Thriller / Sensacja / Kryminał
Zwykły człowiek
KUP TERAZ

Zwykły człowiek

brak opinii
Liczba stron: 288
ISBN: 9788327616104
Premiera: 2015-08-12

Codziennie mijasz go w drodze do pracy. Mieszka w domku z zadbanym ogródkiem, tak jak ty robi zakupy w osiedlowym sklepie. Miły, zawsze grzeczny i uśmiechnięty. Na pozór przeciętny, może nawet nudny.

Nikt nie wie, że od lat morduje młode kobiety. Wyrusza na polowanie jak drapieżnik, starannie wybiera ofiary. Przetrzymuje je w klatce, a potem zabija, bo tylko dzięki temu odzyskuje spokój. Taki zwykły seryjny morderca.

Pewnego dnia czuje, że już czas na kolejne morderstwo. Ale po raz pierwszy precyzyjny plan zawodzi, a sytuacja zupełnie wymyka się spod kontroli…

Graeme Cameron

Graeme Cameron Brytyjski autor, zadebiutował głośnym thrillerem „Zwykły człowiek” – powieścią, która jest swoistym, mrożącym krew w żyłach dziennikiem seryjnego mordercy. Pracuje właśnie nad kolejną książką.

Posłużyłem się trzydziestopięciocentymetrową piłką do metalu, żeby odciąć kończyny, które następnie, z myślą o wygodzie, przekroiłem na pół. Ręce i nogi, wraz z głową i włosami utraconymi podczas próby ucieczki, zmieściły się bez trudu w worku na śmieci. Do osobnego worka włożyłem pośladki i uda, po czym umieściłem te części ciała przy tylnych drzwiach, z dala od kałuży krwi. Tułów, pomimo drobnej sylwetki, jaką odznaczała się Sarah, był nadzwyczaj ciężki i wymagał grubszego worka; chodziło o to, by się nie przedarł i nie doszło do wycieku. Wziąłem taki ze sobą, kierując się roztropnością.

Operacja sprzątania była stosunkowo łatwa. Moje ubranie powędrowało do reklamówki, a twarz umyłem nad zlewem. Ciepła woda, a następnie antybakteryjny sprej marki Dettol wystarczyły z powodzeniem, by usunąć ślady z drzwiczek, a także zdezynfekować blaty szafek, kiedy już zgarnąłem większość krwi na podłogę. Jej wytarcie wymagało trzech wiader rozcieńczonego wybielacza, który wylałem do studzienki ściekowej na podwórzu. Rozdrabniacz w zlewie rozprawił się z zabłąkanymi skrawkami ciała; sam zlew wykonany był ze stali nierdzewnej i wymagał tylko pobieżnego wytarcia.

Jedyną troską napawały mnie maleńkie nacięcia na stole śniadaniowym, rezultat mojej niezgrabności w posługiwaniu się nożem do mięsa. Kilka plamek krwi wżarło się w drewno, ale były ledwie widoczne, a ponieważ mebel miał już najlepsze lata za sobą, wydawało się mało prawdopodobne, by ktoś je zauważył przypadkiem. Biorąc wszystko pod uwagę, nie mielibyście pojęcia, że tu gościłem.

Właściwie, kiedy już przeniosłem worki na podwórze i pochowałem środki czystości, stanowiłem jedyny obcy element w domu. Na szczęście ojciec Sarah miał z grubsza mój rozmiar; już wcześniej wygrzebałem z garderoby parę płowych spodni i stary oliwkowy polar. Zauważyłem, że jest postrzępiony i przetarty na łokciach, pachniał też trochę stęchlizną, ale najważniejsze, że był suchy i czysty.

Nie kryjąc zadowolenia, włożyłem kurtkę i buty, wyszedłem na zewnątrz i zamknąłem za sobą delikatnie drzwi.

 

Zgodnie ze współczesną filozofią planowania urbanistycznego dom Abbottów był oddzielony od dwóch sąsiednich szerokością ścieżki ogrodowej. By zapewnić symboliczną prywatność, każdy ogród ogrodzono z obu stron wysokimi parkanami, które u dołu posesji łączyły się z ceglanym murem. Był on o dobre piętnaście centymetrów wyższy ode mnie, wiedząc zatem, że miałbym kłopoty z przeniesieniem Sarah na drugą stronę w sposób dyskretny, postanowiłem przyprowadzić furgonetkę i wrócić po dziewczynę.

Wziąłem długi rozbieg i przeskoczyłem na drugą stronę, po czym spadłem na kobierzec gałązek i miękkich zbrązowiałych liści. Drzewa rosły tuż za granicą posesji, u podnóża stromego zbocza. Z tego właśnie miejsca widziałem, jak okno na górze zachodzi parą, i słyszałem odgłosy kąpieli; patrzyłem na sylwetkę Sarah, która się rozbierała, i czekałem, aż zamknie drzwi, mając w uszach szum wody, nim wszedłem do domu.

Teraz, kiedy zmierzałem między rzędami sosen w stronę drogi, sceneria była zupełnie inna. Wszystko, co czyniło świt tak doskonałym, zniknęło – cieniutka warstwa śniegu na szczytach dachów, nieznaczny trzask gałązek pod kopytami jeleni, szelest liści niepokojonych przez ciekawskie lisy. Zamiast tego terkot silników wysokoprężnych i zgrzytliwy stukot betoniarek, biały szum porannych wiadomości i stuk-stuk-stuk kielni na cegłach. Zaczęło się to krótko po moim przybyciu, i choć osiedle wraz z ukończeniem budowy miało pogrążyć się w błogosławionej ciszy i dobrosąsiedzkiej atmosferze, chwilowo dźwięk towarzyszący rozbudowie zamieniał je w istne piekło. Z drugiej jednak strony zapewniał mi ten luksusu, że nie musiałem iść na palcach.

Myśląc o tym, czułem, że brakuje mi czegoś jeszcze – czegoś, czego nie potrafiłem określić. Pocieszającego ciężaru, który zwykle czułem na udzie, a który nagle zniknął.

Dopiero gdy dotarłem do furgonetki, uświadomiłem sobie, że zatrzasnąłem w niej cholerne kluczyki.

 

Z ogromną niechęcią wybiłem szybę, ale transit miał podwójne wzmocnione zamki, zamówiłem też do niego opcjonalny system alarmowy. W konsekwencji, tak jak każdy inny człowiek, miałbym problem, żeby włamać się do wozu. Rozważywszy tę opcję, a także obliczywszy, ile czasu zabrałoby mi wzięcie taksówki i jazda do domu po zapasowe kluczyki, znalazłem wkrótce cegłę. Znów siedziałem w swoim samochodzie, zdany jednakże na łaskę ogrzewania.

Zostawiłem Sarah tuż za boczną furtką i wprowadziłem furgonetkę tyłem na podjazd o podwójnej szerokości, by jak najmniej rzucać się w oczy. Poświęciłem chwilę, by ponownie obejrzeć małe okno toalety na tyłach domu; wcześniej obłupałem trochę farby, w drewnie widniały też wgniecenia, ale rama znajdowała się na swoim miejscu, a szyba była nietknięta. Sądząc po ilości pudeł i koców piętrzących się w środku, a także skupisku dawno niesprzątanych pajęczyn, nikt nie odkryłby uszkodzeń aż do lata. Dobrze.

Stwierdziłem z zadowoleniem, że Sarah nie wyciekła z ani jednej torby, i po kilku dosłownie sekundach te lżejsze znalazły się w furgonetce. Lecz gdy odwróciłem się, żeby zabrać grubszy worek, spojrzałem odruchowo w stronę drzwi i zamarło mi serce. Twarz, która patrzyła na mnie pytająco, była znajoma. Wcześniej studiowałem przez chwilę maleńkie zdjęcie, jedno z tych, jakie można zrobić w automacie fotograficznym w centrach handlowych; wypadło z pamiętnika Sarah, kiedy leżałem na jej łóżku. Ale nie było mowy o pomyłce.

Erica zdradzała tak głębokie wahanie, że niemal słyszałem warkot jej komórek mózgowych, kiedy stała z palcem tuż przy dzwonku, uniesionymi brwiami i rozdziawionymi ustami. Wiedziałem aż za dobrze, dokąd zmierzają jej myśli, więc zmieniłem ich bieg za pomocą uśmiechu i przyjacielskiego gestu.

- Cześć! – zawołałem. – Proszę się nie bać, nie jestem włamywaczem.

Wyraz jej twarzy zmienił się od razu, jakby zamierzała przepraszać.

- Och, nie, nie. W ogóle tego nie podejrzewałam. – Roześmiała się, a kilka kosmyków zsunęło się z jej czoła, zakrywając oczy.

- Jestem z opieki społecznej – wyjaśniłem. – Zabieram stare torby. – Zachichotałem w duchu. – To znaczy torby ze starymi rzeczami. Szuka pani tej młodej damy?

Szła teraz w moją stronę. Ciemne loki podrygiwały, wełniany szalik kołysał się w rytm jej bioder. Piersi zmagały się z górnym guzikiem kurtki przy każdym stanowczym kroku. Poczułem szybsze krążenie krwi, dźwięk mechanicznych młotów i świdrów pneumatycznych zamienił się w przytłumiony szmer.

- Tak. Wie pan, gdzie jest? Nie otwiera drzwi.

Znajdowała się teraz tak blisko, że słyszałem szelest dżinsu między jej udami. Mogłem wybrać jeden z dwóch sposobów i prawdopodobnie uniknąć sceny za sprawą szybkiego i zdecydowanego działania, ale, jak często się to dzieje w obliczu niezwykłego naturalnego piękna, moja uczciwość wzięła górę.

- Tak – odparłem. – Jest w ogrodzie.

 

***

 

Mój ubezpieczyciel zrobił na mnie wrażenie. Po pierwsze, nie musiałem czekać na połączenie, torturowany skrzekliwym, powtarzanym w kółko nagraniem „Greensleeves” czy co tam obecnie puszczają. Po drugie, telefonista, który mówił z indyjskim akcentem, ale twierdził, że nazywa się Bruce Jackson, okazał współczucie zamarzającemu człowiekowi i skierował mnie do lokalnego warsztatu; nie dość, że mieli na składzie szybę do mojego wozu, to jeszcze zamontowali ją na poczekaniu. Potem dali mi filiżankę herbaty, choć określenie „herbata” jest w tym wypadku naciągane. Nie powinno się jej serwować w plastikowym kubku i z zatłuszczonego automatu, poza tym przenigdy nie powinno się do niej dodawać mleka w proszku. Ale ponieważ nie zaproponowano mi nic innego, a napój był przynajmniej ciepły, udałem wdzięczność i wypiłem go.

 

Uporawszy się z naprawą wozu, zmuszony porzucić pierwotne plany, wstąpiłem do sklepu ze sprzętem remontowo-budowlanym, żeby kupić komplet brzeszczotów i trochę ługu, a także, pod wpływem impulsu, szlifierkę bezprzewodową. Pomyślałem, że może się przydać. Następnie zajrzałem do sklepu z wykładzinami, gdzie nabyłem sześć dużych ścinków, które pasowały niemal idealnie do próbki, którą trzymam w schowku na rękawiczki. Nigdy tego za wiele, wierzcie mi.

Zahipnotyzowany syrenim śpiewem wołowiny, której woń niosła się wraz z wiatrem, podjechałem do pobliskiego McDonalda, gdzie ładna jasnowłosa dziewczyna z czterema złotymi gwiazdkami na uniformie, ale bez plakietki z imieniem, podała mi cheeseburgera, jak twierdziła, który jednak po bliższym zbadaniu okazał się jego tanią imitacją, a konsumpcja niewiele bardziej satysfakcjonująca niż tkwienie na żałośnie wąskim podjeździe dla zmotoryzowanych klientów. Budziło to rozczarowanie, ponieważ panna Złote Gwiazdki wyglądała na osobę, która mogłaby zapewnić mi spożycie naprawdę dużych burgerów.

 

Śnieg powrócił, nim wyjechałem na drogę. Spadał gęstą zasłoną, pokrywając w ciągu kilku minut ziemię i tworząc jasny, męczący wzrok tunel.

Szosa, która biegła przez las, pogrążona była w niezwykłym spokoju nawet jak na tę pogodę. Tylko mój samochód zostawiał ślad, poza miastem nie napotkałem już żadnego wozu. W takich chwilach, choć wydaje się to nieprawdopodobne, człowiek czuje jedność z naturą, siedząc w ogrzewanej furgonetce.

Po przejechaniu około trzech kilometrów, gdy drzewa coraz ściślej obejmowały drogę, skręciłem w polny trakt biegnący wzdłuż głównego szlaku kolejowego. Przy ładnej pogodzie jest uczęszczany przez ludzi z psami i rowerzystów, ale pozostaje niedostępny dla pojazdów za sprawą stalowej zapory na wspornikach, z łańcuchem i kłódką. Na szczęście mam klucz.

Zamknąłem za sobą bramę i tłumiąc żal wywołany myślą, że naruszę dziewiczy śnieg, ruszyłem wzdłuż wyżłobionego traktu. Przejechałem około ośmiuset metrów, by nikt nie mógł mnie dostrzec od strony szosy.

 

Tak wyglądała zima, kiedy byłem dzieckiem. Śnieg na ziemi po goleń. Padające wokół mnie tysiącami miękkie, delikatne płatki, które osiadały na włosach i łaskotały twarz. Powietrze tak rześkie i nieruchome, że łagodziło chłód. Para oddechu przed oczami, unosząca się ku czystemu, białemu niebu. Ciche skrzypienie pod stopami przy każdym ostrożnym kroku. Błoga, niczym niezmącona cisza.

Zimy były wówczas długie i pełne różnorakiej tajemnicy. Wynajętymi samochodami odbywałem z ojcem niebezpieczne podróże do odległych placówek. Wiekowa stajnia przy podjeździe zamieniała się w arktyczny wrak statku, a żelastwo na wysokich półkach stawało się pirackim skarbem. No i lasek brzozowy za ogrodem, gdzie ziemia była dostatecznie sucha, by można było na niej siedzieć pod baldachimem koców, i gdzie nigdy nie docierały krzyki i wrzaski rozlegające się w domu.

Tego dnia jednak nie miałem czasu na refleksje. Zaparkowałem furgonetkę w miejscu, w którym trakt stykał się z połacią odsłoniętego wrzosowiska przecinającego las. Grunt zniża się tu w stronę torów kolejowych, a za nimi znajduje się strome urwisko z gęsto porośniętym bagniskiem na dole, które ciągnie się wzdłuż rzeki. Tam, gdzie stałem, ziemia opadała gwałtownie, tworząc okolony drzewami krater o średnicy około stu metrów, z płytkim stawem na dnie zasilanym przez dopływ rzeki, która wije się przez bagnisko i płynie pod torowiskiem. Wspiera się ono na ceglanym tunelu, zbudowanym w latach czterdziestych dziewiętnastego wieku, kiedy kładziono linię kolejową, by umożliwić barkom dostęp do ówczesnego wyrobiska krzemiennego. Przez lata palowane i wzmacniane w zaciekłej, ale skazanej na porażkę walce z grawitacją i rozpadem, drży i zawodzi, ilekroć przejeżdża obok pociąg.

Dotarcie do tego miejsca wymaga bacznej uwagi nawet w najbardziej sprzyjających warunkach. Gdy zalega głęboki śnieg, a człowiek dźwiga ogromny ciężar, zamienia się to w koszmar. Musiałem odbyć dwa kursy, zostawiając mocniejszy worek pod mostem i wracając po mniejsze i łopatę. Niestety, ta pora roku zmusza do niejakiego kompromisu. Jest tu dużo dobrego gruntu, dostatecznie trwałego, by nie naruszył go przypadkowy przechodzień; bądź co bądź tam, dokąd mogę dotrzeć, możecie dotrzeć także i wy. Jednak przy tak niskiej temperaturze nie sposób wykopać w ziemi dół. Każdy jej kawałek, który jest dostatecznie miękki, by wbić w niego łopatę w środku zimy, będzie w lecie prawie niedostępny, a zatem z pewnością odległy i gęsto porośnięty.

Błąd, który zrodził pojęcie „płytkiego grobu”, jest klasyczny; popełniają go w kółko ogarnięci paniką nowicjusze. Uparcie nie uwzględniają czasu i wysiłku, jakiego wymaga kopanie w leśnym podłożu, dlatego końcowy rezultat to z reguły bardzo niewielki dół. By odpowiednio przykryć ciało, są zmuszeni usypać spory wzgórek ziemi zgarniętej z przyległego terenu. A ponieważ wygląda to wypisz, wymaluj jak płytki grób, starają się go zamaskować warstwą paproci i mchu. I oczywiście przy pierwszym silniejszym wietrze spod gleby wyłaniają się palce stóp.

Tego dnia musiałem wkopać się na głębokość półtora metra. Mogło to potrwać całą zimę.

 

***

 

 

W chwili śmierci mój ojciec uśmiechnął się w końcu. Wciąż był ciepły, kiedy zostawiłem go za pierwszym razem, skóra miękka, policzki zarumienione. Krew zbierała się w trocinach pod jego szyją, maleńkie ścinki drewna unosiły się na powierzchni, tańczyły ze sobą i tworzyły wzory na podobieństwo śnieżynek naśladujących kształtem te, które roztapiały się na moim płaszczu.

Klęczałem nad nim, szukając w jego oczach choćby iskierki życia. Ten jeden jedyny raz ów silny, dumny człowiek spojrzał na mnie – jego ostatnia szansa, by w ogóle na mnie spojrzeć – a jednak wciąż nie był w stanie spojrzeć na mnie naprawdę.

Przez tych kilka chwil dostrzegłem na jego twarzy cały wachlarz emocji. Ból zdrady. Żal zawinionej porażki. Zdumienie fascynacjami małego chłopca. Frustrację wywołaną żądaniem uwagi. Rozczarowanie, gniew i odrazę. Lęk.

 

Po śniadaniu wróciłem i usiadłem przy nim, trzęsąc się bez końca, patrząc, jak krzepnie krew, a twarz pokrywa się woskiem. Około południa śnieg na dachu nabrał ciężkości i zsunął się na ziemię, strasząc mnie przy tym. Co jakiś czas w szczelinie pod drzwiami węszył ciekawski lisi nos. Ale poza tym towarzyszyły mi tylko cisza i zimno.

Przed nastaniem nocy był już zimny, palce zwinęły się w sztywne szpony, a ja uległem głodowi.

Powlokłem się przez ogród do ciepła domu, modląc się przez cały czas, bym znalazł w piekarniku kolację, by matka dopilnowała, żebym zjadł warzywa, a potem otuliła mnie w łóżku i obiecała, że nazajutrz wszystko będzie dobrze. Lecz dostrzegłem wyraz jej oczu, kiedy całowała mnie tego ranka na pożegnanie, dojrzałem w nich życie i iskrę, jakich nigdy wcześniej nie widziałem. Gdy brała swoje torby i wychodziła z domu, zostawiając mnie samego z owsianką, wiedziałem w głębi duszy, że tym razem to odejście jest inne. Sprawiało wrażenie ostatecznego.

Zrobiłem jedyną rzecz, o jakiej miałem pojęcie. Objadłem się ciastem z syropem karmelowym i czekałem, aż ktoś mnie znajdzie. Dziwne, ale nikt nigdy tego nie zrobił.

 

Podgrzej piekarnik do temperatury dwustu sześćdziesięciu stopni Celsjusza.

Wyciśnij sok z sześciu pomarańczy; zetrzyj skórkę z dwóch i posiekaj z grubsza pozostałe. Weź dwa średniej wielkości filety ulubionego ptaka i zrób w każdym nacięcie. Umieść w nich taką samą ilość posiekanej skórki i włóż wszystko do brytfanny wypełnionej wodą do wysokości centymetra. Piecz w piekarniku, aż skórka nabierze złocistego koloru i chrupkości, potem obniż temperaturę do stu pięćdziesięciu stopni i odczekaj godzinę.

W tym czasie wlej świeżo wyciśnięty sok ze skórką pomarańczową do garnka i dorzuć dwie trzecie filiżanki cukru. Postaw miksturę na średnim ogniu i zmniejszaj go stopniowo. Dolej łyżkę gorzkiej angielskiej i odstaw garnek.

Zagotuj w osobnym garnku dwie filiżanki bulionu z kurczaka, następnie dodaj miksturę pomarańczową i gotuj na wolnym ogniu jeszcze przez dziesięć minut.

Kiedy mięso jest już gotowe, odlej tłuszcz z brytfanny i postaw ją na piecyku. Dolej filiżankę likieru Grand Marnier, a potem zaczekaj, aż alkohol wyparuje. Miej pod ręką drewnianą łyżkę, ponieważ będziesz musiał co chwila skrobać dno brytfanny. Następnie dolej filiżankę soku pomarańczowego i gotuj wszystko przez mniej więcej minutę. Na koniec usuń pokrojoną skórkę pomarańczową z mięsa i zmieszaj miksturę pomarańczową z pozostałym sosem z brytfanny. Podawaj z prostymi dodatkami, na przykład z młodymi ziemniakami i fasolką szparagową.

I oto proszę: filet z Sarah w pomarańczach.

Nie czytajcie Graeme Camerona, jeśli nie lubicie moralnych dylematów. Nie czytajcie go, jeśli szerokim łukiem omijacie sprawy etycznie dwuznaczne. Przeczytajcie go jednak, jeśli lubicie porywające, mocne lektury – bo jeśli tak jest, ta pozycja jest dla Was obowiązkowa!

Zwykły człowiek to naprawdę dobra książka, z którą doświadczyłam kilka chwil grozy i strachu. Szczegółowo rozbudowana fabuła i akcja nie pozwalają na nudę, tym bardziej, że Graeme Cameron potrafi trzymać czytelnika w napięciu, więc sami nie wiemy, co będzie się działo na następnej stronie. Coś, co w tej książce uwielbiam, to cięte riposty bohaterów, przy któych nie w sposób się nie uśmiechnąć. Główny bohater, z którym na początku się nie polubiłam, zaskoczył mnie swoim tokiem myślenia oraz wyobraźnią. Dzięki niemu, możemy ujrzeć świat z punktu widzenie zupełnie innej osoby, co mi się niesamowicie spodobało. Zwykły człowiek to jedna z niewielu powieści o tej tematyce, która przypadła mi do gustu, dlatego zachęcam Was do przeczytania tej książki, jednak nie nastawiajcie się na mrożący krew w żyłach thriller.

"Zwykły człowiek" to zajmująca lektura na jeden wieczór, która wstrząśnie, oburzy, przestraszy ale czy zmusi do zasady ograniczonego zaufania? Pewnie nie. Człowiek to istota ufna z natury i z bezgranicznym zdziwieniem spojrzy w oczy swojemu oprawcy.

Powieść Graeme Camerona nie jest tak zwykłą, jak zwykłym wydaje się być tytuł. Przedstawia dość niekonwencjonalny wizerunek seryjnego mordercy, w którego winę z czasem i my przestajemy wierzyć. „Zwykły człowiek” nie sili się na bycie wiekopomnym dziełem, ale z pewnością stanowi idealną rozrywkę. Przypomina o początkach i rozwoju innego ulubionego zabójcy Ameryki, Dextera Morgana, a to zawsze dobrze robi zarówno dla postaci, jak i całej powieści. Z odrobiną grozy, szczyptą napięcia i okraszona poczuciem humoru, staje się ciekawą propozycją na nudne wieczory.

Zwykłego człowieka czyta się dobrze, chociaż ci, którzy są delikatni i mają bogatą wyobraźnie mogą, mówiąc kolokwialnie, nie przełknąć makabrycznych opisów (ja miałam z tym problem, nie ukrywam) zbrodni, ale to thriller, więc opis morderstwa też musi być, prawda?
Historia jest dobrze napisana, a fabuła naprawdę wciąga i pozwala zajrzeć w myśli psychopaty. Daje obraz tego, jak może pracować umysł człowieka, dla którego życie nie ma znaczenia, a sam fakt odbierania ostatniego oddechu i bezczeszczenie zwłok zapewnia takiej osobie uczucie spełnienia i chorej radości.

Trzeba przyznać, że pomysł z przedstawieniem historii oczami mordercy był strzałem w dziesiątkę. Plusem jest też to, co zaczynało dziać się pod koniec książki. To zdecydowanie ożywiło moje emocje w stosunku do niej. I chociaż mnie nie powaliła na łopatki, właśnie za narrację i półmetek lektury mogę ją polecić fanom thrillerów i kryminałów.

Jeżeli tak jak ja sięgacie zazwyczaj po samą fantastykę, romanse, bądź obyczajówki, to fajnie jest czasami urozmaicić sobie  czytanie i spróbować z czymś innym np. z triller'em. "Zwykły człowiek" to bardzo dobra książka na rozpoczęcie swojej przygody z tym gatunkiem, gdyż nie jest ona bardzo przerażająca, ale mały dreszczyk może wywołać. Więc jeżeli interesują Was takie klimaty, to polecam, bo jest to świetny przewodnik jak zostać potencjalnym mordercą.

"Zwykłego człowieka" czyta się naprawdę szybko, za sprawą krótkich rozdziałów i dynamicznej akcji. Nie sposób się znudzić ani przez chwilę. Bardzo miło spędziłam czas z kryminałem Camerona i polecam ją każdemu.Szczególnie kobietom, które lubią poznawać nowe osoby,ku przestrodze!

Jeżeli szukacie czegoś innego, może dziwnego w samej sylwetce oprawcy, to niewątpliwie tutaj to znajdziecie. Nie jest to silny, bezduszny morderca. Ciężko mi powiedzieć co nim kierowało, bo zdecydowanie nie było to dramatyczne przeżycie, czy po prostu posiadanie tego w genach. Uważam, że tutaj autor mógł się popisać. Nakreślić jakieś motywy, które dałyby lepsze światło na wszelkie poczynania mordercy niedoskonałego. Człowieka, który morduje ludzi, po to by poczuć się lepiej i odzyskać kontrolę nad swoim życiem. 

Cameron Graeme przedstawił seryjnego zabójcę w sposób dostatecznie sympatyczny, by czytelnik nie przerywał lektury. "Zwykłego człowieka" jako psychopatę w krzywym zwierciadle polecam więc osobom, które lubią ciekawe czytelnicze doznania i poszukują obyczajowej świeżości w wątku kryminalnym. 

"Zwykły człowiek" to dziwaczna książka. Odmienna, nietypowa, taka, z którą większość z was z pewnością jeszcze się nie spotkała.
Zwykle narratorem jest ofiara bądź zacny detektyw, który w pełen uroku sposób rozwiązuje zagadkę i zabija tego złego. W debiucie Camerona narratorem całej historii jest sam psychopata. Nie poznajemy jego imienia, nie wiemy ile ma dokładnie lat ani kim jest z zawodu.    Mamy za to możliwość poznać jego psychikę, z urywków przeszłości układamy historię, która sprawiła, że stał się tym, kim jest. 

Książka, pomimo tych niedociągnięć ma także swoje zalety. Po pierwsze sama idea, by narratorem stał się seryjny morderca. Zamysł świetny, jednak trochę zaprzepaszczony kulejącą fabułę. Całość czyta się płynnie i sprawnie, co sprawia, że książka jest dobrym rozwiązaniem dla tych, którzy szukają lekkiej, niezobowiązującej lektury. 

To co mi się bardzo podobało to tytuł adekwatny do treści. Bohater jest naprawdę zwykły, szary, nudny i sprawia wrażenie takiego nieszkodliwego flegmatyka. Jest nawet miły dla swoich ofiar, ładnie się wysławia i wręcz niemożliwością jest odkrycie jego prawdziwej natury. Książka wydana jest bardzo starannie, duża czcionka ułatwia czytania. Okładka jest genialna, pasuje do treści i pobudza wyobraźnię. 
Lekturę "Zwykłego człowieka" polecam osobom, które lubią kryminały z silnie zarysowanym wątkiem obyczajowym. Jeżeli macie ochotę sprawdzić jak szybko z kata można stać się ofiarą sięgnijcie po powyższy tytuł.

Z pewnością jest to lektura oryginalna, wyróżniająca się z grona publikacji gatunku jaki reprezentuje. Nie było mi łatwo przez tę powieść przejść, ale i nie czułam emocji - napięcia co dalej. Bo wciąż był człowiek mylnie nazwany człowiekiem. Był potwór w ludzkiej skórze i jego opowieść o czynach niecnych. Nie twierdzę, że ta książka jest zła, z pewnością jest ona dla ludzi o mocnych nerwach, nie radziłabym ją czytać przed snem do poduszki. Mnie "Zwykły człowiek" nie oczarował, ale to nie znaczy, że nie może on być waszym strzałem w dziesiątkę.

Mały plusik dam za wyrazistych bohaterów, posiadających własne osobowości i przeszłość. Dzięki temu łatwo można sobie ich wyobrazić i poniekąd zrozumieć motywy ich postępowania. W szczególności najnowsza zdobycz porywacza budzi ogrom emocji.  Enigmatycznie napiszę – trafił swój na swego. Resztę musicie poznać sami.
Nie będę się rozpisywać zbytnio, przejdźmy do konkretów. Jeśli oczekujecie mrocznego kryminału, to czeka Was rozczarowanie. Ale gdy nastawicie się na psychologiczną obyczajówkę, to prawdopodobnie będziecie zadowoleni. Osobiście ani nie polecam, ani nie odradzam. Sami dokonajcie wyboru.

Książka nie jest zła i sądzę, że wielu z Wam przypadnie do gustu. (...) Myślę, że ktoś niemający do czynienia z książkowym lub serialowym Dexterem może śmiało sięgnąć po tę książkę nie doszukując się podobieństw i nie porównując obu bohaterów, ale także musi być to cierpliwy Czytelnik.

Zwykły człowiek to książka z potencjałem, który nie został do końca wykorzystany, jednak nie jest totalną porażką. Miejscami nudny, potrafi zainteresować i rozbawić, a czasami może kogoś obrzydzić, jeśli nie gustuje w mocnych opisach. Mam nadzieje, że z tego debiutu autor wyciągnie wnioski i jego kolejne powieści będą jeszcze ciekawsze. Jeśli nadal będzie tworzył tak świetne relacje między bohaterami to na pewno jego książki znajdą czytelników.

Ten tytuł z pewnością mogę zaliczyć do grona ciekawych thrillerów. Wciąga, intryguje, przeraża. Momentami potrafi zmrozić krew w żyłach do tego stopnia, że ciężko będzie nam uwierzyć, do czego zdolny jest zwykły człowiek. Świetnie obrazuje również postać seryjnego mordercy, a to zasługa pomysłowego przekazania narracji w ręce samego zabójcy. To dodatkowo punktuje tę książkę, bowiem daje nam to spojrzenie na sprawę z zupełnie innej strony. Brzmi groźnie, ale uwierzcie – gra jest warta świeczki. Czy polecam? Oczywiście. Mimo lekkiego rozczarowania czuję, że innych również może ta fabuła zahipnotyzować…

Kiedyś gdy marzyłam o napisaniu powieści miałam wielki plan w którym nie wyjawiłabym imienia głównego bohatera ani szczegółów jego wyglądu do końca historii. Zachowałabym rąbek tajemnicy, sekret, napięcie, a to przyciągnęłoby mnóstwo czytelników. Jednak niestety cały plan okazuje się totalnym niewypałem gdyż ktoś, zrobił to (genialnie!) przede mną. Tym ktosiem jest Graeme Cameron.

"Zwykły człowiek" to świetnie napisany i zaskakujący kryminał, który  śledzimy oczami sprawcy. (...) Autor miał świetny pomysł na fabułę i stworzył bardzo oryginalną i zaskakującą opowieść. Finał zaskakuje, ale i daje pole do popisu wyobraźni. Książkę doskonale się czyta, jest napisana jasnym i przemawiającym do wyobraźni językiem. Sprawca działa "na zimno", chwilami jak robot, ale jest niesamowicie skuteczny... do czasu. Jeśli lubicie dobre, krwawe kryminały - polecam "Zwyklego człowieka"!

Podobało mi się, że głównym bohaterem jest morderca, dzięki czemu czytelnik ma możliwość wniknąć w jego myśli. Sama fabuła jest dobrze skonstruowana, a książkę czyta się niezwykle szybko i z wielkim zainteresowaniem. Muszę przyznać, żeczuję lekką dawkę niepokoju po lekturze „Zwykły człowiek” i na pewno tak szybko o niej nie zapomnę. Pomimo kilku niedociągnięć autor bardzo dobrze się spisał i książka z całą pewnością jest inna od całej reszty. A główny bohater jest jedną z najbardziej intrygujących postaci z jakimi się chyba zetknęłam. Teraz będę się bała wyjść z domu, wiedząc że na świecie chodzą tacy popaprańcy, więc chyba muszę zaopatrzyć się w solidny gaz pieprzowy do obrony. A książkę polecam!

Pomysł na książkę był naprawdę dobry – opowiedzieć historię o seryjnym mordercy nie z punktu widzenia tropiących go przedstawicieli prawa, ale niego samego, i nie pokazując jego twarzy, nie nadając mu imienia, tworząc anonimowego gościa udowodnić, że seryjnym mordercą może być ktoś zwyczajny, boleśnie przeciętny, absolutnie niczym nie wyróżniający się z tłumu, kogo sam możesz znać, ba – z kim nawet możesz się przyjaźnić nie znając jego prawdziwej natury. Zamysłem autora było, by to wyobraźnia czytelnika stworzyła wizerunek potwora na podstawie tego, czego doświadczy podczas lektury jego powieści.

Zwykły człowiek” jest przerażającą i trzymającą w napięciu opowieścią o mordercy i jego ofierze. Lekturze książki towarzyszą mocne i sprzeczne uczucia. Obrzydzenie i niechęć mieszają się z sympatią do bestii, która sprawia wrażenie nieszkodliwego, inteligentnego faceta - mrocznego pana X, duchowego brata serialowego Hannibala Lectera. Powieść Graeme Camerona jest fascynującym i zarazem niepokojącym tytułem.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ