Powieść obyczajowa
Lato w Nowym Jorku
24,99 zł
36,99
KUP TERAZ

Lato w Nowym Jorku

Wendy Markham
brak opinii
Liczba stron: 352
ISBN: 9788327615954
Premiera: 2015-08-05

Upalne lato na Manhattanie. Dwudziestoczteroletnia Tracey zostaje w mieście na całe wakacje. Na domiar złego sama, bo Will, początkujący aktor, z którym zamierza żyć długo i szczęśliwie, wyjechał na letnie występy. Wróci do miasta dopiero we wrześniu. Ale czy na pewno do niej?

Pełna wątpliwości Tracey postanawia przyjrzeć się własnemu życiu. Zauważa, że wynajmowane mieszkanie to obskurna nora, wymarzona praca w reklamie jest rozczarowaniem, a na idealnym wizerunku Willa widać coraz więcej rys. Zamiast użalać się nad sobą Tracey zamierza działać. Dieta, sport, nowy styl i nowy facet są początkiem życiowej rewolucji.

Moje życie wyobrażam sobie tak: wyjdę za Willa. On zostanie sławnym aktorem, a ja porzucę pracę w reklamie, żeby zająć się naszymi dziećmi. Nie przeprowadzimy się ani na południe, ani na zachód Stanów, ale raczej zostaniemy w Nowym Jorku (wszystko dlatego, że nie mogę żyć bez czterech pór roku), a kiedy zestarzejemy się razem, będziemy siadywać ramię w ramię przy stoliku w restauracji, jak ci staruszkowie, których widywałam we Friendly's. Tylko że na Manhattanie nie ma ani jednej restauracji Friendly's, a Will i ja nie siedzieliśmy jeszcze w ten sposób w żadnym lokalu. Nigdy.

Bo Will potrzebuje przestrzeni.

W restauracjach.

I w ogóle.

Ja z kolei wcale nie potrzebuję przestrzeni.

Dokładnie to powiedziałam swojej przyjaciółce Kate, która oznajmiła właśnie z denerwującym spokojem, że każdy potrzebuje przestrzeni.

- Ja nie potrzebuję - oświadczyłam, a ona w odpowiedzi wzniosła tylko niebieskie oczy, a raczej niebieskie soczewki kontaktowe ku górze, jakby chciała spojrzeć na swoją ufarbowaną na blond grzywkę.

Kate wychowała się w sercu Południa, gdzie najlepiej być szczupłą blondynką z niebieskimi oczami. Właściwie to wszędzie dobrze być szczupłą blondynką z niebieskimi oczami, o czym przekonałam się wielokrotnie ja sama - okrągła, brązowooka brunetka z Nowego Jorku.

- Potrzebujesz przestrzeni, Trace! - upierała się Kate. Jej południowy akcent sprzed wojny secesyjnej był ledwo wyczuwalny - wynik ciężkiej pracy, żeby się go pozbyć. - Uwierz mi, a uwolnisz się od wewnętrznej potrzeby oglądania Willa dwadzieścia cztery godziny na dobę bez jednej sekundy przerwy.

Ma rację, ale rzecz w tym, że...

Że ja nie chcę uwalniać się od tej potrzeby.

To żałosne, prawda? Wiedziałam, że jestem żałosna i dlatego musiałam iść w zaparte. Kate i tak ciągle mówi, że się o mnie martwi. Ona uważa, że mój związek z Willem jest jednostronny.

- Nieprawda - skłamałam gładko. - Wcale nie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ale dlaczego mam się cieszyć, że Will wypuszcza się na letnie występy w okolice Adirondacks na całe trzy miesiące, a ja zostaję tu sama?

- Nic na to nie poradzisz. Przecież nie schowasz się do jego walizki.

Słysząc to, skupiłam całą uwagę na swoim niskokalorycznym napoju kawowym. Drewnianym mieszadełkiem próbowałam wepchnąć słodkawą pianę do ciemnobrązowego, zupełnie niesłodkiego napoju. Sprawa była beznadziejna - oba składniki nie chciały się połączyć. Długie paprochy przylepiały się do mieszadełka i do złudzenia przypominały kłaczki pajęczyn, które jakieś szkodniki produkowały na moim filodendronie.

- Tracey! - rzuciła Kate ostrzegawczym tonem.

- Słucham? - Z niewinną miną bawiłam się żółtą, plastikową zapalniczką i żałowałam starych dobrych czasów, kiedy można było palić wszędzie i zawsze.

- Chyba nie zamierzasz zabrać się z nim w góry Adirondacks?

- A dlaczego nie?

- Przede wszystkim dlatego... Tracey, słuchaj, co do ciebie mówię! Dlatego że nie jesteś aktorką. I masz swoją pracę.

Pracę! Wylądowałam w agencji reklamowej Blaire Barnett tylko dlatego, że zaimponowała mi nazwa firmy. Zawsze miałam skłonności do wdawania się w przeróżne interesy bez sprawdzenia, czym to pachnie. Dopiero kilka tygodni później, kiedy z okazji Dnia Sekretarki dostałam od swojego szefa roślinkę doniczkową, zdałam sobie sprawę, że jestem najzwyklejszym pracownikiem administracyjnym.

W doniczce był zarażony filodendron - ten, o którym wspomniałam wcześniej. Do złudzenia przypominał moją pracę - na początku wyglądał bardzo obiecująco - lśniące liście, celofan, zwoje wstążki i liścik: ''Droga Traci (z błędem w moim imieniu), w podziękowaniu za wszystko, co dla nas robisz. Wszystkiego najlepszego - Jake''. W domu znalazłam filodendronowi świetne miejsce na pustym parapecie. A po tygodniu na liściach pojawiły się robaki, gotowe do walki na śmierć i życie z biedną rośliną.

- Rzucę. - Wciąż pstrykałam zapalniczką.

- Co? Palenie?

- Nigdy w życiu. Pracę.

Uwaga! Zapamiętać! Idąc do Willa, kupić sobie papierosy.

- Tego się obawiałam. - Kate, która na szczęście nie należała do armii wojujących przeciwników palenia, uśmiechnęła się z wyższością. Potem przełknęła mały łyczek soku i powiedziała: - Masz zamiar tak po prostu porzucić pracę po niecałych dwóch miesiącach?

- Ponad dwóch miesiącach...

- Dobrze - zgodziła się. - Po ponad dwóch miesiącach. I co dalej? Pojedziesz za Willem do jakiejś dziury. Co będziesz tam robić?

- Choćby ustawiać dekoracje. Albo pracować jako kelnerka. Nie wiem, Kate! Jeszcze o tym nie myślałam. Wiem jedno: Nie mogę znieść myśli, że przez całe wakacje będę siedzieć w tym cholernym mieście bez Willa.

- Czy Will o tym wie?

Pytanie Kate było jasne, ale wolałam udać, że go nie rozumiem.

  - O czym?

- O tym, że się z nim wybierasz.

- Nie - musiałam przyznać.

- Kiedy wyjeżdża?

- Za kilka tygodni.

- Może do tego czasu zrezygnuje z wyjazdu.

- Nigdy w życiu. Powiedział, że musi wyrwać się z miasta.

Kate uniosła jedną brew, dając do zrozumienia, że podejrzewa coś więcej. Jeśli teraz powie, że Will ucieka nie tylko od miasta, na pewno zaprzeczę. Mimo że w głębi ducha podejrzewam, że Kate może mieć rację.

I to jest powód, dla którego chcę z nim wyjechać. Przez całe trzy lata, odkąd ze sobą jesteśmy, nasz związek jest tak pewny jak jazda terenowym isuzu serpentynami w górach z szybkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. W dodatku w deszczu. I w huraganowym wietrze.

Kiedy się spotkaliśmy, byliśmy oboje na przedostatnim roku studiów. Will przyjechał do naszego uniwersyteckiego miasteczka w północnej części stanu Nowy Jork ze Środkowego Zachodu. Zamienił niezły uniwersytet na taką sobie stanową uczelnię, gdyż żywił głęboką pogardę dla konserwatywnych, panamerykańskich nastrojów panujących i w jego szkole, i w rodzinie.

Od razu go zrozumiałam. Chyba dlatego zwróciłam na niego uwagę. To zadziwiające, jak bardzo małe miasto na obrzeżach stanu Nowy Jork przypomina małe miasto na Środkowym Zachodzie!

Pozornie wszystko jest tu inne, nawet akcent. Każdy człowiek od Chicago po północną granicę stanu Nowy Jork wymawia płasko samogłoskę "a'', marszcząc przy tym nos, co sprawia, że słowo apple zamienia się w trzysylabowe ay-a-pple.

Religia też jest tu inna. Wszyscy ludzie, których spotykałam w życiu, byli katolikami - wszyscy z wyjątkiem Tamar Goldstein, jedynej dziewczynki w całym Brookside High, która przez kilka dni października nie przychodziła do szkoły z powodu tajemniczych świąt Jom Kippur.

Inna jest moja szeroko rozgałęziona włoska rodzina ze swoimi odwiecznymi zwyczajami, od których nie ma ucieczki. W niedzielę o dziewiątej trzydzieści każdy powinien pojawić się w kościele, a po mszy wypić kawę i zjeść cannoli w domu mojej babki ze strony matki. W samo południe cała rodzina schodziła się u babki ze strony ojca na spaghetti. Tak zaczynały się wszystkie niedziele w moim życiu, a mój wiecznotrwały cellulitis jest tego żałosnym dowodem.

Will był protestantem. Jego przodkowie pochodzili z Anglii i Szkocji. Mówił bez żadnego akcentu, nie miał cellulitisu, a jeśli w domu jego rodziców jadało się spaghetti, to wyłącznie z sosem z puszki.

On, tak samo jak ja, od zawsze chciał wyrwać się z dusznej, małomiasteczkowej atmosfery i zamieszkać w Nowym Jorku. Ale on, odwrotnie niż ja, uznał uniwersytet stanowy w Brookside za wielki krok zbliżający go do celu. Nie miałam serca powiedzieć mu, że jeśli chodzi o atmosferę, Brookside równie dobrze mogłoby leżeć w Iowa. W końcu doszedł do tego samodzielnie i rzucił studia, nie robiąc dyplomu, byle szybciej wyrwać się z naszego upiornego miasteczka.

Kiedy poznaliśmy się na przedostatnim roku, Will miał dziewczynę w swoim rodzinnym Des Moines, a ja mieszkałam z rodzicami trzy mile od campusu. Nie od razu zaczęliśmy ze sobą chodzić i winę za to ponosi oczywiście Will. Kiedy patrzę na tamte dni z dzisiejszej perspektywy, widzę, że nie dręczyły go wątpliwości, czy oszukiwać albo rzucić swoją dziewczynę dla mnie. Bardziej chodziło mu o możliwość przelatywania wszystkich chętnych panienek wokół.

Will bez żadnych zahamowań opowiadał mi o sobie tonem, który sugerował, że on i ja jesteśmy parą dobrych przyjaciół, czym doprowadzał mnie do szału. Jeśli zdarzyło się, że rozmawiał przez telefon ze swoją dziewczyną, kiedy bez zapowiedzi wpadałam do jego mieszkania, nie próbował nawet przerwać rozmowy. Potem oświadczał od niechcenia coś w rodzaju: ''to była Helen''. Już wtedy doszłam do wniosku, że gdyby Will uważał, że jesteśmy kimś więcej niż (jak to sam określał) przyjaciółmi, którzy sypiają ze sobą tylko w stanie upojenia alkoholowego po przypadkowych spotkaniach w barze, ukrywałby przede mną informacje o swojej dziewczynie.

Tak więc miała na imię Helen i na pewno była - jak to sobie wyobrażałam - smukłą osobą o egzotycznej urodzie.

Pewnego dnia Will wyjechał do domu na ferie zimowe, powierzając mi klucze do swojego mieszkania. Miałam podlewać kwiaty. Tak, Will miał w mieszkaniu kwiaty. Nie marihuanę, która rosła w wielu zaprzyjaźnionych domach w okolicach campusu, nie otrzymane w prezencie kaktusy ani twarde sansewierie, które można miesiącami trzymać w ciemnym miejscu bez podlewania, ale prawdziwe rośliny doniczkowe. Takie, które trzeba regularnie podlewać i nawozić.

Zdarzyło się to, zanim jeszcze zaczęliśmy ze sobą sypiać, ale już po tym, jak kilka razy manipulował przy zapięciu mojego stanika, pośrednio zmuszając mnie do kupienia czegoś bardziej odpowiedniego niż moje zwykłe staniki zapinane na cztery solidne haftki umocowane na elastycznej taśmie szerokiej jak Piąta Aleja.

Byłam zaszokowana, że oddał mi w opiekę nie tyle rośliny, kupione we wrześniu w pobliskim sklepie ogrodniczym, co całą zawartość mieszkania, które dzielił z dwoma kolegami. Chyba naprawdę nie podejrzewał, że spędzę całe godziny, przeszukując stojące w szafie plastikowe skrzynki po mleku, w poszukiwaniu listów od Helen i jej zdjęć. Zresztą - diabli wiedzą. Może coś podobnego przyszło mu do głowy? Może chciał, żebym zrobiła kipisz w jego rzeczach? W każdym razie zdjęcia znalazłam bez problemu. Były wetknięte do jednego z tych grubych notatników oprawnych w kolorowe płótno, dokładnie tam, gdzie wpisała się Helen: ''Zapisuj w tym dzienniku, co się z Tobą dzieje, kiedy jesteś daleko. Pewnego razu przeczytamy go wspólnie i poczuję się tak, jakbym była tam z Tobą''.

Uśmiechnęłam się z zadowoleniem na widok białych, nie zapisanych kartek.

Ale nic nie dorówna triumfowi, jaki poczułam na widok zdjęć enigmatycznej Helen. Wiedziałam tylko, że jest blondynką. Will mówił o tym nieraz. I to była prawda. Miała długie, lśniące włosy z przedziałkiem pośrodku. Ale poza tym była pospolita, bardziej pyzata ode mnie i nosiła czerwone bermudy w kratkę, które broń Boże nie tuszowały jej bioder ani tym bardziej - ud. Nigdy w życiu nie włożyłabym koszuli w spodnie, a jeśli nawet miałabym na to ochotę, za nic nie włożyłabym nic w czerwone bermudy w kratkę.

Po obejrzeniu zdjęć przestałam obawiać się Helen.

Po powrocie z ferii Will zastał rośliny w doskonałej formie, plastikowe skrzynki po mleku pozornie nietknięte i talerz domowych, czekoladowych ciasteczek z masą serową na kuchennym stole. W tej sytuacji wcale nie byłam zdziwiona, kiedy oznajmił mi, że w sylwestra zerwał z Helen. Chciałam wczuć się w rolę już nie do końca przyjaciółki, ale jeszcze nie całkiem jego dziewczyny, ale i tak nie byłam pewna, jak się zachować. W końcu posłałam mu kilka pełnych współczucia spojrzeń, ale w głębi ducha gratulowałam sobie wygranej. Pobiłam Helen. Mityczna dziewczyna z rodzinnego miasteczka została wyeliminowana z gry.

Krótko cieszyłam się pozornym zwycięstwem. Dzisiaj, trzy lata później, wiem, że jeszcze nie przekroczyłam linii mety.

- Chyba powinnaś powiedzieć Willowi, że zamierzasz rzucić pracę i z nim wyjechać, prawda?

- Nie powiedziałam, że na pewno rzucę pracę. Powiedziałam tylko, że chcę to zrobić.

Cholera. Kate popatrzyła na mnie tak, jakbym oświadczyła, że zaraz wyciągnę z kieszeni obrzyn i wystrzelam wszystkich w tej kawiarni.

- Muszę już iść. - Poderwałam się gwałtownie, łapiąc biały papierowy kubek i ogromną czarną torbę na ramię.

- Ja też. - Kate złapała swój biały papierowy kubek i swoją ogromną czarną torbę na ramię. - Odprowadzę cię do metra.

Świetnie.

I przez całe dwie przecznice wpierała mi, że lato w mieście potrafi być naprawdę wspaniałe. Mogłaby sobie darować te bzdury, bo ja spędziłam już tyle dusznych, sierpniowych dni w cuchnącym zgnilizną mieście, że wystarczy mi na całe życie.

W Dzień Pamięci minie rok, odkąd mieszkam w Nowym Jorku. Pierwsze kilka miesięcy wynajmowałam pokój w Queensie u kompletnie nieznajomej dziewczyny, której ofertę znalazłam w dziale ogłoszeń drobnych lokalnej gazety ''Village Voice''. Miała na imię Mercedes. Minęłyśmy się kilka razy na korytarzu. Zawsze wyglądała na zaćpaną. Nie miałyśmy szans spotykać się częściej, bo w ciągu dnia ona spała, a ja szukałam pracy albo miałam jakieś chałtury, a kiedy wracałam wieczorem, ona wychodziła na całą noc. Kiedyś próbowałam dowiedzieć się po co, ale odpowiadała raczej wymijająco. Obie wyprowadziłyśmy się stamtąd na początku września, kiedy pewien aktor, który był stałym lokatorem tego mieszkania, wrócił do Nowego Jorku z letnich występów na prowincji. Nigdy już jej nie zobaczyłam, ale nie zdziwiłabym się wcale, widząc ją w telewizji w którymś z policyjnych programów interwencyjnych.

Wakacje spędzone we względnie taniej dzielnicy miały jeden plus. Udało mi się odłożyć trochę forsy i wynająć tylko dla siebie kawalerkę na Manhattanie w East Village. W pewnym sensie w East Village, gdyż było to tak bardzo na wschodzie wyspy, że wystarczyło zrobić kilka kroków dalej, żeby wylądować na autostradzie Roosevelta albo wręcz w rzece. Mieszkanie było ponure i działało na mnie tak depresyjnie, że aż dziw, że nie zrobiłam tych kilku kroków. Zawsze, niezależnie od tego jak bardzo starałam się je ożywić, przypominało wnętrza z bardzo starych seriali widziane w bardzo starym, czarno-białym telewizorze. Ale prawdę powiedziawszy, niespecjalnie starałam się je ożywić.

Kate uważa, że wystarczyłoby przykryć materac jaskrawą narzutą. Zawsze odpowiadam, że nie mogę szarpnąć się na narzutę, bo jestem bez grosza, ale tak naprawdę to nie chcę wydać ani grosza na to mieszkanie. Kate, którą poznałam w pracy trzeciego dnia po przyjeździe do Nowego Jorku i która dzięki hojności swoich bogatych rodziców mieszkających w Mobile zajmuje całe piętro domu z czerwonego piaskowca usytuowanego w samym sercu West Village, mogłaby mnie nie zrozumieć.

Nie będę wydawać pieniędzy na swoją kawalerkę z prostego powodu: nie chcę, żeby zaczęła przypominać prawdziwy dom. Jeśli zacznę ją oswajać, będzie to znaczyło, że zamierzam zamieszkać tam na stałe. A ja nie chcę skończyć w ponurym mieszkaniu w East Village.

Chcę zamieszkać z Willem.

I to jak najprędzej. I na zawsze.

- Pomyśl tylko - usłyszałam głos Kate. - Szekspir na wolnym powietrzu w Central Parku.

Wzruszyłam ramionami.

- Kto wie? Może Will dostanie rolę w którejś ze sztuk Szekspira.

- Tak myślisz?

Znowu wzruszyłam ramionami. Dobrze wiedziałam, że latem w kurortach gra się nie Szekspira, ale popularne musicale.

 

Polecam książkę wszystkim, którzy chcą znaleźć się w pędzącym, tętniącym życiem Nowym Jorku. Zapewniam was, że będziecie bawić się świetnie z szaloną Tracy, która postanowiła zmienić swoje życie. 

"Lato w Nowym Jorku" czyta się bardzo szybko. Skończyłam, nawet nie zauważyłam kiedy. To świetna powieść zarówno na upalne dni jak i chłodne wieczory. To właśnie taka książka na jeden wieczór. Przyjemna i ciekawa. Co jakiś czas nawet na mojej twarzy pojawiał się uśmiech, niestety zabrakło mi emocji, mam jednak nadzieję, że autorka jeszcze się w tej kwestii poprawi.

Lato w Nowym Jorku, to lektura, którą czyta się niesamowicie szybko. To świetna lekka pozycja na niezobowiązującą lekturę. Autorka poprzez przedstawioną historię pokazuje, że nie zawsze warto brnąć w związek, który tak naprawdę nie ma przyszłości. Bo czy ma sens staranie się na siłę, gdy ta druga osoba coraz bardziej się od nas oddala?

„Lato w Nowym Jorku” to lekka lektura, którą czyta się naprawdę szybko. Wendy Markham w ciekawy sposób pokazuje czytelnikowi, że istnieją sytuacje, w których nie warto jest dalej brnąć w związek bez przyszłości. Podobało mi się ukazane przez autorkę przedstawienie dwóch klas społecznych – ludzi bogatych i biednych. Na pochwałę zasługuje także przedstawienie charakterów Tracey i Willa, które tak bardzo się od siebie różnią.
Polecam wszystkim tę lekką i przyjemną lekturę, wręcz idealną na chłodne wieczory! :)

Opis na okładce może sugerować typowy romans. Jednak nie dajmy się na to nabrać. Ta książka zawiera całkiem mądre przesłanie: czasem rozłąka pozwala z dystansu spojrzeć na nasz związek. Poza tym zmiany są w naszym życiu bardzo potrzebne, tylko musimy mieć odwagę by je dokonać. Polecam!!!

„Lato w Nowym Jorku” to świetna książka dla kobiet. Urzekła mnie nie tylko lekką i zabawną fabuła, ale również stylem pisarskim autorki. Znakomita lektura na coraz dłuższe wieczory. W trakcie czytania można się odprężyć i zrelaksować. Niekontrolowane wybuchy śmiechu gwarantowane. Polecam.

Powieść napisana jest przystępnym językiem, ze zdrową dawką humoru oraz samokrytyki. Nie jest przecież łatwo akceptować siebie i jednocześnie marząc, by mieć dwadzieścia kilogramów mniej. Autorka pokazuje na przykładzie Tracey, że warto marzyć i małymi kroczkami dążyć do szczęścia. Czasami trzeba odrzucić zbędny balast (nie tylko w postaci kilogramów), podjąć drastyczne kroki, poszukać innych rozwiązań i walczyć o sobie. 

"Lato w Nowym Yorku" to książka, którą czyta się z przyjemnością. Idealnie nadaje się nie tylko na upalne, letnie popołudnia ale i jesienne wieczory, podczas których tęsknimy za słońcem i wakacyjnymi romansami. Ja bawiłam się podczas jej lektury naprawdę dobrze i z pewnością jeszcze do niej wrócę, bo Tracey podbiła moje serce swoim zwariowaniem i wielką chęcią zmian. 

Ta powieść jest pełna humoru ale również jest to prawdziwa i smutna historia o pogoni za szczęściem, lękiem przed samotnością, której boli się każdy z nas. (...) Autorka opisuje nam wszystko bardzo prostym, lekkim językiem, a jej styl jest naprawdę świetny wiec czyta się tą książkę bardzo szybko. Dobrze wykreowane postacie przyciągają naszą uwagę, a perypetie Tracey są bardzo realistyczne i opisane w zabawny sposób.
Jeżeli potrzeba Wam chwili oddechu i chcecie zatracić się w lekkiej lekturze to ta powieść jest do tego idealna. Polecam!

Nie jest to typowy romansik, taka płytka głupiutka książeczka, ale naprawdę sympatyczna powieść na końcówkę lata! Daje do myślenia i oby wiele kobiet zainspirowała do zmiany sposobu myślenia!

Czytając tę powieść od pierwszych stron miałam wrażenie, że naprzeciw mnie siedzi moja najlepszą przyjaciółka i opowiada mi swoje perypetie damsko męskie. Ta powieść skradła moje serce nie tylko pod względem fabuły, alerównież sposób, w jaki autorka operuję słownictwem. Powieść czyta się szybko, można rzec, że powieść po prostu płynie w oczach.

Podczas letnich, upalnych dni poszukuje książek niezobowiązujących, relaksujących a przede wszystkim lekkich w czytaniu. Takim właśnie utworem jest powieść "Lato w Nowym Jorku".

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ