Powieść obyczajowa
W cieniu winorośli
24,99 zł
24,99
KUP TERAZ

W cieniu winorośli

Eileen Wilks, Kathie DeNosky
brak opinii
ISBN: 9788327607737
Premiera: 2014-07-16

Spencer Ashton nigdy nie dbał o swoje dzieci z kolejnych związków. Nic dziwnego, że oprócz nazwiska i pracy w rodzinnych winnicach łączy je nienawiść do ojca.   

Smak kalifornijskiego wina
Cole Ashton zarządza winnicą Louret w Kalifornii. Choć ich wina były wielokrotnie nagradzane, znają je tylko koneserzy. Cole zamierza sprawić, że staną się sławne. Chce zatrudnić artystę, który stworzy nowe logo firmy i namaluje portrety właścicieli. Ku jego zdumieniu siostra wybiera do tego zadania Dixie McCord, z którą Cole przed jedenastoma laty spędził najpiękniejsze lato w życiu…

Zielone winogrona     
Abigail Ashton przyjeżdża do winnicy Louret, żeby poznać rodzinę, o której istnieniu dowiedziała się niedawno. Wśród wielu osób, jakie tam spotyka, jest również Russ. Abigail od razu polubiła tego małomównego mężczyznę i spędza z nim coraz więcej czasu. Szybko okazuje się, że oprócz trudnego dzieciństwa i podobnych zainteresowań łączy ich coś jeszcze…

- Dixie? - Mercedes zatrzymała się w otwartych drzwiach i obejrzała przez ramię, marszcząc brwi. - Idziesz?
- Nie, dopóki nie powiesz mi, czemu jesteś taka zdenerwowana.
- Nie wiem, o czym mówisz.
- Wiesz, wiesz - stwierdziła Dixie. - O co chodzi? Czy Cole jest na ciebie zły, że wynajęłaś mnie do zrobienia ilustracji? - Na twarzy Mercedes dostrzegła poczucie winy. - On wie o mnie, prawda?
- Niezupełnie...
Dixie zamknęła oczy i przyłożyła dłoń do żołądka.
- Czy zostanę zwolniona, zanim zacznę?
- Nie może cię zwolnić - zapewniła ją Mercedes. - Podpisałyśmy umowę, a on i Eli dali mi pełne upoważnienie do zatrudnienia ciebie. To znaczy nie wiedzieli, że to masz być akurat ty, ale opowiedziałam im, gdzie pokazywano twoje prace, i przystali na to, żeby cię zatrudnić.
- A ja myślałam, że jesteś już za duża na to, żeby lubić ryzyko - wymruczała Dixie, otwierając oczy. - Co ty sobie myślałaś?
- Że winnica Louret potrzebuje ciebie do swojej nowej kampanii reklamowej. Jesteś najlepsza.
- Nie będę się o to spierać - odpowiedziała Dixie, która potrafiła docenić swój talent. - Ale to nie wyjaśnia twoich ślubów milczenia.
- Czy masz pojęcie, jak to jest mieć dwóch starszych braci za szefów? - zapytała Mercedes. - Nie mam ochoty tracić czasu na kłótnie z Cole'em. Daj spokój, Dixie, wiem, że to trochę dziwne, ale przecież ciebie nie poruszyłoby nawet tornado. - Uśmiechnęła się.
To nie do końca była prawda. Szczerze mówiąc, Dixie była trochę przerażona.
- Twarz Cole'a będzie przedstawiać interesujący widok, kiedy stanę w drzwiach.
Mercedes roześmiała się z ulgą.
- Nie mogę się już doczekać. Zaraz potem mam zamiar uciec.
- Dzięki. Naprawdę poprawiłaś mi nastrój.
Za salonem degustacyjnym znajdował się krótki hol z drzwiami wychodzącymi na winnice i schodami prowadzącymi do części biurowej. Żaden wielki luksus, ale urządzone ze smakiem, pomyślała Dixie, wspinając się za Mercedes po schodach. Wyglądało na to, że winnicy dobrze się powodzi.
Jedenaście lat to bardzo długo. Czego się właściwie bała?
Tego, że on jej wciąż nienawidzi, odpowiedziała sobie.
Znów położyła dłoń na brzuchu. Wprawdzie to kawał czasu, ale pamiętała, jaki był Cole. Potrafił błyskawicznie przejść od gorących uczuć do chłodnej rezerwy, chociaż większość ludzi tego nie zauważała. Dobrze się maskował za tą swoją gładką powierzchownością.
Tak, Cole był bardzo przystojny. Ale to było kiedyś. Może od tego czasu przytył? Mercedes nic o tym nie wspominała, ale z drugiej strony Dixie nigdy nie zachęcała jej do rozmów o bracie.
- Hej, Merry - powiedziała, kiedy dotarły na szczyt schodów. - Czy Cole przytył ostatnio?
Mercedes rzuciła jej zaskoczone spojrzenie.
- Raczej nie. Czemu pytasz?
- Ach, tak sobie. - Jakkolwiek sytuacja się rozwinie, mogła być przekonana, że Cole na pewno jej nie zapomniał. - Masz - powiedziała, szukając czegoś w kieszeni. - Kiedy już uciekniesz, weź Hulka z samochodu i zanieś go do mojego pokoju.
Mercedes wzięła kluczyki, uśmiechnęła się, po czym nagle objęła Dixie ramieniem i uściskała ją.
- Tak się cieszę, że wróciłaś. Dobrze mieć cię znów blisko.
- Ja też się cieszę - powiedziała cicho Dixie, po czym wyprostowała się i poprawiła włosy. - Jak to było? Naprzód, brygado! Prezentuj broń!... w Dolinie Śmierci... Dalej nie pamiętam.
Mercedes uśmiechnęła się.
- Coś o armatach. Ale Cole nie ma w swoim biurze żadnych armat. - Odwróciła się i zapukała do drzwi po prawej.
- Widzę, że z rozmysłem unikasz tematu Doliny Śmierci.
Mercedes nie zareagowała i otworzyła drzwi.
- Cole, jest już nasza artystka. Shannon jest chora, więc muszę być w salonie degustacyjnym za dwadzieścia minut. Może oprowadzisz naszego gościa?
- Z przyjemnością - odpowiedział gładki, niemal zapomniany baryton. - Jak tylko... - Jego głos zamarł, kiedy Dixie weszła za Mercedes do pokoju.
Nie zmienił się. To była jej pierwsza myśl, chociaż za chwilę zorientowała się, że to nie całkiem prawda.
Cole wciąż był szczupły i miał brązowe włosy, które obcinał na krótko, żeby się nie kręciły. Miał silnie zarysowany nos i długie rzęsy. Jednak jego twarz, która jedenaście lat temu była niemal zbyt przystojna, zyskała teraz linie, które nadały jej zupełnie nowy wyraz.
No i nigdy nie siedział tak z otwartymi ustami. To się zdecydowanie zmieniło. Według niej na lepsze.
Dixie uśmiechnęła się powoli, ledwie zauważając, że drzwi zamknęły się za Mercedes.
- Cześć, Cole.
Na twarz Cole'a wypłynął zawodowy uśmiech.
- Witaj w The Vines. Jak już mówiłem, z przyjemnością cię oprowadzę... jak tylko zamorduję moją młodszą siostrę.
Dixie roześmiała się.
- A ja myślałam, że będziesz zimny i profesjonalny.
- Wiem, jak bardzo nie znosisz takiej pozy. Postaram się jej unikać. - Obejrzał ją od stóp do głów. - Zawsze się spóźniałaś, ale jedenaście lat to dużo, nawet jak na ciebie.
Potrząsnęła głową.
- W ten sposób nie zbijesz mnie z tropu.
- Ale mogę próbować.
Czas zmienić temat, zdecydowała i rozejrzała się po biurze, które było bezlitośnie schludne z wyjątkiem dużego biurka z ciemnego drzewa. Nagle zza mebla wychyliła się nakrapiana psia głowa.
- Och... - Pochyliła się z uśmiechem. - Kto to jest?
- Tilly. Raczej nie pozwoli ci się pogłaskać.
- Nie? - Ośmielona wyzwaniem, wyciągnęła rękę w stronę psa, ale ten schował się natychmiast za biurkiem. - Jest nieśmiała, prawda?
- Tak. Oprócz tego jest jeszcze neurotyczna i niezbyt mądra - powiedział, pochylając się, żeby pogładzić zwierzę, które zniknęło Dixie z pola widzenia. - Tilly boi się burzy, innych psów, ptaków, nowych ludzi, hałasu... Właściwie, to chyba boi się wszystkiego.
Dixie podeszła do brzegu biurka, żeby móc zobaczyć psa.
- Czy to jakaś mieszanka z dalmatyńczykiem?
- Chyba tak. Do tego trochę charta i coś jeszcze. Znalazłem ją przy autostradzie rok temu.
- Jak udało ci się ją zabrać, skoro wszystkiego się boi?
Spojrzał na Tilly z rozbawionym uśmiechem i pewną dozą poczucia dumy.
- Wyglądało na to, że na mnie czekała. Zatrzymałem się, otworzyłem drzwi, a ona po prostu wskoczyła.
Dixie potrząsnęła głową.
- Prawdziwa kobieta.
- Ale raczej nie w moim typie. - Jego krzywy uśmiech nie zmienił się. Jeden kącik ust był uniesiony w górę, a drugi wygięty w dół. - No dobrze, Tilly. Połóż się.
Co dziwne, pies wykonał polecenie. Cole spojrzał na Dixie.
- Czekasz na zaproszenie, żeby usiąść? Czego jak czego, ale krzeseł nam nie brakuje.
Dixie pomyślała, że pies jednak zdecydowanie jest w typie Cole'a. Jest posłuszny. Siadając na krześle przy zagraconym biurku, postanowiła jednak o tym nie wspominać.
Na razie wszystko szło dobrze. Ucisk w żołądku należał już do przeszłości, była to tylko reakcja na wspomnienie namiętności. Nie miał nic wspólnego z mężczyzną siedzącym naprzeciw. Przynajmniej tak sobie to tłumaczyła.
- Dokonałeś cudów z Louret.
- To Eli jest tym magikiem. Ja tylko ciężko pracuję. A co u ciebie? Dobrze wyglądasz.
- Moje życie pełne było upadków i wzlotów, dziękuję. A ty?
- Jestem zapracowany. Twoje nazwisko stało się znane. Gratulacje.
Dixie wyrwał się śmiech.
- Nie uwierzysz, jak wyobrażałam sobie to nasze spotkanie. A my po prostu wymieniamy uprzejme komplementy.
Uniósł brew.
- Rozczarowana?
- Nie. No, może trochę. - Przewróciła oczami. - To znaczy cieszę się, że nie traktujesz mnie z tym okropnym chłodem, jak ludzi, których nie lubisz.
Coś rozbłysło w jego oczach, ale nadal uśmiechał się swobodnie.
- Jestem teraz ciepłym, miłym facetem. Prawdziwym mięczakiem.
Uśmiechnęła się.
- Uwierzę, kiedy sama to zobaczę.
- Z tego, co zrozumiałem, zostaniesz tu kilka dni.
- I będę wsadzać wszędzie swój nos. Tak pracuję.
- Hmm... - Odchylił się na fotelu. - Porównywano cię do Maxwella i Rockwella. Zastanawiam się, jak jest nas na ciebie stać.
Dixie udała zdziwioną, co nie było trudne. Nie miała pojęcia, że śledził jej karierę.
- Nie przeczytałeś umowy?
- Z jakichś tajemniczych powodów Mercedes chciała wszystko załatwić sama - powiedział sucho.
- A więc kupujecie prawa do reprodukcji moich obrazów, a nie do samych obrazów, bo to kosztowałyby was o wiele więcej. - Planowała jeden dać Mercedes, ale w ramach przyjaźni, a nie interesów.
- Czyli nie wyświadczasz Mercedes przysługi?
Wzruszyła ramionami.
- Częściowo.
W końcu wstał.
- Chciałabyś się teraz przejść?
- Chodźmy.

Cole ustąpił Dixie pierwszeństwa na schodach, co dało mu możliwość obserwowania jej głowy z góry. Zawsze fascynowały go jej włosy. Brudny blond - tak je nazywała. Dla niego to był kolor piasku. Jej włosy miały mnóstwo różnych odcieni, były proste i delikatne.
- Mercedes na pewno powiedziała ci z grubsza, o co nam chodzi - powiedział, kiedy znaleźli się w małym korytarzu na dole. - Planujemy serię reklam w najlepszych czasopismach i chcemy, żeby wyglądały jak obrazy. Nic nowoczesnego ani masowego. Chcemy, żeby oddawały charakter naszych win.
- Powiedziała. - Dixie uśmiechnęła się powoli. - Powiedziała też, że przy okazji dałeś jej niezły wycisk.
- No i widzisz, kto wygrał. Jesteś tutaj, nawet pomimo tego, że jest zima, jeden z gorszych okresów na uwiecznianie winnic.
- Ale ja nie będę malować winnic, tylko ludzi.
- Wspominała o tym, chociaż nie wiem, jak obraz przedstawiający Eliego nad winogronami pomoże sprzedać wino.
- Mówiła też, że jej nie słuchasz. - Dixie potrząsnęła głową. Jej włosy zafalowały przy tym. - Są tysiące dobrych win. Twoje mogą być najlepsze, ale jak chcesz to pokazać na obrazie?
- Winogrona, winnice, to są mocne obrazy. Dobry artysta jest w stanie oddać je w sposób, dzięki któremu zostaną zapamiętane.
Uniosła brwi.
- Mogę ci namalować winogrona w taki sposób, że abstynenci będą szlochać z żalu za tym, co tracą. Ale jest dużo ładnych obrazów winogron. Kolejny, bez względu na to, jak będzie piękny, nie pomoże ci pokazać tego, co jest w Louret wyjątkowe. Te obrazy powinny mówić o Louret.
- Wiem, na czym polega kształtowanie marki - powiedział sucho. - Ale dlaczego mają to być obrazy ludzi? - Słyszał już argumenty Mercedes. Były dobre, inaczej nie zgodziłby się na ten pomysł. Chciał jednak usłyszeć, co Dixie ma do powiedzenia.
- Dlatego, że w winnicach chodzi przede wszystkim o ludzi. Twoje pinot noir i merlot są znane. Twój cabernet sauvignon ciągle dostaje nagrody. Ale ludzie powinni też zrozumieć, że kupując butelkę Louret, kupują nie tylko wino, ale nos Eliego i łyk dziedzictwa twojej matki.
Uniósł brwi. Dixie nie przypominała tej niepraktycznej buntowniczki, którą kiedyś znał.
- Brzmi, jakbyś się sama zajmowała winem albo jakbyś się do tego dobrze przygotowała.
- Często rozmawiam z Mercedes o winie. Poza tym, owszem, trochę się przygotowałam. Maluję szybko, ale zanim zacznę, dużo czasu spędzam na zbieraniu informacji.
- A co z twoją sztuką? - spytał, nagle zaciekawiony. - Co z twoimi niekomercyjnymi obrazami?
Wzruszyła ramionami.
- Świat sztuki jest strasznie wąski. Jeśli nie reprezentujesz modnego akurat nurtu, to znaczy, że nie robisz nic znaczącego, czyli nie jesteś częścią dialogu między artystami i krytykami.
- Kiedyś lubiłaś awangardę.
- Nadal ją lubię. Ale sama nie chcę tak malować. Chcę malować sztukę reprezentacyjną. Co jest niewiele lepsze od sztuki komercyjnej, którą zresztą też uprawiam - roześmiała się. - Kiedyś jeden z profesorów powiedział mi, że mam duszę ilustratora. I to nie miał być komplement.
- Niektórym nie powinno się pozwalać na uczenie innych.
- Nie, on miał rację. Ale uważam, że Rembrandt też był świetnym ilustratorem - uśmiechnęła się. - Nigdy nikt mnie nie oskarżał o fałszywą skromność.
Nikt nigdy nie oskarżał jej o skromność w ogóle, pomyślał rozbawiony. Jemu jednak wydawało się to atrakcyjne.
- Nie masz poczucia, że praca nad zleceniami komercyjnymi... ogranicza twoją kreatywność? - zapytał.
- Moja obecna sytuacja pozwala mi na wybieranie spośród różnych zleceń. Mam dużo do powiedzenia w tym, co robię, i nie przyjmuję prac, które mnie nie ekscytują.
A jednak przyjęła ich zlecenie... I to zapewne za mniej pieniędzy, niż zwykła na ogół pracować. Przysługa dla przyjaciółki?
- Wino cię ekscytuje?
Spojrzała na niego długim, intensywnym spojrzeniem.
- Oprowadzisz mnie w końcu czy nie?
- Oczywiście, że tak. - Otworzył najbliższe drzwi. - Tutaj butelkujemy wino. To królestwo Randy'ego.
Dixie nie zmieniła się bardzo. Wciąż miała ciało, które rzucało mężczyzn na kolana, i uśmiech, który mówił, że nie ma nic przeciwko temu. I wciąż przyciągała do siebie ludzi, zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Przez następną godzinę Cole miał okazję obserwować, jak oczarowywała wszystkich po kolei.
Randy został łatwo pokonany, ale on był młody i był urodzonym flirciarzem. Russ, który zarządzał winnicami, też się długo nie bronił - był wprawdzie starszy, ale był mężczyzną. Prawdziwym wyzwaniem była za to pani McKillup. Zawsze zgryźliwa starsza księgowa przy Dixie szczerze się uśmiechnęła! Do tej pory Cole widział jej uśmiech tylko wtedy, kiedy dostawała nowy program kalkulacyjny.
To wszystko jednak mu nie przeszkadzało. Zdał sobie z tego sprawę, kiedy patrzył, jak Dixie owija sobie Randy'ego wokół małego palca. Nie był w ogóle zazdrosny. Nie potrzebował już dowodu na to, że się z niej wyleczył. Gdy tylko się dowiedział, że go zostawiła, postanowił zapomnieć o niej i całkiem nieźle mu się to udało. Mógł teraz stać z boku i przyglądać się, jak flirtuje, nie wpadając przy tym w stare bagno.
Może jednak nie zabije swojej siostry.
- Musisz mi pokazać swojego laptopa - mówiła pani McKillup, kiedy zbierali się do odejścia i pozostawienia jej liczbom. - Podejrzewam, że masz za mało pamięci, ale jeśli tak jest, to łatwo będzie ją zainstalować.
- Dziękuję. - Dixie uśmiechnęła się szeroko. - Naprawdę przyda mi się pomoc od kogoś, u kogo dobrze funkcjonuje lewa półkula. Moja chyba poddała się już wiele lat temu.
- Nie ma wątpliwości co do zdrowia lewej półkuli pani McKillup - powiedział Cole, kiedy schodzili schodami w dół. - To stwierdzenie mogło jednak nie wyjść ci na zdrowie.
- Masz rację - uśmiechnęła się, kiedy dotarli na najniższe piętro. - Pani McKillup przypomina mi moją nauczycielkę z podstawówki. Na początku mnie przeraziła.
- Nie widać było tego po tobie.
- Och, już dawno zdałam sobie sprawę z tego, że łatwiej jest lubić ludzi, a wiesz przecież, jak nie lubię marnować energii. Poza tym jest to znacznie bardziej interesujące.
Uświadomił sobie, że właśnie temu zawdzięczała swój urok. Sprawiała, że ludzie ją lubią, dlatego, że ona ich lubiła. I może właśnie to było przyczyną, że między nimi wszystko się popsuło, bo w nim zbyt dużo było tego, czego nie lubiła.
Zaskoczyła go fala nagłego gniewu, stłumił ją jednak. To były dawne czasy.
- Niektórych ludzi trudno jest polubić - powiedział.
- To prawda. Są też tacy, którzy nie są warci wysiłku, ale o tym dowiadujesz się dopiero wtedy, kiedy spróbujesz. - Otworzyła drzwi do pokoju degustacyjnego. - Powinnam chyba rozpakować resztę moich rzeczy. Nie wiem tylko, gdzie mogę je przenieść.
- Matka umieściła cię w małym domku. Na pewno go pamiętasz.
Dixie zatrzymała się w otwartych drzwiach i rzuciła mu spojrzenie przez ramię.
- Tak - powiedziała po chwili. - Pamiętam go.
Mały domek był w pewnym oddaleniu od głównego budynku - niezbyt daleko, ale wystarczająco, żeby zapewnić prywatność. Tamtego lata, wiele lat temu, kiedy on wciąż mieszkał w dużym domu, Dixie wprowadziła się tu z matką. Skończyła właśnie studia i szukała pracy. Pewnego dnia odwiedziła Mercedes, a w nocy ona i Cole zostali kochankami. Często się tam spotykali i kochali się.
- Pomożesz mi przenieść rzeczy czy musisz wracać do pracy? Tylko ostrzegam - mam sporo bagażu.
- Nie ma problemu. Lubię pokazywać mięśnie przed dziewczynami.
- Może wobec tego włożysz obcisły podkoszulek. To będzie piękny widok.
Fala gorąca, która go ogarnęła, wcale go nie zaskoczyła. Dixie była kobietą, która nie pozostawiała mężczyzn obojętnymi. Jednak zdziwiła go siła własnej reakcji.
- Wciąż igrasz z ogniem, Dixie? - zapytał łagodnie.
- Czasami bawię się też nożyczkami.

"A jaka jest ta książka? Z pewnością romantyczna, pełna emocji, klimatyczna, lekka i przyjemna. Czyta się ja naprawdę bardzo szybko. Ledwo co zaczęłam, a tu już koniec ;) Czy polecam? Pewnie."

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ