Thriller / Sensacja / Kryminał
Scenariusz mordercy
KUP TERAZ

Scenariusz mordercy

1 opinia
Liczba stron: 368
ISBN: 9788327617439
Premiera: 2015-11-04

RED to wyjątkowy oddział policji stworzony przez burmistrza Nowego Jorku.  Wybrani detektywi prowadzą śledztwa, w które są zamieszani ludzie z pierwszych stron gazet – politycy, aktorzy i sportowcy. Elita chroni elitę.

 

W Nowym Jorku trwa festiwal filmowy, na który zjechały wszystkie gwiazdy Hollywood. Impreza rozpoczyna się tragedią – zabójstwem znanego producenta. Sprawę prowadzą detektywi Zach Jordan i Kylie MacDonald. Czeka ich żmudne i trudne śledztwo, bo morderca wymyślił precyzyjny scenariusz, wybrał głównych aktorów. Jest reżyserem krwawego widowiska i to od niego zależy, kto zginie, a kto przeżyje. 

James Patterson

James Patterson należy do ścisłej czołówki najpopularniejszych amerykańskich autorów. Mistrz suspensu, tworzy nie tylko kryminały, ale także powieści obyczajowe i non-fiction. W ciągu 33 lat napisał 71 powieści, z czego 19 znalazło się na szczycie listy bestsellerów New York Timesa. Jeden z najbardziej poczytnych pisarzy naszych czasów.

JAMES PATTERSON, MARSHALL KARP

SCENARIUSZ MORDERCY

 

Kameleon patrzył na te słowa w scenariuszu setki razy. Tego ranka miały się ziścić. Jego film w końcu wszedł w fazę zdjęciową.

- Akcja - wyszeptał, wchodząc tylnym wejściem do kuchni hotelu Regency.

Ktoś jednak zwrócił na niego uwagę.

– Ej, ty! – wrzasnął jeden z kelnerów w muszce i białej marynarce. – Śmigaj na salę i zanieś kawę do dwunastki.

Nie było to do końca zgodne ze scenariuszem, ale i tak wyszło lepiej, niż oczekiwał. Jak większość nowojorskich aktorów, Kameleon znał topografię restauracyjnej kuchni. Napełnił chromowaną karafkę zwykłą kawą, do drugiej nalał kawę bezkofeinową i wszedł przez drzwi wahadłowe na salę.

Obsada filmu okazała się lepsza od spodziewanej. Dzisiaj Nowy Jork rozpoczynał tygodniową ofensywę, w wyniku której zamierzał wydrzeć Los Angeles całkiem spory kawałek tortu, jakim jest biznes filmowy. Dlatego oprócz pojawiających się tu każdego dnia gości, czyli wpływowych brokerów ze Wschodniego Wybrzeża, na wypełnionej po brzegi sali siedziały hollywoodzkie szuje ubijające wielomilionowe interesy przy śniadaniu kosztującym setki dolarów. Wśród nich przy stoliku dwunastym brylował sam Sid Roth.

Gdyby ludzie szli do więzienia za rujnowanie karier, rozbijanie rodzin i łamanie dusz, Sid Roth odsiadywałby wielokrotne dożywocie. Jednak w przemyśle filmowym opłacało się być bezdusznym sukinsynem. W ciągu trzydziestu lat Roth przemienił Mesa Films z rodzinnego interesiku w potężne studio. W świecie filmu był bogiem, a pozostali czterej mężczyźni siedzący z nim przy stoliku pławili się w blasku jego sławy.

Kameleon zaczął nalewać kawę, gdy Roth, raczący swych kompanów opowieścią o jednej w hollywoodzkich wojenek, nakrył dłonią filiżankę i powiedział:

– Podaj mi jeszcze jeden sok pomidorowy.

– Oczywiście, proszę pana – odparł Kameleon. Jeden sok pomidorowy i pan Roth odegra epizodyczną rolę charakterystyczną, pomyślał.

Niecałe trzy minuty później podał zamówiony sok.

Muchas gracias, amigo – powiedział Roth i opróżnił szklankę, nie patrząc już na kelnera.

Vaya con Dios, uprzejmie pożegnał go w duchu Kameleon, po czym wrócił do kuchni i wyszedł tylnymi drzwiami. Miał dziesięć minut na zmianę kostiumu.

Męska toaleta w hotelowym holu była elegancka i pusta. Ręczniki z materiału, orzechowe drzwi w każdej kabinie i oczywiście żadnych kamer.

Po zużyciu kilka chusteczek do usuwania makijażu ze śniadego Latynosa stał się białym młodzieńcem o dziecięcej twarzy. Strój kelnera zamienił na parę spodni khaki i jasnoniebieski golf.

Wrócił do holu i przystanął obok rzędu kabin telefonicznych, skąd mógł śledzić rozwój wydarzeń. Nie miał już na nie wpływu. Liczył tylko, że okażą się choćby w połowie tak ekscytujące jak w scenariuszu.

 

WNĘTRZE SALI RESTAURACYJNEJ W HOTELU REGENCY

 

Kamera kieruje się na OFIARĘ, która zaczyna odczuwać pierwsze oznaki działania fluorku sodu. Łapie się krawędzi stołu, chce wstać, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Czuje narastającą panikę, gdyż system nerwowy oszalał. Objawy są już pełne. OFIARA wymiotuje, macha rękami, w końcu pada twarzą w talerz z frittatą grzybowo–pomidorową.

 

– Skąd wiesz, że zamówi frittatę? – zapytała Lexi po przeczytaniu skryptu.

– Nieważne, co zamówi – odpowiedział Kameleon. – To tylko wypełniacz, coś musiałem napisać.

– Owsianka byłaby lepsza – stwierdziła Lexi. – Z jagodami. Jest bardziej filmowa. Skąd wiesz, że akurat tak to będzie wyglądało?

– To ogólny zarys. Do ostatniej chwili nie wiem, kim jest ofiara. Większość to improwizacja. Chcemy tylko, żeby facet zmarł w mękach.

 

Sid Roth nie zawiódł. Wszystko się zgadzało: wymiociny, panika w oczach, spastyczne ruchy. Tyle że zamiast upaść twarzą w talerz, zrobił kilka chwiejnych kroków, potknął się o sąsiedni stolik i padając na ziemię, rozbił sobie głowę o podstawę marmurowej kolumny. Wokół pojawiło się mnóstwo krwi – skromny bonus dla autora scenariusza.

– Dzwońcie po pogotowie! – krzyknęła jakaś kobieta.

– Cięcie – wyszeptał Kameleon.

Fantastyczne przedstawienie.

Zmierzając do metra, wysłał Lexi SMS-a:

Scena wyszła idealnie. Jedno ujęcie.

Kwadrans później jechał linią F i czytał „Variety”. Był jednym z wielu niebieskookich aktorów o jasnej karnacji walczących o utrzymanie się na powierzchni w Nowym Jorku. Właśnie zmierzał na kolejny występ o dziewiątej w Silvercup Studios.

 

***

 

Nowojorska branża filmowa potrzebuje kameleonów, a on był jednym z najlepszych. Jego zawodowy dorobek obejmował film Woody’ego Allena, serial „Prawo i porządek”, opery mydlane – w sumie co najmniej sto ról filmowych i przynajmniej dwa razy tyle występów w telewizji. Zawsze w tle. Bez słowa. Ani jednej roli pierwszoplanowej. Zamiast tego wtapianie się w tło.

Nie dzisiaj. Miał dość funkcjonowania jako jedna z twarzy w tłumie. Dzisiaj był gwiazdą. Producentem, reżyserem i scenarzystą. To był jego film. Kamerę miał w głowie. Wyjął z kieszeni kartki ze scenariuszem.

 

WNĘTRZE HALI ZDJĘCIOWEJ – SILVERCUP STUDIOS

 

Jesteśmy na planie kolejnej szmiry z IANEM STEWARTEM. Rzecz dzieje się na przyjęciu weselnym w latach czterdziestych dwudziestego wieku. Ian jest panem młodym. Pannę młodą gra DEVON WHITAKER. Zero talentu, tylko cycki. O połowę młodsza od Iana. Szczęśliwi nowożeńcy idą na parkiet. Setka GOŚCI WESELNYCH śledzi ich wzrokiem, siląc się na uśmiech. EDIE COBURN, grająca zazdrosną BYŁĄ ŻONĘ, wchodzi do sali. Jest wściekła. Goście są przerażeni. Kamera pokazuje zbliżenie jednego z nich. To prawdziwa gwiazda tej sceny. Kameleon.

 

Poczuł wibracje komórki. Spojrzał na ekran. Dzwoniła Lexi.

– Zgadnij, co się dzieje – wypaliła bez żadnych wstępów.

– Lex, nie możesz dzwonić do mnie co pięć minut. Jestem w strefie wolnej od telefonów. Mają tu fioła na tym punkcie.

– Wiem, ale musiałam zadzwonić. Internet huczy o śmierci Sida Rotha.

– Skarbie, minęły trzy godziny. Faceci siedzący z nim przy stole na pewno wrzucili to na Twittera, zanim Roth padł na podłogę.

– Piszą, że to najpewniej zawał serca, natomiast TMZ twierdzi, że został otruty.

– TMZ to stek bzdur. Banda łowców taniej sensacji. Wszystko, co wrzucają na swoją stronę, to kłamstwo.

– Przecież to prawda.

– Tyle że oni o tym nie wiedzą – odwarknął. – I nie będą wiedzieli aż do sekcji zwłok. Ale im jest wszystko jedno. Wolą wypisywać brednie.

– Nie chciałam cię zdenerwować.

– To nie twoja wina. Po prostu psują mi scenariusz. Napisałem, że nikt nie może dowiedzieć się o otruciu do jutra. To dla mnie więcej warte niż te bzdety z Ianem Stewartem i Edie Coburn.

– Właśnie, jak idzie?

– Lexi, nie mogę teraz rozmawiać. Jestem na planie.

– To nie w porządku – odpowiedziała urażonym tonem. – Skoro nie mogę być tam z tobą, chciałabym chociaż, żebyś mnie informował.

– Informuję. Wysłałem ci swoje zdjęcie z garderoby.

– Świetnie. Będę miała wygaszasz ekranu z twoją fotką, na której przypominasz makaroniarza z „Ojca chrzestnego”. A ja nadal nie wiem, co się dzieje.

– W tym problem, Lexi. Nic się nie dzieje, absolutnie nic.Setka statystów siedzi tu od dziewiątej, a oni jeszcze nie nakręcili ani jednego ujęcia.

– Podali powód?

– Nic nam nie mówią, choć słyszałem, jak Muhlenberg, no wiesz, reżyser, nadawał komuś przez telefon, że Edie nie chce wyjść z przyczepy.

– Pewnie jest wkurzona na Iana. Na TMZ pisali, że ją zdradzał.

Kameleon odetchnął głęboko. Oszem, Lexi jest bystra. Podczas czteroletnich studiów na Uniwersytecie Południowej Kalifornii była jedną z najlepszych na liście. Ale obsesyjne zainteresowanie bzdetami typu horoskopy, hollywoodzkie plotki i internetowe rewelacje stępiało jej umysł.

– Nieważne, czy ją zdradza, czy nie – powiedział. – Jeśli Edie nie wyjdzie, Ian też nie.

– Muszą wyjść. Tak jest w naszym scenariuszu – zaoponowała Lexi.

Kameleon zaśmiał się krótko.

– Myślę, że Muhlenberg właśnie siedzi w przyczepie Edie i tłumaczy jej, co jest w jego scenariuszu.

– Hej, ty z komórką przy uchu!

Kameleon spojrzał w kierunku, z którego dobiegał głos. To był wkurzony asystent reżysera.

– Zakaz używania komórek na planie oznacza zakaz używania komórek na planie.

– Przepraszam. Siedzę tu całą wieczność, zacząłem się nudzić.

– Jesteś statystą – warknął asystent. – Płacą ci za nudę. Schowaj telefon albo wynocha.

– Oczywiście, proszę pana. – Kameleon osłonił dłonią aparat i wyszeptał: – Lex, muszę kończyć. Nie dzwoń już, dobrze?

– Cholera, skąd będę wiedziała, kiedy skończysz scenę?

– Zapewniam cię, że internet będzie o tym huczał – odparł Kameleon.

 

***

 

Obudziłem się wściekły jak diabli. W spowitym ciemnością pokoju widziałem tylko cyfry 3:14 na wyświetlaczu elektronicznego zegara. Chciałem pospać jeszcze ze trzy godziny, ale jedynym środkiem nasennym, który znajdował się w mieszkaniu, był naładowany rewolwer leżący na nocnej szafce. Wolałbym go raczej użyć przeciwko kretynowi, który sprawił, że mój partner wylądował w szpitalu.

Włączyłem światło. Pod komodą leżała zwinięta fioletowa mata do jogi. Uznałem, że trzydzieści minut asan i pozycji psa z głową w dół pomoże mi w rozciągnięciu mięśni i zniwelowaniu stresu.

Zadziałało.

Kwadrans po czwartej, już wykąpany i ubrany, zasiadłem nad filiżanką zielonej herbaty. To nie był mój wybór. Erika, instruktorka jogi, zaklina się, że ten napój uleczy moje czakry i pomoże ciału znosić fizyczne oraz psychiczne trudy życia. Obiecałem jej, że spróbuję tej kuracji przez miesiąc, ale tylko za zamkniętymi drzwiami. Gdyby ktokolwiek w pracy wyczuł liście herbaty w moim oddechu, ludzie zabiliby mnie śmiechem.

Nazywam się Zach Jordan, jestem detektywem pierwszego stopnia w nowojorskiej policji.

W Nowym Jorku pracuje trzydzieści pięć tysięcy gliniarzy, a ja należę do siedemdziesięciu pięciu szczęśliwców wyznaczonych do pracy w Zespole do spraw Przestępstw Przeciwko Znanym Ludziom.

Zespół był pomysłem burmistrza. To facet o mentalności twardogłowego biznesmena, który uważa, że zarządzanie wielkim miastem przypomina zarządzanie linią lotniczą – najbardziej dbasz o stałych klientów z platynową kartą. W Nowym Jorku oznacza to persony nieprzyzwoicie bogate, wpływowe i sławne, czasem zresztą z niepojętych powodów.

Codziennie dbam o bezpieczeństwo miliarderów z Wall Street, gwiazd sportu z siedmiocyfrowymi kontraktami i ludzi show-biznesu. Z tymi ostatnimi mamy najwięcej pracy. Pewnie dlatego, że ich atrakcyjność przyciąga stalkerów, majątek przyciąga złodziei, a podłość charakteru kusi morderców.

Nazwa Zespół do spraw Przestępstw Przeciwko Znanym Ludziom wskazuje, że departament policji dysponuje oddziałem specjalnym oddelegowanym wyłącznie na potrzeby miejscowej śmietanki. Tak, właśnie tak, choć jest to zupełnie niepoprawne politycznie. Dlatego burmistrz poprosił, a tak naprawdę nakazał, żebyśmy tej nazwy nie używali.

Dlatego mówi się o nas: NYPD Red. Dla gliniarza w Nowym Jorku to najlepsza możliwa robota.

Herbata ostygła, dodałem więc cukru i włożyłem kubek do mikrofalówki. Trzydzieści sekund później była cieplejsza i słodsza, co nie zmieniało faktu, że nadal była herbatą. Usiadłem przy komputerze i sprawdziłem pocztę. Był krótki mejl od Omara:

Cześć, Zach, dziś WIELKI DZIEŃ. Połamania nóg. LOL. Omar.

Kliknąłem „Odpowiedz” i napisałem:

Cieszę się, że jeden z nas uważa to za zabawne.

Omar Shanks jest, a raczej do ubiegłego tygodnia był moim partnerem. Policyjna drużyna softballowa grała z zespołem strażaków na dorocznym meczu charytatywnym, gdy jeden z zawziętych przeciwników usiłował powstrzymać Omara wślizgiem. W rezultacie złamał mu kostkę i zerwał więzadło krzyżowe przednie. Lekarze twierdzą, że leczenie Omara potrwa co najmniej cztery miesiące. Dzisiaj rano czeka mnie spotkanie z nowym partnerem, a ściślej mówiąc, z partnerką.

Nazywa się Kylie MacDonald. Mamy coś, czego partnerzy zwykle nie mają. Wspólny bagaż. Przynajmniej na razie nie chcę się zagłębiać w szczegóły, ale ogólny zarys mogę przedstawić.

To był mój pierwszy dzień w akademii policyjnej. Taksowałem wzrokiem innych rekrutów, gdy do sali weszła ona – opalona, złotowłosa bogini żywcem wyjęta z piosenki Beach Boys. Na ścianie wisiał defibrylator i miałem wrażenie, że za chwilę będę go potrzebował. Była zbyt piękna na policjantkę. O wiele lepiej pasowałaby na żonę gliniarza. Moją żonę.

Kilku innym musiała zaświtać w głowie ta sama myśl, ponieważ chwilę później zagarnął ją ocean testosteronu. Ignorowałem ją w myśl teorii, że dziewczynom takim jak Kylie bardziej podobają się faceci, którzy się nie przystawiają, nie ślinią na jej widok i nie obcinają pożądliwymi spojrzeniami. Po tygodniu zadziałało.

– Jestem Kylie MacDonald – zagadnęła pewnego dnia po zajęciach. – Jeszcze nie mieliśmy okazji rozmawiać.

– Tak, unikałem cię – burknąłem.

– Dlaczego?

– Z powodu koszulki.

– Jakiej koszulki?

– Tej, którą miałaś na sobie pierwszego dnia. Z logo Metsów.

– Niech zgadnę… Jesteś fanem Jankesów.

– Zdeklarowanym. Na śmierć i życie.

– Szkoda, że nie wiedziałam. Włożyłabym koszulkę z logo Jankesów. Specjalnie dla ciebie.

– Wątpię, żebyś ją miała.

– Zakład o pięć dolców, że mam.

– Zgoda.

Wyjęła komórkę i zaczęła przeglądać zdjęcia. W końcu znalazła to, którego szukała, i podała mi telefon.

Ujrzałem zdjęcie Kylie obejmowanej ramieniem przez skandalicznie przystojnego gościa w kapeluszu z logo Metsów na głowie. Kylie miała na sobie T-shirt z napisem „Jankesi”. Poniżej widniała dalsza jego część: „są do dupy”.

– Płać – wyciągnęła rękę.

Piękna i błyskotliwa. Jak mogłem się nie zakochać?

Dałem jej pieniądze. To, co nastąpiło później, to długa historia pełna radości i łez, szczęścia i rozpaczy. Bagaż, który zachowałbym na inny moment. Mogę jednak powiedzieć, jak się skończyła. Uroczystym ślubem kościelnym Kylie ze Spence’em Harringtonem, gościem ze zdjęcia w telefonie komórkowym.

To było prawie dziesięć lat temu. Teraz Kylie i ja mamy być partnerami. Niełatwo przyzwyczaić się do nowego partnera i układać sobie z nim współpracę. Jeszcze trudniej, gdy nadal jest się w nim beznadziejnie zakochanym.

Właśnie z tego powodu obudziłem się w środku nocy.

Wylałem zieloną herbatę do zlewu. Do diabła z czakrami. Potrzebowałem kawy.

 

***

 

Bistro U Gerri znajduje się przy Lexington Avenue w niewielkiej odległości od dziewiętnastego komisariatu i dokładnie naprzeciwko Hunter College. O piątej rano nie ma tam ani jednego studenta, roi się za to od taksówkarzy, budowlańców i gliniarzy. Jeden z nich ma doktorat zamiast broni.

Cheryl Robinson jest psychiatrą w wydziale. Prócz doskonałego zrozumienia ludzkich zachowań oraz umiejętności słuchania, doktor Robinson ma coś, co odróżnia ją od reszty specjalistów, z jakimi miałem do czynienia. Jest olśniewająco piękna. Choć przysięga, że w dziewięćdziesięciu procentach jest Irlandką, ma ciemnobrązowe oczy, kruczoczarne włosy i cudowną karmelową karnację po babci Latynosce.

Spodobała mi się już na pierwszych zajęciach z negocjacji. Była jednak mężatką, co dla mnie oznacza kategorię „poza zasięgiem”. Ostatnio jej stan cywilny uległ zmianie, ale atrament na papierach rozwodowych jeszcze nie wysechł. Tego ranka siedziała sama w jednym z boksów. Sądząc z mowy ciała i smutku w oczach, nadal zmagała się z upiorami nieudanego związku.

Dla niektórych mężczyzn oznacza to jawne zaproszenie. Widzą w takiej kobiecie łatwy cel, istotę gotową do wypełnienia pustki przelotnym seksem bez zobowiązań, ale ja do nich nie należę. Zresztą byliśmy już Cheryl dobrymi przyjaciółmi, a ona wyglądała na kogoś, kto bardziej potrzebuje przyjaciela, niż chwili zapomnienia.

Kupiłem dwie kawy na wynos, jedną włożyłem do torby, drugą otworzyłem.

– Mogę się przysiąść? – zapytałem, sadowiąc się naprzeciwko Cheryl. – Wyglądasz jak dama w opałach, a ja mam w sobie nadczynny gen księcia na białym koniu.

– Sądziłam, że wszyscy gliniarze mają ten problem, ale ty jesteś pierwszy, który chce mnie podnieść na duchu – odparła.

– To dlatego, cały czas widzą w tobie psychiatrę. Boją się, że jeśli usiądą i zaczną coś mówić, od razu zaczniesz ich analizować.

– A co tu jest do analizowania? Są stuknięci, więc zostają policjantami. Zostali policjantami, więc są stuknięci.

Przed nią leżały na stole otwarte saszetki z cukrem. Sięgnąłem po jedną.

– Ponieważ w dzieciństwie przeczytałem wszystkie książki z serii „Hardy Boys”, zgaduję na podstawie ilości cukru, że siedzisz tu około czterdziestu minut.

– Godzinę – uściśliła, zerkając na zegarek.

– Wynika stąd, że nawet psychiatrzy mają problemy, które nie pozwalają im w nocy spać.

– Problem jest jeden i ten sam. Fred.

– Myślałem, że rozwiedliście się dwa tygodnie temu. Na mocy prawa obowiązującego w stanie Nowy Jork, Fred przestał już być twoim problemem, czyż nie?

– Wieczorem przysłał mi mejla. Jest zaręczony.

– Hm – powiedziałem, z namysłem kiwając głową i gładząc nieistniejącą kozią bródkę. – Und jak się z tym czujesz?

Zaśmiała się.

– To najgorsza imitacja Freuda, jaką słyszałam.

– Tak naprawdę to był doktor Phil, ale ty unikasz odpowiedzi na pytanie.

– Nie obchodzi mnie, że drań ponownie się ożeni, ale lepiej bym się czuła, gdyby proces zapominania o mnie trwał nieco dłużej niż dwa tygodnie.

– Ma pani rację, pani doktor. Mógłby się z tym wstrzymać, aż dojdziesz do siebie. O, widzę, że już doszłaś.

Znowu się zaśmiała.

– Miałam dość Freda już dwa lata przed rozwodem.

– Teraz inna będzie cierpieć. Jest remis.

– Dzięki. Moja kolej na wejście w rolę doktora. Dlaczego zerwałeś się dzisiaj tak wcześnie?

– Czeka mnie szalony tydzień. Do Nowego Jorku zwala się gromada ludzi z Hollywood. Chciałem się przygotować na ich przyjazd.

– Rozumiem. I nie ma to nic wspólnego z tym, że dzisiaj zaczynasz pracę z nową partnerką, która jest twoją byłą dziewczyną.

Cheryl Robinson znała moją historię z Kylie. Opowiedziałem jej o tym podczas przyjęcia z okazji przejścia na emeryturę jednego z policjantów. Cheryl umiała słuchać, a ja byłem dostatecznie pijany, by się przed nią otworzyć. I wcale tego nie żałowałem. Możliwość opowiedzenia o tym profesjonalistce w prywatnej rozmowie zadziałało terapeutycznie.

– Chyba masz rację. Kylie zaczyna dzisiaj. Dotąd nie podziękowałem ci, że pomogłaś jej zdobyć tę pracę.

Gdybym miał wymienić to, co absolutnie najpiękniejsze w Cheryl Robinson,  byłby to jej uśmiech. Zupełnie jakby uruchamiała go włącznikiem. W jednej chwili ciemne oczy rozjaśniały się, a pełne usta odsłaniały rząd białych zębów. Moja drobna złośliwa uwaga, na którą kto inny zareagowałby podobną złośliwością, u niej wywołała promienny uśmiech o mocy tysiąca megawatów.

– Brawo, detektywie – powiedziała. – Myśl, co chcesz, ale nie pomogłam Kylie MacDonald zdobyć tej posady. Sama to sobie zawdzięcza. Kapitan Cates poprosiła, żebym nieoficjalnie zerknęła w jej profil. Robił wrażenie. Wasza przeszłość nie zaszkodziła jej w karierze.

Wzniosłem kubek z kawą.

– Mam nadzieję, że nie zaszkodzi też mojej.

Cheryl nakryła dłonią moją dłoń. Omal nie upuściłem kubka.

– Zach – powiedziała miękko – przestań użalać się nad sobą. Pozwól przeszłości odejść i zacznij od nowa.

– Dobra rada, pani doktor – odparłem, kładąc rękę na jej dłoni. – Dobra dla nas obojga.

Sięgając po książkę zapewniamy sobie kilka godzin bardzo dobrego kryminalnego zaczytania, satysfakcjonującej lektury, opartej na wciągającej fabule i umiejętnie budowanym narastającym napięciu. Bardzo chętnie zagłębiamy się w powieść, niecierpliwie wyczekując dalszego przebiegu zdarzeń, przemieszania realnego świata i filmowej iluzji. Wszystkie zaproponowane i przedstawione czytelnikowi wątki idealnie do siebie pasują, przenikają i uzupełniają się wzajemnie, opisywana historia faktycznie mogłaby mieć miejsce.

„Scenariusz mordercy” czyta się błyskawicznie, dzięki specjalnemu oddziałowi RED, który wykonuje znakomitą pracę, prowadząc nas przez całą historię i jednocześnie nadając tempo fabule, a ta leci do przodu jak na złamanie karku. Akcja już od samego początku rozwija się w zastraszającym tempie, także nie sposób się przy niej nudzić. Dzięki tej książce przepadłam na kilka godzin, ponieważ nie byłam w stanie się od niej oderwać, gdyż musiałam się dowiedzieć, jaki scenariusz zgotował Kameleon dla swoich kolejnych ofiar. A każdy kolejny akt jego przedstawienia, to była prawdziwa mieszanina grozy i absurdalnego miejscami humoru z dodatkiem historii miłosnej. (...) Myślę, że ta książka spodoba się każdemu, kto lubi porządnie skonstruowane kryminały, dopracowaną akcję i perfekcyjnie zbudowane postacie. Z czystym sercem polecam każdemu wielbicielowi tego gatunku.

Ogromnym plusem jest niezwykle ciekawie nakreślona postać psychopatycznego zabójcy. Autorzy nieźle poplątali mu w głowie. Do końca nie było wiadomo co roi się w tak chorej psychice. 
Jeżeli lubicie pióro Pattersona, jego styl pisania, szybkie niczym torpedy thrillery i szukacie książki, która was wciągnie, a jednocześnie zaserwuje niezły relaks, to Scenariusz mordercy jest lekturą dla was. 

Jeśli lubicie książki z gatunku niezbyt ciężkich kryminałów, w których dominują inteligentni, silni bohaterowie obracający się wśród wpływowych osobistości, gdzie całość tyczy się przemysłu filmowego, to jest to książka dla Was. Niech Hollywood na moment wciągnie Was na czerwony dywan.

No tak, książka mnie bardzo zaciekawiła, że do samego końca czytałam ją z wielką chęcią. Mimo że wiem, kim był morderca, to i tak było wiele zaskakujących momentów, które powodowały że nie mogłam się oderwać. Skończyłam ją bardzo szybko, wokół mnie zrobiła się trochę smutna atmosfera, ponieważ to koniec. Ale od razu humor mi się poprawił, gdy dowiedziałam się że jednak to nie koniec, ponieważ kilka części zostało już wydanych. Teraz z niecierpliwością czekam, aż zostaną przetłumaczone na nasz język. Tutaj nie można się nudzić, a całą da radę pochłonąć w mig.

Komu mogę polecić tę książkę? Fanom Jamesa Pattersona, to chyba oczywiste. Myślę, że wielbiciele suspensu także znajdą tu coś dla siebie. Ten autor jest mistrzem we wstrzymywaniu akcji. Utrzymuje w napięciu, by zaskoczyć czymś zaczytanego czytelnika, który jest na 100% przekonany o tym, że wie, jakie będzie rozwiązanie tej zagadki. Nie zrażajcie się też tym, że niemal od początku wiadomo, kto zabił. To ma głębszy sens i nie jest bezcelowe.

Książkę czytało mi się błyskawicznie i bardzo przyjemnie. Wydaje mi się, że to za sprawą stylu jakim posługuje się autor. I samej konstrukcji książki. Swoją zasługę, choć mniejszą ma też zapewne duża czcionka, która usprawniła czytanie. Sama okładka także przyciąga wzrok i zachęca do przeczytania.

"Scenariusz mordercy" jest kryminałem, trzymającym w napięciu od pierwszej strony. Nie można przewidzieć następnych wydarzeń. Akcja jest niesamowita, a szczegóły każdego zabójstwa dopracowane. Książkę polecam każdemu fanowi kryminałów i thrillerów.

Jeśli lubicie powieści sensacyjne, sceny w stu procentach filmowe, bohaterów pięknych, zdolnych i wysportowanych ta książka jest dla was. Może dać chwilę dynamicznej rozrywki oraz przybliżyć nieco atrakcyjny styl życia ludzi z wyższych kręgów. Nowoczesne lofty, luksusowe jachty i czerwony dywan. Tego wszystkiego powieść nam dostarcza w hollywoodzkim stylu.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

AgaRozz
2015-10-29

Pierwsza część serii, która na świecie zdobyła niemałe uznanie. "Scenariusz mordercy" autorstwa samego Jamesa Pattersona to thriller policyjny o pracy detektywów elitarnej jednostki NYPD RED. Mistrz suspensu tym razem zabiera nas do światka Hollywood. RED to jednostka nowojorskiej policji, zajmująca się ochroną ludzi z pierwszych stron gazet - polityków, celebrytów, czy sportowców. Akcja...