Powieść obyczajowa
Tylko mnie kochaj
24,99 zł
24,99
KUP TERAZ

Tylko mnie kochaj

brak opinii
ISBN: 9788327613486
Premiera: 2015-05-06

Doskonały plan
Piękna Amerykanka Bobbie przyjeżdża do Anglii tylko po to, żeby skompromitować znaną i szanowaną prawniczą rodzinę Crightonów. W przeszłości bardzo skrzywdzili jej matkę. Pora, by kompromitująca tajemnica sprzed lat wreszcie ujrzała światło dzienne.   

Doskonały partner
Saul Crighton jest ucieleśnieniem kobiecych marzeń – pełen osobistego uroku, zaradny, oddany dzieciom. Do tego samotny. W powszechnej opinii  człowiek godny podziwu. Tullah, która z reguły nie ufa mężczyznom, ma na jego temat inne zdanie. Kiedy zostaje współpracownicą Saula w kancelarii prawniczej, stara się dostrzegać tylko jego wady. Do czasu aż będzie zdana na jego pomoc… 

Penny Jordan

Zanim Penny Jordan zaczęła pisać, uwielbiała opowiadać swojej młodszej siostrze bajki na dobranoc. Każdego dnia inną, każdego dnia z siostrą w roli głównej. Miłość do romansów i pisanie przyszła później.

Jordan chce, by jej czytelnicy odczuwali przyjemność z lektury. Wierzy w potęgę miłości i szczęście, jakie ze sobą niesie. Pisze w domu, w kuchni, otoczona swoimi czterema psami i dwoma kotami. Lubi też słuchać uwag swojej rodziny i bardzo często je uwzględnia.


- Rozumiem... Lubi blondynki, ale nie takie wysokie jak ja, prawda? - powiedziała miękko. - Jest z tych, co to wolą drobne kobietki z małym rozumkiem. Biedaczek, to pewnie nie jego wina, że ma taki kiepski gust. W takim razie chyba powinnam go sobie darować i skoncentrować się raczej na Jamesie. Nie ma sprawy - uśmiechnęła się do skonsternowanego chłopca. - Jak już kogoś natura obdarzy takim wzrostem, to musi się pogodzić z tym, że nie może wymagać zbyt wiele.
- James jest bardzo fajny - pocieszył ją Joss.
- Ale to właśnie Luke gra pierwsze skrzypce, co? - zapytała domyślnie.
Chłopiec zastanawiał się przez chwilę.
- James jest bardziej na luzie. Luke... Przed nim nic się nie ukryje. Nawet kiedy myślisz, że wcale nie patrzy, to zawsze wszystko spostrzeże i...
- I nie omieszka ci tego wytknąć - skrzywiła się Bobbie. - Czyli to taki facet, który zawsze musi być górą. - Zmarszczyła nos, uśmiechając się nieco cynicznie. - Gdybym miała wybierać, to po tym, co słyszałam, na pewno wolałabym Jamesa.
- Nie, chyba nie - zaoponował Joss. - Wiesz, dziewczynom bardziej podoba się Luke - wyjaśnił ostrożnie. - Olivia, moja siostra cioteczna, która ma męża Amerykanina, mówi, że Luke jest uosobieniem wystrzałowego bruneta, przystojnego, męskiego i seksownego. I że nic dziwnego, że wszystkie kobiety tak na niego lecą.
- Nieźle brzmi - mruknęła Bobbie.
Popatrzył na nią niepewnie.
- Olivia mówi, że Luke byłby o niebo szczęśliwszy, gdyby był mniej atrakcyjny albo mniej inteligentny.
W milczeniu przetrawiała słowa chłopca. Nieznana Olivia pewnie nie byłaby zachwycona, dowiadując się, że jej uwagi, przeznaczone dla dorosłego audytorium, nie umknęły czujnym uszom Jossa.
- Uroda i inteligencja - podsumowała uprzejmie, zachowując dla siebie ocenę. - Czyli miałabym ostrą rywalizację. Może w takim razie lepiej dać sobie z nim spokój i zająć się tym drugim.
Joss podchwycił temat.
- Jeśli pójdziesz ze mną na to przyjęcie, to poznasz ich obu - kusił, patrząc na nią błagalnym wzrokiem.
Przez chwilę jeszcze się wahała. Uczciwość i prostolinijność walczyła w niej z poczuciem obowiązku. W końcu nie bez powodu przejechała taki szmat drogi. Wprawdzie nie powinna wykorzystywać niewinnego chłopca i wplątywać go w niezręczną, przypuszczalnie nieprzyjemną sytuację, ale jeśli się teraz wycofa... To nieoczekiwane zaproszenie bardzo ułatwiało jej sprawę i raczej powinna się cieszyć z takiego zrządzenia losu...
- Przyjdziesz, prawda? - niespokojnie powtórzył Joss.
- Chciałabym - odrzekła. - Ale czy twoja rodzina...
- Mama powiedziała, że mogę kogoś przyprowadzić, a to nie jest przyjęcie przy stole, tylko na stojąco, i będzie mnóstwo jedzenia i...
Oparła policzek na dłoni, by ukryć uśmiech. Tak żarliwie ją zachęcał! Boże, to jeszcze takie dziecko.
- I to będzie w hotelu w Chester, tak?
- Tak, w Grosvenor. Zobaczysz, będzie ci się podobać - zapewnił z przejęciem. Naraz zmarkotniał, uświadamiając sobie, że powinien zachować się jak dżentelmen i przyjechać po nią, tylko że... - Hmm, nie wiem, gdzie się zatrzymałaś... - zaczął.
- Nie przejmuj się - uśmiechnęła sie Bobbie, domyślając się przyczyny jego niepokoju. - Wiem, gdzie jest ten hotel i bez trudu trafię - dodała, nie zdradzając, że sama tam mieszka. I choć w gruncie rzeczy nie musiała mu tego mówić, to jednak poczuła się trochę niezręcznie.
- Świetnie, w takim razie będę na ciebie czekał w głównym holu - ucieszył się. - Mama chce, żebyśmy przyjechali wcześniej, a przyjęcie zaczyna się dopiero o ósmej, więc wtedy byśmy się spotkali.
- Zgoda - przystała.
Dopili wodę. Joss sięgnął do kieszeni. Jest szansa, że przy odrobinie szczęścia wystarczy mu na zapłacenie rachunku.
- W takim razie do soboty - pożegnała go, kiedy wyszli na ulicę.
- Do soboty - potwierdził i zarumienił się. - Ale przyjdziesz, prawda? - zapytał z niepokojem.
- Możesz na mnie liczyć - obiecała.
Zamyślona ruszyła do samochodu. Na razie los jej sprzyja. Zerknęła na zegarek i przyśpieszyła kroku. Pozostało niewiele czasu, by zdążyć do telefonu.

- James, masz chwilę czasu?
Popatrzył na wchodzącego do pokoju Luke'a. James, wysoki i postawny, o wysportowanej figurze i ujmującym uśmiechu, od pierwszego spojrzenia wzbudzał sympatię. Miał w sobie tyle chłopięcego wdzięku, że wcale nie wyglądał na swoje trzydzieści dwa lata. Poznane kobiety z miejsca obdarzały go zainteresowaniem i skrytym podziwem. Instynktownie wyczuwały w nim dobrą duszę. Tacy mężczyźni zwykle są dobrzy dla zwierząt, dzieci i starszych, wyzwalają chęć, by im pomatkować.
Ale żadnej kobiecie podobny pomysł nie przyszedłby do głowy w stosunku do Luke'a.
- Zastanawiam się, jak to się dzieje, że pierwsza rzecz, jaka kojarzy się z Lukiem, to fizyczna fascynacja? - wyrwało się kiedyś Olivii podczas rozmowy z Jamesem, a on jedynie pokiwał głową.
Luke, wyższy i szerszy w barach od brata, odziedziczył po Crightonach ich charakterystyczny profil. Mocno zarysowany nos i mocna szczęka, w połączeniu z ciemnymi, niemal czarnymi włosami i oczami w odcieniu przydymionej szarości, wywierały piorunujący efekt na kobietach, porównywalny jedynie z działaniem mocnego drinka. Po pierwszym szoku następowało gwałtowne oszołomienie i euforia, a zaraz potem całkowita utrata rozwagi i trzeźwego myślenia.
Niestety, miast cieszyć się wrażeniem, jakie jego pojawienie się robiło na dziewczynach, Luke serdecznie tego nienawidził, co więcej: w duchu szczerze potępiał nieszczęsne, które nie potrafiły się oprzeć jego urokowi.
- Chciałem przed wyjazdem do Brukseli pogadać z tobą o sprawie Marshalla.
- Chyba nie zapomniałeś, że w sobotę mamy rodzinną imprezę w Grosvenor? - zapytał James.
Luke potrząsnął głową, przysiadł na krawędzi biurka brata. Obaj byli w tym samym zespole, w którym wcześniej pracował ich ojciec i wujek, ale to Luke, jako starszy i bardziej doświadczony, w ubiegłym roku został nominowany na królewskiego radcę. W dodatku najmłodszego w kraju, o czym jego ojciec nie omieszkał natychmiast poinformować Bena Crightona w Haslewich.
Henry i Ben należeli do następnego pokolenia i w zasadzie nie dotyczył ich spór, który podzielił rodzinę, jednak nadal między nimi istniała subtelna rywalizacja rozpoczęta przez ich ojców.
Luke miał do tego zupełnie inny stosunek i ani przez moment nie zamierzał konkurować z Maxem Crightonem, choć o krewniaku z Haslewich bynajmniej nie można było tego powiedzieć.
- Pamiętam - odrzekł. - Chociaż nie powiem, żeby mnie tam ciągnęło.
- Hm... zapowiada się całkiem ciekawie - odparł James. - Max ma przyjechać z Londynu. Z żoną - dodał. - Podobno nieźle sobie radzi - ciągnął. - Jest w najlepszym zespole...
- Nieźle sobie radzi? - skrzywił się Luke. - Coś mi się widzi, że tę szybką karierę bardziej zawdzięcza teściowi niż sobie.
- Nigdy za nim nie przepadałeś, co? - zapytał James.
- Właśnie - potwierdził chłodno. - Aż trudno uwierzyć, że to syn Jona. Co innego, gdyby jego ojcem był David...
- To dziwna historia, nie? - zastanowił się James. - Facet trafia do szpitala z atakiem serca i ślad po nim ginie. Zupełnie jakby się rozpłynął w powietrzu...
- Domyślam się, że miał swoje racje - mruknął Luke, przypominając sobie niepotwierdzone plotki i skrywaną ulgę Jona, kiedy mimo poszukiwań nigdzie nie natrafiono na ślad Davida.
David i Jon byli bliźniakami, ale charaktery mieli zupełnie inne. Luke był święcie przekonany, że Ben, ich ojciec, niesprawiedliwie wyróżniał Davida. A teraz córki Jona kończą osiemnaście lat. To z przerażającą oczywistością uświadamia, jak szybko mija czas. Jest od nich dwa razy starszy. Niedawno ciotka Alice wprost mu oświadczyła, że wkrótce przestanie uchodzić za młodzieńca do wzięcia, a zacznie być postrzegany jako stary kawaler.
Wiedział, że ma opinię aroganckiego i pewnego siebie, zbyt lekko traktującego zapatrzone w niego kobiety, że podobno nie jest zdolny do prawdziwego uczucia.
Ale to wcale nie była prawda. Kiedyś już kochał, a przynajmniej wtedy tak sądził, ale dziewczyna zostawiła go i wyszła za innego. Choć potem gorzko żałowała, o czym niedawno żarliwie go zapewniała, kiedy ze łzami w oczach prosiła o pomoc przy przeprowadzeniu rozwodu.
- Czy to przemyślana decyzja? - zapytał ją poważnie. - Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co tracisz?
- Jak najbardziej! - wykrzyknęła, przyciskając ręce do skroni. - Ale przecież nie to się w życiu liczy - ciągnęła, tłumiąc szloch. - Cóż wart majątek, tytuł i wszystko inne, skoro czuję się nieszczęśliwa...?
- Wyszłaś za niego - przypomniał jej.
- Tak - szepnęła drżącym głosem. - Ale wtedy miałam osiemnaście lat i wierzyłam, że go kocham. W tym wieku można sobie wszystko wmówić. A on wydawał się taki...
- ...bogaty - podpowiedział.
Popatrzyła na niego z urazą.
- Byłam pod wrażeniem. Ale ty, Luke, nie powinieneś wtedy pozwolić mi odejść - powiedziała cicho.
Przez chwilę milczał.
- Z tego, co pamiętam, nie zostawiłaś mi wyboru. Oznajmiłaś, że go kochasz, a mnie już nie.
- Kłamałam - szepnęła z przejęciem. - Kochałam cię bardzo, bardzo, ale...
- ...ale jego bardziej - dokończył.
- Tak - przyznała z oczami pełnymi łez. - A w każdym razie tak wtedy myślałam. Luke, proszę, pomóż mi - powiedziała błagalnie. - Nie znam nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić.
- Skontaktuj się z tym człowiekiem - mruknął, podając jej kartkę z adresem. Nie patrzył na nią. - To doskonały prawnik, specjalista od rozwodów.
Od tamtego zdarzenia minęło sześć tygodni. Nie widział jej potem, ale nie mógł przestać o niej myśleć. Ożyły wspomnienia sprzed lat... Miała wtedy osiemnaście, a on dwadzieścia dwa lata. Była dla niego uosobieniem kobiecości, mityczną Ewą, uwodzicielską, tajemniczą, niepowtarzalną. Droczyła się z nim, doprowadzała do szaleństwa, owinęła wokół palca. Wtedy po raz pierwszy doświadczył takiego bogactwa uczuć, jakich nigdy nawet nie przeczuwał. I po raz ostatni. Kiedy odeszła, zaprzysiągł sobie, że już żadnej nie da się opętać, że więcej nie wystawi się na pośmiewisko, nie narazi na cierpienie i upokorzenie. Żadnej się to nie uda.
Czytał w jej myślach, kiedy Fenella opowiadała o rozpadzie jej małżeństwa. Jej mąż, wprawdzie bogaty i utytułowany, a może właśnie dlatego, nie należał do mężczyzn, o których śnią kobiety. Był otyłym, zadufanym w sobie nudziarzem, który nie ukrywał, że według niego miejsce kobiety jest w domu. Zbliżał się do pięćdziesiątki, nic więc dziwnego, że dla Fenelli rozwód i odpowiednie zabezpieczenie otwierały szansę na znalezienie atrakcyjniejszego partnera, cynicznie pomyślał Luke. Tylko że to na pewno nie będzie on.

Joss wpadł do kuchni, kiedy Jenny zabierała się do dekorowanie urodzinowego tortu dla córek. Już wcześniej Louise w charakterystyczny dla niej apodyktyczny sposób zapowiedziała, że nie życzy sobie żadnych infantylnych kwiatków czy podobnych rzeczy.
- W takim razie, co? - z trudem opanowała się Jenny, z ulgą myśląc, że w sumie dobrze się stanie, gdy jesienią obie dziewczyny rozpoczną studia i wyniosą się z domu. Nie dość, że skończą się nieustanne kłótnie, to wreszcie przestaną jej podbierać ciuchy.
- Coś poważnego i znaczącego - odrzekła Louise.
- Coś w rodzaju tego tortu z królikiem, który nam kiedyś zaserwowałaś? - domyślnie zapytał Jon.
Louise popatrzyła na ojca z urazą.
- To było całe lata temu - mruknęła i odwróciła się do matki. - Nie. Raczej coś wskazującego na nasze życiowe plany.
- Aha! Masz na myśli podobiznę samochodu mamy - podsunął Jon. - Pusty bak i pogięta tablica z przodu.
- Nie to miałam na myśli - wycedziła dziewczyna. - Zresztą, ja nie przyłożyłam się do tej tablicy, a co do benzyny... Zdajesz sobie sprawę, ile teraz kosztuje?
- Owszem, i to doskonale - odrzekł spokojnie, a Jenny stanowczo przypomniała, że oboje odbiegli od tematu.
- No wiesz, mamo... zrób coś odpowiedniego.
Skończyło się na tym, że zdana na własną inwencję Jenny postanowiła ograniczyć się do rysunku wagi jako symbolu sprawiedliwości.
- Cześć, mamo! - Joss rzucił szkolny plecak i ruszył prosto do lodówki.
- Joss, za pół godziny kolacja - powstrzymała go Jenny. - Poza tym jesteś spóźniony. Gdzie się podziewałeś do tej pory?
- Mamo, pamiętasz, powiedziałaś, że mogę zaprosić kogoś na ten bal w hotelu? - przypomniał chłopiec, ignorując jej pytanie.
- Owszem - odrzekła ostrożnie - ale...
Jon zarezerwował dla rodziny spory apartament, by mogli przebrać się na miejscu i nie martwić się o powrót. Jenny z góry założyła, że położy chłopca wcześniej. Wygląda na to, że trzeba będzie zadbać o dodatkowy nocleg dla jego kolegi.
- Joss, pamiętasz chyba, że zostajemy na noc w hotelu? - zapytała. - Nie wiem, czy twój gość...
- To nie przeszkadza - powiedział pośpiesznie. - Umówiłem się od razu na miejscu.
- W takim razie w porządku - odetchnęła z ulgą, na powrót zaprzątnięta tysiącem rzeczy, jakie powinna jeszcze zrobić, zdenerwowana narzekaniami Louise, która jak zwykle zaczęła wydziwiać, że nie ma co na siebie włożyć i że wcale nie chciała sukienki, a najchętniej pójdzie w spodniach.
- Mamo, posłuchaj, kogo zaprosiłem... - z entuzjazmem zaczął Joss.
- Nie teraz, proszę - przerwała mu niecierpliwie. - Mam mnóstwo rzeczy do zrobienia, a ty powinieneś jeszcze przed kolacją zabrać się do lekcje.
- Ale, mamo... - próbował bez skutku.
- Lekcje - odrzekła stanowczo i dodała: - Jak już będziesz na górze, to przypomnij Jackowi, że jeśli chce mieć na jutro strój gimnastyczny, to niech go zaraz przyniesie do uprania.
- Dobrze - powiedział, wchodząc po schodach i kierując się do przestronnego, przytulnie urządzonego pokoju, który dzielił z ciotecznym bratem. Jack mieszkał z nimi, od kiedy rozpadło się małżeństwo jego rodziców, a David zniknął bez wieści.
Tiggy, mama Jacka, głęboko to przeżyła. Załamanie psychiczne i zaburzenia łaknienia wymagały długiego leczenia. Kiedy trochę doszła do siebie, zamieszkała u swoich rodziców na południu kraju. Bulimia, na którą cierpiała, nie do końca została pokonana. Na prośbę Tiggy, Jenny i Jon wzięli do siebie Jacka.
Zbliżyli się z chłopcem, traktowali go jak własnego syna. Dzieci łączyło bliskie pokrewieństwo, w końcu ich ojcowie byli bliźniakami. Co ważniejsze, sam Jack wolał zostać z nimi niż przenieść się do dziadków.
Między chłopcami były zaledwie dwa lata różnicy: Joss miał dziesięć, Jack kończył dwanaście lat. Obaj świetnie się rozumieli, ale Jack powoli zaczynał wchodzić w okres dojrzewania, podczas gdy młodszy ciągle jeszcze był dzieckiem. Nie zwierzali się sobie ze swoich spraw.
Kiedy Joss wszedł do pokoju, Jack był pochłonięty lekturą sportowego czasopisma. Joss popatrzył na niego w milczeniu i postanowił nie wspominać mu o Bobbie.
Pogodny i otwarty chłopiec ani przez momet nawet nie pomyślał o konsternacji, jaką może wywołać jego gość, kiedy okaże się, że jego "kumplem'' jest nie dziesięcioletni kolega, ale dorosła dziewczyna.

Za to Bobbie była tego aż nadto świadoma i wcale nie ukrywała obaw, kiedy wreszcie w starannie wybranej porze dodzwoniła się do siostry.
- Prawdę mówiąc, to dla mnie ogromne ułatwienie, bo od razu mogę poznać całą rodzinę - przyznała niechętnie. - Wiesz, Sam, nie wierzyłam własnym uszom, kiedy ten mały przedstawił się jako Joss Crighton.
- Mówiłaś, że ile on ma lat? - zapytała Samantha.
- Nie wiem dokładnie. Dziesięć, może jedenaście. Jest świetny: duże brązowe oczy, gęste włosy.
- Niezły - podsumowała Samantha.
- Naprawdę! - zaśmiała się Bobbie.
- I mówisz, że zaprosił cię na osiemnastkę swoich sióstr?
- Uhm...
- Czego jeszcze się dowiedziałaś? Czy może...
- Nie, jeszcze nie - przerwała jej szybko. - Byliśmy w miejscu publicznym, więc nie mogłam wziąć go w krzyżowy ogień pytań, ktoś mógłby niepotrzebnie coś usłyszeć. Nie chcę, żeby powzięli jakieś podejrzenia.
- Krzyżowy ogień pytań, to mi się podoba - z uznaniem powiedziała Sam.
- A co w domu? - z lekkim niepokojem zapytała Bobbie. - Jak mama?
- Niczego się nie domyśla - zapewniła Sam. - Wprawdzie nie powinnam sama się chwalić, ale nieźle cię kryję. Przez pierwsze parę dni bez przerwy dopytywała się o ciebie, naciskała, czy czegoś nie wiem, czy może chodzi o mężczyznę. Biedna mama, tak by chciała, żeby chociaż jedna z nas w końcu wyszła za mąż.
- I co jej powiedziałaś?
- Że chciałaś zmienić otoczenie po zerwaniu z Natem.
- Och, wielkie dzięki! Czyli teraz myśli, że cierpię z powodu zawiedzionej miłości - z przekąsem mruknęła Bobbie.
- To lepsze, niż gdyby domyśliła się prawdy. No dobrze, więc kiedy jest to przyjęcie? Nie mamy dużo czasu...
- Wiem. W sobotę, w hotelu w Chester. Dobrze się składa, bo właśnie tam się zatrzymałam. To będzie dobra okazja, by przyjrzeć się całej rodzince.
- A czy wiadoma osoba też tam będzie? - W głosie Sam tym razem zabrzmiała wyraźna wrogość.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ