taka objętość powinna chwilowo zadowolić nowojorską wydawczynię.

            Usiadłam przy stole i przejrzałam pocztę obok miski z owocami, a Chris odwrócił koszulę i wyprasował jeden mankiet. Robił to naprawdę powoli, do tego stopnia, że zdarzało mi się już wyrywać mu żelazko z rąk. Nie mogłam znieść tego, jak długo prasował kołnierzyk. Powolność to jedyne, czego nie cierpię bardziej od niechlujstwa.

            – Ważny wieczór? – zapytałam go.

            Pochylał się teraz nad koszulą, całkowicie skupiony na kieszeni.

            – Jennifer Anne organizuje przyjęcie – odparł. – Obowiązuje elegancki luz.

            – Elegancki luz?

            – To znaczy nie dżinsy, ale i nie marynarka – odparł powoli, nadal się koncentrując. – Krawat opcjonalnie. Rozumiesz.

            Przewróciłam oczami. Pół roku temu mój brat nawet nie wiedział, co to jest elegancja, już nie mówiąc o eleganckim luzie. Dziesięć miesięcy temu, w dniu swoich dwudziestych pierwszych urodzin, został przyłapany na sprzedaży marihuany. To nie był jego pierwszy zatarg z prawem. Już w liceum odpowiadał sądownie za kilka włamań (ugoda), jedną jazdę pod wpływem (powództwo oddalone) i jedno posiadanie nielegalnych substancji (prace społeczne i wysoka grzywna, mało brakowało, a byłoby gorzej). Ostatnie wykroczenie go jednak załatwiło i trafił do więzienia. Dostał tylko trzy miesiące, ale kara tak go przeraziła, że się pozbierał i znalazł sobie pracę w miejscowym warsztacie samochodowym, gdzie poznał Jennifer Anne, która przyjechała saturnem na przegląd po pięćdziesięciu tysiącach kilometrów.

            Jennifer Anne należała do dziewczyn określanych przez matkę mianem „twardych sztuk”, co oznaczało, że nie bała się żadnej z nas i miała w nosie, że o tym wiemy. Była drobną blondynką, bardzo bystrą, co przyznawałyśmy z niechęcią, i w pół roku zrobiła dla mojego brata więcej, niż nam się udało przez dwadzieścia jeden lat. Zmusiła go, żeby się lepiej ubierał, ciężej pracował i prawidłowo wysławiał, a do tego używał nowych słów, takich jak „kontaktowość”, „wielozadaniowy” czy „elegancki luz”. Była recepcjonistką w klinice, jednak przedstawiała się jako „specjalistka biurowa”. W ustach Jennifer Anne wszystko brzmiało lepiej niż w rzeczywistości. Ostatnio usłyszałam, jak mówi o Chrisie „wysokiej klasy specjalista w dziedzinie smarów do urządzeń mechanicznych”, zupełnie jakby robota w warsztacie samochodowym niespecjalnie różniła się od pracy w NASA.

            Chris podniósł koszulę z blatu i strzepnął ją ostrożnie przy akompaniamencie dzwonka maszyny matki.

            – I co ty na to? – zapytał.

            – Wygląda nieźle – przyznałam. – Ale przegapiłeś spore zagniecenie na prawym rękawie.

            Spojrzał na fałdkę.

            – To cholernie trudne – westchnął i ponownie położył koszulę na stole. – Nie wiem, po co ludzie tak się starają.

            – A ja nie wiem, po co ty się tak starasz. Odkąd to musisz nosić  wyprasowane rzeczy? Kiedyś wkładałeś spodnie i to był dla ciebie szczyt elegancji.

            – Bardzo śmieszne. – Skrzywił się. – I tak byś nie zrozumiała.

            – Tak, jasne. Wybacz, panie Mądraliński, zapomniałam, że pozjadałeś wszystkie rozumy.

            Wyprostował koszulę, nie patrząc na mnie.

            – Chodzi mi o to, że musiałabyś wiedzieć, jak to jest, kiedy chce się zrobić dla kogoś coś miłego – powiedział powoli. – Przez wzgląd na czyjeś uczucia. Z miłości.

            – Jezu – jęknęłam.

            – No właśnie. – Ponownie podniósł koszulę. Zagniecenie nie znikło, ale nie zamierzałam o tym wspominać. – O tym mówię. Zrozumienie. Związki. To dwie rzeczy, o których, niestety, nie masz pojęcia.

            – Jestem królową związków – oznajmiłam z oburzeniem. – A poza tym spędziłam cały ranek na planowaniu wesela mamy. Co to jest, jeśli nie cholerne zrozumienie?

            – A jednak… – zaczął, przewieszając koszulę przez ramię, jak kelner ściereczkę – …jeszcze nigdy się poważnie nie zaangażowałaś.

            – Co?

            – A do tego tak narzekasz i stękasz w kwestii wesela, że trudno tu mówić o zrozumieniu.

            Stałam i patrzyłam na niego. Ostatnio nie można było się z nim dogadać, całkiem jakby jakaś sekta wyprała mu mózg.

            – Kim ty jesteś? – zapytałam.

            – Mówię tylko, że jestem szczęśliwy – odparł cicho. – Chciałbym, żebyś i ty była szczęśliwa.

            – Jestem szczęśliwa – warknęłam. Mówiłam szczerze, chociaż zabrzmiało to dość gorzko, bo byłam wkurzona. – Naprawdę.

            Poklepał mnie po ramieniu, jakby wiedział lepiej.

            – Do zobaczenia – powiedział.

Odwrócił się i ruszył do swojego pokoju.

            Patrzyłam za nim, jak niósł nadal pogniecioną koszulę, i dotarło do mnie, że zaciskam zęby, co ostatnio zdarzało mi się zbyt często.

            Dzyń!, rozległ się dzwonek maszyny i matka rozpoczęła następny wiersz. Można się było domyślić, że Melanie i Brock Dobbin zapewne zbliżają się do łzawego rozstania. Powieści matki należały do gatunku zapierających dech w piersiach romansów, z akcją w kilku egzotycznych miejscach, z postaciami, które niby miały wszystko, a tak naprawdę nic. Bohaterowie tych książek byli bogaczami o ubogich sercach, i tak dalej.

            Stanęłam przy drzwiach na przeszkloną werandę i popatrzyłam na matkę. Podczas pisania znajdowała się w innym świecie. Nawet gdy w dzieciństwie wrzeszczeliśmy i jęczeliśmy, podnosiła tylko rękę i nie odrywając się od pracy,  mówiła: „Ciiiiicho”, tak jakby to mogło wystarczyć. Jakbyśmy dzięki temu zdołali zajrzeć do świata, w którym aktualnie przebywała: do hotelu Plaza lub na plażę na Capri, gdzie jakaś elegancka kobieta tęskniła za mężczyzną, którego, jak jej się wydawało, utraciła na zawsze.

            Kiedy chodziliśmy do podstawówki, matka w zasadzie była całkiem spłukana. Publikowała tylko artykuły do gazet i nawet to się skończyło, gdy kapele, o których pisała – jak zespół taty, wszystko z lat siedemdziesiątych, czyli to, co nazywa się teraz klasycznym rockiem – przestały grać albo zniknęły z radia. Dostała pracę w lokalnej szkole pomaturalnej, gdzie za marne grosze uczyła pisania. W tamtym czasie gnieździliśmy się w różnych paskudnych osiedlach o nazwach typu Sosnowe Wzgórza albo Leśne Jezioro, choć w okolicy na próżno by szukać jezior, sosen czy lasów. Matka pisała przy kuchennym stole, zwykle wieczorami albo późno w nocy, czasem po południu, i już wtedy jej opowieści były egzotyczne. Zbierała darmowe katalogi z miejscowego biura podróży i wyławiała magazyn „Gourmet” ze stosów w składzie surowców wtórnych, żeby szukać materiałów do pracy. Mój brat dostał imię po jej ulubionym świętym, a moje zainspirował wykwintny koniak reklamowany w „Harper’s Bazaar”. Nieważne, że jadaliśmy makaron z serem Kraft – bohaterowie matki żywili się kawiorem, popijanym szampanem Cristal, odpoczywając w strojach od Diora, podczas gdy nasze ubrania pochodziły z lumpeksu. Matka uwielbiała przepych, choć nigdy nie widziała go na własne oczy.

            Gdy pracowała, Chris i ja nieustannie jej przeszkadzaliśmy, doprowadzając ją do szału. W końcu znalazła na pchlim targu zasłonkę z paciorków, którą przymocowała w wejściu do kuchni. Zasłonka stała się dla nas sygnałem rozpoznawczym: jeśli była odsunięta, mogliśmy wchodzić do kuchni. Jeśli jednak koraliki zwisały, matka pracowała i musieliśmy sobie szukać przysmaków i rozrywki gdzie indziej.

Miałam wtedy jakieś sześć lat, bardzo lubiłam muskać palcami paciorki i patrzeć, jak się kołyszą. Wydawały cichutki dźwięk, niczym dzwoneczki. Za nimi nadal widziałam matkę, ale dzięki zasłonce wydawała się wręcz egzotyczna, jak jasnowidzka albo wróżka. Tak zresztą było, ale wtedy jeszcze to do mnie nie docierało.

Większość pozostałości po latach spędzonych w tamtych mieszkaniach już dawno temu przepadła lub trafiła do innych ludzi, jednak paciorkowa zasłonka znalazła się w wielkim nowym domu, jak go nazwaliśmy po przeprowadzce. Matka zawiesiła ją jako pierwszą, jeszcze przed naszymi szkolnymi zdjęciami i reprodukcją ulubionego obrazu Picassa. Zasłonkę można było zahaczyć o gwóźdź, lecz teraz zwisała. Trochę się zniszczyła, ale nadal spełniała swoje zadanie.

Pochyliłam się i zerknęłam na matkę. Ciężko pracowała, jej palce wręcz fruwały, a ja zamknęłam oczy i nasłuchiwałam. Te dźwięki były jak muzyka, którą słyszałam przez całe życie, nawet bardziej niż Kołysanka. Wszystkie te uderzenia w klawisze, wszystkie litery i słowa… Znów musnęłam palcami paciorki i zobaczyłam, że obraz matki zafalował jak na wodzie, lekko się pofałdował i zalśnił, a potem znowu stworzył spójną całość.

(...) książka jest cudowna, ciepła, bajecznie lekka i to wielki must have dla każdego miłośnika twórczości Dessen.

Książka jest ciekawa i bardzo przyjemnie się ją czyta. Mimo braku emocji mam w planach wrócić do tej książki. Autorka ma bardzo specyficzny sposób pisania, mimo tych wszystkich minusów, ta książka zasługuje na trochę uwagi ze strony czytelników. Polecam serdecznie!

"Kołysanka" to powieść dla każdego czytelnika - bez względu na wiek. Można się przy niej dobrze zrelaksować, ale także doświadczyć porządnej lekcji życia. Jeśli miałabym polecić komukolwiek tę historię - nie wahałabym się ani minuty. Sama z przyjemnością za jakiś czas powrócę do tej lektury, która raczej na długo pozostanie w mojej pamięci. Mam nadzieję, że moja recenzja zachęciła Was do sięgnięcia po twórczość Sarah Dessen.

To lekko napisana powieść, którą szybko się czyta. To powieść, która optymistycznie nastawia nas do życia, motywuje do działania, pokazuje jak wiele mamy w życiu, tylko trzeba to docenić.

Książka jest porządną pozycją swojego gatunku, wzruszająca, pełna wartkiej akcji przyciąga uwagę czytelnika. Zaskakujące zwroty fabularne sprawiają, że książka ani przez moment nie nudzi. Prawdziwy świat okraszony został, ciekawymi bohaterami i burzliwymi perypetiami młodych ludzi. Potrafiąc nie raz rozśmieszyć czytelnika niemal do łez. Postać Remy zaskarbiła sobie moją sympatię. Gorąco polecam.

To mile spędzony czas na czymś niezobowiązującym, a zarazem dającym trochę do myślenia. 

Koniec końców, ta z pozoru banalna powieść młodzieżowa okazała się świetną historią o młodzieńczej miłości i tym, jak doświadczenia naszej rodziny mogą na nas wpłynąć. Pokazuje też, że nawet młoda osoba może przekazać nam wiele życiowej mądrości, chociażby w swoich czynach i zachowaniu. To nie muszą być słowa. Jeżeli macie chwilę czasu - sięgnijcie po Kołysankę. Bardzo przyjemna lektura, napisana w świetny sposób.
Styl autorki jest poprawny i raczej nieskomplikowany. Pozwala skupić się na przyjemności płynącej z lektury, jak również przesłaniu wskazującym na to, że miłość istnieje i czasami warto dać jej szansę. To kolejna zaleta, dzięki której nie zwracałam aż takiej uwagi na przewidywalność fabuły. Jeśli i Wam to nie przeszkadza, Kołysanka na pewno Wam się spodoba. Ja zaś z czystym sercem mogę ją Wam polecić!

"Kołysanka" to dość dobra książka, która spełniła moje oczekiwania. Nie jest to lektura wysokich lotów, ani historia do której będę wracać jednak spełnia swoje zadanie, jako przyjemna książka na wolne popołudnie.

Kołysanka to powieść o muzyce i miłości, która przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie. To książka o odnajdywaniu samego siebie i zmierzeniu się z rzeczywistością. Niby zwykła historia miłosna, ale ma w sobie coś głębszego. Bardzo mi się spodobała i szczerze powiedziawszy, to nawet nie oczekiwałam, że będzie taka dobra. Polecam fanom lekkich historii miłosnych z muzyką w tle.

"Kołysanka" to świetna powieść na długie, samotne wieczory. Jest to historia o sile marzeń, niespodziankach od losu, życiowych wyborach oraz skomplikowanej przeszłości rzutującej na teraźniejszość. Polecam serdecznie!

Podsumowując - polecam Wam sięgnięcie po "Kołysankę". Nawet jeśli uznacie, że nie jest to arcydzieło, to gwarantuję Wam, że przy tej książce na pewno się zrelaksujecie, a na Waszych twarzach mimowolnie pojawi się uśmiech.

Powieść Sarah Dessen jest książką przyjemną w odbiorze, nieskomplikowaną pod względem warsztatowym, jednak zapewniającą czytelnikowi uczciwą rozrywkę. Poleciłabym ją przede wszystkim wielbicielom romansów i historii obyczajowych. Z pewnością nie będą zawiedzeni.

Powieść Sarah Dessen to przyjemna historia, która zarówno wzrusza, jak i bawi. Nigdy nie domyśliłabym się, że autorka napisała tę powieść... 14 lat temu! Jak widać, niektóre tematy są ponadczasowe...

Powieść Sarah Dessen spodoba się wszystkim miłośnikom literatury obyczajowej, którzy nie chcą być zmuszani do skupienia się i dokładnej analizy treści, ale lubią przeczytać coś wartościowego, co pozostawi w ich głowach jakieś pytania i refleksje. Polecam. 

Zwykle zbyt wiele wymagam od książek a potem sromotnie się zawodzę. Tym razem chciałam tylko przeczytać fajną książkę. Tymczasem dostałam powieść więcej niż fajną i ciekawą. Jak już wcześniej wspomniałam mnie Kołysanka zachwyciła i nie pozwoliła się od siebie oderwać nie tylko w ciągu dnia, ale i przez jakiś czas w nocy. Na początku czegoś mi w książce Dessen brakowało, chciałam więcej i bardziej. Szybko jednak o tym zapomniałam, bo zaczęłam otrzymywać dokładnie to, czego potrzebowałam. Świetny pakiet emocji, prawdy o ludziach, zabawnych sytuacji i trudnych wyborów, z którymi boryka się każdy z nas. Mnie Kołysanka zachwyciła, zachęcam więc z całego serca, byście i wy pozwolili się w niej zasłuchać. Może i was oczaruje.

Młodzieżowa książka pani Dessen ma w sobie 'to coś' dzięki czemu spodobała mi się i cieszę się, że miałam okazję zapoznać się tak szybko z tą pozycją. Jest w niej poruszony problem nie tylko przywiązania do drugiej osoby, ale także motyw rodziny. To sprawiło, że całokształt nabrał logicznego sensu, a cała historia bardzo przypadła mi do gustu. Bohaterowie zostali bardzo dobrze przedstawieni. Mogliśmy się do nich solidnie przywiązać. Powieść według mnie zasługuje na to, aby znaleźć się w waszej biblioteczce. 

Mogłoby się wydawać, że "Kołysanka,  to tylko lekka i przyjemna lektura na kilka szarych popołudni. I w pewnym stopniu tak jest, ale nie do końca. Książka ta porusza również problem, który myślę nie jest nam obcy, tym bardziej w czasach w których żyjemy. Poznajemy dziewczynę, która przez całe życie odczuwa skutki odejścia ojca. Została porzucona, więc porzuca. Boi się własnych uczuć i robi to, by nikt jej nie zranił. Takiej osobie nie jest łatwo zaangażować się w prawdziwy związek i pokazać swoją prawdziwą twarz oraz obnażyć własne uczucia. Ale zawsze na drodze takiej osoby może stanąć ktoś, kto uświadomi jej, że szczęście może być blisko.
Zdecydowania książka ta skłania do refleksji, a po przeczytaniu krąży nam w głowie nie chcąc odejść.
Powieść tę polecam fanom powieści obyczajowych oraz romansów, uważam, że się nie zawiedziecie.

Powieść czyta się lekko i przyjemnie. Nie  jest ona wymagającą lekturą, ale i nie jest książką wybitną. Perypetie sercowe Remy są ciekawe, ale nie spodziewajcie się klasycznego romansu czy sentymentalnej książki o uczuciach. "Kołysanka" to książka na relaksujące popołudnie, wolny weekend czy kilkugodzinną podróż. Polecam tym, którzy lubią lekkie obyczajówki.

"Kołysanka" jest książką lekką, łatwą w przyswojeniu. Nie nazwałabym jej osobiście prostej do zrozumienia, szczególnie, że sama jestem kobietą. Pewne sprawy, które dotykają kobiety w tej historii są często nieodłącznym elementem rzeczywistości, która otacza każdego czy każdą z nas. Mnie osobiście zmusiła do pewnych refleksji na temat mojego postrzegania miłości i wszystkiego, co się z nią wiąże.Jaki wpływ będzie miał brat i jego dziewczyna na Remy? Jak będą oddziaływać jej najlepsze przyjaciółki na postrzeganie świata mężczyzn? I w końcu, jak zakończy się lato, mając na uwadze postać nieznajomego D.? Tego dowiecie się, czytając "Kołysankę".

 

 

Polecam tę powieść, jednak muszę ostrzec, że nie rozbawi Was ona do łez, zmusi Was raczej do refleksji. Nie jest ona również nad wyraz wyjątkowa, ale za to czyta się ją przyjemnie. Posiada zarówno wady jak i zalety, tak jak to bywa w życiu codziennym. 

Jeśli ktoś twierdzi, że to kiczowata książka o miłości to nie ma racji – to książka o zrozumieniu tego, czego zrozumieć się nie da. Autorka napisała ją niezwykle przystępnym, lekkim językiem; niby Remy jest nastolatką, ale równie dobrze mogłaby mieć trzydzieści parę lat, bo hormony nie wylewają się z niej litrami i nie dramatyzuje na co drugiej stronie. Mimo błędów, które popełnia to dojrzała i mądra kobieta, która musi nadrobić to, czego inni uczą się w dzieciństwie – jak kochać innych i jak pozwolić na to, by być kochaną.
Serdecznie ją polecam wszystkim tym, którzy lubią poczytać dobre i mądre książki o miłości.  

Kołysanka spodoba się wielbicielom nurtu New Adlut, romansów, osobom lubiącym się pośmiać. Autorka pisze lekkim i nieskomplikowanym językiem, potrafi zaintrygować, rozbawić, a co ważniejsze stworzyć wyrazistych bohaterów oraz fabułę, która nie nuży.

Książka mi się bardzo podobała, bo jest taką lekką i przyjemną powiastką. Do tego momentami potrafi rozśmieszyć, ale i zmusić do refleksji. Polecam ją wszystkim, chociaż w szczególności młodzieży, bo jednak jest ona bardziej kierowana do nas.

Książkę czyta się szybko i przyjemnie. Na dodatek nie jest ona długa, co pozwala nam przeczytać ją nawet w jeden weekend. Czytając tę książkę na mojej twarzy często pojawiał się szeroki uśmiech, gdyż humor w niej jest naprawdę świetny. Bardzo polubiłam postacie występujące w "Kołysance"- główną bohaterkę, jej przyjaciółki, brata, a także Dextera oraz ludzi, z którymi występuje. Truth Squad rządzi! (...) Po przeczytaniu "Kołysanki" wiem, że na pewno sięgnę po inną książkę Sary Dessen, gdyż ta pani ma potencjał i myślę, że jeszcze pokaże, na co ją stać.

„Kołysanka” wciąga od pierwszych stron. Autorka posługuje się prostym i lekkim stylem, dlatego książkę czyta się naprawdę błyskawicznie. Historia jest raczej banalna i przewidywalna, ale na szczęście kreacja postaci wypada znacznie lepiej, dzięki czemu treść nabiera wyrazu. Bohaterowie są wielowymiarowi i nie wtapiają się w tło. Remy jest bez wątpienia nietypową narratorką. Dawno nie miałam do czynienia z tak ciekawą, wyróżniającą się i dopracowaną postacią w literaturze młodzieżowej. „Kołysanka” to urocza, wciągająca i przyjemna w odbiorze pozycja, która pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie brakuje w niej humoru, jak również nieco poważniejszych momentów. Sarah Dessen stworzyła słodko-gorzką opowieść o miłości, dorastaniu i życiowych wyborach, przed którymi staje każdy z nas. Historia Remy napawa nadzieją, ale także skłania do refleksji, pokazując, że nic nie jest czarno-białe. Jest to idealna książka przede wszystkim dla nastolatków, dlatego właśnie tej grupie wiekowej ją polecam ;)

Głównym celem pisarki jest pokazanie miłości i jej wszystkich odsłon, czyli także i bólu, który może ona przynieść. Twórczyni w swojej powieści pokazuje kilka przykładów, zarówno tych dobrych, jak i złych. Stara się uzmysłowić czytelnikom, że związki nie zawsze są trwałe, a uczucia dobiegają końca, to jednak warto próbować. Niestety wiele osób przepełnia strach, przed kolejnymi próbami.

 

Książka bardzo, ale to bardzo mi się podobała. Przeczytałam ją dosłownie na raz, nie potrafiłam się oderwać, czułam przyspieszone bicie serca przy każdym spotkaniu Remy i Dextera, pokochałam bohaterów tej powieści i uświadomiłam sobie, że ta historia zawiera w sobie wiele ważnych treści z których każdy mógłby wybrać coś dla siebie. To naprawdę dobra historia o młodej i silnej dziewczynie, której mur rozsypuje się w zetknięciu z prawdziwą miłością. Nie obawiajcie się, wątek miłosny jest subtelny, delikatny i nawet w jednym najmniejszym stopniu nie przesłodzony. Było zabawnie, smutno, uroczo, prawdziwie. Polecam tę powieść każdej dziewczynie i kobiecie, bo jest niesamowita i bardzo wciąga. Kolejna książka z Wydawnictwa Harper Collins okazała się naprawdę wspaniała.

Jakie są moje wrażenia po przeczytaniu tej książki? Z pewnością jest to lektura, którą czyta się szybko i przyjemnie. Nie ma zbędnych opisów czy wywodów. Miło można spędzić z nią czas. Bardzo podoba mi się pomysł. Nastoletnia miłość, która jest dość niestandardowa, to moim zdaniem zaleta tej powieści.

Sarah Dessen napisała książkę, którą zaliczyć można z powodzeniem do lekkiej literatury kobiecej i młodzieżowej. Jest to opowieść, po którą warto sięgnąć, gdy potrzebujemy doładować się pozytywną energią. Dobra odskocznia od codziennych problemów.

Kołysanka to lekka książka na jedno popołudnie, ale absolutnie warta poświęcenia tych kilku godzin na przeczytanie jej. Nie jest to tylko oklepany romans dla młodzieży, ale coś znacznie więcej. Nie mogłabym nie polecić tej książki.

Serdecznie polecam zapoznanie się z tą historią. Może i nie jest to mocno oryginalna fabuła, ale pokazuje nam, że miłość stoi u naszych drzwi i czy jej otworzymy, czy nie, ona i tak się wślizgnie. "Kołysanka" to ciepła książka, którą warto poznać!

Kołysankę polubiłam dlatego,że emocjonalność i zarys bohaterki bardzo przypomina mi samą siebie, w dużej mierze utożsamiam się  z bohaterką powieści. Powieść idealna na zimowe długie wieczory. Jeśli macie chęć na coś zupełnie innego zachęcam do przeczytania.

Zawsze uważałam, że dobra fabuła jest bazą pod świetną powieść, ale to, co sprawia, że książka jest naprawdę fantastyczna to postaci, które w niej występują. Sarah Dessen stanęła na wysokości zadania. Trzeba mieć prawdziwy talent, aby w niedługiej opowieści stworzyć wielu bohaterów, którzy nie zlewają się w bezkształtną masę. Ponieważ, chociaż nie ma miejsca na dokładne przedstawienie ich motywów czy zagłębienie się w nich, nie mam żadnego problemu z przypomnieniem sobie imion poszczególnych osób, wszystkie mają swójunikatowy charakter, który sprawia, że szybko zapadają w pamięć.

Kołysanka jest lekką i bardzo przyjemną powieścią na dwa wieczory. Pomimo tej lekkości nie jest ona jednak banalna, ani jakoś bardzo oklepana. Wydaje mi się, że książka przypadnie do gustu zarówno nastolatkom, jak i trochę starszym czytelnikom. Zdecydowanie polecam.

Ta książka jest jednym wielkim optymistycznym przesłaniem i może się spodobać wszystkim, bez względu na wiek. Autorka wiarygodnie nakreśliła nie tylko sylwetki głównych młodych bohaterów, ale i osób dorosłych rodziców  – ich „sterowanie” nawet nieumyślne życiowymi wyborami dzieci oraz to jak rodzina i najbliższe otoczenie wpływa na nasze życie.
Powieść zawiera w sobie wiele odcieni miłości ale i strachu przed nią. Czytelnik otrzymuje ciekawą i bynajmniej nie ckliwą taką słodko-gorzką opowieść idealnie na zimowy czas – zwłaszcza w okolicy walentynek, choć nie tylko.

"Kołysanka" to dobra, swobodnie napisana historia, która zaciekawiła mnie na tyle, że zanim się obejrzałam czytałam ostatnią stronę. (...) Polecam ją przede wszystkim fanom powieści młodzieżowych z miłosnym motywem, ale książka doskonale sprawdzi się w roli powieści obyczajowej i tym samej idealnej lektury na spokojny wieczór.

W swojej książce Sarah Dessen przedstawiła kilka ważnych motywów, które zasługują na uwagę - pokazała dwa rozmaite postrzegania miłości: jako czegoś, co jest praktycznie niemożliwe, ale i jako coś, czego podświadomie każdy z nas poszukuje, choć nie zawsze to okazuje. Choć historia ta ma parę swoich mankamentów, to jednak ma w sobie coś, co może wzruszyć i wywołać uśmiech na twarzy. To lekkie i miłe czytadło na zimowe wieczory takie jak obecnie i myślę, że w takiej roli najlepiej się sprawdzi. 

"Kołysanka" jest powieścią o miłości. Jest lekka, przyjemna i wesoła, chociaż i smutki się wkradają - nie może być zbyt kolorowo, prawda? Na plus oceniam to, że jest niezobowiązująca. Jest to typowa kobieca książka, która umili niejeden wieczór. Kobieca, czyli dobra dla nastolatek i dojrzałych kobiet. Ot, kobiecy czasoumilacz. Osobiście polecam, ponieważ bawiłam się przy niej bardzo dobrze.

To idealna pozycja kiedy przepracowany mózg odmawia skupienia się na nieco bardziej wymagającej lekturze, a coś czytać przecież trzeba. Mimo wszystko bardzo urocza i pełna humoru. Lekka i w wakacyjnych klimatach, w sumie nawet warta polecenia, bo jak na swój gatunek była w porządku.

Kołysanka okazała się być wciągającą i aktualną powieścią, która niesie ze sobą przesłanie, że miłość przyjdzie, a Ty nawet się tego nie będziesz spodziewał. Do tego osoba towarzysząca Ci w trudnych chwilach, może być Twoim całkowitym przeciwieństwem. Sarah Dessen nie pisze typowym młodzieżowym językiem niczym John Green, aczkolwiek pomiędzy kartami tejże historii odnaleźć można i humor, i smutek - jednym słowem miła lektura. Polecam zapoznać się z tą pozycją.

Sarah Dessen w swojej książce skierowanej do dorastającej młodzieży poruszyła coraz bardziej rozpowszechniający się problem w Stanach Zjednoczonych, choć u nas w Polsce jeszcze nie tak częsty, wielokrotnych rozwodników. A dokładniej wpływ zachowania rodziców na ich dzieci, obserwujące wymianę partnerów z częstotliwością raz na trzy lata. Ale nie obawiajcie się, nie mamy tu wcale do czynienia z ciężka psychologiczną lekturą. Książka jest na prawdę dobrze napisana i bardzo przyjemna odbiorze.

Sarah Dessen doskonale uchwyciła ulotny klimat ostatniego lata po skończeniu liceum, a przed rozpoczęciem studiów. Na przykładzie postaci Remy i jej przyjaciółek, na wesoło opowiedziała o dylematach, jakie pojawiają się u progu dorosłości. Co ważne, mimo natłoku bohaterów (trzy przyjaciółki Remy i ich rodziny, koledzy z zespołu Dextera, znajome z pracy Remy itd.), nie miałam problemu z rozróżnieniem kogokolwiek. A to sztuka stworzyć same charakterystyczne postaci.
Powieść jest dokładnie taka, jak jej okładka: kolorowa i optymistyczna. Śledzenie pełnego wzlotów i upadków związku głównych bohaterów, perypetii kochliwej matki oraz losów kilku młodych ludzi rozśmiesza i nastraja wyjątkowo pozytywnie. Dlatego jeśli szukacie lekkiej i niezobowiązującej książki na ponury dzień, może to być bardzo dobry wybór.  :-)

„Kołysanka” to bardzo lekka, przyjemna opowieści o odwiecznej walce serca i rozumu, o pragnieniu miłości i jednoczesnej walce z nią, polecam ją szczególnie młodszym czytelniczkom, szukającym niewymagającej lektury na długie zimowe wieczory. Nie jest to raczej książka, która zmieni Wasze życie, ale pozwoli spędzić miło czas.

Wydaje mi się, że autorka pisząc tę książkę, chciała pokazać różne oblicza miłości, że nie zawsze jest kolorowo i biegają jednorożce, ale są też gorsze chwile, gorsze dni, a przede wszystkim to, że przez miłość można także cierpieć. To udało jej się doskonale i to nie tylko na przykładzie głównej bohaterki, ale i w przypadku pobocznych wątków także. 
Książka ta, ma w sobie także trochę motywacji i pozytywnej energii. Samo wprowadzenie Dextera, jako osobę tryskającą optymizmem, bardzo dużo dało i wpłynęło na jakość odbieranej treści.
Polecam! Jest to naprawdę ciepła i przyjemna książka do kocyka i herbatki. Myślę, że spodoba się nie tylko paniom, ale także panowie znajdą tutaj coś dla siebie.

Słowa „kocham” nie padają w tej historii od razu, jak można byłoby się spodziewać. Powieść ukazuje trudności związków, uczuć i naszego charakteru. Co w mojej opinii zasługuje na dużego plusa, bo istnieje dużo romansów powtarzalnych i tandetnych a w tym wypadku pojawia nam się przed oczami realne, namacalne życie. 

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ