Thriller / Sensacja / Kryminał
Ciuciubabka
KUP TERAZ

Ciuciubabka

brak opinii
ISBN: 9788327615992
Premiera: 2015-09-23

Porucznik z wydziału zabójstw Los Angeles, Peter Decker, zostaje wezwany do kolejnej sprawy. O tym śledztwie będzie głośno. Cztery ofiary, morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Napastnik włamał się na luksusowe ranczo strzeżone przez armię ochroniarzy. Jednym z zabitych jest właściciel posiadłości, miliarder Guy Kaffey. Twórca handlowego imperium miał wielu wrogów wśród kalifornijskich biznesmenów. Dużo wątpliwości budziła też jego działalność dobroczynna. Dlaczego wspierał wyłącznie byłych więźniów? Czy popełnił błąd, zatrudniając ich jako osobistych ochroniarzy?

Decker sprawdza każdą poszlakę, ale sprawa coraz bardziej się wikła, a kolejni podejrzani mają niepodważalne alibi Śledztwo zaczyna przypominać zabawę w upiorną ciuciubabkę.  

Faye Kellerman

Faye Kellerman jest autorką kryminałów, szczególnie znaną z serii o Peterze Decker i Rinie Lazarus. Jej debiutancka powieść „The Ritual Bath” spotkała się z ogromnym uznaniem i otrzymała prestiżową nagrodę Macavity Award dla najlepszej powieści kryminalnej. Na swoim koncie ma także wiele thrillerów, które znalazły się na liście bestsellerów New York Timesa m.in. „Serpent’s tooth”, „Jupiter’s bones”, „The forgotten”. Na całym świecie wydrukowano ponad dwadzieścia milionów egzemplarzy jej powieści. Prytwanie żona Jonathana Kellermana, , jednego z najsławniejszych na świecie autorów kryminałów i thrillerów psychologicznych.

Zjazd z autostrady blokowały dwa radiowozy. Decker pokazał policjantom odznakę i cierpliwie odczekał kilka minut, aż wycofali się, żeby mógł przejechać. Jeden z funkcjonariuszy wytłumaczył mu, jak dojechać na ranczo. Żadna filozofia, droga nigdzie się nie rozwidlała. Przejechał jakieś półtora kilometra polną drogą, zanim przed jego oczami wyrósł główny budynek posiadłości. Przypominał morskiego potwora, który wypłynął na powierzchnię, by zaczerpnąć powietrza. Na zewnątrz paliły się reflektory ekip telewizyjnych. Niemal każda szczelina i szpara była rzęsiście oświetlona, co nadawało całemu miejscu wygląd parku rozrywki.

Rezydencję utrzymano w stylu hiszpańskim, dzięki czemu na swój sposób harmonizowała z otoczeniem. Miała trzy kondygnacje, spaloną przez słońce fasadę z licznymi sztukateriami, balkony z drewnianymi poręczami, okna witrażowe i pokryty czerwoną dachówką dach. Budynek wznosił się na wzgórzu. Za nim rozciągały się ogromne połacie ziemi i góry.

Jakieś dwieście metrów dalej znajdował się parking, na którym stało kilka radiowozów, furgonetka z biura koronera, wozy transmisyjne ze sterczącymi antenami, vany techników kryminalistyki i osiem nieoznakowanych pojazdów, a mimo to wciąż jeszcze były wolne miejsca. Ekipy telewizyjne już wzięły się do roboty. Każda z nich miała własne oświetlenie, kamerzystów i dźwiękowców, producentów i oczywiście żywiołowych reporterów czekających na swoje pięć minut. Wszyscy chcieli być jak najbliżej miejsca zbrodni, ale żółte taśmy, pachołki i policjanci w mundurach trzymali ich na dystans.

Decker pokazał policjantom odznakę, pochylił się, by przejść pod taśmą, i ruszył w kierunku wejścia, mijając pieczołowicie przystrzyżone żywopłoty z bukszpanu oddzielające kolejne części ogrodu. Zauważył róże, irysy, żonkile, lilie, zawilce, dalie, cynie i dziesiątki innych kwiatów, których nie rozpoznawał. Gdzieś niedaleko musiały rosnąć gardenie i krzewy cestrum nocturnum o zabójczym słodkomdlącym zapachu. Kamienny chodnik biegł między rzędami kwitnących cytrusów. Decker doszedł do wniosku, że to drzewa cytrynowe.

Drzwi strzegło dwóch policjantów. Rozpoznali go i dali znak, żeby wszedł. Wewnątrz paliły się wszystkie światła. Hol wejściowy przypominał salę balową w hiszpańskim zamku. Podłogę wykonano z grubych starych desek o tak nieregularnym usłojeniu, że musiały być prawdziwe. Sufit przecinały masywne rzeźbione belki. Ściany zdobiły złocenia i ogromne gobeliny. Decker najpewniej oddałby się kontemplowaniu tego wszystkiego, zachwycony ogromem i pięknem pomieszczenia, gdyby nie napotkał spojrzenia policjanta w mundurze, który wskazał mu dalszą drogę.

Pokonawszy kilka schodków, wszedł do wysokiego salonu z sufitem z pomalowanymi belkami. Na podłodze dostrzegł takie same deski jak w holu, tyle że przykrywały je dziesiątki chodniczków plemienia Navajo, które sprawiały wrażenie autentycznych. Kolejne złocenia, kolejne gobeliny na ścianach, a wraz z nimi ogromne obrazy przedstawiające krwawe bitwy. Umeblowanie pokoju stanowiły gigantyczne kanapy, krzesła i stoły. Z Deckera był kawał chłopa – metr dziewięćdziesiąt cztery wzrostu, ponad sto kilogramów wagi – jednak ogrom tego wszystkiego sprawił, że nagle poczuł się malutki.

- Ten dom jest większy od mojego college’u.

To powiedział Scott Oliver, jednego z podlegających Deckerowi detektywów z wydziału zabójstw. Jak na swoje blisko sześćdziesiąt lat całkiem nieźle się trzymał, przynajmniej z wyglądu. Zawdzięczał to zdrowej cerze i regularnemu stosowaniu czarnej farby do włosów. Mimo że dochodziła czwarta rano, Oliver był ubrany jak dyrektor generalny na zebraniu zarządu: czarny garnitur w prążki, czerwony krawat oraz wykrochmalona i wyprasowana biała koszula.

- To był zwyczajny college, ale z wielkim kampusem – dodał.

- Wiesz, ile to ma metrów?

- Pewnie jakieś sto tysięcy.

- O rany, to jest… - Decker przerwał w pół słowa. Chociaż przy każdych drzwiach stał mundurowy, na podłodze ani na meblach nie zauważył oznaczeń miejsca zbrodni. W pokoju nie było również techników kryminalistyki.

- Gdzie doszło do morderstw?

- W bibliotece.

- Jak do niej dojść?

- Poczekaj – odparł Oliver. – Mam tu gdzieś plan domu.

 

Labirynt korytarzy z pewnością udaremniłby ucieczkę każdemu włamywaczowi. Mimo planu Oliver i tak kilka razy pomylił drogę.

- Marge mówiła, że mamy cztery ciała – zagaił Decker.

- Aktualnie pięć. Kaffeyowie, pokojówka i dwóch ochroniarzy.

- O w mordę! Coś zginęło? Są jakieś ślady rabunku?

- Nic, co by się rzucało w oczy. – Szli dalej niekończącymi się korytarzami. – Ale na sto procent sprawców było kilku. Ten, kto to zrobił, musiał mieć plan i ludzi do pomocy. Na pewno kogoś stąd.

- Kto nas wezwał? Ranny syn?

- Nie wiem. Kiedy tu przyjechaliśmy, właśnie ładowano go do karetki.

- Kiedy mogło dojść do strzelaniny?

- Na razie nie wiemy nic pewnego, ale nastąpiło już stężenie pośmiertne.

- Czyli co najmniej cztery godziny temu – skomentował Decker. – Może analiza zawartości żołądków powie nam coś więcej. Kto przyjechał z trupiarni?

- Dwóch śledczych i zastępca koronera. Skręć w prawo. Biblioteka powinna być za tymi podwójnymi drzwiami.

Po wejściu do środka Deckerowi zakręciło się w głowie Nie tylko z powodu ogromnych rozmiarów pomieszczenia, lecz również dlatego, że było całkowicie pozbawione kątów. Biblioteka miała kształt rotundy zwieńczonej kopułą ze stali i szkła. Na pokrytych boazerią z orzecha zaokrąglonych ścianach wisiały sięgające od podłogi do sufitu gobeliny przedstawiające mitologiczne stwory hasające po lasach. Między nimi stały regały z książkami. Kominek był tak wielki, że zdawało się, iż pomieści morze ognia, a podłogę zaściełały antyczne chodniki. Było tu mnóstwo mebli: sofy, dwuosobowe kanapy, stoły, krzesła, dwa fortepiany i niezliczone lampy.

Miejsce zbrodni sugerowało, że doszło tu do tragedii w dwóch aktach. Akt pierwszy rozegrał się w pobliżu kominka, akt drugi przed gobelinem ukazującym gorgonę pożerającą młodego władcę.

Oliver wycelował palcem w miejsce, gdzie rozegrał się akt pierwszy.

- Gilliam Kaffey siedziała przed kominkiem, czytając książkę i popijając wino. Ojciec i syn natomiast rozmawiali, siedząc w tych fotelach klubowych.

Wskazał dwa fotele z brązowej skóry, przy których stała Marge Dunn. Właśnie mówiła coś z ożywieniem do jednego ze śledczych z biura koronera ubranego w standardową czarną kurtkę z żółtym napisem na plecach. Widząc Deckera i Olivera, przywołała ich skinieniem dłoni w rękawiczce. W ostatnich miesiącach zapuszczała włosy, zapewne na prośbę swego nowego faceta, Willa Barnesa. Miała na sobie beżowe spodnie, białą bluzkę i ciemnobrązowy sweter zrobiony ściegiem warkoczowym, a na nogach buty na gumowych podeszwach.

Decker z Oliverem podeszli do miejsca zbrodni.

Guy Kaffey leżał na plecach w kałuży krwi. W klatce piersiowej miał zionącą dziurę. Tkanka i kości pokrywały twarz denata oraz jego ręce i nogi. To, co nie znalazło się na podłodze, pokryło większą część gobelinu, w niezamierzony sposób dodając autentyczności wizerunkowi nieszczęsnego chłopaka i gorgony.

- Dla lepszej orientacji. – Marge wyjęła z kieszeni plan domu i rozłożyła go. – To jest dom, a my jesteśmy… tutaj.

Decker wyciągnął notes i rozejrzał się po pozbawionym okien pokoju. Kiedy skomentował to ostatnie, Marge odparła:

- Pokojówka, która przeżyła, powiedziała mi, że zgromadzone tu dzieła sztuki są zbyt stare, żeby narażać je na działanie promieni słonecznych.

- Więc nie tylko syn przeżył atak? – zapytał Decker.

- Nie, ona zjawiła się tu po wszystkim i odkryła ciała – powiedziała Marge. – Nazywa się Ana Mendez. Kazałam jej czekać w jednym z pokoi. Pilnuje jej jeden z naszych ludzi.

- Musimy przesłuchać również ogrodnika i stajennego – włączył się Oliver. – Ich też trzymamy pod strażą.

- I też w oddzielnych pokojach – dodała Marge.

- Ogrodnik to Paco Albanez. Facet ma jakieś pięćdziesiąt pięć lat, a pracuje tu od trzech – powiedział Oliver, patrząc w swoje notatki. – Stajenny to Riley Karns. Około trzydziestki. Nie wiem, od jak dawna tu pracuje.

- A kto do nas zadzwonił? – zapytał Decker.

- Jeszcze nie wiemy – odparła Marge. - Pokojówka twierdzi, że ktoś zadzwonił do ochroniarza, który miał wolne. Być może to on nas powiadomił.

- To właśnie ta pokojówka znalazła na podłodze syna – włączył się Oliver. – Myślała, że on też nie żyje.

- Jak się nazywa ten ochroniarz, który prawdopodobnie do nas dzwonił? – zapytał Decker.

- Piet Kotsky – odrzekła Marge. – Rozmawiałam z nim przez telefon. Jedzie z Palm Springs. Ochroniarze tutaj nie mieszkają. Mają dwudziestoczterogodzinne dyżury, w sumie jest ich ośmiu. Pracują po czterech: dwóch w głównym budynku i dwóch w wartowni przy głównej bramie. Ci dwaj ostatni nie żyją. Strzały w głowę i klatkę piersiową. Kamery telewizji przemysłowej i cały sprzęt zniszczono.

- Jak się nazywali? – zapytał Decker.

- Kotsky nie wiedział, kto pracował na tej zmianie, ale twierdzi, że bez problemu zidentyfikuje ciała.

- A co z ochroniarzami z głównego budynku?

- Zniknęli.

- Więc mamy dwóch ochroniarzy zabitych i dwóch zaginionych. – Gdy Marge i Oliver skinęli głowami, pytał dalej: - Gdzie zabito pokojówkę?

- W sypialni na dole.

- A jakim cudem Anie Mendez udało się nie zaliczyć kulki?

- Miała wolne – wyjaśnił Oliver. – Wróciła na ranczo około pierwszej w nocy.

- W jaki sposób? Nie dojeżdżają tu autobusy.

- Ma samochód.

- Nie zdziwiła się, że przy głównej bramie nie ma ochroniarzy?

- Skorzystała z tylnego wjazdu dla służby. Tam nie ma ochroniarzy, a brama otwierana jest na kartę. Ana wjechała, zaparkowała i poszła do sypialni pokojówek. Zobaczyła ciało koleżanki i zaczęła krzyczeć. Nie mamy całkowitej pewności, co było dalej. Prawdopodobnie pobiegła na górę i znalazła pozostałe ciała.

- Pobiegła na górę, chociaż mordercy mogli być ciągle w domu? – zdziwił się Decker.

- Jej zeznania są trochę niespójne. Kiedy zobaczyła ciała, zadzwoniła do Kotsky’ego, a on wezwał nas… A przynajmniej tak mi się wydaje.

- Porozmawiam z nią. Mówi po hiszpańsku, prawda?

- Tak, ale nieźle też sobie radzi z angielskim.

- Wracając do ochroniarzy. Wiecie, kto im ustalał grafik?

- Niejaki Neptune Brady, szef ochrony Kaffeyów. Ma tutaj bungalow, ale kilka dni temu wyjechał do chorego ojca w Oakland.

- Czy ktoś się z nim kontaktował?

- Kotsky do niego dzwonił. Powiedział nam, że Brady wynajął samolot i niedługo powinien tu być. – Marge przerwała na chwilę. – Zajrzeliśmy do jego bungalowu, żeby się upewnić, czy nie ma tam kolejnego ciała. Nie robiłam przeszukania. Nie mamy nakazu.

- Potrzebny nam będzie, jeśli Brady odmówi współpracy. – Decker rozejrzał się po pokoju. – Jakieś pomysły na temat przebiegu zdarzeń?

- Jak już mówiłem, Gilliam siedziała przed kominkiem, popijając wino i czytając – odparł Oliver. – Uważamy z Marge, że ją załatwili jako pierwszą. Osunęła się na kanapę, książka wypadła jej z ręki. Leży obok niej, cała we krwi. Sam zobacz.

Decker podszedł do kominka. Na kanapie leżało ciało pięknej kobiety. Niebieskie oczy miała otwarte, a jasne włosy pokryte były zaschniętą krwią. Gilliam Kaffey została niemal przecięta na pół wystrzałami ze strzelby. Widok był tak okropny, że Decker odruchowo odwrócił wzrok. Nigdy się do tego nie przyzwyczai.

- Ale jatka – skomentował. – Musimy zrobić dużo zdjęć, bo możemy nie dać rady zapamiętać wszystkiego.

- Wtargnięcie kogoś do pokoju musiało przyciągnąć uwagę ojca i syna – ciągnęła Marge. – Obaj zginęli w następnej kolejności.

- Kaffeyowie mieli dwóch synów – włączył się Oliver. – Postrzelony został starszy, Gil.

- Czy ma jakichś krewnych, których trzeba zawiadomić? – zapytał Decker.

- Pracujemy nad tym – odparł Oliver. – Jak dotąd nikt nie dzwonił na policję, żeby o niego zapytać.

- A co z młodszym bratem?

- Piet Kotsky powiedział mi, że ma na imię Grant i mieszka w Nowym Jorku – odparła Marge. – Podobnie jak Mace Kaffey. Guy był jego starszym bratem.

- To ten, który prowadził z nim firmę – uściślił Oliver. – Obaj zostali powiadomieni.

- Przez kogo? Kotsky’ego? Brady’ego?

Marge i Oliver wzruszyli ramionami.

- Wracając do miejsca zbrodni – powiedział Decker. – Co, waszym zdaniem, mogli robić Guy i Gil?

- Na przykład omawiać interesy – odparł Oliver. – Tyle że nie znaleźliśmy przy nich żadnych dokumentów.

- Guy Kaffey prawdopodobnie wstał, żeby zobaczyć, co się stało z żoną – dodała Marge. – I wtedy powalił go strzał. Syn był nieco szybszy i zaczął uciekać. Kule dosięgły go przy drzwiach.

- I sprawcy nie sprawdzili, czy na pewno nie żyje?

Marge wzruszyła ramionami.

- Może ktoś ich wystraszył i uciekli.

- W tym pokoju jest dwoje, troje… sześcioro drzwi – policzył Decker. – Sprawców musiało być kilku. Każdy z nich mógł wejść innymi drzwiami. Co takiego musiałoby się wydarzyć, żeby banda morderców uciekła z rancza, nie upewniwszy się, że wszystkich zabiła?

Tym razem to Oliver wzruszył ramionami.

- Może włączył się alarm, chociaż tego jeszcze nie wiemy. Może usłyszeli wracającą pokojówkę. Tyle że ona nie widziała, by ktokolwiek wychodził z domu.

Decker zamyślił się na chwilę.

- Jeśli zamiast iść spać, miło spędzali czas w bibliotece, pewnie nie było zbyt późno. Już po kolacji, ale na tyle wcześnie, żeby się jeszcze napić. Czyli najpewniej około dziesiątej, może jedenastej.

- Około – zgodziła się Marge.

- Ogrodnik i stajenny byli tutaj, kiedy przyjechaliście, prawda?

- Tak.

- Wspominaliście, że tu mieszkają, prawda?

- W bungalowach na terenie posiadłości – sprecyzował Oliver.

- To skąd wiedzieli o morderstwach? Ktoś ich obudził czy usłyszeli huk wystrzałów…

Oboje śledczy znów wzruszyli ramionami.

- No nic, trochę tu zabawimy. – Decker przez chwilę masował bolącą głowę. – Niech technicy, fotografowie i śledczy z biura koronera zajmą się na razie biblioteką. My mamy do obejrzenia jeszcze dwa inne miejsca zbrodni i świadków do przesłuchania. Gdzie pozostałe ciała?

Marge pokazała mu miejsca zbrodni na swoim planie.

- Też powinienem coś takiego mieć – zauważył Decker.

Oliver oddał mu swój plan.

- Załatwię sobie drugi.

- Dzięki. Wy zbadacie pozostałe miejsca zbrodni, a ja pogadam ze świadkami, zwłaszcza z mówiącymi po hiszpańsku. Zobaczymy, czy uda się nam ustalić ramy czasowe i przebieg wydarzeń.

- Niezły pomysł – pochwaliła go Marge. – Ana jest w tym pokoju. – Pokazała go na planie. – Albanez tutaj, a Karns tutaj.

Decker zaznaczył pokoje na swoim planie, a potem zapisał nazwiska w notesie, przydzielając każdemu świadkowi oddzielną kartkę. Skoro miał już swoich graczy, mógł zacząć wypełniać kartę wyników.

Ciuciubabka jest niezłą książką, interesującą i zaskakującą, z fabułą, dzięki której czytelnik czuje się wodzony za nos. Powieść napisana ciekawie i ma się wrażenie (kilkakrotnie), że już, już jesteśmy blisko rozwiązania. Nic bardziej złudnego. Poza tym Kellerman jest szczególarzem. Wszystko jest tak opisane, że nawet nie trzeba się wysilać, żeby oczami wyobraźni zobaczyć, każdy opisany szczegół, trop, miejsce zbrodni czy bohaterów.
Thriller Faye Kellerman zdecydowanie może się podobać. Jest skonstruowany bardzo dobrze, z ciekawymi postaciami, które mimo odwracanych stron nie rozjaśniają nam historii. Wręcz przeciwnie, wprowadzają chaos i naprawdę można się pogubić w zawiłościach i w mnogości osób. Moje spotkanie z Ciuciubabką uważam za bardzo udane i z czystym sumieniem polecam, zwłaszcza miłośnikom thrillerów i kryminałów.

"Ciuciubabka" to dobry kryminał, w którym nic nie jest oczywiste. Co chwila podejrzana jest nowa osoba, nikomu nie można ufać i aż do ostatniej chwili nie wiadomo kto jest tym dobrym, a kto złym (chociaż muszę przyznać, że mój typ okazał się trafny). Bohaterowie dopracowani są perfekcyjnie, każdy z nich jest szczegółowo opisany i ma charakterystyczne cechy, które wyróżniają go spośród wielu innych. 

Osoby szukające dobrej, trzymającej w napięciu, konsekwentnie prowadzonej historii, którą czyta się szybko, ale z wielką przyjemnością, powinny być lekturą "Ciuciubabki" usatysfakcjonowane. 

Książka dopracowana jest w stu procentach. Wszystkie działania operacyjne opisane są szczegół po szczególe, by nam czytelnikom nic nie zdołało umknąć. I chociaż nasi detektywi będą pracować na pełnych obrotach, to ani o krok nie będą bliżej morderców, co doprowadzało mnie do rozstroju nerwowego, bo chciałam natychmiast wiedzieć, kto posunął się do tego czynu i jaki miał motyw.
Nie mogę pominąć i nie pochwalić zawartych w książce bardzo dokładnych opisów miejsc oraz bohaterów. Autorka skupia się na każdej postaci opisując ja bardzo dokładnie (nawet postacie drugoplanowe są szczegółowo opisane), dzięki temu naprawdę łatwo było mi sobie to wszystko zobrazować. Po prostu wszystko w tej książce jest spójne oraz perfekcyjnie wykończone. Okładka, tytuł oraz fabuła to jedność, a to zdarza się naprawdę rzadko, za to ogromny plus.

Faye Kellerman udało się napisać całkiem dobry kryminał i thriller w jednym. Akcja prowadzona jest niezwykle sprawnie, a liczne wątki prowadzone konsekwentnie do końca. Autorka ukazując prace policji sprawia, iż czytelnik od początku śledzi całe dochodzenie, sprawdza tropy, które wraz z licznymi, mającymi alibi podejrzanymi tworzą niezłe kłębowisko poszlak. 
Ogromnym plusem książki jest ciekawie i niebanalnie skonstruowana fabuła, która mimo, iż książka wydaje się być lekką lekturą, sprawia, iż trudno skończyć czytanie przed poznaniem zaskakującego rozwiązania sprawy. 
Osoby szukające dobrej, trzymającej w napięciu, konsekwentnie prowadzonej historii, którą czyta się szybko, ale z wielką przyjemnością, powinny być lekturą Ciuciubabki usatysfakcjonowane. 

Duży plus należy się za konstrukcję książki: podział na krótkie, kilkustronicowe rozdziały znacznie ułatwia czytanie (swoją drogą szkoda, że jest to sposób coraz rzadziej stosowany) i zawsze można sobie powiedzieć "Jeszcze tylko jeden rozdział", choć wszyscy wiemy, jak to się kończy ;) Jedyna kwestia, do której się mogę się przyczepić to ilość bohaterów. Jest ich naprawdę za dużo i ciężko ich wszystkich zapamiętać (zwłaszcza w przypadku postaci drugoplanowych).
Podsumowując: Jak najbardziej polecam "Ciuciubabkę". Książka jest zdecydowanie niebanalna, więc powinna spodobać się wszystkim miłośnikom thrillerów i kryminałów. 

Znakomity i klimatyczny kryminał. Klimat jakim uraczyła nas tutaj Faye jest mroczny i specyficzny. Wielowątkowość, która z czasem układa się w spójną i ciekawą historię godna jest poświęcenia odrobiny czasu. Polecam jeśli lubicie ten gatunek, a jeśli chcecie spróbować to świetna pozycja na zaczęcie przygody z kryminałem!

Autorka intryguje czytelnika i potrafi go zaskoczyć. Jej wielowątkowa powieść idealnie splata się w całość, a atmosfera niedopowiedzenia unosi się nad stronami jej książki. Na uwagę zasługuje ciekawa kreacja bohaterów, mocno zarysowana i głęboka.
"Ciuciubabka" to świetnie napisany kryminał, który czyta się z ciekawością, a atmosfera tajemnicy i niedopowiedzenia udziela sie czytelnikowi. Polecam! 

Faye Kellerman w mistrzowski sposób kontroluje przez całą powieść napięcie. Mimo mnóstwa postaci, szczegółów i aspektów sprawy, które czytelnik musi śledzić, ani razu nie czuje się znużony. A misternie skonstruowana zagadka „Kto zabił” nie zostaje rozwiązana, aż do samego końca. I choć czytelnik dostaje coś innego niż to, do czego przyzwyczaił go kryminał skandynawski, powinien z tej lektury być bardzo zadowolony.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ