Thriller / Sensacja / Kryminał
Grzeczna dziewczynka
KUP TERAZ

Grzeczna dziewczynka

brak opinii
ISBN: 9788327610041
Premiera: 2014-10-08

Zawsze byłam grzeczną dziewczynką. Dobrze wychowaną i bardzo samotną. Prowadziłam poukładane życie, które coraz bardziej mnie nudziło. Marzyłam, by los napisał dla mnie nowy, bardziej pasjonujący scenariusz. Powinnam uważać, czego sobie życzę.
Zostałam uwięziona na kompletnym odludziu. Tak bardzo boję się mężczyzny, który mnie porwał. Wydaje się zupełnie nieprzewidywalny. Nawet jeśli rodzina zapłaci za mnie okup, on pewnie mnie zabije.

Mary Kubica

Mary Kubica to amerykańska powieściopisarka. Na świecie zdobyła sławę jako autorka thrillerów psychologicznych. Jej pierwsza powieść Grzeczna dziewczynka, podobnie zresztą jak kolejna Zajmę się Tobą znalazły się na liście bestsellerów New York Timesa.

EVE

                     PRZED

Siedzę we wnęce jadalnej i medytuję nad kubkiem kakao. Wyglądam przez kuchenne okno na trawnik, który przegrał walkę z wczesną jesienią i pokrył się grubą warstwą liści, choć niektóre wciąż rozpaczliwie trzymają się drzew. Jest późne popołudnie. Niebo zasnuwają chmury, temperatura spada na łeb na szyję, jest raptem kilka stopni powyżej zera. Nie jestem na to gotowa, zastanawiam się, gdzie, u diabła, podział się czas. Przecież zaledwie wczoraj witaliśmy wiosnę, potem, zanim się obejrzałam, przyszło i odeszło lato, i oto mamy jesień.
Podskakuję, gdy rozlega się dzwonek telefonu. Jestem przekonana, że to ktoś, kto chce mi coś sprzedać, więc z początku nie reaguję. Delektuję się ostatnimi godzinami ciszy, zanim James wróci do domu i zburzy spokój mojego świata, dlatego tym ostatnim, na co mam ochotę, jest marnowanie cennych minut na słuchanie paplaniny telemarketera, od którego na pewno i tak nic nie kupię.
Irytujące brzęczenie telefonu milknie, po czym znów się rozlega. Podnoszę słuchawkę wyłącznie po to, żeby wreszcie przestał dzwonić.
- Halo? – odzywam się rozdrażniona, stojąc pośrodku kuchni i opierając się o stół.
- Pani Dennett? – pyta kobieta, której głosu nie rozpoznaję, więc pewnie nigdy go nie słyszałam.
Przez chwilę zastanawiam się, czy nie odpowiedzieć, że przykro mi, pomyłka, albo uciąć nagabywanie nieznajomej krótkim, acz stanowczym: „Dziękuję, nie jestem zainteresowana”.
- Przy telefonie.
- Pani Dennett, mówi Ayanna Jackson. - No to już wiem, o kogo chodzi. Wprawdzie nigdy jej nie spotkałam, ale Ayanna Jackson od roku wciąż przewija się w życiu mojej córki. Ileż to razy słyszałam, jak Mia powtarzała: „Z Ayanną zrobiłyśmy to…”, „Z Ayanną zrobiłyśmy tamto…”. Jednak Ayanna Jackson dla pewności wyjaśnia, skąd zna Mię. Po prostu uczą w tej samej szkole. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – dodaje.
- Ależ skąd. - Nabieram tchu. - Właśnie wróciłam do domu – kłamię.
Za miesiąc, trzydziestego pierwszego października, Mia skończy dwadzieścia pięć lat. Urodziła się w Halloween. Zakładam, że Ayanna dzwoni w tej sprawie, zapewne chce urządzić dla mojej córki imprezę, może przyjęcie niespodziankę.
- Pani Dennett, Mia nie przyszła dziś do pracy – mówi.
Nie to chciałam usłyszeć. Słowa docierają do mnie dopiero po dłuższej chwili.
- Widocznie zachorowała. – W pierwszym odruchu szukam wymówki dla Mii, bo przecież na pewno będzie potrafiła przekonująco wytłumaczyć, dlaczego nie tylko nie przyszła do pracy, ale i nie uprzedziła o absencji. Owszem, moja córka to wolny duch, ale solidny wolny duch.
- Nie odzywała się do pani?
- Nie – mówię, ale to nic niezwykłego. Bywa, że nie rozmawiamy przez kilka tygodni z rzędu. Och, znacznie dłużej, uświadomiłam sobie. Telefon nie odgrywa w naszych kontaktach znaczącej roli. Nawet mam pewne opory, by dzwonić do Mii, bo nie oddzwania, gdy się jej nagram, a kiedy odbierze, rozmowy jakoś się nie kleją. Za to naszą ulubioną formą komunikacji stały się błahe mejle.
- Próbowałam dodzwonić się na jej domowy numer, ale niestety nikt nie odbiera.
- Zostawiła pani wiadomość?
- I to kilka.
- I nie oddzwoniła?
- Nie.
Słucham jednym uchem. Przez okno widzę, jak dzieciaki sąsiadów potrząsają lichym drzewkiem po to, by zrzuciło na nie ostatnie listki. Te maluchy zastępują mi zegar. Kiedy wychodzą do ogrodu, wiem, że są po szkole, a więc jest późne popołudnie, a kiedy wracają do domu, to znak, że pora szykować kolację.
- A komórka?
- Od razu włącza się sekretarka.
- Zostawiła pani…
- Tak, zostawiłam wiadomość.
- Mia naprawdę nie powiadomiła szkoły, że dziś jej nie będzie w pracy? Jest pani tego pewna?
- W sekretariacie twierdzą, że się nie odzywała.
Boję się, że Mia będzie miała kłopoty i zostanie zwolniona. Jeszcze nie dociera do mnie, że być może już wpadła w tarapaty.
- Mam nadzieję, że to nie sprawiło wielkiego problemu.
Ayanna wyjaśnia, że uczniowie, z którymi Mia miała pierwszą lekcję, nie poinformowali o absencji nauczycielki, dlatego nieobecność panny Dennett wyszła na jaw dopiero wtedy, gdy na zajęcia przyszła druga klasa i doniosła, że nikt nie zgłosił się na zastępstwo. Dyrektor osobiście pofatygował się, by utrzymać porządek w klasie, dopóki nie znajdzie się ktoś, kto zaopiekuje się osieroconymi nastolatkami. Kiedy wszedł do sali, ujrzał graffiti gangu nabazgrane na ścianie koszmarnie drogimi mazakami Mii, które nabyła za własne pieniądze, kiedy administracja nie zgodziła się na ich zakup.
- Pani Dennett, czy nie sądzi pani, że to dziwne? – pyta Ayanna. – To do Mii niepodobne.
- Och, na pewno miała ważny powód.
- Na przykład jaki?
- Podzwonię po szpitalach. W jej okolicy jest kilka…
- Już to zrobiłam.
- W takim razie do znajomych. – Gdy to mówię, uświadamiam sobie, że tak naprawdę nie znam przyjaciół Mii. Słyszałam o Ayannie i Lauren, wiem też, że Mia spotyka się z przebywającą w Stanach na wizie studenckiej dziewczyną z Zimbabwe, którą chciano odesłać do rodzinnego kraju, co według mojej córki byłoby jawną niesprawiedliwością. Tyle że w rzeczywistości wcale nie znam tych osób, tak jak zna je Mia, a tylko imiona niektórych z nich.
- Już to zrobiłam.
- Znajdzie się. Na pewno to tylko nieporozumienie. Mogła mieć tysiące powodów.
- Pani Dennett…
Po tych słowach Ayanny wreszcie dociera do mnie, że coś jest nie tak. Czuję ucisk w żołądku, myślami wracam do siódmego czy ósmego miesiąca ciąży, kiedy Mia tak mocno biła i kopała mnie od środka, że na skórze widziałam odciski jej nóżek i rączek. Przysuwam sobie krzesło i siadam przy stole. Uzmysławiam sobie, że lada moment Mia skończy dwadzieścia pięć lat, a ja nie kupiłam jej prezentu i nawet o tym nie pomyślałam. Nie zaproponowałam, że urządzimy przyjęcie, nie zasugerowałam, że może razem, James, Grace, Mia i ja, zjemy kolację w jakiejś eleganckiej restauracji w mieście.
- Co pani zdaniem powinniśmy zrobić? – pytam.
- Mówiąc szczerze, miałam nadzieję, że znajdę Mię u pani – z westchnieniem odpowiada Ayanna.

GABE

PRZED

Jest ciemno, kiedy zatrzymuję się przed domem. Z okien budynku, który został zbudowany w stylu Tudorów, światło wylewa się na ulicę, wzdłuż której rośnie szpaler wysokich drzew. W środku widzę ludzi. Czekają na mnie. Sędzia Dennett chodzi po pokoju, jego żona siedzi na brzegu fotela i pije ze szklanki coś, co z daleka wygląda na alkohol. W pomieszczeniu znajdują się umundurowani policjanci i jakaś nieznana mi brunetka, która patrzy przez okno, akurat kiedy bez pośpiechu parkuję auto i siedzę w nim przez chwilę, chcąc nieco opóźnić moje, powiedzmy, wielkie wejście.
Dennettowie należą do typowych mieszkańców North Shore, rozłożonych nad brzegiem jeziora Michigan północnych przedmieść Chicago.
Znaczy się są obrzydliwie bogaci.
Nic więc dziwnego, że ociągam się i nie wysiadam z samochodu, choć powinienem już pukać do drzwi tego ogromnego domu. Na posterunku dano mi do zrozumienia, że biorę na siebie wielką odpowiedzialność. Sierżant nie bawił się w subtelności, tylko po prostu powiedział:
- Nie spierdol tego.
A ja wciąż myślę o jego słowach.
Z bezpiecznej ciepłej kabiny zdezelowanego pojazdu przyglądam się dostojnej budowli. Przypuszczam, że jeśli chodzi o wielkość domu, to wnętrze robi jeszcze większe wrażenie niż mury. Budynek czaruje typowym dla stylu Tudorów wdziękiem, to znaczy murem pruskim, wąskimi oknami, stromym i skośnym dachem. Trochę kojarzy mi się ze średniowiecznym zamkiem, co zrozumiałe, skoro styl Tudorów to późny gotyk, czyli schyłkowy okres średniowiecza.
Choć nakazano mi, żebym przypadkiem się nie wypaplał, to mam się czuć wyróżniony, że właśnie mnie sierżant przydzielił tę dotyczącą wyższych sfer sprawę. Czemu jednak nie czuję się jakoś szczególnie zaszczycony?
Przecinam trawnik, idę chodnikiem, który przedzielony jest dwoma stopniami, bo teren wznosi się nieco, i podchodzę do drzwi. Pukam. Jest zimno, dlatego czekając, aż ktoś otworzy, wkładam zmarznięte ręce do kieszeni. Choć to w sumie absurdalne, głupio mi, że nie jestem odpowiednio elegancko ubrany, ale cóż, mam na sobie zwykłe codzienne ciuchy, czyli spodnie w kolorze khaki, koszulkę polo i skórzaną marynarkę.
W drzwiach ukazuje się najbardziej wpływowy sędzia w tym zamieszkałym przez obrzydliwie bogatych i obrzydliwie wpływowych ludzi hrabstwie.
- Sędzia Dennett – mówię, wcale nie czekając na zaproszenie. Zachowuję się, jakbym miał więcej władzy niż w rzeczywistości. Kieruje mną pewność siebie, której niezgłębione pokłady odkrywam w sobie właśnie w takich chwilach jak ta. Sędzia Dennett to mężczyzna o imponującej posturze i równie, o ile nawet nie bardziej imponujących wpływach. Jeśli spieprzę tę sprawę, w najlepszym razie stracę posadę.
Gdy pani Dennett wstaje z fotela, polecam jej najłagodniej, jak potrafię:
- Proszę usiąść.
Drugą kobietą, wnosząc z pośpiesznie wygrzebanych informacji o Dennettach, jest Grace Dennett. Na oko ma dobrych dwadzieścia kilka lat, no, może tuż po trzydziestce. Wychodzi mi na spotkanie, zatrzymujemy się w przejściu z holu do salonu.
- Detektyw Gabe Hoffman – przedstawiam się oficjalnie, odpuszczając sobie uprzejmości. Nie uśmiecham się, nikomu nie podaję ręki. Kobieta potwierdza moje przypuszczenia, rzeczywiście nazywa się Grace Dennett i jest partnerką w renomowanej kancelarii adwokackiej Dalton & Meyers. Nie przypada mi do gustu. Bije od niej poczucie wyższości, obrzuca moje ubranie lekceważącym spojrzeniem, w jej głosie słyszę cynizm. Intuicja podpowiada mi, że raczej się nie dogadamy. Czuję się nieswojo, ktoś mógłby przy takiej kobiecie dostać gęsiej skórki z niemiłych emocji. No, może przesadzam, ale coś w tym jest.
Odzywa się pani Dennett. Mówi z silnym brytyjskim akcentem, choć od osiemnastego roku życia mieszka w Stanach. O tym też się dowiedziałem, przeglądając materiały przed przyjazdem do Dennettów. Wygląda na spanikowaną, takie jest moje pierwsze wrażenie. Mówi piskliwym głosem, nerwowo skubie to, co akurat znajduje się pod ręką.
- Zaginęła moja córka – wyrzuca z siebie. – Nikt ze znajomych jej nie widział. Nie kontaktowała się z nimi. Próbuję dodzwonić się na jej komórkę, ale nie odbiera. Nagrywam tylko wiadomości. – Dusi się własnymi słowami, desperacko usiłuje nie wybuchnąć płaczem. – Pojechałam do mieszkania, żeby sprawdzić, czy jej tam nie ma. – Milczy przez chwilę, po czym dodaje: – Przejechałam szmat drogi, a właściciel budynku nawet nie wpuścił mnie do środka.
Pani Dennett wygląda oszałamiająco. Nic nie poradzę, że gapię się na długie blond włosy spadające kaskadą na stosunkowo niewielki dekolt. Nie zapięła ostatniego guzika bluzki. Widziałem ją na zdjęciach, razem z mężem stała na schodach prowadzących do gmachu sądu. Otóż fotografie bledną w porównaniu z Eve Dennett na żywo.
- Kiedy rozmawiała pani z nią po raz ostatni? – pytam.
- W zeszłym tygodniu – mówi sędzia.
- Ależ nie, James – odpowiada Eve i milknie, widząc rozdrażnioną minę męża, któremu przerwała, ale po chwili mówi dalej: – Tydzień wcześniej albo nawet dwa. Tak to jest między nami a Mią. Bywa, że nie rozmawiamy przez kilka tygodni.
- A zatem jej milczenie nie jest niczym nadzwyczajnym? – upewniam się. – To normalne, że się nie odzywa?
- Zgadza się – przyznaje pani Dennett.
- A pani, panno Grace?
- Rozmawiałyśmy przez telefon w ubiegłym tygodniu. Bodaj w środę, może w czwartek. Tak, to było w czwartek, bo zadzwoniła akurat wtedy, gdy szłam do sądu złożyć wniosek o wyłączenie dowodu z procesu. – Dodała to tylko po to, bym wiedział, że jest adwokatem, jakby marynarka w prążki i stojąca obok fotela skórzana teczka niewystarczająco wskazywały jej zawód.
- Czy coś panią uderzyło w tej rozmowie?
- Nie, Mia to Mia.
- To znaczy?
- Gabe – wtrąca się sędzia.
- Detektywie Hoffman – zaznaczam swój autorytet. Skoro ja muszę zwracać się do niego per PANIE SĘDZIO, równie dobrze on może mnie tytułować DETEKTYWEM.
- Mia jest bardzo niezależną osobą. Jak to się mówi, chadza własnymi ścieżkami.
- Czyli przyjmujemy, że córka zaginęła w czwartek?
- Wczoraj rozmawiała z nią koleżanka, widziała ją w pracy.
- O której?
- Dokładnie nie wiem, pewnie około piętnastej.
- Wynika z tego, że od ostatniego kontaktu - zerkam na zegarek - minęły mniej więcej dwadzieścia cztery godziny.
- Czy to prawda, że osobę uznaje się za zaginioną dopiero po upływie czterdziestu ośmiu godzin? – pyta pani Dennett.
- Oczywiście, że nie, Eve – cedzi karcącym tonem jej mąż.
- Nie, proszę pani – mówię z przesadną łagodnością. Nie podoba mi się to, jak traktuje ją sędzia. – Zazwyczaj w przypadku zaginięć kluczowe znaczenie mają pierwsze dwie doby, czyli czterdzieści osiem godzin.
- Moja córka nie zaginęła - wtrąca się sędzia. – Po prostu gdzieś się zapodziała. Oczywiście tego nie wiem, ale być może w tej chwili robi coś nierozważnego i nieodpowiedzialnego. Ale na pewno nie można jej uznać za zaginioną. – Mocno akcentuje ostatnie słowo.
- Panie sędzio, proszę powiedzieć, kto jako ostatni widział pańską córkę, zanim się – przemądrzały ze mnie typ, więc muszę to powiedzieć – zapodziała?
- Ayanna Jackson - odpowiada pani Dennett. - Pracuje z Mią.
- Czy ma pani jej numer telefonu?
- Tak, zapisałam na kartce. Leży w kuchni. – Głową daję znak jednemu z policjantów, żeby przyniósł tę kartkę, po czym pytam: - Czy Mia wcześniej znikała bez uprzedzenia?
- Nie, nigdy.
Mowa ciała sędziego i Grace przeczy słowom Eve Dennett.
- To nieprawda, mamo – beszta ją córka, a ja patrzę na nią wyczekująco. Prawnicy uwielbiają słuchać własnego głosu. – Kilka razy zdarzyło się, że Mia zniknęła z domu na całą noc. Bóg raczy wiedzieć, co i z kim wtedy robiła.
Tak, myślę sobie, Grace Dennett to jednak jędza. Ma ciemne włosy, tak jak ojciec. Po matce odziedziczyła wzrost, a po ojcu, co za kiepskie połączenie, figurę w typie klepsydry, jak to się teraz mówi. Ponieważ jej nie lubię, mam gdzieś poprawność polityczną i w myślach nazywam ją po prostu grubą wiedźmą.
- Przecież to zupełnie co innego. Wtedy chodziła do liceum. Była naiwna i lubiła się zabawić, ale…
- Eve, proszę cię, nie ma potrzeby wnikać tak głęboko – mówi sędzia Dennett.
- Czy Mia pije? – pytam.
- Niewiele – odpowiada pani Dennett.
- Skąd pani wie, skoro rzadko ze sobą rozmawiacie?
Podnosi dłoń i wyciera nos chusteczką. Przez chwilę wpatruję się jak urzeczony w wielki kamień na jej palcu, a jednym uchem słucham Jamesa Dennetta, który opowiada o tym, że zanim przyjechał do domu, żona zdążyła już zatelefonować do Eddiego. W tym miejscu muszę wspomnieć, że trafiłem do tej rezydencji głównie dlatego, że sędzia nie tylko jest po imieniu z moim szefem, ale wręcz używa ksywki zarezerwowanej jedynie dla najbliższych znajomych i przyjaciół. James Dennett wydaje się przekonany, że córka po prostu postanowiła się zabawić, więc nie ma najmniejszej potrzeby angażować policji, bo wkrótce sama się odnajdzie.
- Uważa pan, że nie powinniśmy wszczynać poszukiwań? – pytam.
- Zdecydowanie nie powinniście. To sprawa rodzinna.
- Jaką pracownicą jest Mia?
- Słucham? – W odpowiedzi podenerwowany sędzia dłonią próbuje wygładzić zmarszczki na czole.
- Jaką jest pracownicą? Czy miała problemy z szefami? Czy zdarzało jej się nie przyjść do pracy? Czy często wykręcała się, symulując chorobę?
- Nie wiem. Ma swój etat, otrzymuje wynagrodzenie, sama się utrzymuje. Ja nie zadaję żadnych pytań.
- Pani Dennett?
- Uwielbia swoją pracę, po prostu ją ubóstwia. Zawsze chciała być nauczycielką.
Mia uczy plastyki w szkole średniej. Zapisuję, żeby nie zapomnieć.
Sędzia pyta, czy moim zdaniem to ważne.
- Niewykluczone – odpowiadam.
- Dlaczego?
- Panie sędzio, staram się zrozumieć waszą córkę, poznać ją, jak można najlepiej w tej sytuacji. To wszystko.
Pani Dennett jest bliska płaczu. Niebieskie oczy szklą się łzami, białka się czerwienią, przerażona matka bezradnie próbuje powstrzymać słone kropelki.
- Sądzi pani, że coś się stało Mii? – Myślę przy tym: Czy właśnie dlatego mnie wezwałaś? Bo uważasz, ty tak uważasz, że coś się przytrafiło córce? Ale mówię: - Powinniśmy zacząć działać, i to natychmiast, a później podziękujemy Bogu, jeśli to wszystko okaże się jednym wielkim nieporozumieniem. Jestem przekonany, że nic jej nie jest, naprawdę tak sądzę, ale niezależnie od tego nie wolno mi zlekceważyć zgłoszenia. – Powiedziałem to absolutnie szczerze. Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby… ważne słówko „gdyby”… okazało się, że jednak nie wszystko jest w porządku. - Od jak dawna Mia mieszka oddzielnie? – pytam.
- Za miesiąc minie siedem lat – bez zastanowienia odpowiada pani Dennett.
- Pamięta pani? Co do dnia? – Jestem naprawdę zaskoczony.
- Wyprowadziła się w swoje osiemnaste urodziny. Nie mogła się doczekać, kiedy się stąd wyrwie.

"Kryminał, thriller, dramat psychologiczny? Tę książkę zaliczyłabym do każdego z tych rodzajów. Są momenty, które trzymają w napięciu, że trudno przerwać lekturę, a są także momenty doprowadzające do łez i mocno oddziałujące na psychikę. Atmosfery powieść Mary Kubicy nie da się oddać w krótkiej recenzji. „Grzeczną dziewczynkę” należy samemu przeczytać!"

"Thriller od samego początku do dosłownie ostatniej strony trzyma w napięciu, a zakończenie jest wielkim zaskoczeniem. Niebanalna fabuła i bardzo dobrze scharakteryzowani bohaterowie sprawili, że książkę przeczytałam jednym tchem i z dużą przyjemnością. Sięgając po tę pozycję sądziłam, że trafię na kolejną prostą historię, gdzie mamy przestępcę, ofiarę i sztampową zagadkę. Cieszę się, że się mile rozczarowałam."

"Są takie książki przy których w czasie czytania w nocy włącza mi się "jeszcze jeden rozdział i idę spać" no ale pewnie to znacie i wiecie, że na jednym rozdziale się nie kończy. No i tak było w moim przypadku bo w końcu 23:45 to wczesna godzina podobnie 01:15 jakby nie patrzeć też :). Tak więc książka mnie tak pochłonęła, że nie mogłam jej przestać czytać."

"„Grzeczna dziewczynka” wciąga, trzyma w niepewności ale przede wszystkim zaskakuje. W końcu okazuje się, że nic nie jest takim jak się na początku mogło wydawać. I choć w pewnych momentach akcja troszkę zwalnia, dzięki czemu lepiej poznajemy bohaterów ale też i motywy, to jest pełna emocji – bólu, strachu, niepewności, poddania się, aż w końcu nadziei."

"Historia świetnie wpasowuje się w ramy swojego gatunku - kobiecego thrillera, nie brakuje tutaj emocji, strachu, uczuć, a przede wszystkim elementu zaskoczenia. I tym elementem zaskoczenia, nieprzewidywalnością, innością - książka u mnie bardzo zaplusowała."

"Historia świetnie wpasowuje się w ramy swojego gatunku - kobiecego thrillera, nie brakuje tutaj emocji, strachu, uczuć, a przede wszystkim elementu zaskoczenia. I tym elementem zaskoczenia, nieprzewidywalnością, innością - książka u mnie bardzo zaplusowała."

"Z czystym sumieniem mogę Wam polecić Grzeczną dziewczynkę. Jest to książka nieoczywista, nieszablonowa, wyróżniająca się na tle innych, choć wydaje się być taka niepozorna. Ale jak wiadomo, pozory bardzo często mylą, co w tym przypadku działa na korzyść. Historia wciąga, zaskakuje.

"Od razu muszę zaznaczyć, iż było to spotkanie, które mnie zachwyciło i rozbudziło zainteresowanie osobą autorki. (...) Niniejsza powieść to jej debiut, który moim zdaniem wieje świeżością, pomysłowością i dopracowaniem widocznym na każdej stronie tej książki."

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ