Thriller / Sensacja / Kryminał
Diabelski walc
KUP TERAZ

Diabelski walc

Jonathan Kellerman
brak opinii
Liczba stron: 560
ISBN: 978-83-276-1688-3
Premiera: 2015-10-07

Alex Delaware, psycholog dziecięcy, zostaje wezwany do szpitala na konsultacje. Pacjentka, kilkuletnia Cassie, przynajmniej raz w miesiącu trafia w ciężkim stanie na ostry dyżur. Nikt nie potrafi jej zdiagnozować.

Prowadząca lekarka podejrzewa zespół Münchausena per procura, który polega na tym, że to opiekunowie wywołują chorobę dzieci. Nie chce jednak rzucać niepopartych dowodami oskarżeń, bo rodzina Cassie jest bardzo zamożna i wpływowa.

Alex postanawia przyjrzeć się sprawie. Ale im dłużej ją bada, tym więcej przerażających faktów odkrywa, a krąg podejrzanych nieustannie się powiększa.

Złośliwa odmiana tego schorzenia, zespół Münchhausena per procura, polega na tym, że rodzice wywołują chorobę u własnych dzieci, prowadząc w ten sposób intelektualną grę z lekarzami, pielęgniarkami, z całą służbą zdrowia. Nikt właściwie nie rozumie, jak i dlaczego dochodzi do takich zaburzeń psychicznych. Zespół Münchhausena pozostaje przerażającą zagadką dla medycyny, a dla mnie, jako pisarza i klinicysty, fascynującym polem badań.

W „Diabelskim walcu” Alex Delaware przeżywa swoją być może najbardziej intrygującą i mrożącą krew w żyłach przygodę. Pewna mała dziewczynka ciągle choruje i nikt nie wie dlaczego. Lekarze podejrzewają zespół Münchhausena per procura, lecz nie mogą tego udowodnić. Dążenie do poznania prawdy staje się obsesją Alexa, a to, co odkrywa, daleko wykracza poza prywatne życie dziecka i jego udręczonych rodziców, i rzuca światło na niektóre z ważniejszych problemów stojących dziś przed służbą zdrowia.

Mam nadzieję, że spodoba się Wam ta książka.

 

Z poważaniem

 

Jonathan Kellerman

 

***

 

Był to przybytek mitu i strachu, dom cudów i najgorszych porażek.

Spędziłem tam czwartą część swego życia, ucząc się radzić sobie z rytmem, szaleństwem, z nakrochmaloną bielą tego wszystkiego.

Po pięciu latach nieobecności byłem tam obcy, więc gdy wkraczałem do holu, z niepokoju ściskało mnie w żołądku.

Szklane drzwi, czarne granitowe posadzki, wysokie, wklęsłe, wyłożone marmurem ściany obwieszczające nazwiska zmarłych dobroczyńców.

Pozornie wspaniałe miejsce rozpoczęcia pełnej niepewności podróży, która nie wiadomo gdzie się zakończy.

Grupa wymęczonych podwójnym dyżurem chirurgów stażystów – Boże, jacyż byli młodzi – wlokła się w tekstylnych pantoflach na papierowej podeszwie. Moje buty miały podeszwy ze skóry i głośno stukały na granicie.

Gładkie jak lód posadzki. Zaczynałem właśnie staż, kiedy je ułożono. Przypomniały mi się protesty, żarliwe petycje przeciw niestosowności polerowanego kamienia w miejscu, gdzie chodzą i biegają, kuśtykają i jeżdżą na wózkach małe dzieci. Lecz jakiś filantrop uznał, że tak będzie ładnie. Było to w czasach, gdy łatwo było o filantropów.

Tego ranka granitu prawie nie było widać. Hol wypełniał tłum ludzi, przeważnie ciemnoskórych i ubogo odzianych. Stali w kolejkach do oszklonych budek, wyczekując na łaskawą uwagę rejestratorek o kamiennych twarzach, które unikały patrzenia w oczy, nabożnie kontemplując dokumenty. Nie wyglądało na to, by kolejki posuwały się naprzód.

Dzieci płakały i ssały matczyne piersi, kobiety pochylały się, mężczyźni patrzyli w podłogę, tłumiąc przekleństwa.

Ludzie wpadali na siebie i rozładowywali napięcie żartami. Niektóre dzieci – te, które wyglądały jeszcze jak dzieci – wykręcały się i wyrywały ze zmęczonych ramion dorosłych opiekunów, by zdobyć cenne sekundy wolności, zanim zostaną pochwycone i przyciągnięte z powrotem. Inne – blade, chude i łyse, o zapadłych policzkach i nienaturalnej karnacji – stały w milczeniu, boleśnie uległe. Słowa w obcych językach rozbrzmiewały ostro na tle monotonnego buczenia głosów operatorek pagerów. Czasem zdawkowy uśmiech czy żart rozjaśniał posępną apatię, by zaraz potem zgasnąć niczym iskra z wilgotnego krzemienia.

Gdy podszedłem bliżej, poczułem ten zapach.

Spirytus do dezynfekcji, gorzkie mikstury antybiotyków, lepko-dojrzały eliksir życia i cierpienia.

Eau de Hospital. Pewne rzeczy zawsze pozostają takie same. Ale ja się zmieniłem, miałem zimne ręce.

Przecisnąłem się przez tłum. Właśnie dotarłem do wind, gdy mocno zbudowany mężczyzna w granatowym mundurze wynajętego policjanta wyłonił się nie wiadomo skąd, zastępując mi drogę. Miał siwiejące blond włosy ostrzyżone na jeża, okulary w czarnej oprawie na trójkątnej twarzy, wygolonej tak dokładnie, że skóra sprawiała wrażenie, jakby wypolerowano ją wilgotnym piaskiem.

– Czym mogę panu służyć?

– Jestem doktor Delaware. Mam spotkanie z doktor Eves.

– Proszę okazać jakiś dokument.

Zaskoczony wyłowiłem z kieszeni przypinaną plakietkę identyfikacyjną sprzed pięciu lat. Wziął ją i zlustrował uważnie, jakby stanowiła klucz do jakiejś zagadki. Spojrzał na mnie, następnie znów na czarno-białe zdjęcie zrobione dziesięć lat temu. W ręku miał radiotelefon, przy pasie kaburę z pistoletem.

– Wygląda na to, że zaostrzono środki bezpieczeństwa, odkąd byłem tu po raz ostatni – powiedziałem.

– Ta plakietka jest już nieważna – stwierdził. – Ciągle należy pan do personelu?

– Owszem. – Gdy zmarszczył brwi i schował plakietkę do kieszeni, spytałem: – Będą jakieś problemy?

– Wymagane są nowe plakietki, proszę pana. Jeśli pójdzie pan do ochrony, prosto przez kaplicę, zrobią panu zdjęcie i załatwią wszystko. - Dotknął swojej plakietki przypiętej do klapy. Kolorowa fotografia, dziesięciocyfrowy numer identyfikacyjny.

– Ile to potrwa? – zapytałem.

– To zależy, proszę pana. – Popatrzył nad moim ramieniem, jakby nagle znudzony.

– Od czego?

– Ilu jest przed panem. Czy pana papiery są w porządku.

– Niech pan posłucha – powiedziałem – już za parę minut mam spotkanie z doktor Eves. Załatwię plakietkę, wychodząc stąd.

– Niestety, proszę pana – odparł, patrząc ciągle gdzie indziej. Założył ramiona na piersi. – Przepisy.

– Jakieś nowe?

– Listy do personelu medycznego wysłano zeszłego lata.

– Musiałem przegapić. – Pewnie nawet nie otwierając, wyrzuciłem ten list do śmieci, jak większość druków szpitalnych. Gdy facet nie odpowiedział, mówiłem dalej: – Naprawdę zależy mi na czasie. A nie mógłbym przejść z plakietką odwiedzającego?

– Plakietki odwiedzających są dla odwiedzających, proszę pana.

– Odwiedzam doktor Eves.

Przeniósł wzrok na mnie. Znów zmarszczył brwi, tym razem z głębszym namysłem. Zlustrował deseń na moim krawacie. Dotknął swojego pasa po stronie kabury z pistoletem.

– Plakietki odwiedzających są tam, w rejestracji. – Wskazał zgiętym kciukiem jedną ze zbitych kolejek.

Znów założył ręce.

Uśmiechnąłem się.

– Nie da się tego jakoś obejść, co?

– Nie, proszę pana.

– Prosto przez kaplicę?

– Prosto i w prawo.

– Mieliście jakieś przestępstwa? – zapytałem.

– Ja nie ustalam przepisów, proszę pana. Egzekwuję je tylko.

Odsunął się dopiero po chwili, obserwując z ukosa moje odejście. Skręciłem za róg, spodziewając się, że jednak pójdzie za mną, ale korytarz był cichy i pusty.

Drzwi z napisem: SŁUŻBY OCHRONY były dwadzieścia kroków dalej. Na klamce wisiała wywieszka: WRÓCĘ O. Ruchome wskazówki wydrukowanej nad napisem tarczy zegara ustawiono na dziewiątej trzydzieści rano. Mój zegarek wskazywał dziewiątą dziesięć. Mimo to zapukałem. Żadnej odpowiedzi. Obejrzałem się. Żadnego strażnika. Przypomniawszy sobie, że tuż za medycyną nuklearną jest winda dla personelu, ruszyłem dalej korytarzem.

Zamiast medycyny nuklearnej ujrzałem napis MAGAZYNEK. Następne zamknięte drzwi. Winda była na swoim miejscu, ale nie miała klamek. Żeby ją otworzyć, potrzebowałbym klucza. Rozglądałem się za najbliższą klatką schodową, kiedy pojawiło się dwóch sanitariuszy toczących puste łóżko na kółkach. Obaj byli młodzi, wysocy i czarni, i z dumą obnosili swoje kanciaste fryzury. Dyskutowali o grze Raidersów. Jeden z nich wyjął klucz, włożył do zamka i przekręcił. Drzwi windy rozsunęły się, ukazując ściany z pikowanym obiciem. Podłoga zaśmiecona była opakowaniami po słodyczach i kawałkami brudnej gazy. Sanitariusze wepchnęli wózek do środka. Wszedłem za nimi.

Pediatria Ogólna zajmowała wschodnie skrzydło czwartego piętra, od Oddziału Noworodków oddzielały ją drewniane wahadłowe drzwi. Wiedziałem, że poradnię dla pacjentów z miasta otwarto dopiero przed kwadransem, ale mała poczekalnia była już przepełniona. Chorzy pokasływali, kichali, wodzili szklistymi spojrzeniami i kręcili się niecierpliwie. Matczyne ręce ściskały mocno dzieci i niemowlęta, dokumenty i magicznie połyskujące plastikiem karty ubezpieczenia Medi-Cal. Na prawo od okienka recepcji znajdowały się dwuskrzydłowe drzwi z poleceniem: PACJENCIE, NAJPIERW SIĘ ZAREJESTRUJ, poniżej to samo napisano po hiszpańsku.

Przepchnąłem się i poszedłem dalej długim białym korytarzem oblepionym plakatami informującymi o wartościach odżywczych pokarmów i środkach bezpieczeństwa, komunikatami okręgowej służby zdrowia i dwujęzycznymi upomnieniami, by jadać prawidłowo, szczepić się, stronić od alkoholu i narkotyków. Pacjentów przyjmowano w kilkunastu pokojach, stelaże na karty choroby były przepełnione. Spoza zamkniętych drzwi dobiegały kocie wrzaski i pomruki zadowolenia. Po drugiej stronie korytarza znajdowały się kartoteki, magazynki i lodówka z czerwonym krzyżem. Sekretarka wystukiwała coś na klawiaturze komputera. Pielęgniarki krzątały się między magazynkami a pokojami przyjęć. Stażyści rozmawiali przez zawieszone pod brodą przenośne telefony, podążając za dziarsko kroczącymi lekarzami.

W krótszym korytarzyku odchodzącym pod kątem prostym mieściły się gabinety. Otwarte, trzecie z kolei z siedmiu drzwi, prowadziły do pokoju Stephanie Eves.

Pomieszczenie miało trzy na cztery metry. Ściany pomalowane na obowiązujący beżowy kolor ożywiały półeczki pełne książek i czasopism, kilka plakatów Joana Miró i jedno zaparowane okno wychodzące na wschód. Nad lśniącymi dachami samochodów, szczyty wzgórz Hollywood zdawały się rozpływać w smogu i chaosie tablic ogłoszeniowych.

Standardowe szpitalne biurko z chromu i sztucznego orzecha przysunięte było do ściany. Solidne chromowane krzesło z siedzeniem obitym pomarańczową tkaniną walczyło o miejsce z wytartym fotelem o opuszczanym oparciu. Na zniszczonym stoliku pomiędzy nimi umieszczono maszynkę do kawy w towarzystwie cherlawego filodendrona w niebieskiej porcelanowej doniczce.

Stephanie siedziała przy biurku w białym fartuchu nałożonym na sukienkę w kolorach szarym i czerwonego wina, wpisując do formularza liczbę przyjmowanych pacjentów. Sięgający do brody stos kart przesłaniał rękę, którą pisała. Kiedy wszedłem do pokoju, podniosła wzrok, odłożyła długopis, uśmiechnęła się i uniosła za biurkiem.

– Alex.

Stała się przystojną kobietą. Ciemnobrązowe włosy, niegdyś sięgające ramion, rzadkie i spięte wsuwkami, były teraz krótko przycięte, przyprószone na końcach siwizną i puszyste. Szkła kontaktowe zastąpiły babcine okulary, odsłaniając bursztynowe oczy, na które nie zwróciłem dotąd uwagi. Rysy wydawały się ostrzejsze, bardziej wyraziste. Nigdy nie była tęga, teraz stała się wręcz szczupła. Przekroczyła już trzydzieści pięć lat i czas jej nie oszczędził. W kącikach oczu pojawiła się siateczka drobnych zmarszczek, a na ustach miała lekki grymas, choć makijaż doskonale wszystko to maskował.

– Miło cię widzieć – powiedziała, ujmując moją rękę.

– Miło cię widzieć, Steph.

Objęliśmy się na chwilę.

– Podać ci coś? – Wskazała maszynkę do kawy, pobrzękując pozłacanymi bransoletkami. Na drugiej ręce miała złoty zegarek. Nie nosiła żadnych pierścionków. – Starą dobrą kawę czy prawdziwe café au lait? Ten krasnal naprawdę gotuje mleko.

Powiedziałem, że dziękuję, i spojrzałem na maszynkę. Mała i pękata, matowoczarna, z elementami z błyszczącej stali, miała logo niemieckiego producenta. Zbiorniczek był niewielki, na dwie filiżanki. Obok znajdował się mały miedziany dzbanuszek.

– Ładny, co? – zapytała z uśmiechem. – To prezent od przyjaciela. Chciałam, by było tu trochę bardziej szykownie. - Wcześniej nigdy do szyku nie przywiązywała znaczenia.

Odpowiedziałem uśmiechem i usadowiłem się na fotelu. Na stoliku obok leżała oprawna w skórę książka. Podniosłem ją. Wiersze zebrane Byrona. Zakładka księgarni Browserów, w Los Feliz, tuż za Hollywood. Tłocznej i pełnej kurzu, specjalizującej się głównie w poezji. Czyli mnóstwo chłamu i trochę pereł. Chadzałem tam jako stażysta w czasie przerwy na lunch.

– Pisarz z prawdziwego zdarzenia – powiedziała Stephanie. – Staram się poszerzyć zainteresowania.

Odłożyłem książkę. Stephanie siadła przy biurku, założyła nogę na nogę i patrzyła na mnie, obracając się na krześle. Jasnoszare pończochy i zamszowe pantofle pasowały do sukienki.

– Świetnie wyglądasz – powiedziałem.

Znów uśmiech, wprawdzie zdawkowy, lecz radosny, jakby ucieszył ją ten komplement, choć i tak się go spodziewała.

– Ty także, Alex. Dzięki, że zechciałeś przyjść tak szybko.

– Zainteresowałaś mnie.

– Czyżby?

– Pewnie. Wszystkie te napomknienia o zawiłej intrydze…

Obróciła się w stronę biurka, wyciągnęła ze stosu jedną z kart i położyła na kolanach, ale nie otworzyła.

– Tak – odparła. – Zastanawiająca sprawa, to pewne. - Wstała nagle, podeszła do drzwi, zamknęła je, wróciła na miejsce i spytała: – No więc jak się czujesz, wróciwszy tu znowu?

– Omal mnie nie zatrzymano po drodze. - Opowiedziałem o spotkaniu ze szpitalnym ochroniarzem.

– Faszysta – rzuciła wesoło.

Natychmiast odżyły wspomnienia, te wszystkie komitety protestacyjne, którym przewodniczyła. Biały fartuch wzgardzony dla dżinsów, sandałów i spłowiałych bawełnianych bluzek. „Stephanie, nie pani doktor. Tytuły to ekskluzywistyczny wynalazek elity władzy...”.

– Taa, miał w sobie coś z wojskowego – odrzekłem, ale ona wpatrywała się już tylko w leżącą na kolanach kartę.

– Zawiła intryga – podjęła. – Zagadką jest kto-to-zrobił, jak-to-zrobił, i czy w-ogóle-ktoś-to-zrobił. Tylko że to nie Agatha Christie, Alex. Całe to zamieszanie dzieje się naprawdę. Nie wiem, czy będziesz w stanie pomóc, ale nie jestem pewna, co mam dalej robić.

Do pokoju przeniknęły głosy z korytarza, wrzaski, napomnienia, kroki biegnącej osoby. Potem gipsowymi ściankami wstrząsnął przeraźliwy krzyk dziecka.

– Toż to istne zoo – powiedziała Stephanie. – Chodźmy stąd.

 

***

 

Tylne drzwi poradni wychodziły na klatkę schodową. Zeszliśmy na pierwsze piętro podziemi. Stephanie poruszała się szybko, niemal zbiegała po schodach.

W kawiarence było prawie pusto. Przy jednym stoliku z pomarańczowym blatem jakiś stażysta czytał kolumnę sportową, dwa inne zajmowały wymęczone pary, które wyglądały, jakby spały w ubraniach. Rodzice spędzający noc w szpitalu. Kiedyś walczyliśmy o to.

Niektóre stoliki zastawione były pustymi tacami i brudnymi naczyniami. Sanitariusz w siatce na włosach krążył nieśpiesznie po sali, napełniając solniczki.

Na wschodniej ścianie znajdowały się drzwi do jadalni dla lekarzy. Na lakierowanej okładzinie z drewna tekowego widniała mosiężna tabliczka z misternie wygrawerowanym nazwiskiem. Jakiś filantrop o inklinacjach marynarskich. Stephanie minęła je i poprowadziła mnie do odgrodzonego ścianką stolika w końcu głównej sali.

– Na pewno nie chcesz kawy? – zapytała.

Przypomniawszy sobie szpitalną lurę, odparłem:

– Wyczerpałem już swój limit kofeiny.

– Wiem, co masz na myśli. - Przeczesała ręką włosy i usiadła, ja również. – Dobra – powiedziała. – Mamy tu dwudziestojednomiesięczną białą dziewczynkę, ciąża donoszona, poród normalny, dziewięć punktów w skali ogólnej oceny pediatrycznej. Jedyny istotny fakt z przeszłości jest taki, że tuż przed urodzeniem małej jej roczny brat zmarł na zespół nagłego zgonu niemowląt.

– Czy są inne dzieci? – spytałem, wyjmując notatnik i długopis.

– Nie, tylko Cassie. Chowała się świetnie aż do trzeciego miesiąca życia, kiedy to matka wstawszy pewnej nocy, by sprawdzić, jak się czuje, spostrzegła, że nie oddycha.

– Chciała sprawdzić, bo obawiała się nagłej śmierci?

– Dokładnie. Nie mogąc rozbudzić dziecka, intuicyjnie zastosowała sztuczne oddychanie oraz masaż serca. Trwało to trochę, ale reanimacja powiodła się. Potem przywieźli dziewczynkę na ostry dyżur. Kiedy przyszłam ją zbadać, wyglądała dobrze, nie znalazłam nic szczególnego. Przyjęłam ją na obserwację, kazałam zrobić wszystkie rutynowe analizy. Nic. Po wypisaniu zainstalowaliśmy w domu monitor snu z alarmem. W ciągu kilku następnych miesięcy dzwonek odezwał się parę razy, ale były to fałszywe alarmy - dzieciak oddychał normalnie. Na wykresach znalazły się miejsca mogące świadczyć o bardzo krótkich okresach bezdechu, ale często zdarzają się także artefakty ruchowe, gdy dziecko rzuca się podczas snu. Uznałam, że może po prostu była niespokojna – te alarmy nie są niezawodne – i przypisałam cały incydent jakiejś przypadkowej nieregularności. Ale poprosiłam pulmonologów, żeby ją zbadali, bo jej brat zmarł nagle jako niemowlę. Nic nie stwierdzili. Postanowiliśmy więc poddawać ją ściślejszej kontroli w okresie największego zagrożenia śmiercią w kołysce.

– Rok?

– Wolałam być ostrożna, piętnaście miesięcy. Zaczęłam od cotygodniowych kontroli, potem kazałam im przychodzić coraz rzadziej, więc kiedy dziecko miało dziewięć miesięcy, gotowa byłam dać im spokój aż do badania w wieku jednego roku. Dwa dni później znów są na ostrym dyżurze, kłopoty z oddychaniem w środku nocy. Dziecko obudziło się z ogromnym kaszlem i głośnym świstem krtaniowym, ledwie dysząc. Znów sztuczne oddychanie w wykonaniu mamy i przywożą ją tutaj.

– Czy to nie przesada robić sztuczne oddychanie przy obrzęku krtani? Czy dziecko naprawdę zemdlało?

– Nie, Cassie nigdy nie straciła przytomności, tylko z trudem łapała oddech. Matka zareagowała może przesadnie, ale czyż można ją winić, skoro straciła pierwsze dziecko? Gdy dotarłam na ostry dyżur, dziewczynka wyglądała dobrze, żadnej gorączki, żadnych dolegliwości. I nic dziwnego. Chłodne nocne powietrze zmniejsza obrzęk śluzówki. Zrobiłam rentgen klatki piersiowej, badanie krwi, wszystko w normie. Zapisałam środki zmniejszające przekrwienie, płyny i całą resztę, i gotowa byłam odesłać ich do domu, ale matka poprosiła o przyjęcie do szpitala. Była przekonana, że to coś poważnego. Ja byłam prawie pewna, że nie, ale ponieważ mieliśmy ostatnio przypadki niepokojących zaburzeń oddechowych, przyjęłam Cassie i zleciłam codzienne analizy krwi. Wyniki były w normie, za to po kilku dniach kłucia mała dostawała histerii na widok białego fartucha. Wypisałam ją, wróciłam do cotygodniowych kontroli, w czasie których dzieciak nie miał mnie widywać. Gdy tylko wchodzę do pokoju przyjęć, mała zaczyna wrzeszczeć.

– Przyjemna strona pracy lekarza – powiedziałem.

Uśmiechnęła się smutno.

Niesamowity był ten walc, gorący, ostry, jak najbardziej diabelski. Taniec w rytm takiej książki maksymalnie wciąga, to prawdziwa czytelnicza przyjemność. Narracja umiejętnie podsyca naszą ciekawość, rozbudza emocje, porywa w wartki nurt niespodziewanych wydarzeń, interesujących wątków. A do tego, ten klimat nieustannego zagrożenia, niebezpieczeństwa i niepewności. Świetne połączenie thrillera medycznego z elementami psychologii, kryminału i sensacji, czyli wszystkiego tego co najbardziej rozpala nasze czytelnicze zmysły.

„Diabelski walc” łączy w sobie elementy thrillera medycznego, psychologicznego i powieści kryminalnej. Autor przybliżył czytelnikom pojęcie zespołu Münchausena per procura i zrobił to w bardzo interesujący sposób. Przyznam, że po raz pierwszy w tej książce zetknęłam się z tym pojęciem. Tym bardziej książka była bardzo wciągająca. Z każdą stroną zagadka coraz bardziej była zawiła, ukazując ciemne strony ludzkiego umysłu i psychiki.
Pozycja warta polecenia!

Gorąco polecam Diabelski walc. Znajdziecie w nim to wszystko, co powinien posiadać mistrzowski thriller psychologiczny i co ja osobiście najbardziej lubię w prozie Kellermanna. 
Czyta się błyskawicznie. 

Polecam fanom thrillera i skomplikowanych intryg. Jeśli macie ochotę trochę więcej czasu spędzić z lekturą to warto. Ja z pewnością jeszcze sięgnę po inną książkę Jonathana Kellermana, bo sposób jaki przedstawia swoich bohaterów jest godny polecenia.

Ta powieść to doskonałe połączenie kryminału z thrillerem psychologiczno-medycznym. Choć nie jest cienka czyta się ją w miarę szybko, a treść mocno skupia naszą uwagę na akcji, która toczy się swoistym tempem. Z każdą stroną zagadka coraz bardziej się wikła, ukazuje ciemne strony ludzkiego umysłu i psychiki. Autor wyczula nas na krzywdę dziecka, które niczemu nie jest, a jednak winne cierpi. Budzi nasze współczucie i litość oraz złość na osobę, która stoi za problemami Cassie. Lektura jest dopracowana, pełna szczegółów, które składają się na skomplikowany wzór. Czytając czułam się jak w coraz bardziej zawiłym labiryncie, z którego chciałam się wydostać a tym samym poznać kto jest winny. Nie można zarzucić tej pozycji nudy, stagnacji, monotonii. "Diabelski walc" to zatem książka od której nie mogłam się oderwać, która zaciekawiła mnie bezgranicznie i szybko mi się spodobała. Doceniłam kunszt dialogów, opisów i przybliżenia laikowi problemu medycznego, jakim jest zespół Munchausena. Książka jest naprawdę świetna w swoim gatunku, pełna sekretów, nieoczekiwanych zwrotów akcji oraz kolejnych poza główną zagadek. Lektura znajdzie uznanie nawet najbardziej wybrednych miłośników gatunku do jakiego należy. Polecam ją gorąco zwłaszcza tym, którzy lubią książki z medycyną w tle.

"Diabelski walc" wciąga. Pochłonęłam ją w ciągu dwóch dni. Nie można czytać spokojnie tej lektury. Poziom adrenaliny utrzymuje się na tym samym poziomie. Czytelnik żyje w stałej niewiadomej, podobnie jak sam główny bohater. To, co najważniejsze musimy sami odkryć. "Diabelski walc' spodoba się zdecydowanie czytelnikom , który lubią psychologiczne, miejscami dramatyczne, bulwersujące oraz skłaniające do zastanowienia lektury.

"Diabelski walc" łączy w sobie elementy thrillera medycznego, psychologicznego i powieści kryminalnej. Śledztwo prowadzone na własną rękę przez Alexa daje zaskakujące efekty i wydobywa na światło dzienne wiele brudnych spraw. Do samego końca nie można być pewnym kto jest tym dobrym, a kto złym. Autor wodzi czytelnika za nos podsuwając mu coraz bardziej mylne tropy i gmatwając zagadkę. Wszyscy bohaterowie kłamią i mają coś do ukrycia, nikt nie jest nieskazitelnie czysty, chociaż każdy próbuje takiego zgrywać. Rodzina Cassie wydaje się niemalże idealna, bogata, wpływowa, z dużymi możliwościami, ale co tak naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami? Kto i dlaczego znęca się nad małą dziewczynką?

„Diabelski walc” to całkiem niezły thriller psychologiczno-medyczny. Jonathan Kellerman ukazuje nam działania ludzkiej psychiki i tego, co choroba może zrobić z człowiekiem. Widzimy z jak dużym wyrachowaniem i brutalnością, ludzie dopuszczają się zbrodni i jak wiele zrobią by osiągnąć to co zaplanowali.

Z każdą kolejną przeczytaną stroną Diabelskiego walca czytelnik wie coraz mniej. Nie da się ukryć, że powieść wciąga i pasjonuje, bulwersuje i przeraża. Zaciekawia i oburza. Choć sprawa od początku wydaje się oczywista, to im dalej w ten ciemny las, tym trudniej określić, z czym tak w rzeczywistości mamy do czynienia. (...)
Diabelski walc jest powieścią intrygującą, a miejscami wręcz powalającą czytelnika na kolana. 

Kellerman stworzył kolejną niesamowitą opowieść, realną aż do bólu i sprawiającą, że podczas czytania ciarki chodzą po plecach. Jak zwykle książka jest dopracowana maksymalnie i napisana ze znawstwem tematu. Genialny thriller psychologiczny, poruszający i tajemniczy. Autor ukazuje nam mroczne zakamarki ludzkiej psychiki, przerażające i prawdziwe. Są bowiem tacy ludzie i niestety zdarzają się takie przypadki jak Cassie. Potrzebna jest czujność lekarzy i bliskich, aby zapobiec takim sytuacjom.
Przeczytałam z ciekawością i wypiekami na twarzy - polecam serdecznie!

„Diabelski walc” od samego początku wciąga, a tajemnicza, zagadkowa aura towarzyszy czytelnikowi do ostatniej strony powieści. Czytając nie jesteśmy wstanie ocenić kto jest dobry, a kto zły, razem z Alexem staramy się rozwikłać tajemnicę i dowiedzieć się kto jest winny. Coraz więcej tropów, pojawiające się ślady, które za chwilę znikają, coraz więcej podejrzanych, to wszystko serwuję nam autor siejąc zamęt w głowach. (...) Polecam książkę fanom thrillerów psychologicznych, medycznych oraz powieści kryminalnych, ale też każdemu kto ma ochotę pozbawić się detektywa i zagłębić się w tajemniczą historię, która wciąga i nie pozwala się oderwać. 

 

Autor proponuje nam diabelski taniec - walc, w którym czytelnik będzie poruszać się niepewnie, ale i szybko, coraz prędzej w toku kolejnych zaskakujących faktów. Powieść czyta się prosto i lekko, wręcz rytmicznie, pomimo iż problematyka dotyka zagadnień trudnych i niejasnych. Szczególnie podobał mi się ujęty w niej obraz ludzkiej psychiki. Kryminał Kellermana jest spacerem po przeróżnych osobowościach i niuansach, z jakich składa się nasz umysł. Bohaterowie sprawiają wrażenie żywych - każdy z nich ma własne motywacje, cele i przemyślenia. Chciałabym polecić tę książkę absolutnie każdemu ze względu na interesujący przebieg fabuły. Jest po prostu dobra, w sam raz na spędzenie z nią kilku jesiennych popołudni.

Jonathan Kellerman stworzył powieść, w której zgrabnie połączył thriller psychologiczny, powieść obyczajową i kryminał. Akcja stopniowo nabiera tempa, dzięki czemu czytelnik zyskuje czas by przyswoić sobie wszystkie informacje wyśledzone przez głównego bohatera. Sama intryga nie okazała się tak przewidywalna, jak przypuszczałam, bo choć zagadkę tajemniczych zachorowań dziewczynki można rozwikłać wcześniej, pozostaje jeszcze wiele znaków zapytania odnośnie sytuacji ekonomicznej placówki oraz pewnych zabójstw. Dodam jeszcze, że „Diabelski walc” jest siódmym tomem cyklu o doktorze Alexie Delaware. Sama na jednym tomie na pewno nie poprzestanę.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ