Powieść obyczajowa
W pogoni za miłością
24,99 zł
34,99
KUP TERAZ

W pogoni za miłością

brak opinii
Liczba stron: 336
ISBN: 9788327614711
Premiera: 2015-08-05

Tylko on

Samantha ma dość uwag, że chociaż skończyła trzydziestkę, nadal nie ma  rodziny. Jej siostra bliźniaczka od dawna jest szczęśliwą żoną i matką, a Samantha nie ma nawet narzeczonego. Postanawia więc zrobić pierwszy krok. Celem staje się przystojny prawnik, James Crighton. Tymczasem ktoś inny od dawna czeka, by zwróciła na niego uwagę…

 

Tamtej nocy

Katie Crighton od lat jest zakochana w mężu swojej siostry. Pogodziła się z  tym, że nigdy nie będzie szczęśliwa. Chce zmienić przynajmniej to, na co ma wpływ: pracę i mieszkanie. Jej nowym sąsiadem zostaje atrakcyjny naukowiec. Nieoczekiwanie, wbrew sobie, Katie spędza z nim noc. Fatalny zbieg okoliczności sprawia, że o ich „związku” dowiaduje się niemal całe miasto…     

Penny Jordan

Zanim Penny Jordan zaczęła pisać, uwielbiała opowiadać swojej młodszej siostrze bajki na dobranoc. Każdego dnia inną, każdego dnia z siostrą w roli głównej. Miłość do romansów i pisanie przyszła później.

Jordan chce, by jej czytelnicy odczuwali przyjemność z lektury. Wierzy w potęgę miłości i szczęście, jakie ze sobą niesie. Pisze w domu, w kuchni, otoczona swoimi czterema psami i dwoma kotami. Lubi też słuchać uwag swojej rodziny i bardzo często je uwzględnia.

Podeszła do okna niewielkiego pokoju i wyjrzała na ruchliwy rynek. Z jednej strony placu wznosił się kościół, a równolegle do niego, już poza zasięgiem wzroku, mieściło się eleganckie osiedle georgiańskich domów, gdzie ciotka jej ojca, Ruth, mieszkała ze swoim amerykańskim mężem, Grantem, ilekroć przyjeżdżali do Anglii.

Pozostałe trzy strony rynku zajmowała mieszanka domów z rozmaitych epok. Domy z epoki Tudorów, których ściany budowano z plecionki obrzucanej gliną, sąsiadowały z budynkami z czasów Jerzego V. Sam rynek, dzięki stanowczości mieszkańców, zachował sporo z oryginalnej średniowiecznej atmosfery, nawet jeśli dyby stały się jedynie elementem dekoracyjnym, a studnia zamieniona została w ozdobną fontannę.

Katie i Louise, gdy były młodsze, w drodze ze szkoły wpadały często do ojca, zwłaszcza w tak zwane "dni kieszonkowe'', z nadzieją, że uda im się namówić tatę, by dorzucił coś do uzgodnionej wcześniej sumy. Siedząc pod drzewami na ławce podarowanej miastu przez hojnych obywateli, chichotały, oglądając się za chłopakami. Odwiedzały wspólnie ciocię Ruth i pomagały jej układać kwiaty w kościele w zupełnie nowy, wymyślony przez nią sposób. Uczęszczały wspólnie na msze. Jeździły razem na rowerach przez rynek do małego sklepiku z antykami, który był własnością ich matki i Guya Cooke'a. Razem...

Bliźniaczki zawsze były sobie bliskie, pomimo różnych pod wieloma względami charakterów. Razem wybrały się na uniwersytet i to tam obie poznały Garetha Simmondsa, jednego z wykładowców. Garetha, w którym Katie zakochała się tak milcząco i naiwnie, który był uosobieniem tego, czego oczekiwała od mężczyzny, który był tak miły, spokojny, tak uprzejmy i wyrozumiały. I który pokochał jej siostrę.

Widok za oknem rozmazał się i poruszył. Katie przełknęła łzy. Kiedy Louise i Gareth pobrali się, obiecała sobie, że przestanie go kochać, ale ilekroć go widziała, powracał ból samotności. Raniła siostrę, odrzucając bez ustanku jej zaproszenia. Wiedziała, że pogłębiająca się między nimi przepaść niepokoi rodziców, a przede wszystkim ich matkę. Ale co mogła na to poradzić? Jak miała wyznać, co się naprawdę z nią dzieje? Teraz doszedł do tego dodatkowy ból - Louise urodziła dziecko, dziecko Garetha.

Gorzki półuśmiech wykrzywił jej twarz. Może jest skazana na mężczyzn, którzy żyją już w innych związkach, może tylko takich pociąga i zawsze będzie tą drugą? Wiedziała, że Gareth za nic nie zbliżyłby się do niej z propozycją, z jaką zwrócił się jej były szef. Nie miał pojęcia o katuszach, jakie przeżywa Katie, do głowy by mu nie przyszło, że Katie tak nisko się ceni, że nie przyznaje sobie prawa do czyjejś miłości i przyzwoitego traktowania.

Żaden mężczyzna nie zaproponowałby jej siostrze szybkiego pokątnego numerku. Żadnemu nie przeszłoby przez myśl, by wystąpić z podobną ofertą do którejkolwiek z jej kuzynek. Nawet Maddy, nad którą rodzinka tak się litowała z powodu oburzającego zachowania jej męża Maxa, nawet ona okazała się ostatecznie dużo silniejsza i uparta, niż ktokolwiek w tej rodzince sobie wyobrażał. Po powrocie Maxa do domu to ona przejęła kontrolę nad nim i ich związkiem.

Podczas zeszłorocznego wesela Samanthy, bliźniaczej siostry Bobbie, wszyscy członkowie rodziny zgodnie zauważyli, że z Maxa zrobił się czuły i opiekuńczy mąż i ojciec. Po narodzinach ich trzeciego dziecka to on przejął rodzicielskie obowiązki, by Maddy nie musiała przerywać pracy w fundacji założonej przez ciotkę Ruth. Dawniej Max zmieniający pieluchy i kąpiący niemowlaka to był zupełnie abstrakcyjny obrazek, a teraz...

Co takiego w niej jest, myślała Katie, że los odmawia szczęścia i oparcia, jakie jest udziałem wszystkich pozostałych kobiet z rodziny Crightonów, jakby należało im się z samego faktu przynależności do owej rodziny?

Czasami czuła, że to coś w niej samej skazuje ją na życie w cieniu innych. I w cieniu jej siostry.

Pamiętała plany, jakie snuła Louise z myślą o nich obu, kiedy były młodsze. Miały rządzić światem, a przynajmniej Louise miała rządzić, a Katie miała ją z oddaniem wspierać. I Katie oczywiście wspierała ją, była lojalna, ale teraz Louise miała już kogoś innego, teraz Louise miała mężczyznę, którego ona, Katie, kocha, a Katie... nie ma nic.

Kościelny zegar w rynku wybił godzinę. Katie nerwowo pozbierała myśli. Jeśli nie wyjdzie natychmiast, spóźni się na spotkanie z agentem.

Chwyciła żakiet i ruszyła do drzwi.

 

Pół godziny później, gdy Katie wjeżdżała na parking dla gości, zastała tam jedynie młodą dziewczynę, która na kogoś cierpliwie czekała. Była wysoka i szczupła, miała na sobie dżinsy i biały kusy top. Na widok Katie uśmiechnęła się przyjaźnie. Katie instynktownie odpowiedziała uśmiechem. Dziewczyna miała długie ciemne włosy i ciepłe zielone oczy. Katie odnajdywała w niej coś znajomego, choć nie potrafiła tego określić, była bowiem pewna, że nigdy się nie spotkały.

- Cześć, czekam na ojca - poinformowała dziewczyna. - Teraz widzę, dlaczego chce kupić tu mieszkanie. Mama byłaby zachwycona położeniem tego domu. Gdzie on się podziewa tyle czasu? - dodała, zerkając na zegarek. - Umówił się na wpół do piątej. A może dzwonił do pani i uprzedzał, że się spóźni?

Katie uzmysłowiła sobie, że dziewczyna wzięła ją omyłkowo za agentkę nieruchomości.

- Tata na pewno mówił pani, że pracuje dla Aarlston-Becker. Jest tam szefem działu badawczego - wyznała ze wzruszającą dumą córki. - A ja jestem w szóstej klasie college'u w Manchesterze. Mamy rodzinę w Haslewich, więc... O, widzę go! - zawołała, kiedy potężny mercedes skręcił w żwirowy podjazd.

Tuż za nim sunął o wiele mniejszy samochód agenta nieruchomości, który Katie pamiętała z poprzednich spotkań. Nie on jednak przyciągnął jej uwagę, lecz kierowca mercedesa. Teraz wiedziała już, dlaczego włosy i oczy dziewczyny wydały jej się znajome. Z mercedesa wysiadał właśnie facet, który o mały włos nie zrobił z niej miazgi w pierwszym dniu pracy.

Jego spojrzenie mówiło jasno, że i on ją rozpoznał. Katie nie dane było jednak wrócić do tamtego wydarzenia, bo dobiegł do nich zdyszany agent.

- Mam nadzieję, że nie będzie państwu przeszkadzać, że połączyłem nasze spotkania?

- To pan kupuje jeden z tych apartamentów? - Słowa te wyrwały się Katie, nim zdołała je powstrzymać.

Mężczyzna w odpowiedzi rzucił jej niechętne spojrzenie, które przekonało ją, że on także nie jest zachwycony ewentualnym przyszłym sąsiedztwem.

- Bardzo proszę, tędy, jeśli można - poprosił agent. - Panno Crighton, pani jest zainteresowana apartamentem numer dziewięć? - upewnił się, włączając główny system alarmowy, i otworzył drzwi na klatkę schodową, a gdy jego klienci weszli do środka, kontynuował: - A pan chce kupić apartament numer dziesięć, prawda, panie Cooke?

Cooke... A więc ten mężczyzna, który wyglądał za młodo na ojca nastolatki, nazywa się Cooke. Katie zerknęła na niego zaciekawiona i gorzko tego pożałowała, ponieważ mężczyzna taksował ją właśnie spojrzeniem. Czym prędzej odwróciła się, zdążyła wszak rozpoznać w nim charakterystyczną, mroczną i zmysłową urodę rodu Cooke'ów. Ową wzbudzającą nieokreślony niepokój zadziorną męskość, którą mężczyźni z tej rodziny zawdzięczali cygańskim przodkom.

- A skoro - ciągnął agent, prowadząc ich do dyskretnie usytuowanych wind, które służyły mieszkańcom wyższych pięter - macie państwo zostać bliskimi sąsiadami, bo na ostatnim piętrze znajdują się tylko te dwa apartamenty, pozwolę sobie państwa przedstawić. Panna Katie Crighton... Pan Seb Cooke...

A więc ona jest z Crightonów. Ciekawe, gdzie dokładnie jest jej miejsce na rozłożystym drzewie genealogicznym tej rodziny? - zastanawiał się Seb. Z bliska przekonał się, że jest o wiele ładniejsza, niż mu się wydało wtedy na ulicy.

Jej spojrzenie oraz zachowanie wyrażały głęboką niechęć do całej tej sytuacji i do niego. Jej włosy opadały grubymi miękkimi falami na ramiona. Czarna sukienka pozwalała się jedynie domyślać kobiecego ciała. Nie odkrywała zaokrąglenia jej piersi, lecz Seb i tak miał je w pamięci i widział je wciąż objęte materiałem, który przykleił do nich wiatr.

Ściągnął brwi, nie zwracając uwagi na to, że ma surową i nieżyczliwą minę. Co on wyprawia? Po kiego licha zapisuje w pamięci kształty obcej kobiety? Od rozwodu nie żył co prawda jak zakonnik, ale jego praca i świadomość, że był zupełnie beznadziejnym mężem i ojcem, pozwalały mu utrzymywać intymne związki wyłącznie z kobietami, które dzieliły jego opinię, że małżeństwo z nim skazane jest na klęskę.

Widząc zmarszczkę na jego czole, Katie poczuła znowu, że go nie lubi. A gdy dołożył się do tego jej brak wiary w siebie, była przekonana, że w oczach tak męskiego faceta ona nie ma żadnych atrakcyjnych kobiecych wartości. Nie, wcale nie miała zamiaru robić na nim wrażenia. Pod żadnym pozorem...

Jeden rzut oka z bliska upewnił ją, że to nie jej typ. Zanadto agresywny, zbyt arogancki i zbyt seksowny. Tak, o wiele za seksowny dla Katie, ona bowiem pośród masy skrywanych przed światem ciężarów, które kazała sobie dźwigać, niosła coś, co nazywała swoim najbardziej wstydliwym sekretem, a było to...

- Mogę o coś zapytać, skoro nazywa się pani Crighton... Jest pani jedną z bliźniaczek?

Lekko zawstydzony, ale życzliwy głos Charlotte przerwał myśli Katie. Popatrzyła na dziewczynę speszona. Charlotte, jak jej ojciec, nasłuchała się o Crightonach od Guya i Chrissie, za to przeciwnie niż ojca nie obchodziło jej, na której gałęzi drzewa Crightonów zasiada Katie. W historii rodu zafascynował ją jedynie fakt, że tak systematycznie rodziły się w nim bliźniaki.

- Charlotte - zaczął Seb, ale Katie potrząsnęła głową. Charlotte wzbudziła w niej od razu sympatię, zupełnie inaczej niż jej ojciec. Instynkt podpowiadał Katie, że dziewczyna jest zwyczajnie, po ludzku ciekawa, toteż bez wahania odrzekła:

- Cóż, tak, prawdę mówiąc, jestem.

- A pani siostra bliźniaczka też mieszka w Haslewich? - dociekała Charlotte.

Katie pokręciła głową.

- Nie. - Nieznaczny cień przesłonił jej twarz. Seb zauważył to, Charlotte, zbyt młoda i naiwna, niczego nie dostrzegła. - Louise, moja siostra, jest zamężna i mieszka obecnie w Brukseli z... Garethem, swoim mężem.

Dlaczego tak się ociąga i tak jąka, mówiąc o szwagrze? Seb zdziwił się, usłyszał w głosie Katie nutę żalu. Może małżeństwo jednej, odbierając im codzienny kontakt, wykopało między nimi jakąś przepaść?

Cofnął się ze skupioną miną, przepuszczając Katie i Charlotte do windy. Nieświadomie spuścił wzrok na usta Katie.

- Jesteśmy. Aha, ta winda jest, oczywiście, wyłącznie na użytek państwa i oboje państwo otrzymacie klucz.

Katie szła przed nim korytarzem i czuła, że ma miękkie kolana. Instynktownie uniosła palce do ust. Był tylko jeden mężczyzna, którego pragnęła całować, i tylko on występował w jej marzeniach, a był nim Gareth. Gareth, a nie...

Jej rozbiegane myśli gwałtownie wyhamowały, nie pozwalając jej zadać sobie pytania, dlaczego odniosła nagle wrażenie, że była całowana przez mężczyznę, którego nie zna i nie pragnie, a pocałunek ten sprawił jej wielką przyjemność.

- To pani apartament - zwrócił się do niej agent, otwierając drzwi. - Wie pani już, że ma mały taras, u pana natomiast - obrócił się do Seba - jest dodatkowy pokój, który można wykorzystać jako sypialnię albo gabinet. - Wciąż uśmiechnięty agent przeszedł na drugą stronę korytarza i otworzył drugie drzwi.

Korzystając z tego, że Seb jest zajęty, Katie wśliznęła się do swojego mieszkania. Pięć minut później, zakończywszy inspekcję wszystkich pomieszczeń, jeszcze raz utwierdziła się w przekonaniu, że nie znajdzie nic, co bardziej by jej dogadzało. Pokoje były odpowiedniej wielkości. Zachowano wszystkie historyczne detale dekoracyjne, co dawało mieszkaniu elegancję i klasę. Widok z okien obejmował nie tylko najbliższą okolicę budynku, dopieszczoną przez firmę ogrodniczą dla przyjemności mieszkańców, ale również otaczające dom pola.

Gdy agent poszedł sprawdzić, czy Katie nie ma do niego jakichś pytań, Seb zwrócił się do córki:

- I co?

- Super - odparła z szerokim uśmiechem. - Łazienki są boskie. Twoja jest taka duża, że zmieści się w niej jacuzzi. Gdybyś chciał.

- Gdybym chciał - zgodził się Seb, dodając stanowczo: - Ale nie chcę.

- Tato, czemu się nie ożeniłeś? - spytała Charlotte.

Seb zmarszczył czoło, nie wiedząc, jak najlepiej z tego wybrnąć, a Charlotte mówiła dalej z odrobiną wahania:

- Chyba nie przeze mnie, co? Bo ja wiem, że... chociaż mama niewiele mówiła o tych rzeczach, ale kiedyś słyszałam, jak rozmawiała z George'em i powiedziała, że moje przyjście na świat przepełniło miarę...

Seb patrzył na córkę spod oka, intensywnie obmyślając odpowiedź. Dogadywali się już, ale jak dotąd temat małżeństwa i rozwodu z jej matką pozostał nietknięty, a on, jak to facet, nie miał ochoty podejmować go dobrowolnie, bo w tej historii jego wizerunek wypadał dość kiepsko.

- Wydaje mi się, że twoja matka chciała powiedzieć przez to, że moje niedojrzałe i egoistyczne zachowanie wobec zmian, jakie dziecko wprowadziło w jej życiu i w naszym małżeństwie, przelało dla niej miarę - poprawił ostrożnie. - To moja wina, że nasze małżeństwo nie przetrwało. Byłem zapatrzonym w siebie łobuzem, zbyt niedojrzałym w chwili ślubu, żeby myśleć o innych. Zdawało nam się, że jesteśmy zakochani, ale z perspektywy czasu zdaliśmy sobie sprawę, że to tylko pożądanie. A potem zjawiłaś się ty. Nie masz pojęcia, jak żal mi tych straconych lat i mojego niewybaczalnego egoizmu...

- Mama powiedziała kiedyś, że gdybyście byli wtedy ciut starsi i bardziej doświadczeni, wiedzielibyście, że łączy was fantastyczny romans, ale że to za mało na małżeństwo. Mówiła, że to ona była powodem tego wszystkiego, ty z kolei, ze swoimi zasadami, uparłeś się wziąć ślub.

Seb skrzywił się. Charlotte mówiła prawdę. Sandra była od niego starsza o półtora roku, miała przed nim innych chłopaków, zresztą żadne z nich nie było niewinne, gdy się poznali. Ale Seb chciał koniecznie udowodnić, że jest lepszy od innych mężczyzn z rodu Cooke'ów, którzy cieszyli się złą sławą jako domniemani ojcowie pokaźnej liczby pozamałżeńskich dzieci. Wiedział z obserwacji, jak może się zakończyć namiętny związek dla porzuconej kobiety. Jego upór, by ożenić się z Sandrą, stanowił być może zasadną, acz śmiesznie wyolbrzymioną reakcję, ale jeśli miał być ze sobą szczery, postąpiłby identycznie, gdyby znalazł się ponownie w takiej sytuacji.

Jego ojciec surowo krytykował wątpliwą moralność niektórych członków rodziny. Jako dorastający chłopak Seb nieraz słuchał rozmów, które rodzice prowadzili przez zaciśnięte zęby, a które dotyczyły nieoczekiwanych narodzin nowych członków rodu, pozbawionych nazwisk swych ojców. Oboje rodzice zgodnie uznawali, że to jedna z tych cech rodzinnych, które zasługują na najwyższy sprzeciw. Podobnie sądził Seb.

Charlotte ścisnęła go za rękę i pocałowała w policzek.

- Cieszę się, że sobie pogadaliśmy - rzekła niemal po matczynemu. - I mam nadzieję, że spotkasz jeszcze jakąś miłą kobietę. Podoba mi się ta Katie Crighton, a tobie?

Seb ściągnął brwi, ale Charlotte patrzyła na niego z dziewczęcą niewinnością i zanim mógł jej powiedzieć, że nawet gdyby jakimś cudem zabrał się za poszukiwania, Katie Crighton jest z nich z góry wykluczona, wrócił do nich agent.

Dziesięć minut później Seb opuszczał parking, jadąc za Katie i agentem. Zapisał sobie w pamięci, by skontaktować się z Jonem Crightonem i zacząć formalności związane z zakupem mieszkania. Chciał jak najszybciej doprowadzić transakcję do końca i wprowadzić się.

 

Wyjeżdżając z parkingu przed Sebem, Katie nie mogła wybaczyć losowi, że za sąsiada przeznaczył jej tego właśnie mężczyznę. Nie zapowiadało się, co prawda, by mieli się często spotykać. Jeśli Charlotte mówiła prawdę, Seb był bardzo zaabsorbowany pracą, a znów ze sposobu, w jaki na nią patrzył, domyślała się, że jest tak samo jak ona ucieszony nowym sąsiedztwem. A jaka jest jego żona? Na pewno atrakcyjna i pełna seksapilu. Seb wyglądał na mężczyznę, który ma taką żonę. Dosłownie emanował seksualnością. Tak bardzo różnił się od Garetha, który był mężczyzną do przytulania się przed kominkiem. Bo Gareth to poczucie bezpieczeństwa i spokój.

Żadna kobieta nie posłużyłaby się tymi słowy, charakteryzując Seba, a już na pewno nie wymieniłaby poczucia bezpieczeństwa. Seksualna energia, którą emanował Seb, wzniecała w Katie tylko wrogość i kazała mieć się na baczności.

Weźmy to jego spojrzenie. Katie w napięciu usiłowała przegnać wspomnienie własnej reakcji, kiedy czuła niemal jego gorący oddech na swoich ustach. Był to oczywisty przypadek, żałosny traf spowodowany przez Bóg jeden wie jaki melanż sygnałów w jej własnym ciele. Seb niewątpliwie potrafiłby to wytłumaczyć. W końcu zajmuje się badaniami naukowymi i jest zapewne ekspertem w dziedzinie chemicznych mikstur i oprogramowania odpowiedzialnego za to, co laicy zwą emocjami.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ