Powieść obyczajowa
Brazylia, moja miłość

Brazylia, moja miłość

Jane Porter, Sarah Morgan, Anne Mather
brak opinii
ISBN: 9788327614001
Premiera: 2015-07-08

Piękne Rio de Janeiro, tajemnicze głosy dżungli, upojne rytmy samby… Trzy kobiety nie mogą oprzeć się urokom Brazylii.

Brazylijskie szmaragdy
Sophie i Alonso przyjaźnili się już w szkole. Z czasem przyjaźń przekształciła się w głębsze uczucie. Jednak Sophie wyszła za mąż za Clive’a Wilkinsa, który wkrótce zginął w Brazylii w nieznanych okolicznościach. Wówczas Alonso znowu pojawia się w jej życiu. Jest teraz właścicielem kopalni szmaragdów i sporo wie o podejrzanych interesach Wilkinsa w Ameryce Południowej...

Sophie zaprowadziła Lona do biblioteki, a potem przyglądała się, jak nalewa sobie alkohol.
Usiadła na sofie, podwinęła nogi pod siebie.
- Tobie też pewnie nie jest łatwo żyć tutaj z hrabiną – powiedział Lon.
Wszystko się w nim gotowało, a Lon nie lubił tracić panowania nad sobą. Koledzy z niego żartowali, że ma nadludzką siłę, kiedy wpadnie w gniew. Rzeczywiście tak było. Mógł podnieść dwa razy tyle, ile sam ważył. Bez trudu. Kiedyś na obozie szkoleniowym podniósł trzysta kilo, a inni tylko się na niego gapili. Powiedział im, że to u niego rodzinne, bo jego ojciec był szkockim górnikiem, lecz to wcale nie była prawda.
Jego ojczym był Szkotem i górnikiem, a ojciec biologiczny - argentyńskim arystokratą, który zabił się, wpadając autem na drzewo z prędkością sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. To właśnie ta argentyńska krew sprawiała, że Lon ciągle pakował się w kłopoty.
- Louisa jest dla mnie bardzo dobra - mruknęła Sophie.
Kpiła w żywe oczy. Hrabina od początku traktowała ją jak człowieka drugiej kategorii. No, ale może się mylił, może to się zmieniło.
- Dobrze wygląda - stwierdził. - A jak ona naprawdę się miewa?
- Ma końskie zdrowie, a o tej porze roku, jak zwykle, myśli tylko o balu.
- Doroczna świąteczna gala Wilkinsów. - Lon uśmiechnął się krzywo. - Tydzień temu dostałem zaproszenie.
- Dostałeś zaproszenie? - Sophie nie umiała ukryć zdziwienia. Oboje wiedzieli, że hrabina nigdy za nim nie przepadała.
- Co roku dostaję - odparł z satysfakcją. - Po prostu nigdy przedtem nie byłem w Anglii o tej porze roku.
- A więc tym razem przyjdziesz?
Głos jej drżał. Nie chciała, żeby przyszedł.
- A powinienem?
- Nie - odparła bez namysłu, a potem się zaczerwieniła. - To nie jest impreza w twoim stylu - starała się zatuszować niezręczność. - Setki ludzi, mało jedzenia. Pewnie nawet nikogo nie znasz.
- To bez znaczenia. - Lekceważąco machnął ręką. - Ważne, że będę mógł popatrzeć na ciebie.
Sophie wstała, jakby chciała wyjść, ale zaraz usiadła z powrotem. Z całej siły wcisnęła dłonie w poduszki sofy.
- Nic między nami nie będzie, Lon - powiedziała, nie patrząc na niego. - Nie zapomniałam Clive'a. Mówiłam ci, że nie jestem jeszcze gotowa na nowy związek.
- Ja wcale nie jestem nowy.
Prawda, pomyślała Sophie. Od piętnastu lat jest częścią mojego świata. Ale nawet piętnaście lat temu nie był dla mnie odpowiedni. Dziesięć lat temu też nie. Nawet dzisiaj nie jest tym, kogo mi trzeba.
- Proszę cię - westchnęła - nie zmuszaj mnie, żebym była nieuprzejma.
- Ty? Nieuprzejma? - Lon się roześmiał. - Nawet gdybyś bardzo chciała, nie umiałabyś się zachować niegrzecznie. Zrobiłaś z dyplomacji prawdziwą sztukę, a takt zamieniłaś w cnotę. Możesz...
- Za to ty lubisz być umyślnie nieuprzejmy - przerwała mu.
Biedna Sophie, pomyślał z czułością. Taka drobna i krucha na tej wielkiej sofie. A przy tym piękna, niemal jak zjawisko z innego świata.
Tak, umyślnie był dla niej niemiły, bardzo chciał sprawić jej przykrość. W głębi serca wciąż chciał, by cierpiała za to, że wybrała Clive'a, a nie jego.
W dniu, w którym Lon poprowadził ją do ołtarza i dosłownie oddał Clive'owi, stracił własne serce.
Nigdy głośno tego nie powiedział, ale nienawidził jej za to, że poprosiła go, by to właśnie on poprowadził ją do ołtarza w zastępstwie chorego ojca. Lon nie chciał nikogo zastępować. Nie chciał być jej ojcem ani bratem. Chciał być jej kochankiem, jej mężem, chciał mieć Sophie całą wyłącznie dla siebie.
- Nie - powiedział. - Nie lubię być rozmyślnie nieuprzejmy, tylko mam paskudny charakter. Zwykle doskonale nad sobą panuję. Nerwy mi puszczają tylko wtedy, gdy mam do czynienia z tobą, lady Wilkins.
- I ty się dziwisz, że Clive czuł się przy tobie nieswojo po naszym ślubie? - żachnęła się Sophie.
Lon wcale się nie dziwił. Wiedział, czemu Clive czuł się nieswojo w jego towarzystwie. Niestety, nie mógł tego powiedzieć Sophie. Nie mógł jej powiedzieć niczego o tajemnej przeszłości jej męża. Clive nigdy jej nie mówił, kim był, a raczej kim się stał. Lon przysiągł, że nie powie o tym Sophie, że będzie ją chronił przed straszną prawdą. Ta prawda złamała Lona, a ją mogłaby zabić.
- Byłeś dla Clive'a wszystkim - Sophie mówiła coraz głośniej. - Uwielbiał cię. Byłeś jego najlepszym przyjacielem. Nie rozumiem, dlaczego się od ciebie odwrócił. Co się stało?
- Dorośliśmy.
- To nie może być aż takie proste, Lon. Przyjaźniliście się przez wiele lat. Wszystko robiliście razem. Chodziliście do tej samej szkoły z internatem, potem na ten sam uniwersytet i mieliście wspólnych przyjaciół. Clive nawet wstąpił do lotnictwa, kiedy ty się zaciągnąłeś.
- Może za dużo było tej naszej wspólnoty. Może Clive'owi lepiej się powodziło z nowymi przyjaciółmi. Pewnie przestałem być dla niego odpowiednim towarzystwem.
Sophie czuła, że Lon jest zły na Clive'a, lecz nie miała pojęcia o co. Koniecznie chciała to zrozumieć.
- Dlaczego? - spytała rozgorączkowana. - Co się z wami stało?
Lon się wahał. Najwyraźniej nie chciał mówić o tym, co tak bardzo interesowało Sophie.
- Zmieniliśmy się - powiedział w końcu. - Oddaliliśmy się od siebie.
- Clive się nie zmienił - zaprotestowała. - To ty musiałeś się zmienić.
- On też się zmienił. - Lon westchnął. - Był skomplikowanym człowiekiem.
Clive skomplikowany? Sophie ani przez chwilę w to nie wierzyła. Clive był prosty jak konstrukcja gwoździa. Absolutnie żadnych komplikacji. Alonso znów coś przed nią ukrywał.
- Czemu nie chcesz mi powiedzieć prawdy, Lon? - Sophie postanowiła przyprzeć go do muru. - Kluczysz, wykręcasz się; nie powiedziałeś mi niczego, czego bym już nie wiedziała.
- Co ci przyjdzie z tego, że się dowiesz, czemu nasze drogi się rozeszły? Czy to ci w czymś pomoże? - zapytał łagodnie, niemal czule.
Podszedł do Sophie i poprawił odwinięty kołnierzyk jej sukienki. Jego palce musnęły jej szyję. Poczuła przyjemny dreszcz. Zacisnęła pięści, jakby w ten sposób dało się powstrzymać i pożądanie, i przyjemność.
Życie to nie przyjemność ani pożądanie, pomyślała. W życiu trzeba się kierować zdrowym rozsądkiem. Wiem, że Lon nie nadaje się na męża. Nigdy się nie nadawał. Dobrze zrobiłam, że wybrałam Clive'a. Lon niegdzie nie zagrzeje miejsca. Jest zdeklarowanym kawalerem. Nie ma żadnych więzi, żadnych korzeni, nie ma nawet rodzinnego domu.
Kiedy chodzili do szkoły, Lon był jednym z nielicznych uczniów, którzy nigdy nie wyjeżdżali do domu. Ani na weekendy, ani nawet na święta. Sophie myślała, że to matka Lona nie chciała go widywać. Dopiero kiedy dorośli, dowiedziała się, że to Lon nie chciał mieszkać z matką i ojczymem.
- Widujesz się czasami ze swoją mamą? - spytała Sophie. Uznała, że lepiej zmienić temat, bo Lon i tak nic więcej jej nie powie.
- Kiedy tylko mogę - odparł, patrząc jej w oczy. W jego błękitnych oczach zawsze drzemał cień, jakby tajemnica, którą z nikim nie chciał się podzielić. Ten cień był tam już wtedy, kiedy razem chodzili do szkoły, a potem zniknął. Teraz znów powrócił. - Mama i Boyd wrócili do Szkocji. Mieszkają pod Edynburgiem. Obiecałem, że spędzę z nimi święta. Wrócę do Londynu dopiero w drugi dzień świąt.
W drugi dzień świąt będę już w Brazylii, pomyślała Sophie.
- Jak im się wiedzie?
- Doskonale. Żyją sobie spokojnie, jak dwa gołąbki. Oboje posiwieli... A ty? Jak ty się miewasz? Czy jesteś tu szczęśliwa?
Jego niski głos przeszył ją. Zadrżała. Drżała z tęsknoty, której nie umiała opanować. Lon nadal ją obezwładniał, odurzał. Nie potrafiła go kochać tak, jak on tego chciał, ale nienawidzić go też nie umiała. Zawsze przy nim czuła za dużo i stanowczo zbyt intensywnie. Przerażała ją siła tych uczuć.
- Jak mogę być szczęśliwa? - Sophie wzruszyła ramionami. - Mój mąż nie żyje. Straciłam dom. Jestem całkowicie zależna od teściowej...
- A więc mnie potrzebujesz - wpadł jej w słowo Lon.
- Ależ ty jesteś pewny siebie - prychnęła.
Drzwi biblioteki się otworzyły, w progu stanęła hrabina.
- Podano obiad - powiedziała.
Podczas obiadu była w szampańskim humorze, usta jej się nie zamykały. Louisa Wilkins była najgorszym gawędziarzem na świecie, lecz Lon słuchał uważnie jej opowieści o planach na nowy sezon Stowarzyszenia Ogrodniczego Pań z Towarzystwa. Sophie nie miała pojęcia, jak on to wytrzymuje. Jeszcze kilka lat temu za żadne skarby świata nie słuchałby nudnych opowieści Louisy. No tak, ale przed laty Louisa nie zniżyłaby się do rozmowy z Lonem.
Przez tych ostatnich dziesięć lat wszyscy się zmieniliśmy, pomyślała Sophie.
Lon spojrzał na nią, ich oczy się spotkały. Dech jej w piersiach zaparło. Zastanawiała się, czy on jeszcze kiedyś ją pocałuje, czy zdoła sprawić, że poczuje się tak jak kiedyś, gdy miała osiemnaście lat i jeszcze była ciekawa życia.
- Chcesz dokładkę deseru, mój drogi? - spytała hrabina.
- Nie, Louiso, dziękuję.
- Wobec tego pójdziemy do biblioteki - zarządziła hrabina, wstając od stołu.
Sophie także wstała, zaczęła zbierać talerze.
- Może lepiej pomogę Sophie sprzątać ze stołu.
- Sama sobie poradzi. - Louisa wzięła Lona pod rękę z taką determinacją, jakby był jedynym mężczyzną na świecie. - Prawda, Sophie?
- Oczywiście - przytaknęła Sophie.
Owszem. Przydałaby się jej pomoc w kuchni, ale nade wszystko potrzebowała chwili spokoju.
Spotkanie z Lonem całkowicie wytrąciło ją z równowagi. Zamiast myśleć o podróży do Brazylii, myślała o Lonie i o tym, co kiedyś ich łączyło. Zawsze w jego obecności była oszołomiona, zdenerwowana i bezsensownie podniecona.
- Poradzę sobie - powiedziała, tym razem bardziej do siebie niż do Lona czy do hrabiny. Nie była już nastolatką, tylko dojrzałą kobietą. Wdową. Skoro tyle przetrwała, to wieczór w towarzystwie Alonsa Huntsmana nie powinien zrujnować jej życia. - Przyjdę do was, jak skończę zmywanie.

Stała zamyślona przy zlewie pełnym naczyń, kiedy ręka w kaszmirowym swetrze sięgnęła przed nią po ścierkę do wycierania naczyń.
- Co ty wyprawiasz? - Sophie aż podskoczyła.
Lon starannie wytarł ściereczką talerz.
- Pomagam ci - odparł.
- Hrabina nie będzie zadowolona.
- Hrabina się nie dowie. Myśli, że jestem w toalecie. - Uśmiechnął się łobuzersko. Był teraz taki podobny do Lona sprzed lat, że Sophie serce się ścisnęło z żalu i nadmiaru wspomnień.
- Ani trochę się nie zmieniłeś - stwierdziła.
- Nie. Zresztą ty byś tego nie chciała. Podaj mi talerz. - Sophie zrobiło się przyjemnie, gdy wyciągnięta ręka znowu musnęła jej biust.
- Jak długo mieszkasz z hrabiną? - zapytał.
- Ponad rok. Odkąd zamknięto Humphrey House. - Czyli dom, w którym po ślubie zamieszkała z Clive'em. - Nie stać mnie było na utrzymanie.
- Jak ci się z nią mieszka?
- Ciekawie.
- Jesteście w dobrych stosunkach, skoro udało wam się wytrzymać razem rok.
- Nie miałam wielkiego wyboru. - Sophie wzruszyła ramionami. - Ale nie jest źle. Miałam szczęście, że zgodziła się mnie przyjąć.
- Ale?
- Nie ma żadnego "ale''. Anglia to nie Ameryka Południowa. Nigdy nie będzie podobna.
- A więc myślisz czasami o Kolumbii? - zapytał Lon, sięgając po kolejny talerz.
- Bez przerwy - uśmiechnęła się, a potem zapatrzyła w pianę w zlewie. - To były najlepsze lata mojego życia.
To wiele o niej mówiło. W Elmshurst właściwie nie miała koleżanek. W tej elitarnej szkole z internatem prócz niej były jeszcze dwie dziewczyny z Ameryki, ale obie z bogatych i ustosunkowanych rodzin. Sophie nie była ani bogata, ani ustosunkowana.
- Co ci się najbardziej kojarzy z Kolumbią? - spytał.
- Buenaventura.
A więc ona też nie zapomniała wakacji w willi Wilkinsów nad brzegiem oceanu. Clive zdołał jakoś przekonać ojca, żeby zaprosił na lato i Lona, i Sophie.
- To były wspaniałe wakacje - westchnęła Sophie, wyjmując korek ze zlewozmywaka.
Powiedziała to z takim smutkiem, że Lonowi ścisnęło się serce. Musiała być bardzo samotna, ale czy w ogóle zdawała sobie z tego sprawę?
- Pojedź ze mną na święta do mojej mamy - zaproponował.
Był pewien, że przy nim będzie bardziej bezpieczna i na pewno szczęśliwsza. Chciał, żeby trzymała się z dala od Federica, chciał, żeby przynajmniej w te święta nie popełniła głupstwa.
- Nie mogę zostawić Louisy samej. - Sophie pokręciła głową.
- Ona też może z nami jechać.
- Nie pojedzie.
- No, to już jej decyzja. Nie może wymagać od ciebie, żebyś podporządkowała się jej planom.
Sophie poczuła się ociężała i bardzo zmęczona. Przeraziła się, że nie poradzi sobie z podróżą i przygotowaniami do balu, że to dla niej stanowczo za dużo. Nie da się przecież przeskoczyć samej siebie.
Chciała, żeby już było po balu, żeby jakimś cudem Lon nie spotkał się z Federikiem, żeby już mogła siedzieć w samolocie...
Jeszcze tylko kilka dni, pomyślała. Zanim się obejrzę, już będę w Saąo Paulo.
- Wracaj do Louisy - powiedziała do Lona. - Ja zaraz do was dołączę.

- O, jest nareszcie - zauważyła Louisa, gdy Sophie weszła do biblioteki. - Zastanawialiśmy się właśnie, czy nie utopiłaś się w zlewie.
- Nie, aż tak ciekawie nie było - odparła Sophie. Spojrzała na Lona, ale on na nią nie patrzył.
- Muszę wracać do Londynu - powiedział, całując Louisę w policzek. - Dzięki za miły wieczór.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odparła hrabina. - Mam nadzieję, że zobaczymy cię na sobotnim balu.
- Niestety, nie. Najbliższe tygodnie mam szczelnie wypełnione.
- Wielka szkoda. Sophie zaprosiła swoich przyjaciół. Na pewno byś ich polubił.
- Na pewno - zgodził się Lon z uśmiechem, który obejmował wyłącznie usta. - Wesołych świąt, Louiso.
Sophie odprowadziła go do wyjścia.
- Szykuje się wielki bal - stwierdził Lon, gdy przechodzili przez wielką, nieoświetloną w tej chwili salę balową.
- Jak zwykle - mruknęła Sophie. Doskonale wiedziała, że samo ubieranie czterometrowej choinki zajmie cały dzień jej i dwojgu służącym.
- Znam któregoś z twoich przyjaciół? - zapytał Lon.
- Raczej nie. - Sophie się zarumieniła.
- Boję się o ciebie.
- Ty się boisz? - wybuchnęła nieszczerym śmiechem. - Ty? Superman? Ty się boisz tylko kryptonitu.
Nie panowała nad swoim uczuciem do Lona, nie umiała zapomnieć o przeszłości. Jej życie stało się nie do zniesienia. Od śmierci Clive'a wciąż była zdezorientowana, pogubiona, nie mogła dojść ze sobą do ładu.
- Tęsknię za nim, Lon - powiedziała. - Brakuje mi optymizmu Clive'a, brakuje mi jego śmiechu. Nie mogę uwierzyć, że to dopiero dwa lata od jego śmierci. Mnie się zdaje, że minęło co najmniej dziesięć.
- Na pewno nie chciał cię zostawić. Nie chciał, żebyś została bez środków do życia.
- Nie krytykuj go - poprosiła.
Była przekonana, że ona także jest winna śmierci Clive'a. Nie była lojalną kochającą żoną, za jaką ją uważano. Wystąpiła o rozwód zaledwie na dzień przed nadejściem telegramu, zawiadamiającego o śmierci Clive'a. Czy to nie było przeznaczenie? Czy można było szybciej wymierzyć karę?
Tylko jeden dzień! Jakby bogowie powiedzieli: chcesz być wolna? Proszę, jesteś wolna. Życzenie się spełniło.
- Wiem, że ci go brakuje - odezwał się Lon - ale musisz zacząć znowu żyć, a nie ciągle oglądać się za siebie.
- To niemożliwe. - Sophie pokręciła głową. - Musiałabym się dowiedzieć, czemu zabili Clive'a.
- Znalazł się w niewłaściwym miejscu o nieodpowiedniej porze - wyjaśnił sucho Lon.
- Ale dlaczego? - Clive został zastrzelony z bliskiej odległości. Tyle wiedziała. Miał zaledwie dwadzieścia dziewięć lat. Był za młody, żeby umierać. - Czemu się tam znalazł? Dlaczego był akurat w tym miejscu w samym środku nocy?

Lekka i przyjemna lektura. Wprowadza nas w inny świat, inne klimaty i inne życie. Zapomina się o swoich problemach i żyje tymi, które trapią bohaterów. I tylko trzecia z autorek pani Mather zawiodła mnie swoim stylem i brakiem logiki w historii. Było to niestety momentami nie tylko nieprzyjemne, ale też śmieszne. Na szczęście cały zbiorek daje fantastyczny efekt! Dla miłośniczek romansu!

Wszystkie opowiadania pełne są namiętności, pasji oraz emocji. „Brazylia moja miłość” jest zbiorem trzech opowiadań, każde w zupełnie innym klimacie. Jedynie co je łączy to miejsce akcji – gorąca i słoneczna Brazylia. Książka jest lekka i przyjemna, czyta się ją szybko. (...) Jestem pewna, że „Brazylia moja miłość” przypadnie do gustu kobietom w różnym wieku. Zdecydowanie polecam, lektura w sam raz na wakacyjne, upalne dni.

"Brazylia moja miłość" to książka idealna na wakacyjne wyjazdy oraz obecne gorące dni, choć zimą na pewno również rozpali niejedno serce. Spodoba się wielu kobietom, w każdym wieku. Jeżeli potrzebujecie lekkich, żywiołowych, gorących opowiadań bez zbędnej "dłużyzny" to ten tytuł jest zdecydowanie dla was.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ