Thriller / Sensacja / Kryminał
Pod powierzchnią
KUP TERAZ

Pod powierzchnią

brak opinii
Liczba stron: 416
ISBN: 978-83-276-1617-3
Premiera: 2015-10-07

Kolejna wycieczka płynie tratwą przez malownicze przełomy rzeki Kolorado. Nad ich bezpieczeństwem czuwa przewodniczka Dani Whalen. Nagle ponton uderza w martwe ciało. Wezwana policja szybko stwierdza, że chodzi o nieszczęśliwy wypadek lub samobójstwo. Ale Dani dobrze znała ofiarę i wie, że Trey nigdy nie wskoczyłby do spienionej rzeki. Szef miejscowej policji nie tylko odmawia pomocy, ale aresztuje Dani za rzucanie bezpodstawnych oskarżeń.

Doświadczony detektyw, Ty Hauck, bezskutecznie szuka świadków, bo miejscowi milczą jak zaklęci. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Szybko staje się jasne, że miasteczkiem rządzi potężny koncern, a lokalne władze są skorumpowane. Gra toczy się o tak wysoką stawkę, że wszystkie chwyty są dozwolone.

Andrew Gross

Andrew Gross jest autorem międzynarodowych bestsellerów, notowanych m.in. na liście magazynu „New York Times”. Znajdują się wśród nich „Czarny przypływ”, „Niebieska strefa”, „Nie oglądaj się” i inne.
Jest również współautorem pięciu bestsellerowych powieści napisanych wspólnie z Jamesem Pattersonem, takich jak „Sędzia i kat” czy „Ratownik”. Książki Andrew Grossa zostały przetłumaczone na ponad dwadzieścia pięć języków.

– To było super! – potwierdziła dziarsko Megan, gdy wypłynęli na spokojniejszy odcinek między wodospadami.

– Jesteśmy w komplecie? – Dani wciąż natężała głos, by przekrzyczeć szum wody. – Będę miała za swoje, jak ktoś zginie. Harlan, jesteś?

Dziewczynka śmiała się, jakby nigdy dotąd się tak świetnie nie bawiła. Starszy brat chyba nie podzielał jej nastroju. Był blady jak ściana.

– Co się dzieje, Harlan? Może coś ci zaszkodziło na śniadanie?

– Nie, proszę pani – odparł chłopiec, blednąc jeszcze bardziej. – To było po prostu naprawdę straszne.

Wszyscy się roześmiali.

– No widzisz, masz to już za sobą. Teraz już będzie tylko bułka z masłem. Lewa strona, to była świetna robota! Dziękuję, że razem przez to przebrnęliśmy. Czy już wam mówiłam, że to kiedyś była także moja pierwsza trasa? Solo…. – Wszystkie głowy odwróciły się w jej stronę. – Co? Nie mówiłam? O Boże, pewnie zapomniałam. No, może nie pierwsza prawdziwa trasa. Zdawałam tu coś w rodzaju egzaminu przed instruktorem, kiedy przyjmowali mnie do pracy.

Ludzie się roześmiali. Potem czekał ich Barney Revenge. Klasa czwarta, pełną gębą. Potem znów wodospad. I jeszcze jeden, zwany One Too Far, o jeden za dużo. Tam jest tak: gdy już myślisz, że koniec i zaczynasz się odprężać, nagle nieoczekiwanie spadasz półtora metra w dół. Żołądek skacze do góry, ponton również. W tym miejscu Dani zawsze woła do uczestników:

– No tak, to było o jeden próg za dużo!

Przy Hell’s Half Mile wszyscy byli przerażeni, podekscytowani, wywijało nimi jak jeźdźcem na rodeo. Totalnie przemoczenie dotarli do kolejnych, już drobniejszych progów. Baby’s Cradle i Last Laugh, klasa druga i trzecia. Rzeka była tu już o wiele spokojniejsza. Cisza na morzu, jak to się mówi. Teraz jednak z powodu ubiegłotygodniowych opadów i ogólnego wiosennego przyboru wód również i te drobiazgi stanowiły pewne wyzwanie.

– Co do Kołyski… – wołała Dani. Nazwa Kołyska, Baby’s Cradle, brała się stąd, że próg składał się z pięciu części, w trakcie pokonywania których kolebało jak w dziecięcej kołysce. Zwłaszcza pierwszy spadek był dość zaskakujący. – Wiem, może się wam wydawać, że to nic groźnego, ale, przepraszam… – Musiała przerwać, bo zachwiała się z powodu nieoczekiwanego uderzenia masy wody o ponton. – Lepiej weźcie wiosła, kochani… bo ta nazwa… jest… zwodnicza!

Potem żołądek podskakuje do gardła jak w odrzutowcu, który nagle zniża lot o kilometr. Na przemian nurkujesz i się wznosisz, woda wlewa ci się do środka. Adrenalina skacze. Wszyscy drą się jak opętani. Odbijasz się od skały, która może cię odrzucić w każdą stronę. Możesz zgubić drogę, możesz wywrócić się do góry dnem. Dani kiedyś sama omal nie wypadła za burtę. Teraz jednak wszystko przebiegało pomyślnie. Zachwycone okrzyki typu: „Okej!” czy „To małe piwo!” świadczyły o tym, że i Harlan świetnie się bawi. Twarze za wodną kurtyną się uśmiechały

– Kochani, widzę, że z was więksi twardziele, niż myślałam. Uwaga, nadchodzi! – zawołała Dani, szykując się do kolejnych wstrząsów.

I wtedy tknęło ją przeczucie, że nie wszystko jest w porządku.

Z przodu, przed trzecim, najłatwiejszym progiem Kołyski, mignęło coś czerwonego. Może to wywrócony kajak? To się zdarza. Ludzie w pontonie, zajęci wiosłowaniem i żartami, jeszcze nic nie zauważyli.

Z bliska jej najgorsze obawy zaczęły się potwierdzać. To nie był jedynie kajak. Coś było w jego środku. Ktoś. W czerwonej kurtce sztormowej. Pasażerowie jej pontonu też już zaczęli pokazywać sobie to zjawisko palcami.

– Boże! Co to? Tam ktoś jest! – krzyczała matka Harlana.

– Widzę – odrzekła Dani, kierując ponton w tę stronę. – Proszę wszystkich o spokój. Podpłyniemy bliżej i sprawdzę, co się dzieje.

Domyślała się, że nic dobrego. Serce biło jej niespokojnie. Znała większość ludzi, którzy spływali tą rzeką, a już na pewno wszystkich, którzy wyprawili się na nią rano.

– Dobiję tutaj. – Wskazała skalną półkę tuż nad wodą. – I proszę, żeby wszyscy wysiedli.

A więc nici z dalszej części spływu…

– Steve, Dale – zwróciła się do dwóch najbardziej rosłych mężczyzn. – Proszę, pomóżcie mi wyciągnąć ponton na brzeg. Wszyscy muszą tam poczekać, a ja podpłynę i zobaczę. Bardzo mi przykro, że was to spotkało.

Wysiedli i przeciągnęli ponton w bezpieczne miejsce. Dani wyciągnęła z nylonowej torebki radionadajnik i przypięła go sobie do paska.

– Czekajcie spokojnie i uważajcie. Prąd jest tu bardzo zdradliwy. Cokolwiek by się działo, nie wchodźcie za mną do wody.

Mruknęli, że wszystko jasne.

W sandałach trekkingowych podeszła tak blisko przewróconej łódki, jak się dało. Znajdowała się ona w czymś w rodzaju sadzawki utworzonej wskutek działania wiru wodnego, jakieś dwanaście metrów od brzegu. Prąd był w tym miejscu dość silny, czyniąc zamiar Dani ryzykownym. Gdyby wpadła do wody, poniosłoby ją do kolejnego wodospadu. Straciłaby łączność z grupą. I jeszcze – cholera, to było głupie – zapomniała włożyć kask.

Przyglądała się odwróconemu do góry dnem kajakowi, który teraz znajdował się jakieś dziewięć metrów od niej. Ani śladu ruchu…

Wiedziała, że to nierozsądne, co zamierza zrobić. Nie ma liny ani partnera, który by tę linę podtrzymał.

W końcu jednak zdołała się przeprawić i stanąć okrakiem nad sadzawką.

– Słyszysz mnie? – zawołała.

Ktokolwiek był w kajaku, nie odezwał się ani nie poruszył. Stwierdziła tylko, że to mężczyzna. Jego twarz była jednak skryta pod wodą. On też nie miał zwyczaju chronić głowy kaskiem. Wszyscy sobie myślą, że ta rzeka to nic takiego… Dani pochyliła się, oparła kolanami o skały i odwróciła ciało.

Żołądek podskoczył jej do gardła równie gwałtownie jak w trakcie pokonywania najgroźniejszych wodospadów. Patrzyła z niedowierzaniem na tego człowieka , chciała zaprzeczyć temu, czemu zaprzeczyć się nie dało. Ogarnął ją smutek.

Znała go.

Wpatrywała się w twarz, z której woda zdążyła już zmyć wszelkie barwy.

Znała go bardzo dobrze.

 

***

 

Trey Watkins, ściślej Charles Alan Watkins III, do którego zwracano się w żartach per Wysoki Sądzie. Bo jego pełne nazwisko bardziej pasowało do sędziego Sądu Najwyższego niż do faceta, który zjeździł na nartach wszystkie bezdroża masywu Aspen, nakręcił kilka filmów podróżniczych z Warrenem Millerem, a latem wspinał się na Maroon Bells. Był też instruktorem paralotniarstwa.

Dani dobrze wiedziała, że spływ tą rzeką nie przedstawiał dla niego najmniejszego problemu nawet w najgorszych warunkach pogodowych. A te akurat dzisiaj były całkiem niezłe.

Na twarzy miał liczne obrażenia, w czaszce świeżą, sączącą się ranę, a szyję przerażająco wygiętą. Sięgnęła po jego dłoń, ale nie wyczuła ani śladu pulsu, więc położyła ją z powrotem w wodzie. O Jezu, nie… tylko nie to.

Trey.

Wiedziała, że czasami spływał sobie, ot tak dla wprawy, wczesnym rankiem, jeszcze przed pracą. Bo teraz miał normalną pracę. To znaczy taką, która nie polegała na włóczędze z nartami, wędrówce górami ani rzeką. Przypomniało się jej, jak kilka lat temu siedzieli razem po ostatnim zleceniu w barze Black Nugget. To było po śmierci matki Dani i po skończeniu przez nią koledżu. Trudno byłoby nazwać ich wzajemną relację. Nie był to związek, nawet nie miłostka. Trey nie był wówczas materiałem na stałego chłopaka. Spokojny, małomówny, z małego miasteczka na północy. Długie włosy związane w kucyk, wyblakły uśmiech niebieskich oczu, swobodne, budzące ufność zachowanie… Kobiety lgnęły do niego, Dani też zdarzyło się raz czy dwa szukać jego towarzystwa, gdy czuła się zagubiona i zła z powodu sprawy z mamą.

Przy Allie Benton wszystko uległo zmianie. Trey się ustatkował, ożenił, ściął włosy. Podjął nawet regularną pracę jako kierownik sklepu ze sprzętem sportowym. Mieli dziecko, małego Peteya. Wszyscy mówili, że dzięki temu Trey stał się ostatecznie innym człowiekiem.

Dani widziała go ostatnio dwa miesiące temu na poczcie. Wysyłał zgłoszenie na jakieś targi. Wprowadził do sprzedaży kaski sportowe z wmontowanymi kamerami. Podobno schodziły jak świeże bułeczki. Przypomniała sobie, że wtedy naszła ją refleksja: „No i kto by pomyślał, że Trey Watkins zostanie kiedyś biznesmenem? Co też dziecko potrafi zrobić z człowieka!”.

A teraz patrzy na jego zakrwawione i zmasakrowane ciało. Wyblakłe niebieskie oczy – podobne do tych, jakie miał Roger Daltrey z zespołu The Who – znieruchomiały. To wszystko jest bez sensu. Przecież Trey potrafiłby pokonać coś takiego jak Kołyska nawet ze swoim Peteyem na kolanach. Zrobiłby to i z zawiązanymi oczami.

Dani sprawdziła stan kajaka. Nie znalazła żadnego wgniecenia czy nacięcia. Patrzyła na krwawiącą ranę z boku głowy przyjaciela. Zamknęła oczy i pokręciła z niedowierzaniem głową.

Biedny Trey.

Przez chwilę myślała, że mogłaby spróbować masażu serca, ale Trey przecież nie żyje. Jest za późno na ratunek. Odpięła od paska nadajnik.

Firmowy busik miał wyjechać po grupę do docelowego punktu spływu. To niedaleko stąd, na pewno są już w drodze.

– Rich, Rich… jesteś tam? Tu Dani.

W odpowiedzi usłyszała jakieś trzaski.

– Rich, odezwij się, szybko. Jesteś mi potrzebny. Tu się coś stało.

– Już dobiliście do końca? – Jej wspólnikowi z firmy organizującej spływy udało się połączyć. – No to świetnie, Dani, z tym że…

– Nie o to chodzi, Rich. Jestem na dnie Kołyski i mam problem. Zdarzył się wypadek.

– Cholera! – Wyobraźnia Richa zaczęła pracować. – Nic się nikomu nie stało?

– To nie o nas chodzi – sprostowała. – Znalazłam Treya Watkinsa w przewróconym kajaku. Ma ranę w głowie. Rich, on nie oddycha.

– Trey? O mój Boże! – Treya znali wszyscy. – A badałaś puls?

– Ani znaku życia. Nie mogę w to uwierzyć, Rich. – Trey mógł się śmiało mierzyć z wszelkimi przeszkodami na tej trasie. Zresztą te najgorsze miał już za sobą. Dani obejrzała się na uczestników swojego spływu, którzy zgromadzeni na brzegu patrzyli w jej stronę. – Jestem tu przy nim, Rich. On nie żyje.

 

***

 

Komendant Wade Dunn przyklęknął i patrzył na wodę. W tym czasie ratownicy z okręgu Pitkin wyciągali tego dzieciaka z wody.

Nie taki znów dzieciak. Dwadzieścia dziewięć lat. Jeden z tych uzależnionych od adrenaliny, których pełno wokół. Robił wszystko. Zjazdy narciarskie na dziko. Paralotnie. Rowery górskie. Wedle sporządzonej po szybkich oględzinach ciała opinii jednego z ratowników pogotowia mamy do czynienia z obrażeniem zadanym tępym narzędziem oraz prawdopodobnie ze złamaniem karku. Każda z mijanych w drodze skał mogła spowodować coś takiego. Przecież ten kajak przebył już kawał drogi. Nad czym tu się zastanawiać? Wade uniósł nieco swój kowbojski kapelusz i przyglądał się całej scenie. No tak, Trey Watkins to także pierwszorzędny kajakarz górski. Skoro dotarł tak daleko na w dół rzeki, miał już za sobą najpoważniejsze wyzwania.

Wade znał jego młodą żonę. Allie. Ładna. Tylko niezła laska mogła usidlić kogoś takiego jak Trey. Życie nareszcie zaczęło mu się układać. Dziecko, sukces w biznesie. Ojciec Allie, Ted Benton, właściciel restauracji specjalizującej się w pieczonych żeberkach i niewielkiego hotelu, śmiał się, że na tle zięcia będzie niedługo uchodził za biedaka.

A popatrzeć na niego teraz…

Wade obserwował uwijających się ratowników.

Opuścili nosze, położyli na nie zwłoki i przez zarośla ponieśli je w stronę drogi, gdzie czekała karetka. Wade wyprostował się i patrzył na ciało. Nosiło ono ślady tego, co prawdopodobnie się wydarzyło: chłopaka podrzuciło i rozbił sobie głowę o skały. To wystarczyło, by powstała tak wielka rana i doszło złamania kręgów szyjnych. Może próbował jakiejś akrobacji? Może chciał „chwycić się powietrza”, wykonać jakiś myk, czy jak to tam teraz ci młodzi nazywają. No i oczywiście nie noszą kasków. Te dzieciaki myślą, że są niezwyciężone. Zbieranina ze wszystkich stron. Uważają, że życie to pieprzona gra komputerowa. Zrobią mu pośmiertne testy na obecność narkotyków i alkoholu. Ciekawe, co znajdą.

Narwany ćpun.

Wade zreflektował się. On też kiedyś taki był. Niezwyciężony, a przynajmniej tak mu się wydawało. Był szeryfem w Aspen. Nie w Carbondale, małej mieścinie pod miastem, takiej sypialni, gdzie mieszkają ci, których nie stać na życie w samym Aspen. Cholera, gdyby chciał, mógł wtedy startować nawet na burmistrza. Albo gubernatora. Do wyboru, do koloru. Znał osobiście tych wszystkich celebrytów – Dona Johnsona, Melanie Griffith, Goldie Hawn. I prezesów wielkich firm, który zlatywali się tu swoimi prywatnymi samolocikami.

A teraz? Popatrz na siebie. Rozwiedziony, i to dwukrotnie. Raz też owdowiał, ale już wcześniej żyli osobno. Dwa razy na detoksie. Kieruje jakimś mizernym oddziałkiem policji, a i tak jest zadowolony, że w ogóle ma robotę. Wygląda dużo starzej niż na swoje pięćdziesiąt siedem lat. W sumie wrak człowieka. Szef społeczności miejscowych niepijących alkoholików i to wszystko. Cały tabun młodszych ambitnych facetów tylko czeka na jego odejście na emeryturę.

No i jeszcze Kyle. Syn Wade’a z pierwszego małżeństwa. Wrócił z Afganistanu bez ręki i nogi, z mózgiem grzechoczącym w pustej czaszce jak kupa drobniaków. Co taki ma ze sobą zrobić? I kto ma się nim zaopiekować? Mamuśka wyjechała sobie gdzieś na Florydę. Ostatnio słyszał, że pracuje na statku wycieczkowym. Kyle ciągle jest na rehabilitacji w szpitalu dla weteranów w Denver, już od dwóch lat. Uczą go tam, jak jeść groszek przy pomocy nowej bionicznej protezy, którą mu dali. W sumie jest w tym samym wieku co ten tu, Trey.

Kyle może jeszcze zostać w szpitalu pięć albo sześć miesięcy. Potem go spławią. I co? Kto będzie się nim opiekował? Rząd ciągle tnie wydatki, dobierają się już do budżetu weteranów, zrobili wielkie zamieszanie. Wade odwiedza syna w szpitalu co tydzień, wszystkiego jest świadomy. Przecież ktoś musi mu pomóc żyć. Kupić samochód przystosowany dla niepełnosprawnych. Przebudować mieszkanie tak, by dał radę się po nim poruszać. A ci wszyscy cholerni terapeuci…

– Wade...

Dave Warrick położył mu rękę na ramieniu.

– Chciałem tylko ci powiedzieć, że zamknąłem rzekę dla ruchu na kilka dni. Aż sobie to wszystko jakoś poukładamy. Dzwoniłem też do Denver. – Roaring Fork to stanowy park krajobrazowy. – Zarząd przyśle tu swojego człowieka.

Dave kierował teraz biurem szeryfa policji w Aspen. Zajął dawne stanowisko Wade’a. Był dość miły, kompetentny. To w końcu nie jego wina, że dawny szef zaprawiał się mieszanką bourbona i opioidów podkradanych z szafki na dowody rzeczowe. Stracił przez to większość przyjaciół. I prawie wszystkie pieniądze.

– Słusznie, Dave – zgodził się Wade.

– Znasz jego rodzinę, prawda?

– Żonę – przytaknął Wade. – On sam był gdzieś z północy, chyba z okolic Greeley.

– Wziąłem zeznania od Dani. Mówi, że chłopak był świetnym kajakarzem.

Wade wzruszył ramionami.

– Kto wie, co mu strzeliło do głowy. Może jakiś obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni? Te dzieciaki oglądają w telewizji Shauna White’a i wydaje im się, że są takie jak on. No, z wyjątkiem rudych włosów. Snowboard, skateboard, kajak, wszystko im jedno.

– Masz rację. Chcesz, żebym z tobą poszedł? Do jego żony. To nigdy nie jest łatwe. Nie zawadzi mieć kogoś u boku.

– Dzięki. – Trzeba przyznać, że Dave nigdy nie dawał odczuć Wade’owi swojej służbowej przewagi. – Ale myślę, że po dwunastu latach praktyki w AA jestem świetnie przygotowany do tego typu zadań. Mówienie ludziom, że ich życie właśnie legło w gruzach, to moja specjalność.

– Okej, dasz mi znać, jeśli będziesz jednak chciał pomocy. – Stali na skale, rozglądając się bezradnie. – To okropna strata. – Szef policji w Aspen potrząsnął głową. – Zabawne, nie?

– Co takiego?

– Że odnalazła go właśnie Dani. Jak to się stało? – Dave Warrick wzruszył ramionami.

 

Świetnie spędziłam czas przy książce. Czyta się błyskawicznie i z wielkim zainteresowaniem. Wysoki poziom czytelniczej adrenaliny utrzymany przez całą lekturę. Lekki styl, płynne przejścia między zdarzeniami, sugestywne opisy, nieustanne poczucie zagrożenia. Dlatego trudno się od niej oderwać i w zasadzie zanim się obejrzymy, już niestety koniec książki. Trzeba przyznać, że autorowi w pełni udało się wykorzystać i zrealizować ciekawy pomysł na czarnego bohatera.

Tym co sprawia, iż książkę czyta się wyśmienicie są przede wszystkim - bardzo dobrze nakreślona fabuła, wprost niesamowite tempo akcji, bardzo ciekawi bohaterowie i liczne zagadki, które mnożą się w sposób wprost niewyobrażalny. Jednak od razu zastrzegam, Gross działa niezwykle konsekwentnie, wszystkie wątki zostają doprowadzone do finału, a zagadki wyjaśnione, nic nie ginie w odmętach akcji, nic nie zostaje zapomniane, jak to ma miejsce u wielu innych autorów.

"Pod powierzchnią " Andrewa Grossa jest dobrą powieścią sensacyjną. Sprawa śmierci młodego przewodnika szybko zostaje wyjaśniona, by przez resztę książki główni bohaterowie byli poddawani momentom grozy oraz ucieczki. Książka porusza wiele trudnych tematów społeczno-politycznych, zdradza mechanizmy działające w małych społecznościach oraz wytyka to, jak wielki biznes jest wstanie nami manipulować. "Pod powierzchnią" niewątpliwie spodoba się fanom literatury aktywnej, bogatej w tajemnice, śledztwo, ucieczkę, broń oraz elementami gospodarczymi. Polecam

Gross funduje nam jazdę bez trzymanki. Jego lekki i przyjemny styl powoduje, że czytanie powieści jest szybkie i pochłaniające. Dynamika to znak charakterystyczny w książkach Andrew. Przy tym nie są one bardzo krwawe i drastyczne co pewnie spodoba się wielu z Was. Polecam miłośnikom gatunku i tym, którzy chcą dopiero zacząć z nim przygodę, bo warto!

Nietuzinkowy thriller, pełen napięcia i zagadek. Autor wciąga bohaterów do niebezpiecznej gry, w której wszystkie chwyty są dozwolone. Pokazuje świat wielkich koncernów, korupcji, manipulacji władzy, kłamstwa i bezprawia. Z rosnącą ekscytacją i nutą niepokoju obserwowałam poczynania Dani i Haucka. Każdy kolejny krok prowadzi ich do rozwiązania mrocznej zagadki,  ale jednocześnie gwałtownie rośnie zagrożenie. Czy pokonają wszelkie przeciwności i wyjdą cało z każdej opresji? Przygotujcie się na mocne wrażenia.

To jest moja pierwsza styczność z autorem, jednak po przeczytaniu tej książki od razu zaznaczam, że na pewno nie ostatnia. Już sam opis tej pozycji sugeruje, że czytelnika czeka niezwykle intrygująca zagadka, która już od pierwszych stron wzbudza w czytelniku ogromną ciekawość. (...) Nie mogę nie wspomnieć o wielu zwrotach akcji oraz momentach, które naprawdę trzymały mnie w napięciu. Lektura tej książki z całą pewnością dostarczyła mi sporej dawki emocji. „Pod powierzchnią” okazał się świetnym thrillerem z nietuzinkowymi bohaterami oraz wartką akcją. Dodając do tego spisek oraz tajemnicę w tle, powstaje nam prawdziwa mieszanka wybuchowa. 

(...) książka na pewno spodoba się wielbicielom gatunku, ludziom mającym mocne nerwy i...płuca. Mnie nie zawiodła, znalazłam w niej ciekawy pomysł, dobrych (momentami przewidywalnych w reakcjach) bohaterów i atmosferę sennego amerykańskiego miasteczka w Kolorado, w którym można napić się czarnej lub białej kawy, bo nikt nie słyszał nawet o latte.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ