Powieść obyczajowa
Zielony zakątek
24,99 zł
24,99
KUP TERAZ

Zielony zakątek

brak opinii
ISBN: 9788323894735
Premiera: 2015-04-08

Zatoka Cedrów
Cedar Cove to malownicze miasteczko nieopodal Seattle. Mieszkańcy kochają się, nienawidzą, zdradzają i rozchodzą jak wszędzie. Mają sekrety i marzenia. Tylko że tutaj nikt nie jest anonimowy. Ktoś zawsze pomoże ci rozwiązać problem, nawet gdy tego nie chcesz.

Mary Jo Wyse jest samotną matką. Prowadzi spokojne życie, ale nieoczekiwanie musi zmierzyć się z problemem, który ją przerasta. Ojciec jej córeczki zapowiada sądową walkę o opiekę nad dzieckiem, chociaż jeszcze niedawno zaprzeczał ojcostwu. Mary Jo zrobi wszystko, by nie stracić rodzicielskich praw.
Brat Mary Jo, Linc, cieszy się szczęściem w małżeństwie z Lori. Jednak ich udany związek jest komuś solą w oku. I to na tyle, że zacznie się od intryg, a skończy na groźbach.
Trudne chwile przeżywają Rachel i Bruce Peytonowie. Rachel nie może znaleźć wspólnego języka z pasierbicą, dlatego decyduje się na rozpaczliwy krok.
A to tylko niektóre problemy, z którymi muszą się uporać mieszkańcy tego na pozór spokojnego miasteczka.

Debbie Macomber
Debbie Macomber urodziła się 22. października 1948 roku.Zaczęła pisać po urodzeniu czwórki dzieci, na pożyczonej maszynie. Czekała, aż wszyscy zasną i wymykała się do kuchni, która na kilka godzin pełniła rolę gabinetu. Zmagała się z dysleksją, przez pięć lat jej maszynopisy odrzucano w każdym wydawnictwie, jednak Debbie nie opuścił hart ducha. Sukces przyszedł w 1982 roku, wraz z opublikowaniem pierwszej książki. Pisząc, korzysta z własnych doświadczeń, a także z doświadczeń krewnych i przyjaciół. Potrafi przeniknąć w głąb kobiecej duszy, mistrzowsko oddać emocje i charaktery swych bohaterek, a przy tym ma wspaniałe poczucie humoru. Akcje powieści umieszcza często w małych miastach, koncentruje się na aspekcie obyczajowym. Na ogół wstaje jeszcze przed wschodem słońca. Pisze dziennik, czyta, potem przez pół godziny pływa i siada do pracy. Uwielbia robić na drutach i jest w tym prawdziwą mistrzynią. Bardzo lubi dostawać listy od czytelników. Łączny nakład jej książek na całym świecie to ponad sto milionów egzemplarzy. Jej powieści często goszczą na listach bestsellerów, jest laureatką Quill Award for Romance. Wraz z mężem Waynem mieszka w stanie Waszyngton, a zimą na Florydzie. Ma czworo dzieci i ośmioro wnucząt.

Tylko zakręt – i wreszcie w domu! Zadowolony Mack McAfee wjechał w Evergreen Place. Właśnie zakończył dwudobową służbę, a jeszcze milej zrobiło mu się na duszy, gdy podjeżdżając pod bliźniak opatrzony numerem 1022, zauważył w ogródku przed domem szczupłą kobietę ubraną w dżinsy i obcisły różowy top z długimi rękawami. Był początek maja, więc korzystając z długiego już dnia, Mary Jo Wyse zajęła się ogrodem. Pogoda była wymarzona, jako że wiosna na północnym krańcu wybrzeża Pacyfiku okazała się w tym roku wyjątkowo łaskawa. Słońce na bezchmurnym niebie nadal świeciło pełnym blaskiem, choć zbliżała się już szósta. Zresztą i tak, niezależnie od aury, Mary Jo codziennie dłubała przy roślinkach. Mack włączał się tylko sporadycznie, kiedy miał na to czas.
Mary Jo... Po twarzy Macka przemknął ciepły uśmiech, bo ta śliczna młoda kobieta, samotna matka malutkiej Noelle, śpiącej słodko w wózku ustawionym niedaleko grządek, nie tylko wynajmowała od niego mieszkanie. Mack oddał jej serce. Ten fakt dotarł już do niego z całą jasnością. Po prostu miłość, tylko trzy słowa, a znaczą tak wiele. Kochał też dziecko Mary Jo, które przyszło na świat podczas ostatnich świąt Bożego Narodzenia. Mack odbierał poród. No, tylko asystował. W Wigilię miał służbę, taki już los świeżo upieczonego strażaka. Było spokojnie, nie działo się nic, aż nagle odebrali telefon z rancza Hardingów. Jakaś kobieta powiedziała, że właśnie zaczyna rodzić.
Ten poród okazał się dla Macka niezapomnianym przeżyciem. Na medycynie znał się trochę, zrobił przecież kurs, miał dyplom ratownika, ale tu chodziło o sferę uczuć. O przeżywanie niesamowitej chwili, gdy na świecie pojawia się nowy człowieczek, maleńka Noelle. Narodziny, odwieczny cud natury. Zdarzył się jednak jeszcze inny cud, mianowicie gdy tylko Noelle po raz pierwszy zaczerpnęła powietrza, zawojowała Macka bez reszty.
Nie tylko ona dokonała tego podboju, także jej matka. Ot, i cała prawda.
Zaparkował na podjeździe przed swoją połową domu i wysiadł z pikapa. Niby był spokojny, a tak naprawdę rozpierało go, bo tej chwili nie mógł się doczekać. Przecież całe dwa dni ich nie widział. Dwa dni!
Mary Jo klęczała przy grządce. Kiedy podszedł, wstała i otrzepując z ziemi spodnie, powiedziała z delikatnym, trochę niepewnym uśmiechem:
- Cześć, Mack.
- Cześć! – Zaczął bacznie przyglądać się równiutkiemu rządkowi roślinek, które właśnie wykiełkowały. By nie spłoszyć Mary Jo, nie chciał pokazywać po sobie, jak bardzo jest zachwycony jej widokiem. Po przykrych doświadczeniach z Davidem Rhodesem w kontaktach z mężczyznami stała się bardzo ostrożna, wręcz przewrażliwiona. Wiedząc o tym doskonale, pewien debil, czyli Mack, zdążył już popełnić dwa kardynalne błędy, czyli o dwa za dużo, a kolejny z pewnością okaże się przysłowiowym gwoździem do trumny.
- Super. Ogród zaczyna nabierać realnych kształtów – stwierdził z satysfakcją, po czym przykucnął przy wózku. Noelle spała słodko z rączką wyciągniętą nad główkę, a malutka dłoń zaciśnięta była w rozczulającą piąstkę. Mack wpatrywał się w nią jak zahipnotyzowany.
A mama hipnotyzującej Noelle, również dla niego hipnotyczna, przekazała półgłosem coś bardzo miłego:
- Dobrze, że jesteś, Mack. Nie mogłam się ciebie doczekać.
- Naprawdę?! – Niedobrze, bo zabrzmiało to zbyt entuzjastycznie.
- Bo wiesz, tak sobie myślałam i myślałam... o naszej ostatniej rozmowie...
- Hm... tak... - Mack cały się spiął i jak miał w zwyczaju w takich przypadkach, wsunął ręce do tylnych kieszeni spodni.
- Mówiłeś, że nasze zaręczyny nie były dobrym pomysłem, więc nie ma sensu tego kontynuować...
Cóż, to były jego słowa.
- Wydawało mi się, że... tak będzie najlepiej – nie tyle powiedział, co wymamrotał. - Chociaż...
- Masz całkowitą rację, Mack! Też uważam, że tak będzie najlepiej. Nie ma sensu, skoro... skoro mnie nie kochasz.
To właśnie dawał jej do zrozumienia. Idiota!
- Mary Jo, chciałbym...
- Mack, nie musisz mi niczego tłumaczyć. Przecież doskonale wiem, dlaczego mi się oświadczyłeś. Chciałeś mnie chronić, to jedyny powód. Zrobiłeś to z dobrego serca.
Chronić... Mack natychmiast stał się czujny.
- Chwila, moment! Czyżby David Rhodes znów się odezwał?!
- Nie, nic z tych rzeczy.
Biologiczny ojciec Noelle już kilka razy groził, że odbierze dziecko. To tylko blef, twierdził Mack, jednak David tak bardzo przeraził Mary Jo, że w końcu podjęła decyzję o powrocie do Seattle, do braci. Miała ich trzech, wszyscy byli od niej starsi i na pewno nie pozwoliliby, żeby siostrze lub siostrzenicy stała się krzywda.
Z kolei Mack przeraził się, że straci je obie, i dlatego zaproponował małżeństwo. Mary Jo wyraziła zgodę, jednak pod twardym warunkiem, że ślub odbędzie się za pół roku, a sześć miesięcy narzeczeństwa minie grzeczniutko, to znaczy zero seksu, nawet zero przytulanek. Na tym stanęło, jednak po jakimś czasie Mack doszedł do wniosku, że z oświadczynami po prostu się wygłupił. Mary Jo przyjechała do Cedar Cove z jednego tylko powodu, a mianowicie pragnęła odseparować się od nie tylko starszych, ale i dominujących braci. A Mack, wyskakując z małżeństwem, zachował się podobnie jak oni. Owszem, Mary Jo od razu bardzo mu się podobała, a Noelle go zauroczyła, jednak nie analizował swoich uczuć ani nawet nie wiedział, czy powinien w tę znajomość angażować serce. Po prostu przemówił bezrozumny instynkt dobrego pana i władcy. Chciał Mary Jo i Noelle mieć przy sobie, pod swoją opieką i bronić je przed Davidem. Cóż, objawił się archetyp rycerza na białym koniu, obrońcy uciśnionych dam i dzieci. Mary Jo tak właśnie odczytała jego intencje i w sumie miała rację. Kilka dni po zaręczynach Mack zauważył, że diametralnie odmieniła ich relacje. Przestała go traktować jak przyjaciela, przy którym można zachowywać się swobodnie, pożartować, czasami cmoknąć w policzek. Nagle stała się nadzwyczaj powściągliwa. Mack szybko zrozumiał, w czym rzecz. Przecież podczas zaręczyn żadna ze stron nie wystąpiła z płomienną deklaracją. Mary Jo zgodziła się zostać żoną Macka wyłącznie z rozsądku, co w sumie było dla niej porażką. A mówiąc wprost, totalną porażką, skoro pierwsza w jej życiu próba uzyskania pełnej samodzielności spełzła na niczym. Nie dała rady, dlatego znów musiała się schronić pod czyjeś skrzydła.
Mack długo o tym rozmyślał, aż wreszcie po miesiącu niepewności doszedł do wniosku, że w tej sytuacji zaręczyny faktycznie są absolutnym niewypałem. Na szczęście żadne z nich nie powiadomiło najbliższych. Mary Jo nie chciała prowokować wścibskich i nadopiekuńczych braci do niepotrzebnych działań, natomiast Mack wiedział doskonale, jak zareagują jego rodzice. Zaczną marudzić, że po tak krótkiej znajomości nie powinno się jeszcze podejmować decyzji o małżeństwie. I mieliby sto procent racji.
Tak więc zaręczyny okazały się pochopnym krokiem. Rozjuszony groźbami Davida, Mack zadziałał pod wpływem impulsu, pozwalając, by instynkt opiekuńczy przeważył nad zdrowym rozsądkiem. Poza tym w sprawach damsko-męskich zawsze brakowało mu wyczucia, i wcale nie dlatego, że grzeszył beznadziejną naiwnością czy też gruboskórnością. Po prostu choć był już dorosłym mężczyzną, brakowało mu koniecznego w poważnych związkach doświadczenia. Owszem, zaznał licznych przygód, ale były to tylko przygody. Miło, fajnie, a nawet ekscytująco, ale też szybko i niezobowiązująco, jakby wciąż był licealistą.
Zwykle gdy miał problem z dziewczyną, zwracał się z tym do swojej siostry, Linnette. Z Glorią, drugą siostrą, nie był w tak bliskich kontaktach, bo pojawiła się w ich życiu dopiero przed kilkoma laty, a Linnette znał od pieluszek. Zwykle potrafiła coś doradzić, niestety nie mieszkała już w Cedar Cove, wyniosła się do zapadłej dziury w Dakocie Północnej. Owszem, często do siebie dzwonili, jednak Mack, znów wykazując się krzyczącą tępotą, nie pomyślał o tym, żeby przedyskutować z siostrą sprawę oświadczyn. Być może Linnette wybiłaby mu z głowy kretyński pomysł, dzięki czemu uniknąłby lawiny błędów. To znaczy niby tylko dwóch, ale za to jakich... Cóż, nieszczęścia chodzą parami. Pierwszym błędem okazały się oświadczyny, a drugi popełnił w chwili, gdy starał się ten pierwszy naprawić. Zerwał zaręczyny, jako powód podając, że Mary Jo i owszem, podoba mu się – tak powiedział kobiecie, którą kochał żarliwą miłością! – ale kierował się przede wszystkim dobrem dziecka.
Uznał, że takie wytłumaczenie będzie najrozsądniejsze, bo pozwoli zarówno jemu, jak i Mary Jo wyjść z twarzą z tego galimatiasu.
Może i pomyślał niegłupio. W każdym razie co powiedział, to powiedział, a następnego dnia o bladym świcie pędził do roboty na dwudobową służbę. Tak się złożyło, że miał trochę czasu na przemyślenia, i za każdym razem, gdy logicznie analizował sytuację, dochodził do tego samego zasadniczego wniosku, który brzmiał następująco: Przecież kocham Mary Jo, a właśnie zerwałem z nią zaręczyny.
Reasumując, namieszał tak, że każdy rozsądny człowiek tylko z boleściwym jękiem złapałby się za głowę. Bo rozsądni i doświadczeni przez życie ludzie uparcie powtarzają bliźnim, że najlepiej nie kręcić, tylko sprawę stawiać uczciwie. Ktoś nawet kiedyś powiedział – Ben Franklin? Matka Teresa? Bill Clinton? A może Oprah? – że uczciwość to najlepsza polityka.
Wyszło jednak na to, że Mack McAfee jak mało kto potrafi i sobie, i innym skomplikować życie.
- Myślę, że David w ogóle już się nie odezwie – mówiła dalej Mary Jo. – Pewnie kombinował, że kiedy odbierze mi Noelle, to zyska pretekst do wyciągania od ojca pieniędzy, ale nie sądzę, by choć próbował to zrealizować. Jak sam powiedziałeś, skończy się na pogróżkach, to wszystko.
- Nadal tak uważam, gdybym jednak się mylił i znowu zacznie ci grozić, od razu mi powiedz, a ja już z nim pogadam.
No nie! Znów palnął, znów jak głupek wykazał się nadmierną inicjatywą, choć wie, jak bardzo Mary Jo zależy na samodzielnym rozwiązywaniu swoich problemów.
Pominęła jego deklarację milczeniem, zbyt długo i zbyt starannie poprawiając kocyk Noelle. Mack też nie pozostał bezczynny, mianowicie zakołysał się na piętach i wyjął ręce z kieszeni. A po chwili oświadczył:
- Muszę sprawdzić pocztę. - Ruszył do skrzynki na listy.
Nim jednak dotarł do werandy, Mary Jo zawołała:
- Mack! Przejrzałam już te listy!
O czym ona mówi? – zapytał w duchu, zaraz jednak przypomniał sobie, że Mary Jo znalazła pod podłogą w szafie garderobianej starą korespondencję.
- Tak? I co w nich jest?
- Chciałabym ci je w końcu pokazać. Może... wpadniesz do mnie?
Zabrzmiało to bardzo ostrożnie, jakby Mary Jo nie była pewna, czy w obecnej sytuacji takie zaproszenie jest dobrym pomysłem.
Mack uznał, że tak.
- Dzięki. Wpadnę.
- To... może na obiad? Ale wiesz, nie nalegam. Nie chcę, żebyś czuł się zobowiązany...
- No co ty. Niby dlaczego? – obruszył się Mack. – Po prostu zajrzę do ciebie, jeśli naprawdę tego chcesz.
- Chcę.
- Jest... - spojrzał na zegarek - piętnaście po szóstej. To co, za jakąś godzinkę?
- Dobrze.
Mack pokiwał głową. Niby na zewnątrz zachował spokój, ale był bliski euforii. Mary Jo go zaprosiła, czyli można mieć nadzieję, że jednak nie wszystko spaprał.
- A więc do zobaczenia. – Uśmiechnął się szeroko.
- Do zobaczenia!
Mary Jo również się uśmiechnęła... i euforia Macka nagle gdzieś przepadła. Skąd ta dziwna zmiana nastroju? Nie rozumiał. Może przez napięte nerwy? A gdy dochodził do schodów prowadzących na werandę, pomyślał, że znowu dał plamę, bo nie zaproponował żadnego udziału w proszonym obiadku. Dlatego zawołał:
- Co mam przynieść?
- Bo ja wiem... - Mary Jo wzruszyła ramionami. – Będzie gulasz z kurczaka z warzywami, upiekę też biszkopciki.
- To może przyniosę butelkę wina? – Gdy pokiwała głową, dodał już tylko: - Będę koło siódmej.
Wyjął listy ze skrzynki, a gdy wszedł do siebie, odetchnął głęboko. Denerwował się bardzo, emocje sięgały zenitu, ale co się dziwić, skoro zyskał szansę, by wszystko naprawić. Może znów nawiąże z Mary Jo przyjacielskie kontakty, zbliży się do niej, a potem cierpliwie, krok po kroku, będzie podążał do wyznaczonego celu...
Wziął prysznic, ogolił się, włożył czyste ubranie, brudne wrzucił do pralki. Niestety, dopiero wpół do siódmej. Dla zabicia czasu zaczął więc przechadzać się po pokoju, tam i z powrotem, niezmordowanie.
I myślał intensywnie. Od tego, co niedługo się wydarzy, zależało, jak dalej między nimi się ułoży. Oczywiście sam fakt, że Mary Jo go zaprosiła, nie był niczym nadzwyczajnym. Zapraszała go często, a on nie odmawiał, choć dręczyła go niepokojąca myśl, że wcale nie było to jakieś szczególne wyróżnienie. Po prostu był pod ręką, a Mary Jo przywykła do gwarnego domu. Jeszcze niedawno mieszkała z trzema braćmi, więc było jej miło, gdy ktoś się przy niej kręcił. Do tego przez lata karmiła trzech wiecznie głodnych facetów i wciąż pakowała do garnka zbyt wiele, by sama to zjeść, więc na odsiecz przyzywała Macka. Nie czuł się więc tymi zaproszeniami jakoś szczególnie wyróżniony, ale nie narzekał, bo bardzo lubił wieczorne wizyty w drugiej połowie bliźniaka, uwielbiał spędzać czas z Mary Jo i jej córeczką. Zresztą zabawianie Noelle było jego głównym zajęciem. Nosił dziewczynkę, mówił do niej, coś pokazywał, a Mary Jo kończyła robić obiad. Gdy już zjedli, oglądali telewizję lub grali w karty, do których Mary Joe miała, jak lubił mawiać jej ojciec, prawdziwą smykałkę. Oczywiście również dużo rozmawiali, nigdy jednak na tematy bardzo osobiste czy bardzo poważne, jak polityka czy religia. Ograniczali się do zwykłej towarzyskiej pogawędki o tym, co ostatnio ciekawego przeczytali czy obejrzeli w telewizji, a także plotkowali o wspólnych znajomych z Cedar Cove.
Kiedy wspólny wieczór dobiegał końca, Mack całował Mary Jo na dobranoc. Oczywiście był to przyjacielski buziak w policzek, choć wiadomo przecież, jak bardzo mu się podobała. Jednak o żadnych przytulankach, już nie mówiąc o czymś więcej, mowy być nie mogło. Po tym, jak David Rhodes obszedł się z nią, Mary Jo straciła zaufanie do mężczyzn, a jej wiara w siebie też bardzo została zachwiana. Przecież udowodniła czarno na białym, że nie potrafi właściwie ocenić faceta. Dlatego Mack bardzo uważał, co mówi i jak się zachowuje, zależało mu przecież ogromnie, by Mary Jo zrozumiała, że akurat na nim może bezwzględnie polegać.
Trochę się martwił, że nie jest takim przystojniakiem, innymi słowy ciachem, jak David Rhodes, który imponował wzrostem, kruczoczarną czupryną i męską urodą. Mack co prawda niski nie był, ale trochę mu brakowało do stu osiemdziesięciu centymetrów, a brązowe włosy miały niepokojąco rudawy odcień, czego logicznym uzupełnieniem były piegi na nosie. Sam mógłby określić swój wygląd najwyżej jako przeciętny. Na pewno nie miał szans, by się załapać jako model w kalendarzu z superfacetami. Pocieszał się jednak tym, że po smutnych doświadczeniach z tym niby-super, dla Mary Jo wygląd, jeśli chodzi o mężczyzn, mocno stracił na znaczeniu na rzecz innych wartości.
Natomiast sama Mary Jo była po prostu piękna. Mack wcale się nie dziwił, że wpadła w oko takiemu playboyowi jak David Rhodes. No właśnie, jej uroda... Dla Macka, który sam uważał siebie za faceta przeciętnego, był to pewien problem. Czasami nawiedzała go myśl, czy jednak nie sięga zbyt wysoko. Taka śliczna kobieta może mieć każdego faceta, i to z najwyższej półki. No cóż, pozostawała tylko nadzieja, że mimo wszystko Mary Jo zamarzy się rudy strażak.
Kiedy zastukał do drzwi, otworzyły się natychmiast, jakby gospodyni czekała na niego tuż za progiem. A przez otwarte drzwi do pokoju dziennego zobaczył Noelle, usadowioną w wysokim dziecięcym krzesełku. Na widok Macka pisnęła, machając rączkami. Co za serdeczne powitanie, pomyślał rozczulony.
- Co słychać u naszego bobasa? – spytał z ciepłym uśmiechem, który przeniósł na mamę Noelle, wręczając schłodzoną butelkę wina pinot grigio. – Nie widziałem Noelle przez dwa dni, a wydaje mi się, że urosła co najmniej kilka centymetrów. - Wszedł do pokoju dziennego, wziął dziewczynkę na ręce i połaskotał bródką. Gdy Noelle zagaworzyła, rozbawiony pogłaskał ją po główce.
Mary Jo odczekała chwilę, po czym wskazała podniszczone pudełko po cygarach leżące na stoliczku.
- Mack! To są te listy z drugiej wojny światowej.
- O rany... Ile ich jest?
- Całe mnóstwo! Kilkadziesiąt! Trudno uwierzyć, prawda? Aha, i zaraz zobaczysz, jaki cieniutki papier, dzisiaj nigdzie takiego nie kupisz – powiedziała podekscytowana.
Mack oczywiście też był mocno zaintrygowany. Te listy stanowiły swoiste ogniwo łączące ludzi współczesnych z pokoleniem pradziadków, skazanym przez historię na uczestnictwo w największej i najkrwawszej wojnie w historii świata.

"Powieść Debbie to naprawdę przyjemna, ciekawa powieść, która przenosi nas do spokojnej mieściny, gdzie mimo wszystko nie zawsze dzieję się dobrze. Książka spodoba się każdemu czytelnikowi, który szuka obyczajowej historii, osadzonej w pięknym miejscu."

"Muszę się tu do czegoś przyznać ;) Do sięgnięcia po tą książkę skłonił mnie tytuł i okładka może troszeczkę też ;) (...) Jest miłość, zauroczenie, są kłótnie, zdrady, trudne wybory, są odkrywane historie i pamiętniki, są sekrety, pomówienia i pomyłki."

"Rozczarowanie, zadowolenie, miłość, nienawiść, walka, kompromis – to składowe naszego, codziennego życia. I nie ważne, czy mieszkamy w mroźnej krainie, pełnej śniegu czy też w malowniczym miasteczku położonym nad samą zatoką, w której słońce zawsze świeci bardzo mocno."

"Uwielbiam lekkie pióro autorki, jej pomysłowość na fabułę poruszającą zarówno bardzo trudne jak i lekkie problemy. Zielony zakątek to świetna pozycja dla odstresowania się. (...) Jeśli nie mieliście okazji poznać jeszcze pióra autorki, to polecam serdecznie po sięgnięcie po ten i inne tytuły z serii."

"„Zielony zakątek” to powieść o lekkiej, często rodzinnej atmosferze, którą czyta się bardzo szybko, kibicując bohaterom w ich codziennych rozgrywkach bądź też smucąc się z ich porażek."

"W życiu bohaterów powieści „Zielony zakątek” dzieje się dużo. Śmierć i życie przeplatają się ze sobą, tworząc kobierzec codziennych dni. Nie omija ich nic, co mogłoby się przytrafić każdemu z nas. Przeżywają, tak jak my, wzloty i upadki, cieszą się i smucą."

"Książka sprawdzi się jako element relaksujący po ciężkim, pełnym wrażeń dniu. Idealna na leniwe popołudnie przy kawce, smakuje niczym najpyszniejsze ciasto, konsumowane kawałeczek po kawałku. Dzieło czyta się szybko i przyjemnie."

"Powieść Debbie Macomber łączy w sobie elementy romansu i powieści obyczajowej, choć znajdziemy tutaj także wątki kryminalne, a nawet historyczne. Historia jest bardzo kobieca i subtelna, a pióro Debbie Macomber przyjemne i lekko przyswajalne."

"„Zielony zakątek” to niesamowita książka. Możemy zauważyć, że każdy z nas boryka się z problemami, łatwiejszymi i trudniejszymi, ale dzięki wsparciu wszystko może się zdarzyć. Książkę Debbie Macomber dosłownie pochłonęłam i choć w tym momencie powinnam uczyć się do matury, nie mogłam się od niej oderwać."

""Książka Debbie Macomber "Zielony zakątek" to bardzo ciekawa propozycja dla wszystkich, którzy z radością wczytują się w powieści obyczajowe. (...) Nie ukrywam, że bardzo lubię takie propozycje, dlatego zachęcam do lektury, tym bardziej, że pogoda rozpieszcza nas okazjonalnie, a książkę możemy sobie dozować wtedy, kiedy tylko mamy na to ochotę."

"Debbie Macomber potrafi przyciągnąć czytelnika, jej książki są bardzo prawdziwe. Są ciepłe, wzruszające, choć nie zawsze kończą się happy endem. Przekonajcie się sami, a ja już czekam na kolejny tom."

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ