Thriller / Sensacja / Kryminał
Elita
KUP TERAZ

Elita

Dominik Rettinger
brak opinii
ISBN: 9788327609823
Premiera: 2014-09-10

 

Wielkie interesy, wielkie pieniądze, wielkie afery. Konstancin pod Warszawą.

 

Ogromne rezydencje, luksusowe samochody i piękne kobiety… Życie elit Konstancina zostaje niespodziewanie zaburzone tajemniczym morderstwem. Jego przypadkowym świadkiem jest Ewa, malarka i samotna matka. Skandale, romanse i szantaże wciągają też w szalony wir zdarzeń trzy żony multimilionerów, najlepsze przyjaciółki Ewy.

Porachunki przestępców mieszają się z ciemnymi interesami i polityką. Ewie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Na domiar złego traci głowę dla niemieckiego arystokraty, który jest podejrzany o udział w aferze.

 

Czarny kryminał z dużą dawką humoru.

 

Ta intrygująca historia o świecie polskich elit to inspirowana życiem powieść z kluczem.

 

Zbieżność niektórych zdarzeń i postaci z rzeczywistością nie jest przypadkowa.

 

ELITA

Ciemne, podbite czerwienią zachodu chmury gęstniały nad

linią lasu. Wydłużyłam wodze i mocniej ścisnęłam boki Grafa.

Zrozumiał od razu, parsknął i puścił się galopem. Pochyliłam się

lekko w siodle i pozwoliłam mu na swobodny bieg. Pędziliśmy

piaszczystą drogą wzdłuż pól.

Strumień powietrza rozwiewał mi włosy, chłodził twarz.

Czułam pod sobą grę potężnych mięśni, rytmiczny oddech. Był

wspaniałym rumakiem, hanowerczykiem, odkupiłam go od

mojego klubu, gdy zakończyłam karierę zawodniczą. Przez pięć

lat oddawałam pożyczone pieniądze, odmawiając sobie wakacji,

samochodu i innych przyjemności. Nie żałowałam ani sekundy.

Graf mieszkał w klubie jeździeckim pod Warszawą. Opłacałam

jego utrzymanie lekcjami jazdy i układaniem koni. Kryty maneż

klubu był imponującą budowlą z drewna, z elegancką restauracją.

Spotykali się tu wszyscy, którzy chcieli coś znaczyć w tak zwanej

warszawce. Po wyłączeniu umysłu można było w tym towarzystwie

nieźle się bawić. Ale można też było wpaść w kłopoty – takie,

które rodzą się z pychy i chciwości, rodziców chrzestnych ludzkich

nieszczęść. Jeszcze dziś miałam to odczuć na własnej skórze.

Zmierzch zapadał szybko. Graf galopem pokonał ostatni kawałek

piaszczystej drogi i zwolnił przed skrętem do lasu. Pokryty

potem i kurzem prychał i rzucał głową, uradowany, że zbliżamy

się do stajni, gdzie czekała miarka owsa i pachnące siano. Ściągnęłam wodze i lekkim uciskiem popchnęłam go do wydłużonego stępa. W takich chwilach, po wysiłku, myśli wydawały się jasne

i klarowne.

Od rana towarzyszyło mi przeczucie nadchodzącej zmiany, po

raz pierwszy od siedmiu lat. Dość samotnego życia, dość poświęcania

się wychowaniu siedemnastoletniej córki, dla której w żadnej

dziedzinie nie byłam już autorytetem – bezradna trzydziestosiedmiolatka,

nieumiejąca nawiązać stałej relacji z nikim poza swoim

koniem.

– Mężczyzn się nie ujeżdża, mamo – mówiła moja Marysia,

z westchnieniem przewracając oczami, kiedy informowałam ją, że

pan A, B czy C nie będzie nas więcej odwiedzać; nie ten chód, nie

ta krew i za słaby na przeszkodach.

Koniec ze starymi lękami, od dziś zaczynam nowe życie. Przestanę

malować portrety na zamówienie, zacznę żyć jak wolna artystka.

Znajdę prawdziwego mężczyznę. I przeniosę się do starej

chałupy na Mazury.

Z tymi postanowieniami ścisnęłam znów boki konia. Kłusem

pokonaliśmy ostatnie metry drogi przez las. W półmroku zamajaczyła

uchylona brama drewnianego ogrodzenia. Było pusto i cicho,

latarnie nad drzwiami trzech stajni słabo oświetlały dziedziniec,

w głębi ciemniał wielki dach maneżu. Na parkingu stały dwa samochody,

moja wysłużona toyota i terenowe bmw. Graf popchnął

szeroką piersią bramę, wyciągnął mi wodze z dłoni, opuścił łeb

i wolno stąpając, skierował się do stajni. W smudze światła padającej

na dziedziniec poruszały się cienie kilku osób.

Zeskoczyłam z siodła. Podkowy zastukały na betonie, cicho

zgrzytnęły odsuwane drzwi, Graf wszedł do boksu. Zdjęłam siodło

i uprząż, we wnętrzu dłoni poczułam grube wargi, delikatnie wyjadające

kostki cukru, wyszeptałam miłosne deklaracje do włochatego

ucha. Po kilku minutach wyszczotkowany, błyszczący koń

chrzęścił w zębach owsem. Odwrócił głowę i popatrzył na mnie

dużymi myślącymi oczami, które mówiły: zostań ze mną. Idąc

w stronę wyjścia, już tęskniłam za nim.

Kiedy odkładałam siodło i uprząż w siodlarni, dotarły do mnie

głosy kilku mężczyzn. Ich sylwetki rysowały się w świetle słabej

lampy, na końcu stajni. Głosy były gniewnie uniesione, potem

trochę ucichły, być może na mój widok. Kłócą się, pewnie jak

zwykle o pieniądze – pomyślałam.

Wyszłam ze stajni, wsiadłam do toyoty i po czwartej próbie

odpaliłam silnik. Co za głupi wynalazek, samochód – nie lepiej

nam było w towarzystwie wspaniałych koni, przez tysiące lat? Nacisnęłam

pedał gazu i ruszyłam w stronę lasu.

Wypadki następnych kilkunastu minut wymazały z mej pa-

mięci szok i amnezja. Kiedy przypomniałam je sobie dużo później,

nadal wydawały się złym snem.

Przesuwające się w świetle reflektorów drzewa niechętne

ustępowały na boki, powolna jazda przez ciemny las i przyjemne

zmęczenie powodowały senność. Ocknęłam się nagle z myślą, że

o czymś zapomniałam. Nadepnęłam na pedał hamulca i sięgnęłam

dłonią w bok. Oczywiście nie było torebki! Idiotka, zostawiłam

ją na gwoździu, w boksie Grafa! Z dokumentami, kartami bankowymi

i telefonem. Musiałam być naprawdę rozkojarzona.

Wrzuciłam wsteczny i otrzeźwiona złością na siebie ruszyłam

krętą drogą między drzewami. Zahamowałam przed zamkniętą

bramą. Światło w stajni nadal się paliło, ale stróżówka obok bramy

była ciemna. Stróż o tej porze robił obchód terenu – miałam nadzieję,

że nie z dwoma brytanami, które uwielbiały mnie straszyć.

Przecisnęłam się między żerdziami bramy, ruszyłam w stronę

stajni. Parę koni zatupało niespokojnie i parsknęło na mój widok.

Mruknęłam do nich uspokajająco, podeszłam do boksu Grafa. Torebki

nie było na gwoździu. Koń odwrócił się od żłobu i przeżuwając

siano, podszedł w moją stronę. Parsknął cicho, zadowolony,

że wróciłam. Przysięgłabym, że z lekką kpiną.

– Jesteś obrzydliwcem, wiesz? – szepnęłam odsuwając drzwi

boksu. Miałam nadzieję, że nie podeptał torebki.

– Posuń się, cielaku, jeśli chcesz żyć! – popchnęłam Grafa

i z ulgą stwierdziłam, że torebka była cała. Leżała pod drewnianą

ścianą, umazana w końskiej kupie.

– Musiałeś na nią narobić, złośliwy, wstrętny mule? – zapytałam,

wycierając torebkę słomą i całując zaciekawiony pysk.

Z końca stajni dobiegły rozdrażnione męskie głosy.

– Nie taka była umowa! – zawołał pierwszy.

– Płać albo zdechnie!

– Powiedz mu, żeby się nie wpierdalał! – krzyknął drugi.

– Zejdź mi z drogi, debilu! – szczeknął pierwszy.

– Dobranoc, książę, nie gniewam się. Do zobaczenia pojutrze –

szepnęłam do Grafa, wychodząc z boksu.

Chciałam oddalić się niezauważona. Agresywne głosy kłócących

się mężczyzn odbijały się od ścian, mówili teraz wszyscy

naraz. Wykorzystałam hałas i powoli zasunęłam zgrzytające drzwi

boksu. Graf na pożegnanie dotknął pyskiem mojej dłoni.

Huk, który rozległ się w następnej sekundzie, przerwał ciszę

tak nagle i donośnie, że serce zatrzymało mi się na długą chwilę

wraz z oddechem. Konie rzuciły się jak oszalałe. Graf stanął dęba,

z rozdętymi chrapami i wytrzeszczonymi oczami.

Poczułam uderzenie pulsu w skroniach, nabrałam powietrza

i odwróciłam się. Jeden z mężczyzn pędził w moją stronę. Biegł

pochylony, zygzakiem. Za nim w światło lampy wszedł barczysty

osobnik w czerwonej kurtce i uniósł dłoń z jakimś przedmiotem.

Przedmiot plunął ogniem, kolejny huk przetoczył się przez stajnię,

w słup obok głowy uderzyło coś z trzaskiem, odłamana drzazga

trafiła mnie w skroń. Nie mogłam się ruszyć, choć mózg krzyczał:

„Zwiewaj, idiotko, na co czekasz?!”.

Film zwolnił, akcja trwała wieczność. Biegnący był o kilka

metrów, miał gęste blond włosy, zaklejone taśmą usta i związane

z tyłu ręce. Patrzył na mnie szeroko otwartymi niebieskimi oczami,

ze zdumieniem i przerażeniem. Barczysty w czerwonej kurtce znów

podniósł dłoń, celował spokojnie, jak na strzelnicy. Przymrużyłam

oczy, żeby nie zobaczyć trafiającej mnie kuli. W tym momencie

na barczystego z pistoletem wpadł z boku następny typ. Zwalili się

obaj na betonową podłogę zwarci we wściekłych zapasach.

Uciekający potknął się, upadł i zatrzymał przede mną. Patrzył

błagalnie, próbował coś powiedzieć przez taśmę na ustach. Na

końcu stajni trzeci mężczyzna uniósł widły i z rozmachem dźgnął

w plecy czerwonej kurtki. Dźgnięty zawył nieludzkim głosem,

puścił przeciwnika, odwrócił się i wycelował broń. Nie zdążył

strzelić, dźgnięty w brzuch rozciągnął się na betonie, charcząc

konwulsyjnie. Ogarnęły mnie mdłości, równie silne jak strach.

Odwróciłam się i puściłam pędem do wyjścia, z nadzieją, że mordujące

się zbiry nie zwrócą na mnie uwagi.

 

– Stój, kurwa! – wyprowadził mnie z błędu głośny wrzask.

W kilka sekund byłam przy drzwiach. Wybiegając ze stajni,

rzuciłam za siebie wzrokiem. Dwaj mężczyźni pędzili korytarzem

między boksami.

– Stój! – ryknął znów jeden z nich.

Jego kompan podniósł rękę z pistoletem. Błysnęło ogniem.

Huknęło w chwili, kiedy skręcałam za drzwi. Usłyszałam uderzenie

kuli w drewno. Blisko, bardzo blisko.

Pognałam jak na skrzydłach wybrukowanym dziedzińcem do

bramy. W głowie zabłysło pytanie: „Ile razy będę odpalać silnik

toyoty? Trzy, cztery, pięć?”. Może ani razu, przecież kule są szybsze.

Umysł zarejestrował dwa kudłate kształty, które wypadły z ciem-

ności za maneżem i zbliżały się błyskawicznie. Piętnaście, dziesięć,

pięć metrów do bramy. Brytany zaraz skoczą i zwalą mnie z nóg.

Gdzie jest stróż, czemu ich nie przywoła? Rzuciłam się na

brzuch, pod najniższą żerdzią ogrodzenia. Kątem oka dostrzegłam

wypadających ze stajni mężczyzn. Wyszczerzone kły sięgnęły do

moich ramion i nóg.

– Won! – wrzasnęłam ze wściekłością, kopiąc w stronę wielkich

łbów.

O dziwo, poskutkowało, brytany odskoczyły na parę sekund.

Dość czasu, żeby wciągnąć brzuch i przesunąć się pod żerdzią.

Mężczyźni byli coraz bliżej, wrzeszczeli i przeklinali. Psy podkuliły

ogony i zniknęły w ciemności. Dobre jesteście do ścigania bezbronnej

kobiety, pomyślałam z bezsilną złością.

Zerwałam się i dopadłam do samochodu. Wystrzał z pistoletu

zlał się z hukiem rozpadającej się przedniej szyby. Skuliłam się za

kierownicą i modląc się o cud, przekręciłam kluczyk. Silnik zawarczał

i zamilkł. Przekręciłam drugi raz, trzeci. Nie oglądałam

się, słyszałam krzyki, potem znów huk. Świsnęło blisko ucha, rozleciała

się boczna szyba.

Z boku zamajaczyła rozpędzona sylwetka, zobaczyłam uniesione

widły. W tym samym momencie zaskoczył silnik i toyota

ruszyła jak chart puszczony z uwięzi. Widły uderzyły, ostrza zahaczyły

o boczny słupek. Wdepnęłam gaz do końca, zaklinowane

widły szarpnęły napastnikiem. Przewrócił się i wywinął kozła,

przez ułamek sekundy zobaczyłam wykrzywioną wściekłością

twarz. Włączyłam reflektory i wjechałam do lasu, za szybko jak na

moje umiejętności. Z przerażeniem zobaczyłam w lusterku dwóch

mężczyzn biegnących do terenowego bmw. Za bramą stał stróż

z szalejącymi brytanami. Sukinsyn był z nimi w zmowie!

Toyota ślizgała się w skrętach na piasku jak po lodzie, z trudem

mieściłam się między migającymi drzewami. W skroniach łomotało,

powietrze wpadające przez wybite okno dławiło, z trudem

łapałam oddech. Lusterko zabłysło dalekim światłem – wiedziałam,

że jestem bez szans z terenowym wozem. Nie przebiegło mi przed

oczami całe życie, nic z tych rzeczy. Poczułam tylko żal i gniew.

– Niedoczekanie, bydlaki! – warknęłam.

Skręciłam znów z poślizgiem i lusterko zgasło na moment.

Kilka sekund na decyzję, od której zależało życie. Przed sobą zobaczyłam

przesmyk między brzozami. Zgasiłam światła, wyprostowałam

kierownicę i nacisnęłam pedał gazu. Auto przeskoczyło

przez koleiny, wpadło między białe pnie. Zgrzytnęła blacha, z trzaskiem

odpadły oba lusterka. Zdążyłam oprzeć się rękami na kierownicy.

Zobaczyłam zbliżający się cień potężnej sosny. Błysnęło

oślepiająco, zapadła ciemność. I cisza. Nie było mnie, nigdzie.

Wspaniałe uczucie.

 

***

 

Kilka kilometrów dalej bmw wyjechało z poślizgiem z leśnej

drogi na szosę i zahamowało. Z wozu wyskoczył krępy mężczyzna

po pięćdziesiątce, z pistoletem w ręku. Rozejrzał się w obie strony

i zaklął pod nosem. Szosa była idealnie ciemna, ani śladu po

uciekającej toyocie. Za kierownicą siedział człowiek o wyglądzie

boksera, który częściej bywał nokautowany niż nokautował. Przyciskiem

opuścił boczną szybę.

– Spokojnie, szefie – rzucił przez spłaszczony nos, zapalając papierosa

– Ustalimy, kto ona i… – Przesunął dłonią po gardle.

– Taki jesteś bystry? A jeśli popędzi na policję? Wracamy posprzątać!

– warknął krępy. Wsiadł do samochodu i sięgnął po telefon.

Wybrał numer, poczekał na połączenie.

– Tu Krüger. Mam problem, musiałem wyczyścić Wielkiego.

I jest wścibski nos do ucięcia, kobieta. Zajmę się nią. A ty jedź, na

co czekasz?! – szczeknął do kierowcy. Ze złością wyrwał mu papierosa

z ust i wyrzucił przez okno.

– Znajdź mi listę właścicieli koni – powiedział do telefonu

i wyłączył go. Oparł się o siedzenie i zamyślił z ponurą miną.

Bmw zawróciło na wąskiej drodze i ruszyło przez otwarte pola

w stronę lasu.

– Powiedz, Nokaut, dlaczego ludzie nie pozwolą włożyć sobie

do głowy prostych prawd? – zapytał po chwili Krüger . – Trzeba je

wbijać pięścią. Albo widłami.

Bokser pokiwał okrągłą głową i odparł z filozoficznym spokojem:

– Wiem tyle szefie, że nic nie wiem. Ludzie to ludzie, dopóki

żyją. Potem to już nie ludzie. Widziałem to nieraz.

Auto przyśpieszyło, zakołysało się na wybojach, światła reflektorów

błysnęły na pniach brzóz i zanurzyły się w czerń lasu.

 

W konstancińskich ogrodach i nad brzegami Jeziorki mieszkają

tajemnicze stwory. Nie są to ponure strzygi ani wiesiołki, mają

pogodny charaktery i żyją w zgodzie z ludźmi, ale bywają złośliwe.

Czasem wypędzą z zarośli stado dzików, wprost na przechodnia.

Nocami pohukują jak puszczyki, mrożąc dzieciom krew

w żyłach. Albo rzucają się w środku rzeczki z takim hałasem,

jakby ktoś wpadł w jej nurt. Mój dziadek twierdził, że przybyły

z wędrującymi Cyganami, których tabory zatrzymywały się pod

lasem na obrzeżach Konstancina. Kiedy ojciec był mały, dziadek

zabierał go wieczorami do cygańskich obozowisk. Siadali przy

ogniskach i słuchali opowieści z egzotycznych krajów, a z ciem-

ności na ojca patrzyły dziwne oczy i poruszały się tajemnicze

cienie.

Cyganie odjechali i więcej nie wrócili, ale stwory z ich opowieści

upodobały sobie Konstancin. Odziedziczyłam chyba po

ojcu skłonność do patrzenia inaczej na świat, bowiem często zdarzało

mi się je widzieć.

Dwa takie stwory wyłoniły się z mgły mojego niebytu. Machały

łapami i zaglądały zielonymi ślepiami do oczu. Powoli przywracały

mnie do życia. Kiedy zobaczyły, że odzyskuję przytomność, zadowolone

zakręciły się w takt Eine kleine Nachtmusik Mozarta

i zniknęły.

Ludzi sukcesu poznaje się po tym, że nie odbierają telefonów.

U mnie działał odruch artystki, która nieustannie szuka

zleceń i pędzi na każde wezwanie. Podniosłam głowę i otworzyłam

oczy. Las dokoła był ciemny, zniekształcony w moim

telefonie Amadeusz wiercił dziurę w obolałym mózgu. Nie pamiętałam,

co się wydarzyło. Przeczuwałam, że coś mi grozi, ale

nie wiedziałam co. Muszę zmienić dzwonek w telefonie, z szacunku

dla Mozarta.

Powoli dotarło do mnie, że siedzę w ciemnym samochodzie,

przed grubym pniem sosny. Aha… Wpadłam do lasu i rozbiłam

się. Pięknie.

Telefon grał i świecił dwa metry w bok od samochodu. Nieźle

musiałam walnąć w tę sosnę. Dotknęłam czoła i poczułam wilgoć

na dłoni. Miałam nadzieję, że to krew, a nie mózg. Rozbiegane

myśli dowodziły, że mogłam się mylić. Drzwi były otwarte, zrobiłam

ruch w stronę telefonu i wylądowałam twarzą na miękkim

mchu.

– Powoli, zostaw telefon. W tym stanie nie przyjmiesz zamówienia

na portret – skarciłam się półgłosem.

Mozart posłuchał mnie i zamilkł. Usiadłam na mchu i rozejrzałam

się. Przód toyoty był wbity w drzewo i krótszy o pół metra.

Jakim cudem wyjechałam z leśnej drogi, którą jeździłam setki

razy? Z taką szybkością. Nikt nie pędził po tych wybojach, jeśli

był trzeźwy. Nie przesadzałam z alkoholem, a marihuanę paliłam

ostatni raz piętnaście lat temu. Poza tym, po konopiach jeździ się

wolno, bo świat przyśpiesza.

Dźwignęłam się z trudem na kolana i w tej pozycji dotarłam

do telefonu. Natknęłam się na torebkę, obok leżały porozrzucane

dokumenty i kosmetyki. Na ekranie wyświetlił się Rafał, mój

brat. Nie nadawałam się do rozmowy. Pozbierałam do torebki

wszystko, co z niej wyleciało, podniosłam się i od razu usiadłam.

Mocno kręciło mi się w głowie. Odczekałam kilka minut, potem

znów spróbowałam wstać. Ostrożnie, krok po kroku ruszyłam

w stronę jaśniejącej w półmroku drogi. W obolałej głowie pojawił

się lęk. Czułam że grozi mi niebezpieczeństwo, nie miałam

pojęcia jakie.

Rozsunęłam gałęzie drzew i wyszłam na drogę. Znajdowałam

się w połowie trasy między stajnią a szosą. Jeździłam dziś konno?

Może spadłam z Grafa i półprzytomna wsiadłam za kierownicę?

To niemożliwe, Graf nigdy by mnie nie zrzucił.

Zza chmury wyszedł księżyc w pełni, srebrne światło wypełniło

las. Było cicho i pięknie. Prawie doskonale, gdyby nie pulsująca

głowa. I podświadomy lęk. Oraz to, że musiałam dotrzeć pieszo

do miasta, a nie dałabym rady przejść stu metrów. Może wrócić do

stajni i poprosić stróża, żeby zadzwonił po pomoc?

 

 

Tylko nie stajnia! – błysnęło w głowie.

Czekałam chwilę na wyjaśnienie, ale nie nadeszło. No dobrze,

nie pójdę do stajni, zadzwonię po Rafała. Wyciągnęłam z torebki

telefon. Między drzewami mignęły światła zbliżającego się samochodu.

Intuicja mówiła: „Uciekaj!”. Wycofałam się szybko, zaczepiłam

piętą o sterczący korzeń i upadłam na plecy. Zahuczało, las,

niebo i księżyc zawirowały i zaczęły odpływać.

 

***

Księżyc powoli wrócił z niebytu, stawał się coraz większy,

w końcu przestraszyłam się, że zderzymy się i otworzyłam oczy.

Nad głową paliła się zimnym światłem neonowa lampa. Na jej tle

rysowała się zatroskana twarz Rafała oraz zaciekawione twarze

moich przyjaciółek, Neny i Sandry. Obok siedział gruby mężczyzna

w białym kitlu i ściskał mnie boleśnie za ramię.

– Au… – jęknęłam. – Chwileczkę – mruknął grubas i z sykiem

wypuścił powietrze. Zdziwiłam się, że potrafi mówić i syczeć jednocześnie.

Po chwili zrozumiałam, że używał aparatu do badania

ciśnienia.

– Będzie pani żyła, długo i szczęśliwie – oświadczył, odwijając

z mojego ramienia pas z materiału.

Nie pan pisze tę bajkę – pomyślałam, przenosząc wzrok z grubego

lekarza na brata i przyjaciółki.

Nieoceniony Rafał szukał mnie pół nocy, zawiadomił policję,

obdzwonił wszystkich znajomych. W końcu wybrał się do klubu

jeździeckiego i o mało nie wjechał na moje wystające z lasu nogi.

Nena i Sandra zmusiły go, żeby powiedział, do jakiego szpitala

mnie wiezie. Kierowało nimi współczucie? Na pewno. Ale przede

wszystkim ciekawość.

Nena próbowała pod łagodnym uśmiechem ukryć podniecenie.

Kochała stany ekscytacji wywołanej zagrożeniem; pod warunkiem,

że nie dotyczyło jej samej ani nikogo z jej rodziny. Ludzie

przerażali Nenę, dawno temu zrezygnowała ze zrozumienia ich

czynów i charakterów. W jej świecie wszyscy byli cudowni i sympatyczni,

bo tylko w ten sposób mogła poradzić sobie ze swoim

lękiem.

Poważna twarz Sandry wyrażała skupienie osoby, która wie

więcej. Według Sandry dramatyczne wypadki były wynikiem zaburzeń

energii, osobistej lub kosmicznej. Albo karmy. Sandra obserwowała

mnie jak entomolog okaz motyla. Domyśliłam się, że po

powrocie do domu skontaktuje się ze swoim koreańskim mistrzem

Kim Sungiem, żeby odnaleźć metafizyczne korzenie mojego wypadku.

Powoli wracałam do rzeczywistości i poczułam niepokój.

Mój brat był urodzonym wojownikiem i dobrym dziennikarzem

śledczym. Zbyt często pisał, co myślał, na skutek czego

wciąż musiał zmieniać pracę. Jego żona nie wytrzymała stresu, zażądała

separacji i tak zamieszkał ze mną w Konstancinie, w domu

odziedziczonym pod dziadkach. Dzisiejszej nocy porządnie wystraszyłam

Rafała; przyjemnie jest przekonać się, że bliskim zależy

na nas. Teraz zajął miejsce lekarza i położył mi dłoń na ramieniu.

– Dobrze się czujesz? Powiedz, co się stało? – poprosił Rafał.

Gruby lekarz westchnął zniecierpliwiony.

– Nalegam, żeby odłożyć to na później.

To ja najbardziej potrzebowałam wyjaśnienia.

– Zjechałam z drogi i wpadłam na drzewo? – zapytałam.

– Policjanci ustalili, że pędziłaś osiemdziesiąt na godzinę

po polnej drodze w lesie – powiedział Rafał. – Planujesz starty

w rajdach?

– Nie wiem braciszku, nie pamiętam. Niczego nie pamiętam.

To była niestety prawda. Wiedziałam tylko, że wróciłam

z Grafem do stajni. Nie miałam bladego pojęcia, dlaczego tak

szybko jechałam.

– Pamięć rejestruje wszystko, Ewcia – oświadczyła Sandra. –

Trzeba poddać cię głębokiej hipnozie, żeby uruchomić twoją ektoplazmę.

– Z zadowoleniem sięgnęła do torebki. – Ściągnę tu Kim

Sunga.

Lekarz z trudem panował nad irytacją.

– Pani Ewa przeszła wstrząs mózgu i każde zakłócenie równowagi

stanowi zagrożenie. Doceniam hipnozę pana Kim Ir Sena,

ale nie pozwolę na żadne ryzyko. Proszę ją zostawić w spokoju.

Potężnymi ramionami zagarnął całą trójkę i popchnął

brzuchem w stronę drzwi.

– Zadzwoń, gdybyś czegoś potrzebowała – rzucił brat.

– Co z Grafem? – zapytałam.

– Nie martw się, twój ukochany stoi w stajni.

– A toyota?

Lekarz przymknął drzwi, z korytarza dobiegł głos Rafała:

– Mechanik obiecał, że zrobi z niej cinquecento. Będzie dobrze.

Kochany Rafał, wszystkim się zajął. Przymknęłam oczy i usłyszałam

oddalone głosy Sandry i Neny:

– Ewka ma blokadę pamięci… Jak ludzie, którzy spotkali kosmitów

– powiedziała Sandra.

– No co ty! Przestań, Sandra! Niesamowite! – Nena nadal była

podniecona.

Moje przyjaciółki będą miały o czym mówić przez kilka dni,

myślałam leniwie zapadając w głęboki sen.

Znalazłam się znów w stajni, z Grafem. Musiałam uciekać,

strach dławił za gardło, uszy wypełniał huk wystrzałów. Światła

migały w tylnym lusterku, z hukiem rozpadła się szyba toyoty. Reflektory

wyłowiły zbliżający się błyskawicznie pień sosny. Niski

męski głos oświadczył: „Trzeba uciąć wścibski nos!”.

I zapadła ciemność.

 

 

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ