Powieść obyczajowa
Lawendowe Pola
24,99 zł
24,99
KUP TERAZ

Lawendowe Pola

Jennifer Greene
brak opinii
ISBN: 9788327612618
Premiera: 2015-02-11

Trzy siostry i jeden spokojny dom. Ukryty wśród lawendowych pól, wypełniony wspomnieniami beztroskiej radości dzieciństwa. Po latach stanie się miejscem, gdzie siostry rozpoczną swoje życie na nowo.

Kolor lawendy
Camille, najmłodsza z trzech sióstr Campbell, wciąż nie może otrząsnąć się z traumy, jaką przeżyła w Bostonie. Została napadnięta i brutalnie pobita na ulicy, a jej mąż stracił życie. Camille powoli odzyskuje zdrowie, ale nie jest już tak pełna radości i energii jak kiedyś. Mimo upływu czasu dramatyczne przeżycia są wciąż żywe. Za namową starszej siostry wraca na rodzinną farmę, gdzie w samotności chce zająć się plantacją lawendy. Czy dawny przyjaciel z dzieciństwa pomoże jej odnaleźć drogę do szczęścia? Czy Camille nauczy się znów ufać innym?

Zapach lawendy
Ekstrawagancka, nieprzewidywalna i roztargniona – taka jest starsza siostra Camille, Violet. Trzy lata temu rozwiodła się i wróciła na rodzinną farmę. Świetnie sobie radzi: prowadzi sklep „Ziołowa Oaza” i hoduje własne eksperymentalne krzyżówki lawendy. Teraz ma szansę podpisać intratny kontrakt ze znaną francuską firmą kosmetyczną. Wszystko zależy od tego, jak Cameron Lachlan, naukowiec pracujący dla firmy z Francji, oceni jakość lawendy. Violet nawet nie przypuszcza, że mężczyzna zmieni wszystko w jej życiu.

Czar lawendy
Daisy, najstarsza z sióstr, wraca do rodzinnego domu z Francji. Wszyscy myśleli, że jest szczęśliwą żoną artysty. Początkowo zakochana, nie zauważała egoizmu i nieodpowiedzialności męża. Z czasem sytuacja stała się nie do zniesienia. Daisy podjęła decyzję o rozstaniu i, zostawiając wszystko za sobą, z jedną walizką przyjeżdża do kraju. Teraz ta nad wyraz energiczna i pomysłowa kobieta, która zawsze z daleka opiekowała się siostrami, musi sama zająć się swoim życiem. Pierwszego dnia w zaskakujących okolicznościach poznaje Jacka Larsona. Oboje jeszcze nie wiedzą, jak ważne będzie dla nich to spotkanie.

Raz w miesiącu Pete MacDougal nastawiał się psychicznie na wybuch rebelii, a potem rzeczywiście musiał stawić jej czoło. Zmieniały się jedynie rodzaje broni i metody walki przeciwnika. Miny na twarzach jego czternastolenich synów zawsze były podobne. ,,Nigdy się nie poddamy’’, mówiły ich oczy, lekko uniesione podbródki wyrażały upór, a z całej postawy biła zadziorna nieustępliwość.
Trudno jest mieszkać pod jednym dachem z nastolatkami, szczególnie gdy są to bliźniacy. Ale najgorsze było to, że synowie wdali się w niego. To naprawdę nie fair.
- Posłuchaj, tato. Ty nic nie rozumiesz. Nie masz pojęcia, ile zalet ma mieszkanie bez kobiety. Powinniśmy być w o l n i.
- Dobra, dobra - mruknął Pete zajmujący strategiczną pozycję w holu. Zdecydowanym ruchem podał Simonowi wiadro i mopa. Drugi pomagier, Sean, którego odróżniał od brata jedynie niesforny kosmyk na czole, próbował oddalić się od odkurzacza.
- Daj spokój, tato. Pamiętasz jeszcze, co to znaczy być wolnym? Mamy prawo być sobą. Nie jeść warzyw. Nie zmywać, dopóki starcza czystych naczyń. Chodzić w butach po domu. Żyć tak, jak nam się podoba.
Rura odkurzacza wylądowała w rękach Seana, ale Simon nie dawał za wygraną:
- Zawsze mówisz, że powinniśmy mieć swoje zdanie, prawda? Otóż myślę, że skoro wreszcie udało nam się mieć wolne i nie chodzić do szkoły, bo jest śnieżyca, to sprzątanie jest ostatnią rzeczą, na jaką powinniśmy wykorzystać ten czas.
Sean niby to niechcący upuścił rurę od odkurzacza.
- A w ogóle, po co to wszystko? - spytał filozoficznie. - Ledwie posprzątasz, a znowu jest brudno. Zresztą, cóż złego jest w brudzie? Ja lubię brud. Simon też. No, a dziadzio to już w ogóle uwielbia. Tylko ty...
- Jak jest brud, to nie ma kobitek, prawda, tato? A jak się je jabłka, to się nie choruje...
- Dość tego - warknął Pete. Wiedział, że zaraz szlag go trafi. Jak co miesiąc. Kwestią otwartą pozostawało tylko, w którym momencie to nastąpi. - Koniec dyskusji. Jeśli nie chcecie mieć szlabanu na wyjścia z domu do końca życia, macie natychmiast wymyć podłogi i odkurzyć dywany. No i łazienki - inspektor sanitarny zabroniłby z nich korzystać. Tam po prostu śmierdzi. No, jazda, ruszać się!
- Ja nie sprzątam łazienki - burknął Sean do brata.
- Ja też nie...
- O b i e łazienki na górze - przerwał Pete podniesionym głosem. - A wszystkie brudne ręczniki i łachy macie znieść do pralni... - Pete zobaczył, jak wiadro ląduje na głowie Simona, a mop wali w Seana. Potem rozległy się dzikie wrzaski, przypominające odgłosy walki ulicznych kocurów. Po wrzaskach nastąpiły kolejne ciosy, piski i chichoty.
- Nie wykręcicie się od pracy, choćby nie wiem co! - wołał za nimi Pete. - Nie obchodzi mnie, ile wam to zajmie. Możecie pracować nawet do północy. Dom ma być czysty. Spokój! Bo chwycę was za łby i walnę jednym w drugi!
Chłopcy wiedzieli, że nigdy tego nie zrobił i nie zrobi, ale zwykle ta pogróżka była skuteczna. Tym razem jednak pech chciał, że właśnie w tej chwili ukazał się stary pan MacDougal, przechylony przez poręcz schodów.
Ian, wsparty na lasce, wyglądał wprawdzie dość słabowicie, ale udzielił silnego poparcia młodzieńcom, negatywnie wypowiadając się na temat sprzątania i wychwalając uroki życia bez kobiet. Ian MacDougal był bez wątpienia dziadkiem, który postępował niewychowawczo. Chłopcy go za to uwielbiali. Teraz też zaczęli go błagać, by wziął ich stronę w zmaganiach z okrutnym poganiaczem niewolników, który uważał się za ich ojca.
- Mam dość tego użerania się co miesiąc. Chyba zaraz rozwalę ze złości jakąś ścianę. To nie dom, ale jakiś chlew! Dość gadania na dzisiaj i ciebie to też dotyczy, tato. No, jazda, chłopcy, do roboty!
Wreszcie chłopcy powlekli się po schodach na górę, robiąc możliwie jak najwięcej hałasu dźwiganym sprzętem, a Pete zaczął się zastanawiać, czy stary dom na farmie zostanie posprzątany, czy raczej zrujnowany. Gdy tylko synowie zniknęli z pola widzenia, nastąpiła seria dramatycznych odgłosów. Źródło tych dźwięków było tajemnicą, ale całość można by było zinterpretować jako połączenie trąbienia słoni z wyciem kojotów i okrzykami bratobójczej walki. Wyło stereo oraz telewizor - oba z podkręconą maksymalnie głośnością, ze względu na warkot odkurzacza.
Cud, że Pete usłyszał dzwonek u drzwi. Właściwie to ledwie go rozpoznał. Mało kto w White Hills w stanie Vermont używał dzwonka, przynajmniej w domu MacDougalów. A już szczególnie w taką marcową śnieżycę, kiedy najśmielszy farmer nie wytyka nosa z domu.
Gdy otworzył drzwi, wiatr sypnął mu śniegiem w oczy, co wcale go nie zaskoczyło, w przeciwieństwie do gościa.
- Pete, muszę cię prosić o przysługę.
- Jasne, wejdź.
Campbellowie byli sąsiadami z najbliższej farmy. A tak w ogóle MacDougalowie i Campbellowie przypłynęli prawdopodobnie na tym samym statku ze Szkocji ileś tam pokoleń wstecz. Na pewno na długo przed wojną secesyjną. MacDougalowie zwykle mieli synów, a Campbellowie woleli wyraźnie mieć córki. Pete dorastał wraz z trzema siostrami Campbell, a z Violet chodził do klasy.
- Kto przyszedł, tato?! - rozległ się wrzask Seana, po czym on sam, we własnej osobie, zbiegł do połowy schodów. - Dzień dobry, pani Campbell - powiedział już na normalnym poziomie decybeli.
- Cześć, Sean.
Sean zniknął. Ucichł odkurzacz. Zamilkło stereo. Telewizja również. Było cicho jak makiem zasiał. Wszyscy się bali Violet Campbell. Violet była... Cóż, Pete sam nie wiedział, jak wytłumaczyć chłopcom, dlaczego Violet jest taka, jaka jest.
W szkole średniej wydawała się całkiem normalna, ale kilka lat temu wróciła do domu po rozwodzie nieźle zbzikowana. Na przykład teraz, w dzień zimniejszy niż serce czarownicy, była bez czapki, a rozpuszczone blond włosy opadały jej na plecy. Miała na nogach frymuśne pantofelki, kolczyki wielkie jak koła młyńskie i śliczne fioletowe paletko, w którym nawet gęś by się nie ogrzała. Była jedną wielką ozdóbką, a na jej widok wszyscy MacDougalowie wpadali w popłoch.
No, może wszyscy oprócz Pete’a. Czyż można bać się kogoś, z kim się chodziło do klasy? To przecież prawie jak siostra. Nieważne, że jest dziwaczką. Pete automatycznym ruchem zamknął drzwi i patrzył wyczekująco na swego gościa.
- Zdejmij płaszcz. Chcesz kawy? O tej porze dnia jest już pewnie gęsta jak błoto, ale przynajmniej ciepła - zagaił uprzejmie, ale gdy tylko przyjrzał się jej twarzy, spytał: - Coś się stało?
- Dziękuję za kawę, nie zabawię długo - odparła, ściągając rękawiczki i ukazując po pięć pierścionków na każdej dłoni. Natychmiast zaczęła wymachiwać rękami, przypominającymi kanarki, które uciekły z klatki. - Owszem, tak, stało się, a chodzi o moją siostrę Camille - wyjaśniła. - Muszę wyskoczyć na parę dni do Bostonu.
Pete poczuł się tak, jakby ktoś walnął go znienacka w splot słoneczny. Wystarczyło, że usłyszał imię Camille. Violet mogła być sobie jego przyszywaną siostrą, ale Camille na pewno nie.
- Cholera. A słyszałem, że Cam doszła już do siebie. Jest chora? Coś jej się stało? Jak mogę pomóc?
Violet pokręciła głową.
- Sama nie wiem, co można zrobić. I boję się jechać w taką pogodę, ale muszę. Muszę ją przywieźć do domu, a przekonanie jej może mi zająć trochę czasu. Chodzi jednak o to, że zostawiam dom, szklarnie, koty...
- Nie ma sprawy, zajmę się wszystkim...
- Temperatura w szklarniach...
- Violet, przecież już się tym wcześniej zajmowałem, wiem, co i jak... - Rozzłościło go, że robi z tego problem.
MacDougalowie od lat pomagali Campbellom i vice versa. Tak było w White Hills. Gdy już wszyscy przestali się kłócić o seks, religię i politykę, pomagali swoim sąsiadom. Pete wiedział doskonale, w której szklarni jaka ma być temperatura, więc nie zamierzał tracić czasu na gadanie o tym.
- No więc, co z tą Camille? Myślałem, że już wszystko w porządku. To znaczy, ma za sobą straszne przeżycia, ale już tyle miesięcy minęło od śmierci jej męża...
Violet rozpięła płaszczyk i zaczerpnęła tchu.
- Wiem. Wszyscy myśleliśmy, że najgorsze ma już za sobą. Przecież straciła Roberta zaledwie w rok po ślubie, w przypadkowej ulicznej napaści. A tak go kochała... - Oczy Violet się zaszkliły.
- Tak, słyszałem - powiedział szybko Pete na widok jej łez.
Wiedział, że powinien natychmiast coś zrobić, żeby naprawdę się nie rozpłakała, ale nic nie przychodziło mu do głowy, bo jego myśli zaabsorbowała niepodzielnie Camille.
Cam była cztery lata młodsza od niego, więc w latach szkolnych w ogóle go nie interesowała. Ale pamiętał dobrze jej ślub. Wtedy już nie była dla niego za młoda. Wyglądała jak podarunek Boga na noc poślubną. Radosna, zakochana w panu młodym, uśmiechająca się do niego obiecująco, wpatrzona weń miłośnie tymi cudownymi ciemnymi oczami. Prawdę mówiąc, zawsze się Pete’owi bardzo podobała. Ale najpierw była za młoda, a potem została żoną innego faceta. Jednak gdy usłyszał o tym, że została wraz z mężem napadnięta przez jakichś bandziorów, odczuł ogromną ulgę, że to nie ona została zabita.
- Wszyscy sąsiedzi mówili, że Cam już doszła do siebie - zagadnął Violet.
- To był niemal cud. Rehabilitacja trwała wiele miesięcy. Mnóstwo czasu spędziła w szpitalu. Jej twarz była taka poharatana, miała pogruchotane żebra, złamanąnogę...
- No właśnie o tym mówię. Słyszałem, że wreszcie czuje się dobrze. Więc co się stało? Nastąpił jakiś nawrót? - Wyciągnięcie z Violet konkretnej informacji było równie trudne, jak zmotywowanie muła do wygrania wyścigów konnych.
Violet wyrzuciła ręce w górę i wykonała kilka tych swoich dziwnych trzepoczących ruchów dłoni.
- To wszystko jest bardzo skomplikowane - zaczęła. - Camille zawsze dzwoni do mnie kilka razy w tygodniu. I nagle przestaje dzwonić. Próbuję się z nią skontaktować i dowiaduję się, że ma odłączony telefon. No to dzwonię do jej sąsiadki, Twilli. Ta mi mówi, że Camille straciła pracę i od dwóch tygodni nie wychodzi z domu. Skrzynka pęka w szwach od poczty, gazety leżą pod drzwiami, śmieci niewyniesione. Ta sąsiadka stukała do niej, myśląc, że może Cam jest chora, pytała, czy czegoś nie potrzeba, ale Camille podobno ją zbluzgała.
- Co ty mówisz?
Camille zawsze była radosną, spokojną dziewczyną, która nie miewała humorów ani tym bardziej napadów furii.
- Sama nie wiem, co o tym myśleć - westchnęła Violet, obejmując się ramionami. - Twilla powiedziała, że Camille zrobiła się strasznie wredna i agresywna.
- To niemożliwe.
- Myślę, że to przez ten proces, Pete. Proces tych trzech bandytów.
- Tych, co ich napadli? Akurat wyjechałem z chłopcami na ferie, kiedy się skończyła rozprawa, ale myślałem, że wszyscy dostali wyroki skazujące...
- Owszem, ale bardzo niskie. Zabójca Roberta dostał siedem lat i może wyjść po trzech za dobre sprawowanie. Pozostali dwaj dostali niższe wyroki. Za dwa lata będą mogli spokojnie grasować po ulicach.
- No coś ty? Zabili faceta, prawie zatłukli Camille i dostali po kilka lat?
Oczy Violet znowu zaszły łzami.
- No właśnie. Sędzia wziął pod uwagę to, że wcześniej nie byli karani, a za okoliczność łagodzącą uznał fakt, że chociaż świadomie wzięli narkotyki, nie wiedzieli, że są zmieszane z jakimś świństwem, które powoduje objawy psychozy. Tak więc sędzia uznał, że byli częściowo niepoczytalni. Wyrok zapadł dopiero miesiąc temu. To był długi proces, a ja dokładnie śledziłam jego przebieg, jak wszyscy w rodzinie. Camille zadzwoniła, kiedy poznała werdykt, ale to wszystko. Oczywiście była bardzo przygnębiona. Potem już się z nikim nie kontaktowała... - Violet chwyciła rękawiczki, zbyt poruszona, by stać spokojnie i rozmawiać.
- Przywieź ją do domu - powiedział Pete.
- Właśnie to zamierzam zrobić. Pojechać tam, spakować jej rzeczy i przywieźć ją tutaj.
- Jak nie będzie chciała jechać, zadzwoń do mnie. Przyjadę ci pomóc.
- Jeśli prawdą jest to, co mówi sąsiadka, będę miała szczęście, jeśli mnie wpuści do środka. Ale jak będzie naprawdę źle, mogę poprosić o pomoc Daisy.
- To twoja siostra nie mieszka już we Francji? - Pete był coraz bardziej skołowany.
- Mieszka, ale przyleci natychmiast, jeśli ją o to poproszę. Przyleciała zaraz po napadzie, jak Cam była w szpitalu. Rodzice oczywiście też. Ale teraz chcę się najpierw sama zorientować, o co chodzi, zanim wezwę na pomoc kawalerię. - Violet otworzyła drzwi wejściowe i nie zważając na to, że wiatr wwiewa do środka tumany śniegu, kontynuowała: - Bo Daisy jest jak kawaleria. Lubi przejmować dowództwo i wszystkim rządzić...
Pete znał Daisy. Wiedział też, że jak Violet się nakręci, trudno ją zatrzymać, więc postarał się naprowadzić ją na konkrety. Dała mu klucze do domu i szklarni, po czym zaczęła trajkotać o zabezpieczeniach, temperaturach, wrażliwości sadzonek lawendy, o kotach, kaprysach pieca, kiedy temperatura spadała poniżej zera, a nawet wtrąciła parę słów o zacinaniu się tylnych drzwi.
Zanim wyszła, w holu zebrała się spora zaspa śniegu. Pete zamknął drzwi i patrzył przez boczne okienko, jak Violet wycofuje z podjazdu swój samochód obklejony kalkomanią w kwiatki i jedzie przez zaspy, nie rozglądając się na boki. Miał wątpliwości, czy podjazd i skrzynka na listy pozostaną nienaruszone po tych wyczynach, ale tak naprawdę myślał teraz o najmłodszej z sióstr Campbell.
Przeczesał palcami włosy, żałując, że nie był bardziej stanowczy wobec Violet i nie zadał więcej konkretnych pytań. Jednak wiedział, że nie jest upoważniony do wtrącania się w sprawy Cam. Zresztą, był dość miękki wobec kobiet, sądząc po tym, że była żona przed odejściem zabrała mu wszystko oprócz zlewu i... synów.
Synowie byli dość absorbujący, nie miał więc teraz czasu, by zamartwiać się problemami Camille. Po prostu zrobiło mu się chwilę smutno na myśl o tym, że ktoś tak pełen życia i tak młody jak Cam przeżył tragedię.
- Psst, tato... - łobuz przechylony do połowy przez poręcz na piętrze ryzykował oczywiście życie albo złamanie nogi. - Czy pani Campbell już sobie poszła? Można bezpiecznie zejść na dół?
- Tak, już poszła.
Za poręczą ukazała się kopia pierwszego łobuza.
- Tato, źle się czujesz? Już na nas nie krzyczysz...
- Zaraz zacznę - obiecał z roztargnieniem Pete, ale gdy nie przystąpił natychmiast do działania, chłopcy wpadli w popłoch.
- Wcale nie sprzątamy - oświadczył buńczucznie Sean.
- Tak, ogłaszamy strajk - dodał Simon. - Dziadzio się do nas przyłącza, więc jest trzech na jednego.
Być może zawiódł swoją byłą żonę, ale nigdy nie sprawił zawodu synom. Ponieważ spodziewali się, że będzie na nich wrzeszczał, zmusił się, by przestać myśleć o Camille, i ruszył po schodach na górę - palnąć mówkę, której oczekiwano.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ