Powieść obyczajowa
Na chwilę, na zawsze
24,99
KUP TERAZ

Na chwilę, na zawsze

brak opinii
ISBN: 9788327607256
Premiera: 2014-09-10

Jak być kochaną

Lee poznała Gilles’a kilka lat temu, ale burzliwa znajomość zakończyła się fatalnym nieporozumieniem. Gdy spotykają się znowu w jego posiadłości we Francji, Gilles szantażem zmusza ją, by za niego wyszła. Zamierza w ten sposób pozbyć się innej kochanki, która za wszelką cenę chce go poślubić. Lee wie, że jej małżeństwo jest tylko tymczasowym układem. Jednak szybko uświadamia sobie, że kocha Gilles’a i zrobi wszystko, by ich związek okazał się trwały i szczęśliwy.

 

Mężczyzna na weekend

Kelly po wielu namowach przyjmuje zaproszenie przyjaciółki, by spędzić weekend w jej domu na wsi. Musi jednak pojechać tam z partnerem. Od dawna jest samotna, więc postanawia skorzystać z usług agencji towarzyskiej. Nie zdaje sobie sprawy, że ta decyzja pociągnie za sobą nieoczekiwane komplikacje…

 

Penny Jordan

Zanim Penny Jordan zaczęła pisać, uwielbiała opowiadać swojej młodszej siostrze bajki na dobranoc. Każdego dnia inną, każdego dnia z siostrą w roli głównej. Miłość do romansów i pisanie przyszła później.

Jordan chce, by jej czytelnicy odczuwali przyjemność z lektury. Wierzy w potęgę miłości i szczęście, jakie ze sobą niesie. Pisze w domu, w kuchni, otoczona swoimi czterema psami i dwoma kotami. Lubi też słuchać uwag swojej rodziny i bardzo często je uwzględnia.

Nie mogła skupić się na pracy, bo rozmyślała o weekendzie. Trochę obawiała się zachowania Jeremy'ego. Czy nie wytnie jakiegoś głupiego numeru? Na przykład, czy nie planuje zaskoczyć jej w sypialni? Już raz coś takiego przeżyła; nie był to Jeremy, ale inny żonaty facet, który koniecznie chciał ją uszczęśliwić w łóżku. Hm, mogłaby nie przyjąć zaproszenia, jakoś się wykręcić, ale żal jej było Sue. Biednej, kochanej Sue, która straciła dziecko, zanim się jeszcze narodziło.

Przez cały dzień zamartwiała się wizytą, na którą nie miała ochoty. Biuro opuściła spięta i zmęczona.

Zjeżdżała schodami ruchomymi do stacji metra, kiedy nagle spostrzegła ogłoszenie: "Nie chcesz iść sama na spotkanie czy przyjęcie? Przydałaby ci się osoba towarzysząca? Zadzwoń. Podeślemy ci mężczyznę lub kobietę, którzy dotrzymają ci towarzystwa''.

Ciekawa była, kim są klienci takiej agencji. I kim owi mężczyźni i kobiety, których można wynająć do towarzystwa. Boże, chyba oszalałam! - pomyślała, kierując się pośpiesznie w stronę peronu. Przecież nie skorzystam z usług agencji towarzyskiej!

A właściwie dlaczego nie? Gdyby zjawiła się z mężczyzną, przynajmniej Jeremy dałby jej spokój, a wyjazd z obcym człowiekiem pociągałby za sobą mniej komplikacji niż wyjazd ze znajomym. Miała sporo kolegów, ale każdy, którego poprosiłaby o taką przysługę, liczyłby skrycie na coś więcej.

Przez cały wieczór rozważała różne za i przeciw, na zmianę zapalając się do pomysłu "narzeczonego'' na weekend, i go odrzucając. To było idiotyczne rozwiązanie, całkiem niedorzeczne, a z drugiej strony - idealne. Co jej szkodzi wybrać się do agencji, zadać parę pytań i na miejscu podjąć decyzję?

Wyciągnęła książkę telefoniczną i sprawdziła adres. Ku jej zdumieniu agencja mieściła się w dobrej dzielnicy, w nowym biurowcu, który świetnie znała. Nawet chciała wynająć w nim powierzchnię na biuro, ale potem przyjęła ofertę firmy ubezpieczeniowej, która zaproponowała jej doskonałe warunki finansowe. Przygryzła wargę i ponownie zaczęła rozważać swoje opcje. Może pojechać na wieś do Sue sama i znosić nachalne zaczepki Jeremy'ego albo może udać się do agencji i skorzystać z jej usług...

Tłumaczyła sobie, że to takie proste, usługa jak każda inna. Więc dlaczego się waha? Dlaczego ma tyle wątpliwości? Bo płacenie za towarzystwo mężczyzny podważa jej wiarę we własną kobiecość? Bo fakt, że musi płacić za coś, co inne kobiety mają za darmo, godzi w jej dumę? No i co z tego? Przecież nikt nie musi o niczym wiedzieć. Chyba warto schować dumę do kieszeni, by zaoszczędzić sobie wstydu, a przyjaciółce bólu i upokorzenia?

Tak się akurat złożyło, że nazajutrz miała spotkanie na ulicy, przy której mieściła się agencja. Wyszła z eleganckiego, oszklonego gmachu, szczęśliwa, że udało jej się pozyskać zlecenie od ważnych klientów. Podbudowana sukcesem, energicznym krokiem przeszła przez jezdnię i wkroczyła do marmurowego holu budynku naprzeciwko. Na dole nie było żadnej recepcji, wisiała natomiast tablica z nazwami firm wynajmującymi lokale.

Agencja, o którą jej chodziło, znajdowała się na trzecim piętrze. Kelly wcisnęła przycisk windy. Nerwowym ruchem wygładziła spódnicę, po czym obciągnęła żakiet. Wolała klasyczny styl, ale Maisie, jej asystentka, przekonała ją, że na dzisiejsze spotkanie powinna włożyć coś weselszego. Miała na sobie fioletową aksamitną spódnicę do kolan i lekko staroświecki w kroju żakiet przeszywany złotą nitką, gładki pod szyją, z bufiastymi rękawami. Całości dopełniała kremowa bluzka z jedwabiu oraz zawiązana na szyi fioletowa aksamitna tasiemka.

Jakoś w tym stroju nie wyglądała na twardą kobietę interesu; nawet nie pomagały włosy upięte w kok. Coraz bardziej spięta wsiadła do windy. W drodze na trzecie piętro bawiła się nerwowo perłowymi kolczykami.

Wejścia do agencji nie sposób było przeoczyć. Otwarte drzwi prowadziły do przestronnego pomieszczenia. Przy biurku stał pochylony mężczyzna.

Kelly zapukała, po czym weszła do środka. Mężczyzna wyprostował się i obrócił przodem. Przez moment bez słowa mierzył ją wzrokiem.

- Najmocniej panią przepraszam - powiedział głosem, który brzmiał jak męskie głosy w reklamach telewizyjnych, czyli, zdaniem Kelly, nieszczerze.

- Niech mnie pan nie obraża - rzekła gniewnie. - Wystarczy, że już raz pan to zrobił.

- Kiedy, jeśli wolno spytać?

Głos się nie zmienił, pozostał niski i zmysłowy, ale pojawiła się w nim lekka nuta irytacji.

- Przed chwilą. Mierząc mnie wzrokiem od góry do dołu, jakbym była rzeczą w sklepie, a pan zastanawiał się, czy ją kupić, czy nie - odparła cierpko. - Po raz drugi obraził mnie pan nieszczerymi przeprosinami.

- Nie przepraszałem za patrzenie - oznajmił mężczyzna - lecz za to, że wprawiłem panią w zakłopotanie.

- Słucham? - Otworzyła szeroko oczy. Naprawdę sądził, że czuła się zakłopotana jego spojrzeniem? - Nie jestem zakłopotana. Jestem zła. Ciekawe, czy mężczyznom by się podobało, gdyby kobiety gapiły się na nich jak...

- Jak na towar w sklepie? - dokończył ironicznym tonem. - Czy można wiedzieć, co panią tu sprowadza, panno...

- Pani - poprawiła go. - Pani Langdon. - Zauważyła, że zerknął na jej lewą rękę, jakby szukając tam potwierdzenia. - Przyszłam tu z jednego prostego powodu. Chciałabym skorzystać z usług agencji.

Jeszcze kwadrans temu faktycznie tak było, ale teraz, po spotkaniu z tym aroganckim przedstawicielem rodzaju męskiego, znów naszły ją wątpliwości.

- Agencji? - Zmarszczywszy czoło, zaczął bębnić palcami o blat biurka. - Chodzi pani o agencję towarzyską?

- A jest tu jakaś inna? - warknęła Kelly, coraz bardziej zniecierpliwiona. Czy musi ją tak świdrować wzrokiem?

Prawdę mówiąc, różnił się od mężczyzn, z którymi stykała się w ciągu ostatnich paru lat. Ci, wiedząc, jaką opinią cieszy się w branży reklamowej oraz jakim majątkiem dysponuje, na ogół zachowywali się wobec niej uniżenie lub z szacunkiem; czasem próbowali z nią flirtować, ale nigdy, przenigdy nie traktowali jej z takim chłodnym lekceważeniem jak ten człowiek, który swoimi szarymi oczami zdawał się rozbierać ją na kawałki, a każdy kawałek dokładnie badać.

Przyjrzała mu się uważnie. Miał ciemne włosy opadające na kołnierz; stanowczo za długie jak na jej gust, ale pewnie niektórym kobietom to nie przeszkadza. Podejrzewała, że wiele jej koleżanek mogłoby go uznać za całkiem atrakcyjnego. Jeśli o nią chodzi, jest zbyt przystojny. Przypominał modeli występujących w reklamach ekskluzywnych samochodów i koniaków. W jej oczach pojawił się wyraz ledwo skrywanej pogardy.

- Hm, nie można mieć zastrzeżeń do pani wyglądu... - rzekł mężczyzna. - Ale pani zachowanie... Cóż, wydaje mi się, że nie bardzo potrafi pani zjednywać sympatię ludzi. Jeżeli szuka pani pracy, proponowałbym...

- Jeżeli szukam pracy? - przerwała mu, nie posiadając się ze złości. - Nie przyszłam tu, żeby się zatrudnić! Przyszłam, żeby wynająć mężczyznę na weekend!

- Mężczyznę na weekend? - Szybko ukrył zdumienie, jakie odmalowało się na jego twarzy. - Rozumiem. A do czego konkretnie potrzebuje pani tego mężczyzny, pani Langdon? - spytał, siadając w skórzanym fotelu przy biurku i wydobywając z szuflady notes. - Powinna pani wiedzieć, że ta agencja cieszy się doskonałą opinią i nie świadczy wszelkiego rodzaju usług...

Kelly wciągnęła z sykiem powietrze. Mężczyzna podniósł głowę i napotkał jej gniewne spojrzenie.

- Przecież jest pani zamężna...

- Jestem wdową - oznajmiła przez zęby. - Chciałabym rozmawiać z właścicielem agencji.

- Ależ proszę bardzo - zgodził się mężczyzna z uprzedzającą grzecznością. - Tylko że będzie to możliwe dopiero w przyszłym tygodniu. Obecnie przebywa na urlopie.

W przyszłym tygodniu? Psiakrew! To dla niej za późno.

- Może jednak zdradzi mi pani, co ten wynajęty mężczyzna miałby robić? Towarzyszyć pani na jakimś oficjalnym przyjęciu?

- Niezupełnie - odparła z wahaniem. Nie rozumiała, dlaczego czuje wewnętrzny opór przed wyjawieniem prawdy temu irytującemu człowiekowi.

- Czyli nie chodzi o oficjalną uroczystość. A zatem?

Sięgnął po coś, co wyglądało jak formularz, który się wypełnia, zamawiając towar lub usługę, i pochylił się nad nim z długopisem w dłoni. Mimo woli Kelly spojrzała z podziwem na włosy mężczyzny: ciemne, gęste, lśniące. Na miłość boską, co jej strzeliło do głowy, by tu przyjść? Kusiło ją, żeby wziąć nogi za pas, ale było jej głupio. Chociaż mężczyzna wpatrywał się w nią z uprzejmym zainteresowaniem, miała wrażenie, że z trudem zachowuje powagę. A niech się śmieje, pomyślała, co ją to obchodzi?

Zebrawszy się na odwagę, opowiedziała mu pokrótce o zaproszeniu na weekend.

- Rozumiem - rzekł, gdy umilkła. - Chce pani wynająć kogoś, kto by towarzyszył pani podczas wizyty u przyjaciółki. Przyjaciółka jest mężatką, więc bylibyście w trójkę, a pani uważa, że na dłuższą metę taki układ może być trochę krępujący?

Kelly skinęła głową.

- A nie ma pani żadnych kolegów czy znajomych, których mogłaby prosić o taką przysługę?

- Sue... to znaczy moja przyjaciółka od dawna próbuje mnie wyswatać - odparła Kelly, zresztą zgodnie z prawdą. - Dlatego wolę pojechać z obcym człowiekiem. Żeby uniknąć późniejszych komplikacji.

- Rozumiem - powtórzył mężczyzna, chociaż wyraz jego twarzy świadczył o czymś wręcz przeciwnym.

Jednakże po kolejnym pytaniu Kelly uzmysłowiła sobie, że nie doceniła przenikliwości swojego rozmówcy.

- Czy ten mężczyzna, którego pani chce wynająć, nie miałby przypadkiem odgrywać roli... ochroniarza?

- Ochroniarza? Ależ skąd. - Napotkała jego wzrok. - Proszę pana, jeżeli z jakiegoś powodu nie chce pan przyjąć mojego zlecenia, wystarczy to powiedzieć.

Powoli zaczynała tracić cierpliwość. Czuła, jak zalewa ją fala złości. Od lat żaden mężczyzna nie wzbudził w niej tak silnej niechęci. Zwłaszcza drażniła ją zwierzęca zmysłowość, jaką promieniował.

- Nie w tym rzecz, że nie chcę przyjąć. Po prostu usiłuję się dowiedzieć, na co dokładnie pani liczy. Bo czasem zdarza się, że nawet taka renomowana agencja jak nasza nie może sprostać wymaganiom klienta...

Starannie dobierał słowa, aby przypadkiem jej nie urazić. Kiedy uświadomiła sobie, co on ma na myśli, zrobiła się czerwona jak burak.

- Wymaganiom? Mam tylko jedno. Żeby wasz pracownik towarzyszył mi podczas weekendu - oznajmiła krótko. - Niczego więcej nie oczekuję.

- W takim razie, pani Langdon, na pewno dojdziemy do porozumienia.

Chłodnym tonem udzieliła odpowiedzi na zadane chwilę później pytania. Dostrzegła zdumienie na twarzy mężczyzny, kiedy usłyszał jej adres. Przypuszczalnie wpłynie to na cenę usługi, pomyślała cynicznie.

- Czy będzie potrzebny samochód?

- Mam własny - odrzekła. - To co? Mogę liczyć, że agencja przyśle mi odpowiedniego człowieka?

Czuła wstręt do samej siebie, ale zaszła za daleko, aby się teraz wycofać. Ignorując własne zakłopotanie i złość, która coraz bardziej ją przepełniała, wyniosłym wzrokiem przeszyła swego rozmówcę.

Przez moment obserwował ją w milczeniu.

- Bardzo pani na tym zależy?

Kusiło ją, by powiedzieć: "Nie, wcale'', po czym odwrócić się na pięcie i czym prędzej wyjść. Zamiast tego ochrypłym głosem przyznała, że owszem, bardzo.

- Tak myślałem. - Szare oczy zdawały się przenikać ją na wylot. - Dobrze. Więc o której ma się u pani zjawić nasz pracownik?

Wymieniła godzinę i dziesięć minut później z niewysłowioną ulgą opuściła budynek. Szczęśliwa, że wszystko ma już za sobą, wyszła na ulicę i wzięła kilka głębokich oddechów. Rany boskie, co się z nią dzieje? Wielokrotnie stawała twarzą w twarz z przedstawicielami rad nadzorczych i nie czuła żadnego lęku czy niepokoju. Dlaczego więc rozmowa z jednym człowiekiem doprowadziła ją do takiego stanu, że trzęsie się jak w febrze?

Wróciła do biura, ale do końca dnia nie potrafiła się na niczym skupić. Po południu uprzedziła asystentkę, że zamierza na weekend wyjechać z miasta.

- Świetnie - ucieszyła się Maisie. - Ale weź jeszcze ze dwa dni wolnego. Należy ci się trochę dłuższy odpoczynek. Połaź po sklepach, kup sobie kieckę.

- Mam dosyć ubrań - stwierdziła Kelly, ale jednak wyszła z pracy wcześniej niż zazwyczaj i jakimś dziwnym trafem znalazła się na Knightsbridge, gdzie było mnóstwo przeróżnych butików.

Nie mogła oprzeć się pokusie. Tyle lat nie chodziła po sklepach! Nagle wpadła jej w oko sukienka wisząca na jednym z wieszaków. Prosta, skromna, z satyny, w soczystym różowym odcieniu, sygnowana przez Calvina Kleina.

Nawet nie spostrzegła się, kiedy stała w przymierzalni, zdejmując fioletowy kostium. Nowa sukienka miała przeraźliwie głęboki dekolt, długie wąskie rękawy, fantazyjne wiązanie w pasie, w dodatku opinała ciało niczym druga skóra, kosztowała majątek i była zupełnie nie w jej stylu. Powtarzając sobie w myśli, że zwariowała i że nie jest to odpowiedni strój na spokojny weekend na wsi, Kelly zdecydowanym krokiem ruszyła do kasy.

Zanim zdążyła ochłonąć po szaleństwie zakupów, zadzwonił telefon.

- Przyjeżdżasz, Kelly, prawda? - dopytywała się Sue. - Nie rozmyśliłaś się? Boże, nie mogę się doczekać, kiedy się zobaczymy. Jestem taka nieszczęśliwa!

Wyczuwając, że przyjaciółka zaraz się rozpłacze, szybko zaczęła ją zapewniać, że nic się nie zmieniło i na pewno w sobotę przyjedzie.

- Nawet nie wiesz, jak się cieszę! - zawołała Sue. - Jeremy też będzie zachwycony. Czasem mam wrażenie, że potwornie go nudzi moje towarzystwo. Odkąd poroniłam, na nic nie mam ochoty, chodzę z nosem na kwintę, a Jeremy... on uwielbia zadbane kobiety. - Na moment zamilkła. - Ty, Kelly, masz świetną pracę, cały świat leży u twoich stóp, a ja... ja czuję się taką nieudacznicą! Nawet ciąży nie potrafię donosić.

- Sue, nie wolno ci tak nawet myśleć! - oburzyła się Kelly.

- Wiem, to żałosne, ale co mam zrobić? Doskwiera mi samotność, obezwładnia strach... Dobrze, przestaję narzekać. Powiedz, o której możemy się ciebie spodziewać?

- Sue, ja... - Kelly zawahała się. - Nie będziesz miała nic przeciwko temu, jeżeli przyjadę ze znajomym?

W słuchawce nastała cisza, a po chwili rozległ się okrzyk radości.

- Jasne, że nie! Mów, Kelly! Jaki on jest? Jak wygląda? Umieram z ciekawości!

Kelly roześmiała się nerwowo.

- Nic ci nie będę mówić, już wkrótce sama go poznasz - rzekła. Bądź co bądź trudno opisywać człowieka, którego się na oczy nie widziało.

Informacja, że w życiu przyjaciółki pojawił się jakiś mężczyzna, z miejsca poprawiła Sue humor. Słuchając jej wesołego trajkotu, Kelly niemal miała wrażenie, że rozmawia z dawną Sue, tą sprzed lat. Pożegnawszy się, doszła do wniosku, że mimo drobnego uszczerbku na honorze, jednak podjęła słuszną decyzję. Modliła się w duchu, aby facet, którego agencja przyśle, okazał się w miarę atrakcyjny. Właściwie to powinna była poprosić o pokazanie fotografii i podanie paru szczegółów na jego temat. Ale czuła się skrępowana, w dodatku zezłościł ją ten przystojniak, który ciągle na nią łypał.

Sobotni ranek nastał stanowczo za szybko. O wpół do dziewiątej Kelly była ubrana i spakowana. Jej towarzysz miał się zjawić punktualnie o dziewiątej. Krążyła po mieszkaniu wystraszona i zdenerwowana; ostatni raz tak wielki niepokój czuła... hm, w dniu ślubu.

Ponownie przyjrzała się swemu odbiciu w lustrze. Miała na sobie ten sam fioletowy kostium co podczas wizyty w agencji, a na głowie wyszywany złotą nitką aksamitny toczek, który idealnie podkreślał staroświecki charakter stroju. Patrzyła na siebie krytycznym wzrokiem, gdy rozległ się dzwonek u drzwi.

Sprawdzając pośpiesznie, czy ma klucze, chwyciła torbę podróżną i ruszyła do holu. Energicznym ruchem otworzyła drzwi. Na widok mężczyzny niedbale opartego o ścianę wytrzeszczyła ze zdumienia oczy.

- To pan?

Uśmiechając się szeroko, wyjął jej z ręki walizkę, po czym schylił się po klucze, które upuściła na podłogę, i zamknął drzwi.

- Co pan tu robi? - spytała ostrym tonem, zła na siebie, że dała się tak zaskoczyć.

- Zależało pani na towarzystwie mężczyzny podczas wyjazdu do przyjaciół - przypomniał jej. - Więc jestem. - Wzruszywszy ramionami, spojrzał na zegarek. - To co, jedziemy? Lepiej będzie, jeśli ruszymy od razu; unikniemy porannych korków. Teraz drogi są prawie całkiem puste. To pani klucze? - Zdjąwszy z kółka dwa małe kluczyki, schował je do kieszeni, a pozostałe jej oddał.

 

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ