Dla młodzieży
Talon
KUP TERAZ

Talon

brak opinii
ISBN: 9788327612571
Premiera: 2015-03-18

Samotnie upadną, razem powstaną

Od wieków członkowie Zakonu Świętego Jerzego polowali na smoki. Ukrywając się pod ludzką postacią, smoki przetrwały. Stworzyły Talon, potężną organizację, w której każdy smok ma wyznaczone miejsce i służy wspólnej sprawie. Z czasem stały się silne i przebiegłe, gotowe przejąć władzę nad światem.

Młodziutka Ember Hill, po wcieleniu się w ludzką postać, zostaje wysłana ze szpiegowską misją do Kalifornii. To dla niej okazja, by zakosztować życia zwykłej nastolatki, nacieszyć się wolnością przed powrotem do Talonu, gdzie czekają na nią wyłącznie obowiązki. Ember jest odważna i zdeterminowana, ale zaczyna ulegać ludzkim słabościom. Coraz częściej kwestionuje wszystko, czego nauczono ją w Talonie. Może jej przeznaczeniem jest życie wśród ludzi? Targana wątpliwościami, zapomina o ostrożności, a Zakon Świętego Jerzego jest już na jej tropie.

Julie Kagawa

Julie Kagawa (ur. 1982 r.) jest amerykańską pisarką japońskiego pochodzenia, znaną z powieści fantasy.
Seria „Talon” to jej największy sukces komercyjny.

Klif, zwany przez miejscowych Klifem Kochanków, była to samotna skała stercząca nad oceanem w miejscu odludnym, oddalonym od głównej plaży o kilka kilometrów. Za dnia było to miejsce bardzo malownicze i często fotografowane, a w nocy było to miejsce, w którym podobno zakochani mogli udowodnić swoją miłość. Wystarczyło wejść na klif, wziąć się za ręce i hop! w spienione fale. Jeśli miłość była gorąca i prawdziwa, wychodzili z tego bez szwanku. Jeśli prawdziwej miłości nie było, kończyło się tragicznie. Topili się, a przynajmniej jedno z nich.
Lexi uważała, że to bardzo romantyczne. Ja natomiast byłam zdania, że to zwyczajna głupota.
Wąską drogą dojechałam rowerem do małego parkingu, potem ruszyłam chodnikiem prowadzącym do Klifu Kochanków, spowitym teraz w mroku. Na szczyt skały wchodziło się po wąskich schodach biegnących regularnym zygzakiem, a na samym szczycie było całkiem płasko. Była też bariera, by nie polecieć w dół, a także tablica z ostrzeżeniem, że nie wolno podchodzić na sam brzeg skały. Czym, jak można się spodziewać, mało kto się przejmował.
Oparłam rower o skałę i weszłam po schodkach na górę, tam, gdzie miałam czekać. Więc czekałam sama jak palec, bo tylko w wyjątkowo małomównym towarzystwie przepięknego księżyca w pełni, wyglądającego spoza chmur. Byłam bardzo ciekawa, czy smok zbieg rzeczywiście się pojawi i czy rzeczywiście do tego wspólnego latania dojdzie. Dlaczego mi je zaproponował? Może chce mnie wypróbować, sprawdzić, czy faktycznie gotowa jestem złamać zasady Talonu. Może ma być to gwarancją, że go nie wydam. A może też nie miał najmniejszego zamiaru tu się pojawić, bo chciał tylko zakpić z głupiego pisklaka i teraz śmieje się ze mnie, bo ja czekam i czekam.
Tak, czekam, a czas mija nieubłaganie. Kiedy jechałam tu, co chwilę spoglądałam na zegarek. Teraz, coraz bardziej niespokojna, zerkałam prawie co minutę. Już kwadrans po dwunastej, a smoka zbiega jak nie ma, tak nie ma.
A czego ty się spodziewałaś, Ember? – skwitowałam kwaśno w duchu. Przecież to zbieg, a tyle razy słyszałaś, że ktoś taki nie jest godny zaufania. Tak naucza Talon.
Byłam już zła jak osa, dlatego lekceważąc wszelkie ostrzenia, przeszłam przez barierę. A co tam! Oparłam się o nią plecami i spojrzałam w dół na pomarszczoną taflę czarnej wody.
Co teraz? – zastanawiałam się. Wracać do domu? Czy powiedzieć sobie, że mam to gdzieś i polatać sobie sama?
Ta myśl była bardzo kusząca. Bo i niby dlaczego nie? Przecież tyle już zrobiłam. Wymknęłam się z domu, i to po godzinie policyjnej, przyjechałam tu, czekam jak głupia. I co? Mam teraz, ot tak, po prostu, wracać do domu? Tylko dlatego, że jakiś obcy smok okłamał mnie i nie przyszedł na umówione spotkanie?
Nagle coś usłyszałam, coś, co sprawiło, że serce na moment przestało bić. Potężny krzyk, który niósł się po spienionych falach. Natychmiast oderwałam plecy od bariery, wyciągnęłam szyję i wbiłam wzrok w ciemność, starając się wyłapać choć najmniejszy ruch. A ten ktoś znowu krzyknął, musiał być już bliżej, coraz bliżej…
Wstrzymałam oddech i po krótkiej chwili spośród spienionych fal, tuż przede mną, wyłoniła się olbrzymia uskrzydlona istota. Wyprysnęła z wody, wzbiła się w powietrze i na moment, bijąc potężnymi skrzydłami, zawisła nad moją głową. A potem, wydając z siebie jeszcze jeden grzmiący okrzyk, opadła na ziemię wcale też nie cicho, tylko niemal z łoskotem. Dlatego mimo woli - choć moja smoczyca piszczała z radości, miotała się, bliska już przebicia się przez ludzką skórę – cofnęłam się o krok, zaraz jednak potem, resztką sił powstrzymując się od Przemiany, dopadłam do smoka, który stał zaledwie kilka kroków dalej. Smoka niewątpliwie starszego ode mnie o lat kilkadziesiąt. Ale my dojrzewamy o wiele później niż ludzie, dopiero po pięćdziesięciu latach stajemy się dorosłymi smokami. A ten był ogromny. Ja, jeszcze pisklak, w mojej prawdziwej, smoczej postaci ważyłam ledwie tyle, co dorosły tygrys, około dwustu pięćdziesięciu kilogramów. A ten smok, lśniący i wspaniale umięśniony, ważył chyba dwa razy tyle i mimo że nie osiągnął jeszcze rozmiarów dorosłego smoka, czyli wielkości autobusu, już wyglądał imponująco. Łuski były granatowe jak głębia oceanu, oczy w tych ciemnościach lśniły najwspanialszym złotem. Płetwa na grzbiecie, jak piękny żagiel, swój początek brała między długimi, wygiętymi w tył rogami koloru kości słoniowej, a kończyła się u nasady wręcz prowokacyjnego ogona. Ogona, który smok teraz, w pozycji siedzącej, owinął wokół stóp ze szponami.
Usiadł tak po kociemu i patrzył na mnie. A ja na niego, na pociągłą, pokrytą łuskami smoczą twarz, w którymś momencie uświadamiając sobie, że on po prostu uśmiecha się do mnie. Tak, uśmiecha! I jest to uśmiech Rileya, na pewno, choć w wykonaniu smoka. Uśmiech, pod wpływem którego mój niepokój znikł jak ręką odjął.
- Wejście miałeś całkiem niezłe! Brawo!– powiedziałam też z uśmiechem, chociaż byłam cała mokra dzięki fontannie, którą wzbiły jego skrzydła, kiedy wyłaniał się z wody. Teraz skrzydła były grzecznie złożone na plecach, woda z nich kapała i kapała, a kałuże koło smoczych stóp były coraz większe. Sam smok natomiast uśmiechnął się bardzo szeroko, ukazując cały komplet bielutkich kłów.
- Spodobało się? Super! – powiedział jak to smok głosem tubalnym, ale złociste oczy skrzyły się humorem, nie można więc już było mieć nawet najmniejszych wątpliwości, czy istotnie jest to smok zbieg, czyli Riley. - Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że przyjdziesz, Firebrand!
- Miałeś prawo tak myśleć. Przecież mnie nie znasz.
- No nie. Ale przyszłaś i świetnie, bo to dowód, że nie zapomniałaś, że jesteś smokiem.
Mówił, a ja nagle uzmysłowiłam sobie, że mówi do mnie po smoczemu, czyli w moim języku, przecież angielskiego zaczęłam się uczyć dopiero wtedy, kiedy zaczęto nas edukować na modłę ludzką. On po smoczemu, ja jednak nie. Dlaczego? Ponieważ byłam w ludzkiej postaci, kiedy to wysławianie się po smoczemu jest niemal niewykonalne, ponieważ polega nie tylko na operowaniu językiem i wargami. Tak więc ja po angielsku, on w języku smoków i problemu nie było. Przecież ten język, w końcu mój, znałam doskonale!
- Nie, nie zapomniałam. Jestem smokiem i dlatego też, między innymi, jestem bardzo ciekawa, co ma mi do powiedzenia drugi smok, zbieg, który odrzuca wszystko, za czym opowiada się Talon. Mam nadzieję, że mnie oświecisz. Ale przedtem bardzo chętnie poznałabym twoje prawdziwe imię. Obiecałeś przecież, że je zdradzisz. A może był to tylko wybieg, żeby mnie tu zwabić?
- Nie, żaden wybieg. Nazywam się Cobalt. Cobalt, kiedy jestem w takiej postaci jak teraz. A jeśli chodzi o Talon… Dajmy sobie z tym spokój. Ja już od dawna staram się w ogóle o tym nie myśleć, wiele rzeczy udało mi się wymazać z pamięci. Takich rzeczy, o których ty nie masz pojęcia… pisklaku!
- Rnesh karr slithis.
 To ja. A co! Wysyczałam jak należy. Po smoczemu „zeżryj własny ogon”, czyli odpowiednik miłej odzywki „chrzań się”.
Riley – nie, teraz Cobalt – zaśmiał się.
- Super! Wreszcie po naszemu!
Wstał szybko i zwinnie jak kot, po czym rozpostarł wielkie niebiesko-czarne skórzaste skrzydła.
- A więc jak? Dalej będziemy tak gadać o niczym, czy jednak polatamy? - spytał, wyginając piękną długą szyję, by spojrzeć na mnie z bardzo wysoka.
Polatamy… Wiadomo, że moją smoczycę aż skręcało z niecierpliwości, niemniej jednak ja, Ember człowiek, uznałam, że jeszcze nie teraz, bo w tym ważnym momencie, który nastąpi za chwilę, należy mi się choć trochę prywatności. Dlatego najpierw odeszłam kilka kroków na bok. Oczywiście zauważyłam, że niebieski smok nie spuszcza ze mnie złocistego oka i uśmiecha się, czyli robi dokładnie to, co w chwil obecnej absolutnie nie jest niewskazane.
- Musisz się tak gapić? – rzuciłam ostro, a on spojrzał pustym wzrokiem i wyraźnie zaczął się zastanawiać, o co mi chodzi. Odczekałam więc chwilę, postukując niecierpliwie nogą, a ponieważ nie odzywał się, uznałam, że trzeba go oświecić. – W porządku. Kawa na ławę. Odwróć się!
- Ale dlaczego? – Wyraźnie sposępniał.
- Ponieważ nie chcę, żeby podczas Przemiany moje szorty uległy zniszczeniu. Są ekstra, a poza tym nie zamierzam wracać do domu z gołym tyłkiem.
Nie zaskoczył, więc udzieliłam dodatkowych wyjaśnień:
- Czy twój genialny smoczy umysł nie jest w stanie pojąć, że po prostu zamierzam się rozebrać?! Nie zamierzając robić przy tym przedstawienia? Dlatego masz się odwrócić!
- Ale dlaczego? Przecież tak jak i ja jesteś smokiem. Co nas obchodzi ta ludzka skromność?
- Mnie tak! Bardzo obchodzi! Ta właśnie skromność! – oświadczyłam, krzyżując ręce na piersi i starając się spojrzeć na niego też z wysoka. Oczywiście także ze złością. On patrzył identycznie. Zdawałam sobie sprawę, że może istotnie zachowuję się za bardzo jak człowiek, ale kiedy chodziłam do szkoły, moi nauczyciele wcale tej skromności nie lekceważyli. Przeciwnie, skutecznie wbili mi do głowy, że u ludzi chodzenie w ubraniach jest normą, dlatego nam, kiedy jesteśmy w ludzkiej postaci, nie wolno chodzić na golasa. Mimo że smok w swej pierwotnej postaci niczego na grzbiecie nie ma.
- Jeśli będziesz się gapić, to z Przemiany nici! – warknęłam. – I ze wspólnego latania też!
Prychnął z pogardą, ale wstał i odwrócił się, oczywiście bardzo powoli, z wielką godnością, równie powoli siadając plecami do mnie. Owinął ogon wokół stóp i znieruchomiał z wzrokiem wbitym w ocean.
- I żadnego podglądania, słyszysz?! – wrzasnęłam jeszcze tak dla pewności.
Cisza, tylko skrzydła drgnęły i rozpostarły się szeroko, tworząc naturalną zasłonę między nami. I bardzo dobrze! Uśmiechając się triumfująco, szybko pozbyłam się sandałów, ściągnęłam szorty i top. Złożyłam wszystko starannie w kostkę, schowałam pod najbliższym krzakiem i drżąc z podekscytowania, podeszłam na sam środek klifu. Naturalnie zerkając na zbiega, czy przypadkiem jednak mnie nie podgląda. Nie, nie podglądał. Nadal siedział nieruchomo tyłem do mnie, a skrzydła miał rozpostarte.
Czyli można wykonać następny krok.
Lodowate podmuchy wiatru chłostały klif, zimne wody oceanu chłostały moją skórę. Zamknęłam oczy, zrobiłam kolejny głęboki wdech i pochyliłam głowę. Wszystkie moje lęki i wątpliwości znikły. Byłam pochłonięta tylko tym, co dzieje się na bieżąco. Już czułam w sobie ten żar, który konsekwentnie się przesuwał, by ze mnie się wydobyć. Moja smoczyca, przeszczęśliwa, że wreszcie wydostanie się na wolność.
Zadrżałam, prychnęłam, bo jak zwykle podczas pozbywania się słabego ludzkiego ciała zabolało porządnie. Kręgosłup wydłużał się, a w czasie tego wydłużania trzeszczał i od czasu do czasu coś w nim cichutko strzeliło. Twarz stężała, ludzka skóra i zęby znikały, formowała się wąska paszcza z kłami ostrymi jak brzytwy. A z czaszki wysunęły się jasne rogi i wydatne łuki brwiowe. Całe ciało pokryło się łuskami i rogowymi tarczkami w kolorze płomieni i twardymi jak stal.
I wreszcie ta chwila nadeszła. Jestem smokiem! Przysiadłam na tylnych łapach i przepełniona największą radością, wydałam z siebie zuchwały smoczy ryk. Moje skrzydła, wspaniałe jak dwa szkarłatne żagle, rozłożyły się szeroko. Wreszcie poczułam w nich wiatr. Załopotałam nimi kilkakrotnie, tak dla rozgrzewki, wzbiłam się w powietrze i na moment zawisłam nad skałą. Byłam u szczytu szczęścia, bo wreszcie stało się to, za czym tak tęskniłam! Tęskniłam rozpaczliwie, dlatego czułam się tak, jakby po bardzo długim uwięzieniu w jakimś pudle w końcu udało mi się z niego wydostać.
Po chwili opadłam na skałę. Otrząsnęłam się i naturalnie zerknęłam na zbiega, który, rzecz dziwna, nadal siedział tyłem do mnie z oczami wlepionymi w ocean. Ale ogon niecierpliwie bił w ziemię.
- Jesteś już gotowa? Na pewno? Powiedz, bo nie chciałbym urazić twojej człowieczej wrażliwości! Aha, i przypominam, tak na wszelki wypadek, bo może zapomniałaś. To, co ci wyskoczy, a może już wyskoczyło z pleców, to skrzydła, czyli coś, co jest niezbędne do latania. Będziesz z nich korzystać. O ile w ogóle dziś do tego latania dojdzie.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo w tym momencie powiał wiatr, nadzwyczajny wiatr, taki, przy którym niemożliwością było nie rozłożyć znowu skrzydeł. Rzuciłam się do przodu. Jednym susem pokonałam barierę, przemknęłam obok nadal nieruchomo siedzącego zbiega i dopadłam do krawędzi skały.
- Spróbuj mnie dogonić! – krzyknęłam jeszcze przez ramię i już podrywałam się z ziemi. Już leciałam tam, w górę, ku niebu. A w dole potężne fale z głuchym łoskotem waliły o skałę, rozsyłając na wszystkie strony strugi słonej wody i obłoki piany. Widok z ziemi może i zatrważający. Ale stąd, z góry? Tylko piękny. Przepiękny! Spojrzałam jeszcze raz, a potem patrzyłam już tylko do góry, w noc i w ciemność, wnosząc się coraz wyżej i wyżej, czyli tam, gdzie nawet mewy nie odważą się szybować. Nad głową miałam granatowe niebo poprzetykane diamentami gwiazd, wokół mnie rozrzedzone chłodne powietrze. Pode mną bezkresna tafla oceanu, z jednej tylko strony ograniczona jasnym pasem plaży, za którym migotały światła miasta. Nigdy dotąd nie latałam nad terenem tak gęsto zaludnionym, dlatego byłam zafascynowana tą feerią świateł, ilością domów, samochodów i naturalnie ludzi, których widać było mnóstwo, różnych nocnych marków i balangowiczów zabawiających się kurorcie, a nikt przecież nie wiedział, że gdzieś tam, bardzo wysoko nad jego głową, fruwa sobie smok i gapi się na niego.
Nagle poczułam potężny podmuch wiatru. Tak silny, że zakołysałam się w powietrzu, a kiedy wszystko wróciło do normy, spojrzałam do góry, na sprawcę owego zakłócenia. Wiadomo – Cobalt. Nieśpiesznie obleciał mnie dookoła, na moment zawisł nade mną, po czym nadzwyczaj zręcznie obniżył lot i znalazł się tuż koło mnie, wlepiając we mnie oczy jaśniejące jak złociste gwiazdy.
- Nieźle, pisklaku! Moje uznanie! A teraz przekonamy się, czy mnie dogonisz!
Złożył skrzydła i przypikował ku wodzie. Bardzo szybko, wyjątkowo szybko, ale trzeba sprostać wyzwaniu. Pełna determinacji złożyłam skrzydła i też pomknęłam w dół. Spadaliśmy jak dwa głazy, niesamowicie szybko, powietrze wokół nas po prostu aż piszczało. Kiedy zbliżaliśmy się już do wody, trzecie powieki nasunęły mi się na oczy, by uchronić je przed słoną woda. A kiedy od powierzchni oceanu dzieliły nas już dosłownie sekundy lotu, nagle woda pod nami zakotłowała się i uniosła się o dobre kilka metrów. Cobalt dosłownie w ostatniej chwili rozłożył skrzydła. Już nie pikował, lecz unosił się nad powierzchnią oceanu. Ja zrobiłam to samo, tak więc oboje uniknęliśmy kąpieli we wzburzonym oceanie. Bardzo wzburzonym, bo fala, która wyrosła przed nami, była naprawdę wielka. Cobalt, wydawszy z siebie bojowy okrzyk smoka, załopotał skrzydłami i dalej pruł przed siebie nad skłębioną masą wody i piany. Ja też, ale niżej, prawie jadąc na fali, jak podczas surfingu. Fala rosła i rosła, a kiedy zaczęła się łamać, zgodnie z ruchem wody skierowaliśmy się w lewo i nagle… Nagle okazało się, że lecimy przez wodny tunel! Prawie tunel, bo mieliśmy falę z trzech stron. Zachwycona wystawiłam szpony. Woda cudownie przepływała między nimi jak przez palce u nóg podczas surfowania. Niestety, tego rodzaju magiczne wodne tunele mają bardzo krótki żywot. Kiedy woda u wylotu tunelu znów zaczęła się kłębić, przyśpieszyliśmy i wyprysnęliśmy w górę spośród kłębów piany dokładnie w chwili, gdy czoło fali zaczęło opadać.
Opadło, chyba wściekłe, bo nie natrafiło już na nikogo. My natomiast byliśmy zachwyceni. Cobalt, wydawszy z siebie triumfalny okrzyk, zaczął zataczać piękne koła, jednocześnie wznosząc się coraz wyżej. Ja oczywiście za nim, pokrzykując z radości, cała naładowana adrenaliną.
- Tak, tak, to jest właśnie to. Cudownie! – wydyszałam, kiedy doleciałam do Cobalta, który zawisł w powietrzu, bijąc skrzydłami. – Jak można nam tego zabraniać!
Roześmiał się.
- A można, można. Gdyby nas teraz zobaczyli, padliby na zawał. Ale co tam Talon! Niech się schowa! Ta noc należy do nas. Gotowa na następną rundkę?
Też się zaśmiałam, szczerząc białe kły.
- Jasne! Ścigamy się! Kto pierwszy doleci do wody!

"Talon" nie jest typową książką dla młodzieży, jakich wiele na rynku. To powieść, która wypala dziurę w sercu jej czytelnika. Jedynym lekarstwem na to jest jak najszybciej sięgnąć po kontynuacje. Dlatego jeśli zachowasz otwarty umysł, Drogi Czytelniku, powieść ta bez wątpienia powinna Ci się spodobać.

Przyznam, że byłam dobrze nastawiona do tego tytułu i nie zawiodłam się. Fabuła jest ciekawa, połączenie fantastyki z romansem jest tym co lubię – cóż począć, chyba nigdy nie wyrosnę z literatury młodzieżowej. „Talon” czyta się lekko i szybko. Już same okładki serii niesamowicie przyciągają wzrok – mają w sobie coś tajemniczego i magicznego.

Książka napisana przez świetną autorkę, Julie Kagawa, która słynie z oryginalności. Niepowtarzalna, niezwykle pomysłowa historia, w której każdy znajdzie coś dla siebie. "Talon" to pierwsza część smoczego cyklu, więc jeżeli kolejne tomy będą tak samo dobre to, zapowiada się świetna seria. Fani fantastyki i dla młodzieży powinni być zadowoleni!

"Talon" gorąco Wam polecam! Choć początkowo możecie mieć trudności z wciągnięciem się, to mimo wszystko warto troszkę pocierpieć, żeby potem nie móc się oderwać od czytania. Opisana historia jest wyjątkowa, akcja nie zanudza i myślę, że fani fantastyki będą tą pozycją zachwyceni. Muszę jeszcze nadmienić o cudownym jej wydaniu, bo przyjemnie było poczuć pod palcami łuski. Uważam, że jest to naprawdę dobry początek wspaniałej serii i warto się z tą książką zapoznać.

Gorąco polecam wam Talon, przez którego początek naprawdę warto przebrnąć, by potem cieszyć się doskonałą fabułą nie tylko przez jedną książkę. W książce znajdziecie dużo porcji fantastyki, trochę miłości, która wcale nie jest cukierkowa i słodka, wspaniałych bohaterów, w których się zakochacie – a przynajmniej w jednym zbiegłym smoku. I co najważniejsze będziecie mieli szansę, by cieszyć się spotkaniem z mitycznymi stworzeniami, które wcale nie zamierzają wciąż przebywać w ludzkiej formie. Ja jestem niezwykle ciekawa, jak historia Ember dalej się potoczy.

Tak naprawdę „Talon” to nic odkrywczego ani nadzwyczajnego. Jednak to powieść, w którą łatwo się wciągnąć i zatracić.  Wspaniale się przy niej bawiłam – śmiałam się, przejmowałam losami bohaterów. To świetnie zapowiadający się początek sagi po której kolejne tomy z pewnością sięgnę. Jeśli macie ochotę poczuć słońce Kalifornii i dać się wciągnąć w świat pełen smoków to zdecydowanie polecam wam powieść Julie Kagawa.

"Jeżeli macie ochotę na sporą dawkę romansu, brutalności i przebiegłości, a przede wszystkim SMOKÓW, to koniecznie jak najszybciej przeczytajcie tę pozycję, a na pewno nie pożałujecie! Mnie natomiast pozostało tylko czekać na następny tom... „Rogue”, ukaż się w Polsce jak najszybciej, proszę!

"W książce mamy wszystko: nieprzypadkowość, zaskoczenie, rozterki, ciężkie wybory; drogowskazy dobra i zła przenikają się wzajemnie. Kto jaką decyzję podejmie i dlaczego? Czym naprawdę jest Talon? Czemu wciąż na jego idealnym obrazie pojawia się tak wiele rys?"

"Pokochałam bohaterów i jest mi niesamowicie smutno, że tak szybko musiałam się z nimi pożegnać. Na razie mogę się jedynie domyślać, co będzie dalej i uzbroić się w cierpliwość. Polecam osobom, które lubią fantastykę młodzieżową i smoki. Również tym, którzy mają ochotę na burzę emocji, szaloną akcję i genialnych bohaterów. Zdecydowanie polecam!"

"Julie Kagawa wykreowała unikatowy świat oraz niespotykaną fabułę. Trzeba przyznać, że dawno nie miałam okazji przeczytania książki, gdzie główną rolę pełniły smoki, także pomysł autorki okazał się niezwykle udany."

"Książka jest napisana fenomenalnie! Połączenie zwyczajnego świata surferów i młodzieży, z groźnym, pełnym nakazów i zakazów świata smoków. Do ostatniej kartki trzyma w napięciu i nie wiadomo co na następnej stronie wymyśli genialna autorka."

"Po ostatecznym zamknięciu książki chwyciłam za pilniczek i zaczęłam ostrzyć sobie zęby na drugi tom. (...) Mam ogromną nadzieję, że Wydawnictwo MIRA zdecyduje się na wydanie tej serii do końca, niemniej bardzo dziękuję za chociaż ten jeden tom!"

"Gdy przystąpicie do lektury, nie oderwiecie się już do samego końca... Co znaczą obowiązki w obliczu wciągającej książki? Polecam!"

"Książka posiada zapierającą dech w piersiach okładkę. Nie mogłabym jej przegapić na półce w księgarni czy bibliotece. Wprawdzie nie upstrzona setką barw, ma w sobie to coś, co maksymalnie przyciąga wzrok i krzyczy: Weź mnie do ręki, poznaj moje wnętrze! Jeśli podobnie będą wyglądały kolejne tomy, "Talon" stanie się moją ulubioną, książkową serią."

"Sięgając po książkę "Talon" przygotujcie się, na to, że autorka zabierze Was do ciepłego, letniego i bardzo słonecznego miejsca, gdzie jedna tajemnica, goni drugą. Odkryje przed wami uczucia, które mogą zniszczyć wszystko."

"Ogólnie do przeczytania książki zachęciła mnie już sama okładka, która od razu przykuwa uwagę. Do tego gdy coraz bardziej zagłębiałam się w treść, zakochałam się w bohaterach tej powieści i ich losach. Jeśli więc jesteście ciekawi jakie atrakcje przygotowała dla Was Julie Kagawa to gorąco zachęcam Was do zaryzykowania i wejścia do tego niezwykłego świata wykreowanego przez autorkę. Myślę, że się nie zawiedziecie."

"Uwielbiam, bardzo uwielbiam i nie mogę doczekać się kolejnego tomu. Bardzo tęskniłam za piórem Julii Kagawy, a moje serce w tym momencie krwawi czekając na następną część przygód Ember. Jestem ciekawa, co dalej wymyśliła autorka, bo zakończenie Talonu jest otwarte i nieprzewidzialne."

"Ta historia to dopiero początek świetnej serii, która, mam nadzieję, zawita w całości na polskim rynku. Jestem pewna, że zostanę z bohaterami do samego końca. Szczególnie, że Julie Kagawa pierwszy tom zakończyła w taki sposób, że możecie być pewni, że kolejna część przyniesie nam dużo akcji i nie będzie można się nudzić."

"Autorka zmyślnie uchwyciła pragnienia smoków, które nie mogą być jak zwykli ludzie, ich próbę dostosowania się do otaczjącego świata i poznania ludzkich zachowań, jednocześnie wplątując w to smoczą naturę - nie tylko porywczość czy siłę, ale fantastycznie opisała tęsknotę za wzbiciem się w powietrze i odczuciami towarzyszącymi lataniu."

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ