Powieść obyczajowa
Zachłanni
24,99 zł
24,99
KUP TERAZ

Zachłanni

brak opinii
ISBN: 9788327610058
Premiera: 2014-10-08

Troje trzydziestolatków. Trzy marzenia. Trzy precyzyjnie opracowane plany, jak je zrealizować.

Tytułowi „zachłanni” to tzw. słoiki  lokalni emigranci, jakich w Polsce tysiące. Przyjeżdżają do dużych miast po wykształcenie i lepszą przyszłość. Przeprowadzka oznacza dla nich nowe życie i konieczność zdobywania wszystkiego od początku: dachu nad głową, pracy i przyjaciół. Zawieszeni między miastem a rodzinnym domem odkrywają, że to, co dotąd znali i czego się nauczyli, nijak nie przystaje do nowej rzeczywistości. Żeby przetrwać, muszą być silni, ambitni i nigdy się nie poddawać. Są więc zachłanni – w dobrym i złym sensie.
„Zachłanni” to powieść o przyjezdnych, która nie ocenia. Z humorem, ale i nutką goryczy opisuje codzienność przybysza, na którą składają się wynajmowane mieszkania, przypadkowi współlokatorzy, zaskakujące znajomości i najdziwniejsze dorywcze prace. Opowiada o życiowych szansach i rozczarowaniach. Pokazuje, w jaki sposób decyzja o opuszczeniu rodzinnej miejscowości, dla niektórych będąca spełnieniem marzeń, dla innych jedynym wyjściem, kształtuje życie ludzi i ich samych.

O autorce:
Rocznik 1984. Z wykształcenia tłumaczka i językoznawca, z zawodu marketingowiec, z zamiłowania dziennikarka pisząca reportaże podróżnicze. Od 10 lat mieszka w Warszawie. Pochodzi z Tomaszowa Mazowieckiego.

 

Czytam z wypiekami na twarzy.
Agnieszka Graff

Powieść Magdaleny Żelazowskiej „Zachłanni” to atak na najpotężniejsze warszawskie tabu. Kupiłem melancholię "Zachłannych"...
Wojciech Orliński, Duży Format/Gazeta Wyborcza
 

Powieść Magdaleny Żelazowskiej „Zachłanni” [jest] rozliczeniem z własną generacją skrajnych egoistów, którzy walcząc o przetrwanie i coraz lepszy byt, są w stanie zrobić wszystko.
Justyna Sobolewska, Polityka

Coś nie pozwalało mi książki odłożyć. Może to niezwykle inteligentny, a jednocześnie bardzo ludzki język, którym została napisana. Dialogi są tak naturalne, że czasem miałam niepokojące wrażenie, że wielokrotnie sama wypowiadałam dokładnie te same kwestie, ja i wszyscy ludzie, których znam. Zmysł obserwacji autorka ma niezwykły.
Aleksandra Kostrzewa, Onet.pl

Magdalena Żelazowska

Dziennikarka, pisarka, blogerka. Felietonistka i autorka artykułów m.in. dla miesięcznika „Poznaj Świat". Prowadzi blog podróżniczy www.zgubsietam.pl. W swoich powieściach porusza ważne kwestie społeczne. Jest autorką głośnej powieści "Zachłanni", opowiadającej o pokoleniu tzw. "słoików". „Hotel Bankrut” opisuje problemy osób dotkniętych przez kryzys ekonomiczny.

Rozdział pierwszy
Mnie na ogół przeszkadza niewiele. Z grubsza tylko jedno: do szału doprowadza mnie to miasto. Stolica, pożal się Boże. Urbanistyczna karykatura sklecona na piachu z wiślanej łachy. Szpetny zaścianek, który z Europą ma związek wyłącznie kartograficzny.
Tak, jestem słoikiem. Tak, przyjechałem tu za pracą. Nie, nie posiadam warszawskiego meldunku i okradam to miasto, wyprowadzając podatki na prowincję. Mam się wynosić z miejsc parkingowych i przychodni? Mam to w gdzieś, i tak są gówno warte. Na zdrowie nie narzekam, nie muszę napychać lokalnym konowałom potrójnej stawki. Zęby leczę u siebie, kupuję u siebie. Tak, żarcie też. Przecież w tym grajdole nie ma nawet gdzie kupić mięsa. Chyba, że ekoszynkę po czterdzieści pięć za kilo. Jak się nie podoba,  zostają oślizgłe truchła pływające na zafoliowanych tackach.
Mieszkamy z narzeczoną na dwudziestu metrach. Domek ciasny, ale własny? Nic z tych rzeczy. Wynajmujemy pokój w dzielonym mieszkaniu. Brać kredyt na całe życie na zakup jakiejś nory? Dziękuję, postoję.
Przeglądaliśmy ogłoszenia, chodziliśmy nawet oglądać. Czasem myślę, że niektórym zwyczajnie odwala. Klitka w wielkiej płycie, boazeria, PCV, wyleniały chodnik i pożółkły kibel. I to wszystko za chore jakieś pieniądze. A tu kolejka, licytacja i casting jak do „Mam talent!. Ludzie, do czego ten pęd? Do ciasnoty i hipoteki na resztę życia? Uwłaczające. Nieporozumienie jakieś.
Powinno być inaczej. W małych miastach żyje się lepiej, wygodniej. Cisza, spokój, zieleń, godziwe warunki. Aśki rodzice, ojciec mechanik i matka fryzjerka, mają dom z ogrodem. Stać ich, choć nie są nadziani. Skromny klocek z PRL-u, ale zrobili z niego cudeńko. W Warszawie mogliby za to kupić dwa pokoje. I jak się w nich pomieścić z dzieciakami, gratami? O dziadkach nie wspominając. Ale w dużym mieście dom wielopokoleniowy to fikcja. Każdy orze w samotności.
Po co tu jestem i się szastam, skoro mogę mieszkać gdzie indziej? Otóż właśnie nie mogę. Sytuacja w naszym kraju mi na to nie pozwala. Wróciły czasy centralnego sterowania gospodarką: wszystkim trzęsą duże miasta. Puchną, wysysając ludzi z prowincji, i zaburzają ekonomiczną równowagę. Teraz nawet jeśli ktoś chce zostać, to nie ma jak. Nie wyżyje, bo robota jest tylko w mieście. A że najlepsze fuchy krążą w obiegu zamkniętym, to dla przyjezdnych zostają ochłapy. Zlecenia, dzieła, zastępstwa i inne badziewie. Kiedyś to wszystko pieprznie, jak balon. Nie można dymać w nieskończoność.
– Wynajmować to frajerstwo – mówi Marcin. – Nabijasz komuś kabzę. Nic z tego nie masz, a obcego spłacasz. Lepiej kupić, nawet na kredyt. Drogo, ale wiesz, że śpisz na kasie. Bulić i tak bulisz, ale przynajmniej jesteś na swoim.
Czyżby? Chyba na bankowym!
Kumpla wywalili z roboty. Od trzech miesięcy nie może nic znaleźć. Dziewczyna z brzuchem, starzy biedni i daleko, a tu co miesiąc dwa koła do spłaty. Ubezpieczenia nie miał, oszczędności też. I o co ta szarpanina? O trzydzieści osiem metrów na obrzeżach, do których codziennie wlecze się w korku.
Aśce marzy się chociaż tyle. Pokój z kuchnią, minisypialnia i łazienka wielkości sławojki. „Dziewczyno – mówię – I co dalej? Kołyskę ustawisz w salonie? Do sypialni wejdzie tylko wyro, nawet obejść go nie ma jak, stajesz na progu i od razu dajesz nura w pościel. A ciuchy, wózek, rower? Gdzie to wszystko trzymać? Na rzygowniku, który mieni się dumnie balkonem?”
Marcin cwaniaczy, bo ma nadzianych rodziców. Starzy kupili mieszkanie jemu i jego siostrze. Każdemu osobne.
 Wolnoć Tomku w swoim domku  powtarza z głupkowatym uśmiechem.
Miejscowi nie rozumieją mojej frustracji. Każdy ma mieszkań po rodzinie, tylko wybierać. A to po ciotce, a to z książeczki mieszkaniowej, a to kupione jako lokata kapitału, jeszcze przed górką. I trzymają sobie te izby, ściskają, napawają się nimi. Żeby jeszcze wynajmowali i zarabiali na przyjezdnych, to bym zrozumiał. Gdybym ja miał takie zaplecze, wszystko bym odpicował i dał ogłoszenie. Przebierałbym w najemcach, robił przesłuchania, kazał nosić zaświadczenia o zarobkach. Pan nie, pan tak, pani nie. Ten niechlujny, ta niewypłacalna. Gej? Precz. Para? Won, zaraz zrobią dziecko i już się nie wyniosą. Nie spieszyłbym się. Dawałbym sobie czas na dokonanie właściwego wyboru.
Jako kamienicznik rzuciłbym robotę i zabrał Asię w świat. Co miesiąc sprawdzałbym tylko stan konta. Ot, cała robota. Ale nie. Tamci mieszkania tylko posiadają. Trzymają sobie puste, w odwodzie. Nie chcą, żeby im się ktoś obcy pałętał i niszczył. Wiadomo, cudzego nie uszanuje. Więc w jednym, na siedemdziesięciu metrach, siedzi kot, który nie lubi się z pieskami. W drugim mieszkają rzeczy, których od lat nikomu nie chce się przejrzeć i wyrzucić. Bliźniak stoi pusty, będzie dla wnuków, jak się urodzą i dorosną.
A my? Od dziesięciu lat na walizkach. Przyjechaliśmy na studia i niemal od początku wynajmujemy razem. W rodzinie się to nie podobało, zwłaszcza u Aśki. Że mieszkanie przed ślubem, od razu po maturze. Ale nikt z moralistów nie wpadł na to, żeby się zrzucić dziewczynie na osobny pokój. Dla świętego spokoju zaręczyliśmy się i na parę lat ucichło. Teraz dopytują, kiedy wesele, że to już tyle lat. No cóż, nawet jeśli się pobierzemy, to i tak imprezy nie będzie. Zbieramy na dom.
Dziesięć lat wynajmowania. Okrągła rocznica, muszę wymyślić, jak ją uczcić.
To jasne, czego oczekuje Aśka.
Oboje wiemy, że nadeszła najwyższa pora na kupno własnego mieszkania.
Ona jeszcze nie wie, że nie mam pojęcia, jak to zrobić.
Ja nie chcę wiedzieć, co będzie, jeśli mi się nie uda.


Rozdział drugi
Moi starzy nie dają nam się nad sobą użalać.
- Cierpliwości – mówią. – Wszystko ma swój czas. Jest czas akademików i wynajmowanych pokoi. Jest czas na kawalerkę i czas na własny dom. Nie od razu Kraków zbudowano.
Oni też wyjechali, jak my. W tamtych czasach z ich rodzin nikt wcześniej nie studiował, każdy zostawał na gospodarce. Więc jechać do miasta to była przygoda! I bilet w jedną stronę. Nikt nie wracał, bo wykształconym od ręki dawali dobrą pracę.
Ojciec z matką najpierw mieszkali w akademiku, tam się poznali. Najlepsze lata w życiu, powtarzają zgodnie. Co wieczór nasiadówki, potańcówki i partyjki brydża. Po studiach mamie zaproponowali, żeby została na uczelni, więc zamieszkali w hotelu asystenckim. Ale ojciec szybko dostał posadę kierownika w zakładzie, w mniejszym mieście, więc w pakiecie z mieszkaniem. Po paru latach wykupili je za grosze, na które zresztą wzięli nieoprocentowaną pożyczkę z pracy. Wyobrażacie sobie? Nierealne, co? Cóż, nasza rzeczywistość wygląda trochę inaczej.
Zaczęliśmy podobnie: od akademika. Załatwiliśmy papiery i czuliśmy podekscytowanie. Szukaliśmy klimatów z dawnych lat. Świetnej zabawy i przyjaźni na całe życie. Nic z tego. Betonowe klocki przy Żwirki i Wigury przypominały wymarłe miasto. Puste korytarze i ciasne, pozamykane od środka pokoje. Niby ktoś tam się snuł od czasu do czasu, ale zaraz znikał w którejś z obleśnych dziupli. Każdy siedział cicho i wkuwał. Mieszkaliśmy osobno, Aśka z dwiema dziewczynami, ja z jakimś milczącym typem z geologii. Poranna wymiana spojrzeń z karaluchem spacerującym po umywalce była bardziej owocna niż próby nawiązania kontaktu z tamtym. Aśce trafiła się służbistka, mierząca, czy gary na półce stoją w równej linii; druga współlokatorka regularnie trzeszczała piętrowym wyrem ze swoim niedomytym kolesiem. Poza nimi nie pamiętam z tamtych czasów nikogo, żadnej twarzy. Tylko odległy dźwięk kroków gdzieś na wyższych piętrach i całonocne bzyczenie jarzeniówek.
A imprezy w klubach studenckich? Dobre sobie. Kluby studenckie w Warszawie nie istnieją. Niech was nie zwiedzie nazwa. Student nie student, bulisz za wjazd, a za piwo jak za zboże. W popowym łomocie prężą się znudzone zmalowane panny, wokół nich krążą pojedynczy satelici, którzy studiowali dziesięć lat temu albo wcale. Juwenalia? Dawno już nie trzęsą miastem, a koncerty jak na Dniach Parczewa. Za czasów naszych starych studenci na parę dni przejmowali władzę nad miastem. A życie studenckie to była legenda. Ile się z tego urodziło anegdot! W pokojach robiło się tak zwany telewizor: na półce nad drzwiami stawiało się miskę z wodą, która, pociągnięta sznurkiem przywiązanym do klamki, wylewała się wchodzącemu na łeb. Po zajęciach grało się w brydża lub w sekrecie przed współlokatorami oddawało miłosnym uniesieniom. Jedna para zakleszczyła się podczas numerku, pogotowie musiało ich rozdzielać. Jakiś typ oszalał z miłości i rurą od prysznica zdewastował kibel, potem chciał się rzucać z dachu, w końcu wylądował w kolczastym żywopłocie. A u nas? Emocje wzbudzał tylko bałagan lub kiedy ktoś komuś przeszkadzał się uczyć.
Po roku zdecydowaliśmy, że taniej i wygodniej wyjdzie nam wynająć razem pokój na mieście. Wzięliśmy się więc za przeglądanie ogłoszeń. Najtaniej było przy rodzinie, ale par nie chcieli, na ogół samą dziewczynę. Część pokoi okazała się przechodnia, czyli też odpadały: zero prywatności. Znaleźliśmy raz ofertę za złotówkę, z zastrzeżeniem, że właściciel co weekend będzie wpadał na kolację i bzykanko. W końcu wybraliśmy kilka bardziej standardowych ogłoszeń i zaczęliśmy dzwonić. Pokoje można było oglądać w ustalonych godzinach. Na miejscu wchodziło się w podgrupach i wpisywało się na listę zainteresowanych. Właściciel wybierał, kto mu się podobał i oddzwaniał lub nie. Ponieważ chcieliśmy mieszkać we dwoje, musieliśmy płacić więcej (że niby większa eksploatacja), więc mieliśmy szansę. Udało się nam przy trzecim podejściu, a potem szło już z górki.
Pierwszy był nieumeblowany pokój na Stegnach. W kolejnym, na Woli, mebli mieliśmy aż za dużo, zabierały większość powierzchni w pomieszczeniu. Właściciele zwozili nam wszystko, co im zawadzało. Wiklinową sofę, idiotyczny sekretarzyk, stojącą lampę, czyli to, co najmniej funkcjonalne. Zbędne rupiecie zabierające i tak ograniczoną przestrzeń.
 Nam niepotrzebne, a wam może się przydać – obwieszczali hojnie.
Potem przyszła kolej na ciemny salon w kamienicy na Ochocie, długi i wąski jak jeżdżące sąsiednią ulicą tramwaje, które co kilka minut wprawiały całe mieszkanie w drżenie. Następny był upalny, wyścielony lakierowaną boazerią „penthouse” na ostatnim piętrze mrówkowca przy Czerniakowskiej, wreszcie podtęchła suterena w starej willi na Saskiej Kępie.
Z początku tour po dzielnicach traktowaliśmy jak przygodę. Robiliśmy pamiątkowe zdjęcia groteskowym wnętrzom i kuriozalnym sprzętom. Uwiecznialiśmy smaczki, na przykład wielkiego misia, który został współlokatorowi po tym, jak wyprowadziła się od niego dziewczyna. Miś siedział w kącie, zakurzony i smętny, zajmując większość łóżka. Rozbrajał wszystkie nowe laski, które kumpel sobie sprowadzał.
Albo nogi w łazience. Raz sąsiedzi zza ściany postanowili wymienić umywalkę i posypała się im przy tym część ściany. Przez dwa tygodnie między łazienkami była  dziura. Kiedy rano patrzyłem w lustro, na dole widziałem nogi sąsiada, który po drugiej stronie mył zęby.
Z czasem jednak życie na walizkach przestało bawić, a zaczęło drażnić. Było jak przewlekły gap year, jak podróż, która przestaje kształcić, a zaczyna męczyć, gdy nie ma z niej powrotu.


Rozdział trzeci
Dom to ludzie. Stworzyliśmy już więc kilka różnych domów. Studencką imprezownię z wyżeraniem sobie rzeczy z lodówki i wożeniem prania do rodziców. Robotniczą sypialnię, do której ściąga się wieczorem i pada na tapczan za zamkniętymi drzwiami. Obóz dla uchodźców, którzy po pośpiesznej ucieczce z rodzinnych stron nie stanęli jeszcze na własnych nogach.
Nie mamy kontaktu z żadnym z byłych współlokatorów, a przecież z każdym przeszliśmy spory kawałek życia. Mieszkać z kimś to intymna sprawa, wiele związków nigdy nie dociera do tego etapu. Co wieczór zmierza się przez miasto w to samo miejsce. Ktoś pieszo, ktoś rowerem, jeszcze ktoś autobusem z przesiadką. W przelewającym się chaotycznie miejskim tłumie bezbłędnie odnajduje się drogę, jak bociany po zimie. Zanurza się w tej samej wannie, śpi oddech w oddech przez ścianę. Wchodzi się do kuchni i od razu wiadomo, kiedy coś nie gra albo kiedy ktoś ma dobry dzień.
– Na ulicy jesteś nikim, tanio ubraną wieśniarą lub wyblakłym kolesiem, którego nie da się zapamiętać – tłumaczył mi Melon, kumpel, który kiedyś z nami mieszkał. – Jeszcze jedną głową w kolejce, numerkiem na poczcie, zajętym miejscem w autobusie. Ale my, twoi współlokatorzy, znamy twoje imię. Wiemy, że wyszedłeś z zagłębia życiowego marazmu i żeby studiować, musiałeś wykazać nieziemską siłę przebicia. I wcale nie chodzi o to, że na twoim wydziale było trzydzieści osób na jedno miejsce. Pamiętamy, że bałeś się, kiedy twoja dziewczyna wybrała studia w Łodzi, bo odległość wszystko komplikuje. Trzymamy cię za słowo, że będziesz tu pracował tylko dotąd, aż uzbierasz na bilet do Amazonii. We wspólnocie wszystko to ma znaczenie. Masz świadków swojego życia, więc to życie nie wydaje się już tak cholernie anonimowe. Nocą na osiedlu świecą tysiące okien, ale ty w swoim nie siedzisz sam.

"Bardzo dobre dialogi, szybkie tempo akcji oraz wątki umieszczone w przeróżnych krajobrazach architektury, plenerach, pomieszczeniach. Książka bynajmniej nie hermetyczna. Otwarta i gotowa do dialogu."

"Historia jest niezwykle prawdziwa i przede wszystkim - aktualna, co we współczesnych czasach jest ważne. Opowiada właściwie o każdym młodym człowieku dzisiaj, tu i teraz, który pragnie się wybić i osiągnąć "coś" w życiu. Czy to nie jest więc historia o Tobie?"

"Jestem przekonana że każdy z czytelników znajdzie w niej coś dla siebie. Mnie zachwycił język – momentami potoczny, czasem pełen fachowych pojęć obrazujących elokwencję autorki. Bardzo cenne okazały się pomysły poradzenia sobie z problemami, a niektóre fragmenty mogłabym umieścić w rubryce „ulubione cytaty”."

"Coś nie pozwalało mi książki odłożyć. Może to niezwykle inteligentny, a jednocześnie bardzo ludzki język, którym została napisana. Dialogi są tak naturalne, że czasem miałam niepokojące wrażenie, że wielokrotnie sama wypowiadałam dokładnie te same kwestie, ja i wszyscy ludzie, których znam. Zmysł obserwacji autorka ma niezwykły."

"To swoisty komentarz do scen z życia ludzi w określonym wieku, rzuconych w określoną rzeczywistość. Autorka lekko i płynnie prezentuje swoją wizję, nadając bohaterom specyficzne cechy charakteru. Jednocześnie potrafi podtrzymać uwagę i zaskoczyć na pozór banalnymi spostrzeżeniami."

""Zachłanni" to również historia o Warszawie - mieście, które swój oryginalny charakter zawdzięcza niełatwej historii i barwnej mieszance mieszkańców, przybywających tu z całego kraju."

"Jestem przekonana że każdy z Czytelników znajdzie w niej coś dla siebie. Mnie zachwycił język – momentami potoczny, czasem pełen fachowych pojęć obrazujących elokwencję autorki. Bardzo cenne okazały się pomysły poradzenia sobie z problemami, a niektóre fragmenty mogłabym umieścić w rubryce „ulubione cytaty”."

"Jeśli szukacie powieści, która bardzo dobrze odzwierciedla brutalną rzeczywistość, walkę o przetrwanie i trudy dorosłości, to "Zachłanni" są odpowiednią książką. Warto po nią sięgnąć, aby przekonać się czy marzenia o bogactwie w stolicy są do spełnienia, czy dążenie po trupach okazuje się korzystne."

"„Zachłanni” to pierwsza powieść o pokoleniu słoików. Autorka postawiła poprzeczkę naprawdę wysoko, bo jej lekkie pióro i ciekawe spostrzeżenia sprawiły, że książkę chłonie się w zawrotnym tempie. To prawdziwa przestroga przed tymi trzema wymienionymi wcześniej grzechami; zaciętością, zaborczością i zachłannością."

"„Zachłanni” to pierwsza na rynku książka traktująca o problemach pokolenia słoików. Autorka świetnie ukazała panującą rzeczywistość w Polsce po ściągnięciu różowych okularów. Ciekawe spostrzeżenia i przemyślenia bohaterów mimo spokojnej akcji nie zanudzały, a zachęcały do poznawania dalszych losów postaci. Książka jak najbardziej warta uwagi, a jako że to debiut autorki tym bardziej jestem pod wrażeniem."

"Przyznam się, że powieść spodobała mi się, autorka w bardzo ciekawy sposób podeszła do tematu słoików i jest to pierwsza tego typu historia, którą miałam okazję przeczytać. Wszystkie wydarzenia przedstawione są realistycznie i ukazują w prawdziwy i bolesny sposób realia życia w naszym kraju."

"Książka napisana lekko, bez moralizatorskiego zadęcia, bez krytykowania ukazująca plusy, minusy, konsekwencje nie tylko podejmowanych wyborów, ale życia tak po prostu. Autorka niewątpliwie zna temat od podszewki. W Zachłannych umieszczone jest bowiem wiele niezwykle trafnych, czasami wesołych, ale niestety częściej smutnych, refleksyjnych obserwacji."

"Książka daje do myślenia nad sensem naszego życia. Co jest tak naprawdę ważne, czy dobro materialne to jedyne czego potrzebujemy i pragniemy? (...) Ciekawa opowieść, tu nie znajdziemy mega dynamicznej akcji, ale życiową historię którą dobrze się czyta, chociaż porusza trudne i smutne tematy."

"Książkę mogę z czystym sumieniem polecać. Mam wrażenie, że lektura trafi do wszystkich, oscylujących wokół trzydziestki, ponieważ to wiek, gdy zdajemy sobie sprawę z tego, że nasze marzenia są w zasięgu ręki i albo teraz, albo nigdy."

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ