Prawdziwe historie
W samym sercu morza
KUP TERAZ

W samym sercu morza

brak opinii
Liczba stron: 288
ISBN: 9788327616791
Premiera: 2015-11-18

Dwudziestego listopada 1820 roku statek wielorybniczy Essex zostaje staranowany przez ogromnego kaszalota. Dwudziestoosobowa załoga wyrusza trzema szalupami ku brzegom Ameryki Południowej. Czeka ich cztery i pół tysiąca mil żeglugi po bezkresnym oceanie. W ciągu najbliższych trzech miesięcy przekonają się, do czego może posunąć się człowiek  walczący z morzem, gdy widzi, jak jego towarzysze, jeden po drugim, giną z pragnienia, głodu, chorób i przerażenia.

  

Katastrofa statku wielorybniczego Essex stała się wydarzeniem tak legendarnym, jak niemal sto lat później katastrofa Titanica. Była inspiracją dla Hermana Melville’a do napisania kulminacyjnej sceny w słynnej powieści Moby Dick.

Nathaniel Philbrick

Nathaniel Philbrick to amerykański pisarz i żeglarz. Po wieloletniej współpracy z magazynem Sailing World poświęconym żeglarstwu, napisał kilka książek poruszających tę tematykę m.in. The Passionate Sailor, Second Wind i Yaahting: A Parody. Wiele jego powieści, a wśród nich W samym sercu morza, Sea of glory czy The last stand znalazło się na liście bestsellerów New York Timesa.

Kaszalot jest wyjątkowo odporny na zderzenie czołowe ze statkiem. Jedną trzecią długości ciała, a więc odcinek między przodem głowy w kształcie kafara a narządami o znaczeniu kluczowym dla życia, zajmuje komora wypełniona tłuszczem i jakby stworzona po to, aby łagodzić wpływ tego typu kolizji. W niespełna minutę ten osiemdziesięciotonowy samiec otrząsnął się ze skutków uderzenia.

Po krótkiej chwili oszołomienia zwierzę skierowało się na zawietrzną, odpływając mniej więcej sześćset metrów od burty Essexa. Teraz wieloryb zaczął kłapać szczękami i wzbijać wodę ogonem, „jak oszalały — pisał Chase — z wściekłością i furią”. Potem podpłynął do nawietrznej, w pędzie mijając dziób statku. Znalazłszy się kilkaset metrów z przodu, przed statkiem, wyhamował i obrócił się w stronę Essexa. Tymczasem Chase, w obawie, że statek może zacząć nabierać wody, posłał ludzi do pomp. „Kiedy czynności te zajęły moją uwagę — wspominał pierwszy oficer — doszedł mnie nagle krzyk któregoś z ludzi na szczycie zejściówki: «Tam jest — znów na nas płynie!»”. Chase odwrócił się i ujrzał obraz „furii i zemsty”, który prześladował go jeszcze przez długie lata.

Wieloryb, z głową pokrytą bliznami i na wpół wynurzoną z wody, z ogonem zmieniającym ocean w spieniony biały kilwater szerokości 12 metrów, zbliżał się do statku z prędkością co najmniej sześciu węzłów, czyli dwakroć większą niż pierwotnie. Chase, mając nadzieję „przeciąć linię jego podejścia, zanim do nas dotrze, a tym samym uniknąć zderzenia, które — com wiedział — doprowadzi nas do całkowitej destrukcji”, krzyknął do Nickersona: „Ster na zawietrzną!” Ale na zmianę kursu było już za późno. Przy akompaniamencie straszliwego huku i trzasku pękającej dębiny wieloryb uderzył w statek tuż poniżej kotwicy umocowanej po lewej stronie dziobu. Wprawdzie tym razem ludzie zdążyli się przygotować na uderzenie, ale siła kolizji była tak duża, że kiedy statek przechylił się, zatrzymawszy na klocowatej głowie wieloryba, mocno szarpnęło głowami na umięśnionych karkach wielorybników. Ogon giganta pracował nadal w górę i w dół, pchając ważący 238 ton statek do tyłu, aż — jak za pierwszym razem, w czasie wypadku na wodach Golfsztromu — woda przelała się nad pawężą.

Jeden z ludzi, którzy byli na dolnym pokładzie, wybiegł na górę wołając: „Statek nabiera wody!” Rzut oka na sytuację poniżej zejściówki wystarczył, aby stwierdzić, że woda zalała już dolny pokład, na którym składowano olej i zapasy.

Kiedy Essex przestał się cofać, zaczął się zanurzać. Wieloryb, upokorzywszy swego dziwnego przeciwnika, uwolnił się od pogruchotanych desek pokrytego miedzią kadłuba i odpłynął w stronę zawietrznej, aby nigdy już się nie pokazać.

 

Statek tonął dziobem w dół. Kubryk, w którym sypiali czarni marynarze, był pierwszą kwaterą mieszkalną zalaną przez wodę, w której teraz pławiły się kufry i materace załogi. Następnie woda przedarła się w tył, do komory tłuszczowej, potem do pomieszczeń na śródokręciu, gdzie mieszkał Nickerson i inni nantucketańczycy. Wkrótce pod wodą znalazły się też kabiny kapitana i oficerów.

Kiedy dolne pokłady skrzypiały i bulgotały, William Bond, czarny steward, wrócił kilka razy — z własnej inicjatywy — do kabin na rufie, które gwałtownie wypełniały się wodą. Zdołał wynieść z nich kufry Pollarda i Chase’a oraz — wielce przezornie — przyrządy nawigacyjne. W międzyczasie Chase i reszta załogi przecięli wiązania zapasowej łodzi wielorybniczej i zanieśli ją na śródokręcie.

Essex zaczął się niebezpiecznie przechylać na lewą burtę. Bond jeszcze raz, ostatni, zanurkował pod pokład. Chase i reszta przenieśli łódź na skraj pokładu, wznoszącego się teraz zaledwie kilkanaście centymetrów nad wodą. Kiedy kufry i inne części wyposażenia zostały załadowane, wszyscy, w tym również Bond, pod niebezpiecznie rozkołysanymi masztami i rejami wgramolili się do łodzi. Nie odpłynęli dalej niż dwie długości łodzi, gdy Essex, z przerażającym bulgotem i pomrukiem, obrócił się za nimi dnem do góry.

Właśnie w tym momencie, dwie mile stamtąd po zawietrznej, Obed Hendricks, sternik Pollarda, przypadkowo spojrzał za siebie. Nie wierzył własnym oczom. Z tej odległości wydawało się, że w Essexa uderzył nagły szkwał — kiedy statek kładł się na boku, jego potargane żagle rozwiewały się na wszystkie strony.

— Patrzcie, patrzcie — zawołał — co się z tym statkiem dzieje? Przewraca się!

Ale kiedy ludzie odwrócili, aby popatrzeć, nie było już na co. Chase napisał później: „Kiedy ich spojrzenie daremnie szukało na oceanie sylwetki statku, z ust wszystkich wydarł się bolesny krzyk przerażenia i rozpaczy”. Essex znikł z pola widzenia.

Obie załogi natychmiast uwolniły swoje wieloryby i zaczęły wiosłować w stronę, gdzie powinien się znajdować Essex. Cały czas zastanawiano się rozpaczliwie, co mogło mu się przydarzyć. Nikt z nich nawet nie pomyślał, że, jak pisał Nickerson, „była to robota wieloryba”. Wkrótce dojrzeli kadłub statku „pływającego na boku i wyglądającego jak jakaś skała”.

W chwili, gdy nadpłynęły łodzie Pollarda i Joya, ludzie stłoczeni w łodzi Chase’a nadal wpatrywali się w milczeniu w statek. „Twarze wszystkich ludzi były białe z przerażenia — wspominał Chase. — Przez kilka minut żaden z nas nie mógł wydusić z siebie słowa; wyglądało to tak, jakby wszystko zastygło pod wpływem jakiegoś zaklęcia wywołującego otępiałe przerażenie”.

Od chwili pierwszego ataku wieloryba do momentu ucieczki przed przewracającym się statkiem nie upłynęło więcej niż dziesięć minut. W zaledwie ułamku tego czasu ośmiu członków załogi, ponaglanych strachem, spuściło na wodę łódź wielorybniczą, i to zamocowaną nie na żurawiku, ale na stelażu nad pokładem rufówki, czyli wykonało pracę, która normalnie by im zabrała co najmniej dziesięć minut i do tego wymagałaby wysiłku całej załogi statku. I oto byli tu — tylko z tym, co mieli na sobie, ściśnięci na niewielkim pokładzie łodzi wielorybniczej. Nie było jeszcze nawet dziesiątej.

Właśnie wtedy Chase w pełni docenił pracę, jaką wykonał dla nich Bond. Stewardowi udało się uratować dwa kompasy, dwa egzemplarze podręcznika New American Practical Navigator (Nowy amerykański podręcznik praktycznej nawigacji), autorstwa Nathaniela Bowditcha, i dwa kwadranty. Później Chase miał nazwać ten sprzęt „instrumentami, którym zawdzięczaliśmy ratunek...”. („Bez nich — dodał — wszystko byłoby mroczne i beznadziejne”.)

Samym Thomasem Nickersonem zawładnęło uczucie ogromnego smutku, nie z racji położenia, w jakim się znalazł, ale z powodu Essexa. Olbrzymi czarny statek, który chłopak poznał tak gruntownie, wydawał właśnie ostatnie tchnienie. „Leżał tam, nasz piękny, jak jakiś unoszony wodą i posępny wrak — z żalem wspominał Nickerson — nasz statek, który zaledwie kilka minut wcześniej górował nad wodą w całej swej okazałości, duma i chluba swego kapitana i oficerów, i prawie bałwochwalczo uwielbiany przez załogę”.

Wkrótce dwie pozostałe łodzie zbliżyły się na odległość głosu. Pierwsza podpłynęła do nich łódź Pollarda. Na mniej więcej dziesięć metrów przed łodzią Chase’a ludzie Pollarda przestali wiosłować. Kapitan stał przy wiośle sterowym, wpatrując się w przewrócony dnem do góry statek, który kiedyś był pod jego potężną komendą, i nie mógł wydobyć z siebie głosu. Opadł na ławkę łodzi, tak bardzo owładnięty zdziwieniem, grozą i przerażeniem, że Chase „z trudem mógł rozpoznać jego fizjonomię”. Wreszcie Pollard zapytał: „Na Boga, panie Chase, co się stało?”

— Zostaliśmy staranowani przez wieloryba — odpowiedział Chase.

 

Nawet jak na kaszaloty, które zwykle osiągają ogromne rozmiary, ten dwudziestosześciometrowy okaz był olbrzymem. Samce kaszalotów spotykane współcześnie nawet nie zbliżają się do dwudziestu metrów, nie mówiąc już o samicach, które są od nich 3–4 razy mniejsze. Hal Whitehead, znawca biologii tego gatunku, ma wątpliwości, czy faktycznie wieloryb, który uderzył w Essexa, mógł być aż tak duży, jak wynikało z relacji Chase’a i Nickersona. A jednak dzienniki pokładowe nantucketańskich wielorybników pełne są opisów samców, które — sądząc po ilości oleju, jaką dały — musiały być zbliżone wielkością do opisanego tu olbrzyma. Wiadomo świetnie, że dziewiętnasto- i dwudziestowieczni wielorybnicy zabijali przede wszystkim samce. Nie chodziło tylko o wielkość; znaczenie miał również fakt, że narząd spermacetowy był u nich większy niż u samic podobnej długości. Być może w 1820 roku, czyli zanim jeszcze półtora wieku wybiórczej eksterminacji wyeliminowało z oceanów duże samce wielorybów, spotykano dwudziestosześciometrowe kaszaloty. Najbardziej, jak się wydaje, przekonujący dowód znaleźć można w szacownych salach Nantucket Whaling Museum. Tam, oparta o ścianę, stoi przeszło pięciometrowa żuchwa kaszalota, trofeum po samcu, którego wielkość oszacowano na przynajmniej dwadzieścia cztery metry.

Nigdy nie istniało na świecie zwierzę, które miałoby mózg większy niż mózg kaszalota; pod tym względem bije on na głowę nawet największego wieloryba, płetwala błękitnego. Duże rozmiary mózgu kaszalota mogą być związane z jego wielce wymyślnym sposobem wytwarzania i przetwarzania dźwięku. Tuż pod nieparzystym nozdrzem tego wieloryba znajduje się coś, co wielorybnicy nazwali mianem „małpich ust[1]”. Jest to chrząstkowa zastawka, która według naukowców jest źródłem trzasków służących zwierzęciu do echolokacyjnego „widzenia” świata. Na odcinkach do 8 kilometrów trzaski służą też wielorybom do porozumiewania się między sobą. Samice posługują się zwykle seriami trzasków przypominającymi alfabet Morse’a, zwanymi czasem „kodą”. Podejrzewa się, że w celu zaanonsowania swej obecności samicom skłonnym do rozrodu, a także odstraszenia ewentualnych konkurentów, samce używają dźwięków, które przypominają brzęczenie.

Wielorybnicy często słyszeli kaszaloty przez ściany kadłubów swoich statków. Dźwięki — równomierne trzaski w odstępach mniej więcej półsekundowych — tak bardzo przypominają pukanie młotka, że marynarze nadali kaszalotowi miano „ryby cieśli”. Rankiem 20 listopada kaszaloty nie były jedynymi istotami, które wypełniały ocean pukaniem; był jeszcze Owen Chase, który, jak pamiętamy, pracowicie przybijał kawałki płótna do dna swej zdemolowanej łodzi wielorybniczej. Każde uderzenie młotka powodowało powstawanie dźwięków, które przez drewniany kadłub łodzi przedostawały się w głąb oceanu. Nie wiadomo, czy samiec po odebraniu tych dźwięków mógł uznać je za głos rywala, natomiast wydaje się bardzo prawdopodobne, że pukanie Chase’a mogło wzbudzić jego zainteresowanie.

Chase utrzymywał, że kiedy wieloryb po raz pierwszy zaatakował statek, płynął z prędkością mniej więcej trzech węzłów[2], czyli z prędkością typową dla przemieszczającego się wieloryba. Whitehead, którego jacht został kiedyś uderzony przez ciężarną samicę, podejrzewa, że być może za pierwszym razem samiec uderzył w Essexa niechcący.

Cokolwiek wywołało zderzenie, wieloryb na pewno nie był przygotowany na coś tak twardego i ciężkiego jak statek wielorybniczy, który przy wyporności 238 ton ważył mniej więcej trzy razy tyle co atakujące go zwierzę. Essex był wprawdzie starym, zużytym statkiem wielorybniczym, ale został zbudowany tak, aby sporo wytrzymać. Głównym materiałem użytym do jego konstrukcji była dębina z dębu białego, jednego z najtwardszych i najwytrzymalszych drzew świata. Żebra statku wyciosano z olbrzymich pniaków, o przekroju przynajmniej 30x30 centymetrów. Na nich, wzdłuż długiej osi statku, umocowano dębowe deski grubości dziesięciu centymetrów. Na zewnątrz zostały one obite pokryciem z sosny żółtej, grubym na półtora centymetra. Od linii wodnej w dół (czyli według Nickersona właśnie tam, gdzie uderzył wieloryb) statek pokrywała miedziana blacha. Samiec uderzył zatem w bardzo twardą drewnianą ścianę.

To, co z początku było uderzeniem próbnym, a być może nawet niezamierzonym, wkrótce przerodziło się w prawdziwy atak.

Podobnie jak samce słoni, dorosłe samce kaszalotów wiodą zazwyczaj życie samotnicze, przemieszczając się od jednej grupy samic z młodymi do drugiej i wyzywając do walki każdego rywala, którego napotkają na drodze. Brutalność tych spotkań obrosła legendą. Pewien wielorybnik opisał, co się stało, gdy pewien samiec kaszalota próbował się przyłączyć do grupy innego samca:

 

Samiec, który zbliżał się z zamiarem przyłączenia do stada, został napadnięty przez jednego z samców w nim przebywających, który przewrócił się na grzbiet i zaatakował intruza żuchwą, wyrywając mu duże kawały tłuszczu i mięsa. Następnie oba byki cofnęły się i po chwili zaatakowały z olbrzymim impetem. Zwarły się szczękami i walczyły, każdy najwyraźniej pragnąc złamać szczękę przeciwnika. I znów wielkie kawały mięsa zostały wyrwane z głów walczących zwierząt. Po chwili, albo zrezygnowały, albo zmusiły się nawzajem do przerwania uścisku i po raz kolejny spróbowały szarży. Walka stała się nawet bardziej gwałtowna, tak że w kipieli powstałej wokół zwierząt niewiele można było dojrzeć. Szarże i wycofywanie powtórzyły się dwa czy trzy razy, aż woda uspokoiła się, a wówczas widać było, że oba byki leżą głowa w głowę. Potem mniejszy samiec powoli odpłynął i już nie próbował przyłączyć się do stada... Spuszczono łódź wielorybniczą i zabito dużego wieloryba. Miał złamaną żuchwę i rozległe rany na głowie.

 

Zamiast walczyć szczękami i ogonem — a więc w sposób, w jaki często kaszaloty rozprawiały się z łodziami wielorybniczymi — samiec, który zniszczył Essexa, staranował statek głową, czyli, jak stanowczo twierdził Chase, w sposób „o którym nie słyszeli nawet najstarsi i najbardziej doświadczeni wielorybnicy”. Ale rzeczą, która zadziwiła pierwszego oficera najbardziej, była niezwykła przemyślność, z jaką samiec posłużył się tym naturalnym taranem. W obu atakach wieloryb zbliżył się do statku od tej strony, „której uszkodzenie mogło wyrządzić nam najwięcej zła, czyli od czoła statku, a tym samym wykorzystał do uderzenia sumę prędkości obu obiektów”. Co więcej, mimo podejścia do Essexa od przodu, wieloryb uniknął uderzenia w sam przód dziobu, co, zważywszy na jego konstrukcję wzmocnioną dziobnicą, czyli pionowym klocem drewna na krawędzi natarcia, mogło go zabić.

Chase ocenił, że w czasie drugiego ataku wieloryb płynął z prędkością sześciu węzłów, a statek z prędkością trzech. Aby doprowadzić do pełnego zatrzymania Essexa, wieloryb, którego masa była w przybliżeniu równa jednej trzeciej masy statku, musiałby się poruszać z prędkością co najmniej trzykroć większą niż prędkość Essexa, czyli dziewięciu węzłów. Z obliczeń pewnego inżyniera budowy okrętów wynika, że gdyby Essex był zupełnie nowym statkiem, to jego dębowa konstrukcja wytrzymałaby nawet tak straszliwe uderzenie. Skoro jednak wieloryb wybił dziurę w dziobie Essexa, to znaczy, że jego poszycie klepkowe musiało zostać w trakcie lat eksploatacji znacznie osłabione przez zgniliznę lub wodorosty.

Chase był przekonany, że Essex i jego załoga padli ofiarą aktu „przemyślanej, wyrachowanej złośliwości” ze strony wieloryba. Dla nantucketańczyka była to myśl szokująca. Gdyby inne kaszaloty też zaczęły taranować statki, to po niedługim czasie cała wielorybnicza flota wyspy uległaby redukcji do takich samych szczątków, jak te, które zostały z Essexa.

Chase zaczął się zastanawiać, jakież to „dziwne zrządzenie losu” miało tu miejsce. Wyglądało to tak, jakby coś — czyżby Bóg? — natchnęło to zwierzę w imię jakichś własnych, dziwnych, niezgłębionych celów. Niezależnie od siły, jaka za tym stała, Chase był przekonany, że Essex na pewno nie zatonął przez przypadek.

 

Wysłuchawszy relacji pierwszego oficera, Pollard podjął próbę objęcia komendy nad załogą, która znalazła się w tak tragicznym położeniu. Przede wszystkim, ogłosił, należy z wraku wydobyć tyle jedzenia i wody pitnej, ile się tylko da. Aby to zrobić, musieli odrąbać maszty, bo tylko w ten sposób można było podnieść kadłub statku, który wciąż jeszcze pływał po powierzchni. Ludzie, uzbrojeni w siekiery z łodzi wielorybniczych, wdrapali się na statek i zaczęli odrąbywać maszty i olinowanie. Gdy nadeszło południe, kapitan Pollard odpłynął nieco w swej łodzi, aby dokonać pomiarów kwadrantem. Znajdowali się na 0°40’ szerokości geograficznej południowej i 119°0’ długości geograficznej zachodniej, czyli można przyjąć, że tak daleko od lądu, jak tylko było to możliwe na kuli ziemskiej.

Czterdzieści pięć minut później maszty zostały skrócone do sześciometrowych kikutów, a Essex odwrócił się i pływał nachylony pod kątem 45 stopni w stosunku do powierzchni wody. Choć większość zapasów była w dolnej ładowni, a więc nieosiągalna, między pokładami śródokręcia znajdowały się dwie beczki z chlebem, a ponieważ było to raczej w górnej części Essexa, wszyscy mieli nadzieję, że są nadal suche.

Przez dziury wyrąbane w pokładzie udało się im wydobyć 270 kilogramów sucharów. W innym miejscu włamali się przez kadłub, aby znaleźć beczki z wodą — więcej, notabene, niż mogli zmieścić w swoich łodziach. Pozbierali też wszelkie narzędzia i przyrządy, w tym prawie kilo gwoździ, jeden muszkiet, dwa pistolety i małą puszkę prochu. Od strony statku dopłynęło też do łodzi kilka galapagoskich żółwi oraz dwie chude świnie. Wtedy zaczęło wiać.

Wiedząc, że będą teraz potrzebować osłony od wzmagającego się wiatru i fal, a jednocześnie obawiając się, że Essex może w każdej chwili zatonąć, Pollard zarządził, aby podczepili się do statku, zostawiając między nim a łodziami co najmniej stumetrową linę. Niczym stadko kacząt podążających za matką spędzili noc na zawietrznej Essexa.

„W samym sercu morza” to wstrząsająca, prawdziwa do bólu powieść o istocie człowieczeństwa, przyjaźni, odwadze, walce o przetrwanie i niebezpiecznych wyborach, które mogą okazać się tragiczne w skutkach. To także hołd osobom, które wbrew wszystkiemu pomagały innym, narażając się i ryzykując własne życie. 

Polecam serdecznie wszystkim. Bez wyjątku!!

"W samym sercu morza" to niesamowity dokument ilustrujący prawdziwe, przerażające wydarzenia. Jest świetnie napisany, z dużą znajomością tematu i wiedzą na temat wydarzeń - widać tutaj szczegółowe przygotowanie Autora. Opowieść jest perfekcyjna - czyta się ją z wypiekami na twarzy!

Książka Philbricka, mimo, że zaliczana jest do literatury faktu, to emocjonująca opowieść, którą czyta się z zapartym tchem. Początek trochę nudzi, ale warto przez niego przebrnąć by dotrzeć do niezwykłego sedna, które przeraża i fascynuje zarazem. Jak daleko jest w stanie posunąć się człowiek w skrajnych sytuacjach? Czy rozbitków można potępiać ze decyzje jakie podejmowali? 

W samym sercu morza to dobra literatura faktu. Obiektywne przedstawienie wydarzeń na tle realiów historycznych. Niewątpliwą zaletą tej publikacji jest też to, że jest wzbogacona ilustracjami i opisami statku oraz fragmentami wspomnień bohaterów, co w połączeniu z analizami autora daje doskonały pogląd na całą historię załogi statku wielorybniczego Essex.
Warto sięgnąć po nią z wielu względów. Również po to, aby sprawdzić jak faktycznie wyglądały wydarzenia, które zainspirowały Hermana Mevilla do stworzenia historii kapitana Ahaba i białego wieloryba Moby Dicka.

Jaka jest ta książka? Oj zdecydowanie mogę powiedzieć, że emocjonująca! Czytałam ją z zapartym tchem, chłonęłam każde słowo i wyobrażałam sobie dokładnie wszystko to co zostało tutaj opisane. Jest to opowieść naprawdę straszna i zarazem tak dobra, wciągająca i ciekawa, że nie sposób się od niej oderwać. 

Dla osób o mocnych nerwach lektura na zimowe wieczory. Ocena:5/6
Myślę, że każdy powinien poznać tę historię. Ujrzała ona światło dzienne dopiero po 180 latach od katastrofy. Żyjemy w XXI wieku, posiadamy wysoko rozwiniętą technologię i nie wyobrażamy sobie takiego życia, jakie jest opisane w tej książce. Tym bardziej każdy powinien po nią sięgnąć, aby zobaczyć jak było kiedyś, a jak jest teraz i docenić swoje życie.
Serdecznie polecam zapoznać się z książką „W samym sercu morza”, która będzie dla Was niezapomnianą przygodą pełną nadziei, cierpienia i wewnętrznych dylematów.

Nathaniel Philbrick rzucił się na głęboką wodę i postanowił krok po kroku zrelacjonować przyczyny i przebieg tej jednej z największych katastrof morskich i znaleźć odpowiedzi na mnóstwo pytań, jakie cisnęły się w związku z nią na usta. Z jednej strony miał do dyspozycji wspomnienia najmłodszego członka załogi, nastoletniego wówczas  Nickersona i kilka podobnych publikacji, z drugiej jednak materiały te były zdecydowanie niewystarczające by zgłębić wszystkie interesujące autora aspekty. Bo dlaczego właściwie wieloryb zaatakował? Jak działa fizjologia i psychologia głodu? Co kryje się w kanibalizmie? A co w pracy wielorybników? Z jego badań wyłonił się przerażający i do bólu przejmujący prawdą obraz ludzi, którzy ocaleli by trafić w sam środek koszmaru większego chyba niż śmierć, a zarazem o życie choćby i w tym koszmarze, gotowych walczyć za wszelką cenę.

Autor ma wyjątkowy dar opowiadania, jego gawędziarski styl może się podobać. Ponadto na uwagę zasługuje fakt, że powieść ma dobrą podbudowę psychologiczną. Obserwujemy ludzi w ekstremalnych warunkach, to, jak radzą sobie z głodem i odwodnieniem. Dzięki tej książce możemy nawet zrozumieć historyczne konsekwencje otyłości mieszkańców Archipelagu Samoa.
Powieść zadowoli czytelników poszukujących mocnych wrażeń, ceniących sobie dobrze opowiedziane historie i wielbicieli historii. W książce umieszczone zostały mapki poglądowe przedstawiające trasę podróży statku i łodzi z rozbitkami. To duży plus. 
Warto poznać historię, która od wieków rozpalała wyobraźnię innych autorów. Wypadek statku "Essex" zainspirował przecież autora powieści "Moby Dick" a nawet Edgara Allana Poego.
"W samym sercu morza" to piękna i klasyczna powieść marynistyczna, która dostarczy wam ważnych prawd o życiu i śmierci. Muszę przyznać, że listopadowe czytanie kończę świetną pozycją.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ