Powieść obyczajowa
Desperado
24,99 zł
24,99
KUP TERAZ

Desperado

brak opinii
ISBN: 9788327612762
Premiera: 2015-04-01

Cord Romero, były policjant i agent FBI, jest niezrównany w swoim fachu. Teraz musi stanąć twarzą w twarz z bezwzględnym szefem gangu, rekrutującym dzieci do niewolniczej pracy. W niebezpiecznej misji wspiera Corda jego przybrana siostra Maggie. Po latach Cord odkrywa w niej kobietę – niezależną i  niezwykle pociągającą. Maggie chowa jednak w sercu mroczny sekret. Prześladowca także zna jej tajemnicę.
Oszołomieni nagłym uczuciem Cord i Maggie muszą zaufać sobie nawzajem i podjąć grę, w której stawką jest życie i... miłość.

Diana Palmer
Diana Palmer, a właściwie Susan Spaeth Kyle napisała pierwszą powieść w 1979 roku. Wcześniej przez szesnaście lat pracowała jako dziennikarka w dziennikach i tygodnikach. Wydała ponad dziewięćdziesiąt książek, które przetłumaczono na wiele języków. Zdobyła siedmiokrotnie nagrodę Waldenbooks National Sales, czterokrotnie B. Dalton National Sales Award, dwukrotnie BookRack National Sales Award i wiele innych (Lifetime Achievement Award, Affaire de Coeur, RWA). Jest członkinią wielu towarzystw i zrzeszeń – Native American Rights Fund, American Museum of Natural History, National Cattlemen’s Association, Archeological Institute of America, Planetary Society, Georgia Conservancy, Georgia Sheriff’s Association i wielu organizacji dobroczynnych. Od 1972 roku jest żoną Jamesa Kyle’a, z którym ma jednego syna. W wieku czterdziestu pięciu lat wróciła na uczelnię, by uzupełnić wykształcenie. Ukończyła historię, archeologię i filologię hiszpańską. Namówił ją do tego mąż, który porzucił karierę urzędnika, ukończył studia informatyczne i założył firmę komputerową. W 1998 roku porzucił ten zawód i poświecił się karierze sportowej. Zdobył liczne nagrody i medale na lokalnych, krajowych i międzynarodowych zawodach w strzelaniu do rzutków. W wolnym czasie Susan uprawia ogródek, czyta książki z dziedziny archeologii i antropologii, słucha muzyki. Uwielbia iguany.

Posiadłość w okolicach Houston była wyjątkowo rozległa. Otaczał ją starannie utrzymany, biały parkan zasłaniający druciane ogrodzenie, za którym pasło się rasowe bydło hodowane przez Corda Romero. Był tam też potężny byk, zupełnie wyjątkowe zwierzę. Podczas corridy w Hiszpanii darował mu życie ojciec Corda, Mejias Romero, jeden z najsłynniejszych toreadorów, zmarły przedwcześnie w Ameryce. Gdy syn dorósł i wzbogacił się, odwiedził mieszkającego w andaluzyjskiej posiadłości kuzyna, zabrał starego byka i przetransportował do Teksasu. Nazywał go Hijito, co po hiszpańsku znaczy chłopaczek. Zwierzę zachowało wspaniałą muskulaturę i nadal miało pięknie wysklepioną klatkę piersiową. Hijito dreptał za Cordem krok w krok niczym wierne psisko.
Gdy Maggie Barton wysiadła z taksówki i postawiła na ziemi walizkę, byk stojący po drugiej stronie ogrodzenia zaczął sapać i kołysać głową. Płacąc kierowcy, zerknęła na niego z roztargnieniem. Przyleciała tu z Maroka. Odwoływanie lotów, ich zła koordynacja, opóźnienia i inne przeszkody sprawiły, że podróż trwała trzy dni. Cord, zawodowy najemnik, był przybranym bratem Maggie. Stracił wzrok i ku jej ogromnemu zdziwieniu, za pośrednictwem Eba Scotta, ich wspólnego znajomego, przekazał wiadomość, żeby przyjechała. Nie mogła się doczekać tego spotkania. Każda chwila zwłoki była dla niej torturą.
Zapewne Cord odkrył wreszcie, że mu na niej zależy!
Serce jej kołatało, gdy weszła na obszerną werandę z zieloną huśtawką, bujanymi fotelami i mnóstwem doniczkowych roślin. Drżącą ręką nacisnęła dzwonek.
Ze środka dobiegł odgłos szybkich, lekkich kroków. Ktoś biegł po drewnianej podłodze, tupiąc głośno, bo w domu nie było dywanów. Maggie zmarszczyła brwi i odgarnęła długie, lekko wijące się, czarne włosy. Jej zielone oczy wyrażały niepokój. Kroki Corda miały inny rytm: długie, swobodne, typowo męskie, a zarazem płynne. Ten szybki, nerwowy chód pasował raczej do kobiety. Serce Maggie zamarło. Czyżby pod jej nieobecność Cord kogoś sobie znalazł? Może źle zrozumiała sugestię Eba Scotta? Nagle ogarnęły ją bardzo poważne wątpliwości.
Drzwi otworzyły się i stanęła oko w oko z filigranową blondynką o piwnych oczach, która zagadnęła uprzejmie:
- Tak? Słucham?
- Przyjechałam do Corda - oznajmiła Maggie. Skutki wyczerpującej podróży coraz bardziej dawały jej się we znaki, zapomniała więc, że wypada się przedstawić.
- Przykro mi, ale z nikim się jeszcze nie spotyka. Miał wypadek.
- Tak, wiem - odparła zniecierpliwiona. - Niech mu pani powie, że przyjechała Maggie. Bardzo proszę - dodała łagodniejszym tonem.
Dziewczyna, na oko dziewiętnastolatka, skrzywiła się.
- On mnie zabije, jeśli panią wpuszczę! Powiedział, że nie ma go dla nikogo. Bardzo mi przykro.
Zmęczenie podróżą oraz irytacja sprawiły, że Maggie zapomniała o dobrym wychowaniu.
- Niechże pani zrozumie! Przemierzyłam cztery i pół tysiąca kilometrów... Do jasnej cholery! Cord? - krzyknęła nagle ponad ramieniem dziewczyny, która znowu się skrzywiła. - Cord!
Przez chwilę panowała cisza, a potem z głębi domu ktoś rzucił obojętnie:
- Wpuść ją, June!
Blondynka natychmiast wykonała polecenie, a Maggie zaniepokoiła się nie na żarty, słysząc w niskim głosie Corda oschły ton. Weszła, zostawiając swą całkiem sporą walizkę na zewnątrz. June popatrzyła na ten bagaż z nieukrywaną ciekawością, nim zamknęła drzwi.
Na widok Corda Maggie ogarnęło wzruszenie. Stał przy kominku w obszernym salonie. Wysoki i szczupły, mimo smukłej budowy ciała bardzo silny, przypominał tygrysa gotowego stawić czoło wszelkim niebezpieczeństwom. Ten przystojny brunet o ciemnej cerze, lekko falujących włosach i wielkich, ciemnych, głęboko osadzonych oczach był zawodowym żołnierzem, najemnikiem; w tej dziedzinie prawie nie miał sobie równych. Gdy Maggie weszła do pokoju, zmarszczył brwi. Wyglądał normalnie, tylko wokół oczu i na policzkach miał świeże, zaczerwienione blizny. Można by pomyśleć, że przygląda się gościowi. Idiotyczne wrażenie, rzecz jasna, bo według słów Eba stracił wzrok, gdy niewielka bomba, którą rozbrajał, wybuchła mu w rękach.
Maggie wpatrywała się w mężczyznę, który był jedyną miłością jej życia. Oddała mu serce, w którym odtąd nie było już miejsca dla nikogo innego, i zawsze dziwiła się, że nie zauważył tego przez osiemnaście długich lat. Tyle czasu minęło od ich pierwszego spotkania. Nawet krótkotrwałe, tragiczne małżeństwo Corda nie zmieniło uczuć Maggie. Gdy oboje owdowieli, w przeciwieństwie do Corda, który po stracie Patrycji bardzo cierpiał, Maggie nie tęskniła do swego męża.
Mimo woli popatrzyła na duże, pięknie wykrojone usta Corda. Doskonale pamiętała, co się z nią działo, gdy dotknęły w ciemności jej warg. Objął ją, pocałował i poczuła się jak w niebie. Tyle lat z utęsknieniem czekała na tę chwilę. Niestety, rozkosz bardzo szybko zmieniła się w cierpienie. Cord nie miał pojęcia, że to jej pierwszy raz. Był zbyt pijany, aby zorientować się w porę. Tamtej nocy umarła ich przybrana matka, niewiele też czasu minęło od samobójstwa jego żony...
- Jak się czujesz? - spytała pośpiesznie Maggie ze ściśniętym gardłem. Zawahała się, stojąc w drzwiach.
W pierwszej chwili wydawało jej się, że zacisnął zęby, ale potem uśmiechnął się z przymusem i odparł ironicznie:
- Przed czterema dniami bomba eksplodowała mi w rękach, więc jak mam się czuć, do jasnej cholery?
To nie było serdeczne powitanie. Pora zapomnieć o złudzeniach i wrócić do rzeczywistości. Cord jej nie potrzebował. Nie życzył sobie, żeby się tu plątała. Wszystko było jak za dawnych lat. A tak się do niego śpieszyła. Co za ironia losu.
- Zdumiewające! Nawet bomba nie dała ci rady - burknęła Maggie, odzyskując panowanie nad sobą. - Naszego terminatora nie zmogą ani kule, ani ładunki wybuchowe, więc cóż ja mogę!
Cord puścił tę uwagę mimo uszu.
- Fajnie, że wpadłaś. Co za pośpiech - mruknął.
Nie rozumiała, o co mu chodzi. Wyglądało na to, że jego zdaniem umyślnie odwlekała przyjazd.
- Eb Scott zadzwonił i powiedział, że jesteś ranny. Twierdził, że... - zawahała się, niepewna, czy powtórzyć mu, co usłyszała od Eba. Mimo obaw zdecydowała wszystko postawić na jedną kartę, ale ukryła burzę uczuć, wybuchając nerwowym śmiechem. - Z jego słów wynikało, że chcesz, abym cię pielęgnowała. Zabawne, co?
- Świetny dowcip. - Wcale się nie roześmiał. Sarkastyczny ton sprawił jej ból, którego nie próbowała ukryć. Przecież Cord nie widział.
- No właśnie - przytaknęła. - Dowcipniś z tego Eba. Masz przecież tę... Zapomniałam, jak jej na imię. Aha, June. Ona się tobą opiekuje - dodała z udawaną nonszalancją, podkreślając słowo "ona''.
- Racja, mam June. Ona jest tutaj od chwili, gdy wróciłem do domu. - Z rozmysłem podkreślił w ślad za nią zaimek i dodał ze sztucznym ożywieniem: - June to mój skarb. Jest urocza, ma dobre serce i naprawdę o mnie dba.
- Urody też jej nie brakuje.
Cord pokiwał głową.
- Śliczna, co? Ładna, mądra, no i świetnie gotuje. A poza tym jest blondynką - dodał głosem tak cichym i chłodnym, że Maggie przebiegł dreszcz.
Ostatnia uwaga nie była dla niej niczym nowym. Zawsze podobały mu się jasne włosy. Jego żona Patrycja była blondynką. Kochał ją...
Opuszkami palców dotknęła paska zawieszonej na ramieniu torby. Nagle poczuła, że ogarnia ją potworne zmęczenie. Od trzech dni, ciągnąc za sobą bagaż, przemierzała lotnisko za lotniskiem, niepewna, jaki naprawdę jest stan Corda, a on zachowywał się tak, jakby wcale jej się nie śpieszyło. Szkoda, że Eb nie powiedział całej prawdy. Mimo poważnych obrażeń Cord w ogóle jej nie potrzebował.
Długo przyglądała mu się zbolałym wzrokiem, a potem wzruszyła ramionami.
- Przypomniałeś mi, gdzie jest moje miejsce - odparła uprzejmie. - Bez wątpienia nie jestem blondynką. Cieszę się, że stoisz na własnych nogach, choć bardzo mi przykro z powodu twoich oczu - dodała.
- Dlaczego? - rzucił opryskliwie i zmarszczył brwi.
- Wiem od Eba, że straciłeś wzrok - odparła.
- To minie - wyjaśnił. - Chwilowa niedyspozycja. Widzę już całkiem nieźle, a okulista twierdzi, że odzyskam pełną sprawność.
Serce Maggie uderzyło mocniej. Cord widział? Uświadomiła sobie, że jego wzrok rzeczywiście nie spogląda w ciemność, i doznała wstrząsu. Aż do tej chwili nawet nie próbowała zapanować nad wyrazem twarzy i teraz przestraszyła się, że wyczytał z niej wszystko, rozpacz i obawy.
- Naprawdę? Wspaniała nowina! - odparła, zdobywając się na uśmiech. Wzięła się w garść. Będzie miała teraz ten uśmiech przylepiony do twarzy niczym antyczne rzeźby. Nieustannie radosna mina to prawdziwy atut dla organizatorów festynów i podobnych imprez. Warto by im zaproponować swoje usługi.
Znowu poprawiła pasek torebki. Ledwie trzymała się na nogach i teraz zawstydziła się, że tak do niego pędziła. Zrezygnowała nawet z nowej, atrakcyjnej pracy i wróciła do kraju, żeby się nim opiekować. Teraz odkryła, że nie jest mu tutaj potrzebna. Dostała kolejną nauczkę.
Cord był opryskliwy i patrzył na nią wrogo.
- Dzięki, że wpadłaś. Szkoda, że na krótko - powiedział. - Chętnie odprowadzę cię do drzwi.
- Nie musisz wyrzucać mnie aż tak dosłownie - odparła, unosząc brwi i spoglądając na niego ironicznie. - Zrozumiałam aluzję. Nie jestem tu mile widziana. Trudno. Zaraz stąd znikam i mam nadzieję, że twoja June natychmiast zetrze mopem ślady moich butów. Nie pozostanie nawet najmniejszy znak, że cię odwiedziłam.
- Jak zawsze masz świetny nastrój - powiedział oskarżycielskim tonem.
- Lepiej śmiać się, niż płakać - odparowała uprzejmie. - Szczerze mówiąc, nie wiem, skąd mi w ogóle przyszło do głowy, że powinnam tu przyjechać. Właściwie po co?
- Również zadaję sobie to pytanie - odparł cicho, lecz jadowicie. - No cóż, lepiej późno niż wcale.
Nie zrozumiała ostatniej uwagi, ale była zbyt wściekła, żeby prosić o wyjaśnienie.
- Nie zawracaj sobie tym głowy. Już wychodzę - zapewniła. - Szczerze mówiąc, wystarczy kilka poważnych rozmów i nigdy więcej nie będziesz musiał na mnie patrzeć.
- Miło mi to słyszeć - odciął się natychmiast. - Trzeba to uczcić. Wydam przyjęcie.
Nakręcał się coraz bardziej. Najwyraźniej on także był na nią wściekły i być może sama jej obecność wyprowadzała go z równowagi. To zresztą nic nowego.
Wybuchnęła śmiechem. Po tylu latach zatajania swoich uczuć doszła w tym do perfekcji. Przed Cordem lepiej się nie odkrywać, ponieważ bez skrupułów wbije nóż w otwartą ranę. Toczyli ze sobą tę wojnę od lat.
- Nie liczę na zaproszenie - odparła spokojnie. - Nie pomyślałeś, żeby wycofać się z branży, póki jesteś zdrów i cały? - dodała. Nie odpowiedział. Wzruszyła ramionami i westchnęła. - Na mnie już czas. Mam ważne spotkanie. Dam ci znać, gdy postanowię odlecieć na dobre.
Obrzuciła go przeciągłym, uważnym spojrzeniem, pewna, że widzi tę urodziwą twarz po raz ostatni. Mówi się, że najgorsza kara to pokazać człowiekowi wizję raju, a potem nakazać mu powrót do szarej rzeczywistości. Tak było z Maggie, która jeden jedyny raz kochając się z Cordem, przeżyła niezwykłe chwile. Mimo bólu, wstydu i późniejszej awantury nie potrafiła zapomnieć cudownych doznań, gdy pierwszy raz całował całe jej ciało. Teraz niemal fizycznie czuła ból odrzucenia, ale musiała go ukryć, choć nie przychodziło jej to łatwo.
- Dzięki za serdeczną troskę - rzucił drwiąco.
- Och, drobiazg - odparła pogodnie. - Gdy znów ładunek wybuchowy zmasakruje ci twarz i będziesz potrzebował opieki, bądź łaskaw sam do mnie zadzwonić. A przy okazji powiedz Ebowi, że jego żarty są prymitywne.
- Sama mu powiedz - odciął się Cord. - Byliście przecież zaręczeni.
Tylko dlatego, że stałeś się dla mnie nieosiągalny, pomyślała, a twoje małżeństwo doprowadzało mnie do szału. Nie odezwała się więcej. Z wymuszonym uśmiechem oderwała spojrzenie od jego twarzy, swobodnym ruchem odwróciła się na pięcie i pomaszerowała ku drzwiom. Już wychodziła, gdy nagle, jakby z ociąganiem, zawołał ją po imieniu schrypniętym głosem:
- Maggie!
Bez wahania poszła dalej, zbyt wściekła, żeby się zatrzymać. Wyrzucała sobie, że niepotrzebnie pokonała cztery i pół tysiąca mil. Była na tyle głupia, żeby zamartwiać się o faceta, który nie odwzajemniał jej uczuć, i uwierzyć Ebowi Scottowi, gdy zapewniał, że Cord bardzo chciał się z nią widzieć.
June czekała w holu z ponurą miną. Gdy ujrzała twarz Maggie, na której malowało się niezbyt dobrze skrywane cierpienie, zmarszczyła brwi.
- Coś pani dolega? - zapytała szeptem.
Maggie nie była w stanie wykrztusić słowa. Świadomość, że ta dziewczyna jest nową miłością Corda, sprawiła, że po prostu nie mogła na nią patrzeć. Raptownie pokręciła głową.
- Dzięki - odparła trochę nieskładnie i ruszyła dalej.
Wyszła na werandę i zamknęła za sobą drzwi. Cord bez przekonania jeszcze raz powtórzył jej imię, ale pozostał w salonie. Może przez moment czuł się winny, bo nie przywitał jej, jak należy. Zapewne wyrzucał sobie brak gościnności, ale z doświadczenia wiedziała, że szybko przestanie się tym martwić. Chętnie rozprawiłaby się z Ebem Scottem! Ożenił się i był szczęśliwy, więc miała pewność, że nie zadzwonił po to, aby Maggie dokuczyć, lecz mimo dobrych intencji przysporzył jej niewypowiedzianych cierpień, bo umierała ze strachu o Corda. I po co?
Przez chwilę stała na ganku, próbując wziąć się w garść. Od Houston dzieliło ją zaledwie dwadzieścia minut jazdy samochodem, ale odprawiła taksówkę, bo miała przecież zostać i pielęgnować Corda. Roześmiała się głośno.
Spojrzała ku odległej drodze. Będzie dobrze. Podobno marsz to najzdrowsza forma ruchu. Na szczęście zamiast czółenek na wysokich obcasach włożyła zwykłe sportowe buty. Elegancki szary garnitur też był wygodny i nie krępował ruchów. Podczas marszu do Houston będzie miała dość czasu, by uświadomić sobie ogrom własnej głupoty. Ponadto stwierdziła z przykrością, że Corda nie obchodziło nawet to, czy będzie miała czym wrócić do miasta. Najwyraźniej zasady gościnności do niej się nie odnosiły.
Ciągnąc za sobą walizkę, zeszła po schodach werandy i ruszyła wzdłuż podjazdu, coraz bardziej ubawiona absurdalnością sytuacji. Z kpiącym uśmiechem popatrzyła na swój bagaż.
- Szkoda, że nie mam konia. Mogłabym odjechać w stronę zachodzącego słońca jak bohater starego westernu. Nie będzie efektownego zakończenia. Zostałyśmy tylko we dwie, kochana stara walizeczko - mruknęła, pochylając się, żeby poklepać wypchany bok. - No to w drogę!

Po wyjściu Maggie rozgniewany Cord Romero długo stał obok kominka jak skamieniały.
- Chyba martwiła się o pana - zagadnęła wystraszona June, zaglądając do pokoju.
- Jasne - odparł, wybuchając szyderczym śmiechem. - Z Houston jedzie się tutaj dwadzieścia minut, ale dopiero teraz znalazła trochę czasu, żeby wpaść. Ładna mi troska!
- Przecież miała... - June zamierzała powiedzieć mu o walizce, którą Maggie zostawiła na werandzie, ale przerwał jej podniesieniem ręki.
- Ani słowa więcej - oznajmił stanowczo. - Nie zamierzam dłużej o niej dyskutować. Możesz mi przynieść filiżankę kawy? Przyślij tu Reda Davisa.
- Dobrze, proszę pana - odparła.
- I powiedz swojemu ojcu, że chcę się z nim zobaczyć, gdy skończy załadunek sztuk przeznaczonych na sprzedaż - dodał. Ojciec June nadzorował hodowlę.
- Dobrze, proszę pana - powtórzyła i wyszła.
Cord zaklął cicho. Nie widział Maggie od wielu tygodni. Można było pomyśleć, że zniknęła z powierzchni ziemi. W końcu pojechał do jej mieszkania, ale nie otworzyła, choć przez całe pięć minut naciskał dzwonek. Cholera jasna, przestała nawet odbierać telefony! Nie chciał przyznać się sam przed sobą, że za nią tęskni, i wstyd mu było, że cierpiał, kiedy aż cztery dni zwlekała z odwiedzinami.
Ich losy splotły się na dobre, gdy Cord miał szesnaście lat, a Maggie osiem. Adoptowała ich wówczas Amy Barton, pani z towarzystwa, której siostra pracowała w domu dziecka. Rodzice Corda zginęli w pożarze, gdy przyjechali do Houston na długo oczekiwane wakacje. Maggie została całkiem sama w tym samym czasie. Oboje trafili do domu dziecka. Bezdzietna, samotna pani Barton postanowiła zaopiekować się tą dwójką, a z czasem adoptowała Maggie.
Jako siedemnastolatek Cord wszedł w konflikt z prawem i Maggie była mu wtedy prawdziwą podporą. W wieku zaledwie dziesięciu lat okazała wyjątkową dojrzałość, skutecznie wspierając go radą i okazując niezwykłą lojalność, i mimo obaw pani Barton, która podśmiewała się życzliwie z ich osobliwej zależności, Maggie dałaby się pokroić na kawałki za przybranego starszego brata. Pamiętał, że w czasie rozprawy sądowej kurczowo trzymała go za rękę i zapewniała, że wszystko będzie dobrze. Zawsze się nim opiekowała. Po samobójstwie jego żony Patrycji towarzyszyła mu w czasie przesłuchania i pogrzebu. Gdy umarła pani Barton, pocieszała go czule, za co odpłacił jej cierpieniem...

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ