Powieść obyczajowa
Przyjaciółki

Przyjaciółki

Dixie Browning
brak opinii
ISBN: 9788327614018
Premiera: 2015-07-08

Trzy przyjaciółki z nadmorskiego miasteczka marzą o wielkiej miłości. Szczęście wybiera różne drogi…

Daisy
Daisy chce zdobyć idealnego męża. Wybrała już nawet najlepszego kandydata – rozsądnego, spokojnego i trochę nudnego urzędnika. Jednak zmienia plany, gdy w miasteczku niespodziewanie pojawia się przystojny i bardzo interesujący nieznajomy…

Marta
Marta zamierza przebudować dom, by otworzyć w nim księgarnię. Termin otwarcia zbliża się nieubłaganie. Pilnie poszukuje fachowca, który pomógłby jej przy remoncie. Pomoc oferuje nieznajomy mężczyzna, nowy w  miasteczku…

Sasha
Sasha skręciła nogę na schodach willi, którą obserwował Jake, prywatny detektyw. Tak się poznali. Jake zawiózł ją do szpitala, a potem zaopiekował się nią w jej domu. Wkrótce sytuacja się odwraca i to on potrzebuje pomocy…

Daisy zawsze szczyciła się swoją punktualnością. Dlatego teraz, kiedy spóźniła się na pogrzeb, była na siebie naprawdę zła. Najpierw rozdzwonił się telefon, a potem, kiedy już się ubierała, ktoś zastukał do drzwi wejściowych. Wybiegając z pokoju, potknęła się o pantofel ze swojej najlepszej pary, który wpadł głęboko pod łóżko. Na szczęście na dole była Faylene i zajęła się gośćmi - to byli ludzie z elektrowni, chcieli wiedzieć, kiedy mają wyłączyć prąd.
Pognała z powrotem na górę. Żeby odzyskać pantofel, musiała wpełznąć pod łóżko. Zgubę znalazła, ale za to w ostatniej parze czarnych matowych pończoch, które miała na sobie, poszło oczko. Na domiar wszystkiego, jak zawsze w deszczowy dzień, samochód nie chciał zapalić. W efekcie spóźniła się ponad dziesięć minut.
Stała sztywno, z dala od pozostałych, nad grobem swojego pacjenta. Padał zimny, nieprzyjemny deszcz. Jej płaszcz przeciwdeszczowy zaczął przemakać. Przewidywała, że tak to się skończy, ale uważała, że lepszy stary, lecz czarny płaszcz niż nowa żółta kurtka.
Oczywiście Egbert już tam był. Jak zawsze punktualny. Zza ciemnych, dużych okularów badawczo przyglądała się mężczyźnie, którego postanowiła poślubić. Była już wystarczająco dojrzała, aby wiedzieć, co jest istotne, a co zupełnie nie ma znaczenia. I nie zamierzała po raz drugi popełnić błędu.
Egbert nie miał o tym na szczęście najmniejszego pojęcia. Nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że jakaś kobieta może celowo zastawić na niego sidła. W końcu skromność była jedną z jego zalet. Daisy straciła już serce do mężczyzn z nadmiarem testosteronu czy też samochwałów, jak ich nazywała.
Zebrani nad grobem trochę się rozsunęli i Daisy zauważyła, że obok Egberta stoi jakiś mężczyzna. No proszę, pomyślała, to dopiero musi być niezły model. Zdziwiłaby się, gdyby w jego smukłym, wysportowanym ciele znajdował się choć gram skromności. Szeroko rozstawił nogi, ręce założył na piersiach. Nawet jego postawę można sprowadzić do jednego słowa: arogancja.
Przybyłem, zobaczyłem, więc do diabła - zwyciężyłem.
Miała wrażenie, że może mu niemal czytać w myślach. Że je wręcz czuje.
Egbert miał na sobie jak zwykle ciemny garnitur, a także dobrze skrojony czarny płaszcz przeciwdeszczowy. I, jak przystało na rozsądnego mężczyznę - parasol. Obiektywnie rzecz biorąc, był naprawdę przystojny. Może nie miał hollywoodzkiej urody, ale z pewnością był atrakcyjny.
Daisy głęboko wierzyła w umiar. W przeciwieństwie do swoich dwu szalonych najlepszych przyjaciółek, nie miała za sobą pasma nieudanych małżeństw. Tylko raz była bliska tej decyzji. Ale też ten związek miał fatalny wpływ na jej psychikę. A zatem Egbert będzie jej pierwszym mężem. Oczywiście jak tylko uświadomi sobie, że Daisy jest idealną kandydatką na żonę. Będzie to związek dwojga dojrzałych, pracujących ludzi, a nie jedno z tych młodych, zaczynających od zera małżeństw, które ostatnio stały się bardzo powszechne.
Nad głowami zebranych przeleciało stado dzikich kaczek. Daisy odprowadziła je wzrokiem aż nad brzeg rzeki, po czym znów przyjrzała się nieznajomemu.
Nie miał praktycznego płaszcza przeciwdeszczowego, ani tym bardziej parasola. Stał w deszczu z odkrytą głową. Mokre pasemka włosów przykleiły się do jego opalonych skroni. Z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego dla niej samej powodu poczuła, że ten mężczyzna ją pociąga. Życie dało jej wiele lekcji, ale jedna szczególnie zapadła Daisy w pamięć: kiedy do głosu dochodzą hormony, zdrowy rozsądek ląduje za drzwiami.
Pastor, między jednym kichnięciem a drugim, zdołał powiedzieć parę ciepłych słów o człowieku, którego żegnali. Daisy niewiele z tego słyszała, bo jej uwagę całkowicie zaprzątał nieznajomy. Była pewna, że nigdy wcześniej go nie widziała.
Musiała przyznać, że w niebieskich dżinsach i skórzanej lotniczej kurtce prezentuje się całkiem nieźle. Na pewno dużo lepiej niż ona w swojej starej, czarnej sukience i przemakającym płaszczu przeciwdeszczowym, nie wspominając już o zabłoconych czółenkach.
Nieznajomy z pewnością nie był z Muddy Landing. Znała tu już wszystkich przynajmniej z widzenia. Zresztą, gdyby tu mieszkał, Sasha i Marta z pewnością zwróciłyby na niego uwagę i wpisały go na swoją listę kawalerów do wzięcia. O ile oczywiście był do wzięcia.
Próbowała dojrzeć, czy ma na palcu obrączkę. Nie miał, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło.
W taką pogodę mógł przynajmniej włożyć kapelusz. Wyobraziła go sobie w stetsonie - koniecznie czarnym, nie białym, z rondem uniesionym z jednej strony i okazałym pękiem piór za tasiemką. Taki kapelusz zresztą pasowałby do jego kowbojskich butów.
Nieznajomy, jakby wyczuwając na sobie wzrok Daisy, spojrzał nagle prosto na nią. Wstrzymała oddech. W zasadzie niebieskie oczy nie mają w sobie nic niezwykłego, lecz osadzone pod kruczoczarnymi brwiami w opalonej na złoty brąz twarzy robiły - musiała to uczciwie przyznać - piorunujące wrażenie.
Od strony North Landing River nadciągnęła kolejna chmura i rozpadało się jeszcze bardziej. W tej sytuacji uroczystość siłą rzeczy została skrócona. Pastor znów zaczął kichać, a ponieważ zmarły nie miał krewnych, powiedział kilka przepraszających słów, nie kierując ich do nikogo konkretnego, po czym pośpieszył do czarnego minivanu. Niewielka grupa żałobników szybko się rozeszła. Oprócz dwóch.
Och, Boże! Zmierzali w jej kierunku. Nie teraz - błagam!
Daisy udała, że nie słyszy, jak Egbert ją woła, i niemal biegiem dopadła do swojego samochodu. Nie miała ochoty, aby ktokolwiek - na przykład nieznajomy ani tym bardziej Egbert - oglądał ją z mokrymi włosami oblepiającymi kark, w starej sukience sprzed sześciu lat i jeszcze starszym przemoczonym płaszczu. Nie była wyrachowana. Zdawała sobie jednak sprawę, że najprawdopodobniej opóźniłoby to realizację jej planów o co najmniej sześć miesięcy.
Jej plany zaś nie uwzględniały takiej możliwości. W końcu była coraz starsza. Za trzy miesiące upłynie rok, odkąd Egbert owdowiał. Wybranie właściwego momentu to klucz do sukcesu. Nie chciała go pospieszać, ale nie zamierzała również czekać, aż jakaś inna kobieta wykona ruch i uzna go za swój łup.
Wyjechała na autostradę, deszcz wściekle walił o przednią szybę. Wycieraczki pracowały jak oszalałe: rozbiegane niczym jej myśli.
Wkrótce upora się z porządkowaniem domu zmarłego pacjenta, a wtedy spokojnie usiądzie i po raz trzeci wysłucha wyjaśnień Egberta, dlaczego nie mógł po prostu przeczytać ostatniej woli Harveya oraz jego testamentu i przekazać wszystkiego spadkobiercom. Czyli gospodyni, którą Harvey dzielił z jej dwiema najlepszymi przyjaciółkami, oraz słabo zorganizowanemu, niezbyt prężnemu lokalnemu towarzystwu historycznemu.
Rzut oka we wsteczne lusterko uświadomił jej, że samochód Egberta jedzie za nią, poniżej górnej granicy dopuszczalnej prędkości. Wstąpił w nią chyba jakiś diabeł, bo docisnęła pedał gazu, aż o dobrych osiem kilometrów przekraczając dozwoloną prędkość.
Daisy zawsze jeździła zgodnie z przepisami. Ostrożność była jej drugą naturą.

- Musimy coś zrobić z Daisy. - Deszcz dzwonił o szyby. Sasha z namaszczeniem zaczęła malować paznokcie purpurowym lakierem. - Ma wszystkie objawy ciężkiej depresji.
Na wyraźną prośbę Daisy żadna z jej przyjaciółek nie uczestniczyła w tym pogrzebie. Zresztą zbytnio nie nalegały.
- Ależ ona nie jest w depresji. Cierpi, bo zmarł jej pacjent. Zawsze tak reaguje. Zwłaszcza jeśli opiekuje się kimś tak długo. A poza tym ten kolor zupełnie nie pasuje do twoich włosów.
Sasha badawczo przyjrzała się swoim paznokciom, po czym powoli przeniosła wzrok na przyjaciółkę Martę Owens.
- Purpurowy i pomarańczowy? Naprawdę uważasz, że nie pasują? Widzisz, cały kłopot w tym, że ona wszystkim się przejmuje. To, że tyle godzin poświęca drugiej osobie cierpiącej na przewlekłą chorobę, już samo w sobie jest deprymujące. Ale jak przeprowadza się do takiego pacjenta, tak jak zrobiła w przypadku biednego Harveya Snowa... - Sasha westchnęła i starła smugę lakieru.
- To chyba było całkiem rozsądne. Przecież dostała nakaz opuszczenia swojego mieszkania. A on mieszkał sam w wielkim pustym domu.
- Nie dostała nakazu. Wszyscy mieszkańcy tego domu musieli się wyprowadzić po pożarze. I gdzie miała się wtedy podziać? Najbliższy czynny motel jest w Elizabeth City. Dojazd do domu Harveya zająłby jej ze czterdzieści minut więcej niż zwykle. Ale na pewno tak by tego nie przeżywała, gdyby nie to, że oboje byli samotni.
Marta skinęła głową i nalała sobie kolejny kieliszek wina. Wypiła już więcej niż powinna, ale przecież w weekend mogła sobie na to pozwolić. Problem był tylko w tym, że teraz, kiedy musiała zamknąć księgarnię, dzień powszedni niewiele różnił się od weekendu.
- O ile wiem, zawsze zwracała się do niego per "panie Snow'', ale wiesz, co myślę? Że on był dla niej kimś w rodzaju zastępczego dziadka. Jak myślisz, komu znajdziemy teraz drugą połówkę? Sadie Glover czy tej okularnicy z lodziarni?
Obie panie - a właściwie trzy, licząc Daisy - uwielbiały bawić się w kojarzenie par.
- A może Faylene? - spytała Sasha.
Marta spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Naszej Faylene? Chybaby nas zabiła.
- Daisy dobrze to zrobi. Powinna się oderwać. To dopiero wyzwanie: znaleźć kogoś dla Faylene.
- O, to z pewnością jest wyzwanie. Ale i tak nie mamy żadnych kandydatów.
- No cóż, ja chyba miałabym parę pomysłów - odparła Sasha po namyśle.
Kilka lat temu to Sasha i Daisy namówiły Martę na to, by skojarzyć nieśmiałego starszego sąsiada z owdowiałą kasjerką z miejscowej apteki. Akurat wtedy Martę porzucił jej drugi mąż, co gorsza - dla innej kobiety. Musiała się czymś zająć. Wyszło im całkiem nieźle: sąsiad wynajął swój dom, po czym zamieszkał z kasjerką i jej siedemnastoma kotami.
Przyjaciółki uczciły sukces lampką wina i zaczęły rozglądać się za kolejnymi ofiarami, którym jedynie zdecydowana interwencja z zewnątrz mogła pomóc w wyrwaniu się z rutyny samotności. Wkrótce kojarzenie par stało się ich ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu. Nie chodziło o to, aby podsunąć ładną samotną dziewczynę jakiemuś kawalerowi do wzięcia. To by było za proste.
Zajmowały się tymi, którzy porzucili już wszelkie nadzieje - chorobliwie nieśmiałymi, porzuconymi, niezbyt atrakcyjnymi i niezaradnymi ludźmi. Taktownie wkraczały do akcji, gotowe doradzić odpowiedni strój, fryzurę, makijaż, a także taktykę w trakcie nawiązywania znajomości. Często okazywało się, że wystarczy tylko wzmocnić czyjeś poczucie własnej wartości. Lub, jak to określała Sasha, przypomnieć komuś dawne melodie, a wraz z nimi dobre wspomnienia. Następnie aranżowały spotkanie. Świetnym pretekstem były organizowane przez miejscowy kościół dwa razy w miesiącu aukcje charytatywne, na których licytowano przygotowane przez miejscowe gospodynie specjały.
- Daj spokój z Faylene - powiedziała Marta. - Znajdźmy raczej kogoś dla Daisy. - Spośród nich trzech jedynie Daisy jeszcze nigdy nie wyszła za mąż. Marta, która pochowała pierwszego męża, a z drugim się rozwiodła, zdecydowała, że nie chce już żadnych mężczyzn w swoim życiu.
Sasha rozwiodła się z czterema i, choć była jak najgorszego zdania o mężczyznach, nie przeszkadzało jej to w wybieraniu kandydatów dla innych samotnych kobiet.
- Beznadziejny przypadek - odparła. - Daisy zna mnóstwo mężczyzn. Pracuje z tyloma lekarzami, i co?
- No wiesz! Po tym Jerrym Jak-mu-tam? Tym, co nosił mokasyny od Gucciego bez skarpetek i garnitury od Armaniego? I zawsze był starannie uczesany i obficie spryskany wodą kolońską? Drań rzucił ją, zanim cokolwiek się między nimi na dobre zaczęło.
- No dobrze. Może Daisy wybiera niewłaściwych mężczyzn. Wobec tego witamy w klubie - powiedziała Sasha.
- No właśnie. Twój drugi mąż poszedł do więzienia za pranie brudnych pieniędzy, tak?
- Ależ skąd - rudowłosa zaprzeczyła z oburzeniem. - To był mój pierwszy mąż. Miałam tylko osiemnaście lat. Co ja tam mogłam wtedy wiedzieć?
Obie zachichotały.
- No dobrze. Skoro Daisy jest teraz zajęta opłakiwaniem pana Snowa, pakowaniem jego rzeczy i porządkowaniem domu, my możemy rozejrzeć się za jakimiś kawalerami do wzięcia, powiedzmy w wieku od dwudziestu pięciu do pięćdziesiątki, prawda? A tak przy okazji, to kto ci przyszedł do głowy dla Faylene?
- Och, właściwie mam dwa pomysły, ale mogłybyśmy zacząć od Gusa, wiesz, z tego warsztatu, gdzie naprawiali mi ostatnio hamulce. Właśnie się dowiedziałam, że jest samotny.
- Może jest gejem?
- Słyszałaś kiedyś o mechaniku, który by był gejem? - Sasha zsunęła sandałki i przyjrzała się swoim niepomalowanym paznokciom u nóg.
- Nadal uważam, że Faylene dostanie ataku furii, jak się dowie, co kombinujemy.
Sasha roześmiała się.
- Może się złościć, ile chce, tylko niech nie rzuca pracy u mnie. Wiesz, że w tych sprawach mam dwie lewe ręce.

Kilka kilometrów dalej, pod miasteczkiem Muddy Landing, w pięknym starym domu, który z pewnością pamiętał lepsze czasy, Daisy Hunter pakowała kolejne pudło ubrań swego zmarłego pacjenta. Wolałaby wyprowadzić się z domu w dzień po jego śmierci, ale jej mieszkanie nadal nie było gotowe. No i Egbert zaproponował, aby tu pozostała, dopóki nie znajdzie kolejnego pacjenta: "Do czasu, aż uporządkujesz i spakujesz jego rzeczy, urząd będzie wypłacać ci pensję. Zresztą domy, które przez dłuższy czas stoją puste, szybko podupadają''.
Egbert miał specyficzny sposób formułowania myśli. Wszystko, co mówił, nie brzmiało zbyt ekscytująco, ale dawało poczucie bezpieczeństwa. U boku takiego mężczyzny jak Egbert Blalock kobieta zawsze wiedziałaby, na czym stoi.
Póki żył Harvey, ich stosunki ograniczały się do wymiany paru zdawkowych zdań. Ale potem spotkali się kilka razy, żeby omówić sprawy związane z jego śmiercią. Podczas drugiego, a może trzeciego z takich spotkań, Daisy spojrzała na niego z pewnym zainteresowaniem. Im więcej o nim myślała, tym bardziej była przekonana, że stanowi doskonały materiał na męża. W końcu był już najwyższy czas, by wyjść za mąż.
Dlatego teraz, pakując garderobę Harveya, starała się ułożyć jakiś sensowny plan działania. Musiała przy tym przyznać, że dużo łatwiej było wydać za mąż kogoś obcego niż siebie samą.
Nie mogła powierzyć tej sprawy przyjaciółkom. Marta i Sasha za bardzo by się zaangażowały i wszystko by przez to popsuły. Sasha sprawdzała kolejnych mężów tak jak inne przymierzają pantofle. Marta nie była wiele lepsza. Choć zarzekała się, że po ostatnich doświadczeniach dużo się nauczyła.
Daisy kątem oka spojrzała na swoje odbicie w wielkim lustrze. Dotknęła potarganych włosów. Już dawno temu powinna zrobić pasemka. Wcześniej musiała jednak dowiedzieć się, jakie włosy lubi Egbert. Długie czy krótkie? Czy lubi blond? A jeśli tak to jaki? Platynowy czy raczej miodowy? Jej włosy były nieokreślonego koloru.
Włosy Egberta miały natomiast ładny odcień brązu. Były, co prawda, trochę przerzedzone na czubku głowy. Ale w końcu nic w tym złego, od razu się zganiła. Ostatnio przecież łysiny są nawet całkiem modne i uważane za seksowne. Sasha nazwała kiedyś Egberta nudziarzem. Zdaniem Daisy, on nie był nudny, tylko zrównoważony i odpowiedzialny. Niektóre kobiety wolą bardziej atrakcyjnych mężczyzn. Jeszcze niedawno Daisy również się do nich zaliczała. Teraz już zmądrzała.
Ale jakiego koloru były jego oczy? Piwne?
Nie, brązowe. To Harvey miał piwne oczy. Daisy jeszcze ani razu nie płakała po jego śmierci, ale wiedziała, że wcześniej czy później to nastąpi. Zbyt mocno się z nim związała. Tak, zdecydowanie powinna jakoś poprawić sobie nastrój.
Jak tylko skończy porządkowanie domu, pójdzie na zakupy i przy okazji poszuka czegoś kobiecego i zwiewnego na spotkanie z Egbertem. Od dawna nie tańczyła. Niegdyś to uwielbiała. Ciekawe, czy Egbert lubi tańczyć? Mogliby razem poćwiczyć kroki, to byłoby zabawne. Niestety, nawet takie rozmyślania nie poprawiały jej nastroju.
Tak, zdecydowanie pójdzie do fryzjera. Lekko rozjaśni włosy i podetnie końce. Nic wielkiego - akurat tyle, żeby trochę lepiej wyglądać przy następnym spotkaniu z Egbertem. Właściwie mogłaby już zadzwonić i umówić się z fryzjerem.
Telefon zaczął dzwonić akurat w chwili, gdy do niego podeszła.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ