Powieść obyczajowa
Magnolia
24,99 zł
24,99
KUP TERAZ

Magnolia

brak opinii
ISBN: 9788327607287
Premiera: 2014-07-16

Atlanta, początek XX wieku. Na pozór senna atmosfera Południa. Tutaj łatwo się wzbogacić i równie łatwo znaleźć się na dnie. Claire Lang należy do miejscowej elity, zna tylko jaśniejsze strony życia Wszystko się zmienia, gdy umiera jej wuj – jedyny krewny i prawny opiekun. Osamotniona, bez pieniędzy, nienawykła do żadnej pracy… Ratunek przychodzi z najmniej spodziewanej strony. Przyjaciel wuja, John Hawthorne, proponuje Claire małżeństwo. Kieruje się wyłącznie poczuciem obowiązku, bo od dawna kocha inną. Jednak to Claire nie zawiedzie go w najtrudniejszej chwili, pomoże oczyścić imię i szczerze pokocha…

Diana Palmer
Diana Palmer, a właściwie Susan Spaeth Kyle napisała pierwszą powieść w 1979 roku. Wcześniej przez szesnaście lat pracowała jako dziennikarka w dziennikach i tygodnikach. Wydała ponad dziewięćdziesiąt książek, które przetłumaczono na wiele języków. Zdobyła siedmiokrotnie nagrodę Waldenbooks National Sales, czterokrotnie B. Dalton National Sales Award, dwukrotnie BookRack National Sales Award i wiele innych (Lifetime Achievement Award, Affaire de Coeur, RWA). Jest członkinią wielu towarzystw i zrzeszeń – Native American Rights Fund, American Museum of Natural History, National Cattlemen’s Association, Archeological Institute of America, Planetary Society, Georgia Conservancy, Georgia Sheriff’s Association i wielu organizacji dobroczynnych. Od 1972 roku jest żoną Jamesa Kyle’a, z którym ma jednego syna. W wieku czterdziestu pięciu lat wróciła na uczelnię, by uzupełnić wykształcenie. Ukończyła historię, archeologię i filologię hiszpańską. Namówił ją do tego mąż, który porzucił karierę urzędnika, ukończył studia informatyczne i założył firmę komputerową. W 1998 roku porzucił ten zawód i poświecił się karierze sportowej. Zdobył liczne nagrody i medale na lokalnych, krajowych i międzynarodowych zawodach w strzelaniu do rzutków. W wolnym czasie Susan uprawia ogródek, czyta książki z dziedziny archeologii i antropologii, słucha muzyki. Uwielbia iguany.

Słyszała, jak ktoś otworzył drzwi, przez moment do jej uszu dolatywał szmer rozmów osób zgromadzonych w saloniku. Szmer ucichł, gdy drzwi zostały zamknięte, i wtedy słyszała kroki. Niegłośne, ale zbliżały się. Ktoś zatrzymał się przy niej, położył dłoń na jej ramieniu, a zaraz potem poczuła, jak obejmują ją silne męskie ramiona.
John Hawthorn przytulił ją do szerokiej piersi, a ona, wsłuchana w miarowe bicie jego serca, czuła, jak w jej duszy robi się o wiele spokojniej. Jakżeż tego właśnie potrzebowała! Tych silnych objęć! Rodzice nie żyli od wielu lat, wuj był bardzo kochany, ale jeśli chodzi o czułe gesty czy słowa pocieszenia, bardzo powściągliwy.
- Biedactwo… – szepnął John, delikatnie głaszcząc ją po karku. – Wypłacz się, to dobrze zrobi. Nie będzie już tak bolało…
Nigdy dotąd nie przemawiał do niej tak miękko, tak łagodnie, było tak po raz pierwszy i miało skutek dwojaki. Uspakajało, owszem, jednocześnie jednak ekscytowało. Więcej, Claire była przeszczęśliwa, znalazła się przecież w ramionach ukochanego, właśnie tam, w tym cudnym miejscu mogła opłakiwać drogiego wuja, mogła też popłakać nad sobą, nad swoją samotnością i lękiem przed niepewną przyszłością.
Kątem oka dojrzała chusteczkę. Odebrała ją, otarła oczy i wydmuchała nos. Zrobiła to bez żadnego skrępowania, przecież przy Johnie czuła się mała, krucha i bezradna, tak jej dobrze było przy tym rosłym, wysportowanym mężczyźnie.
Co jednak nie mogło trwać w nieskończoność, dlatego ostrożnie wysunęła się z jego objęć.
- Dziękuję – powiedziała, pociągając nosem - A poza tym pozwolę sobie zapytać, co skłoniło pana do pocieszania swego, jakkolwiek by na to patrzeć, wroga?
- Poczucie winy, panno Claire. Bo wcale nie jesteśmy na wojennej ścieżce, a już ja na pewno. Nie jestem pani wrogiem, a moja głupia uwaga była bardzo niestosowna, tym bardziej że ma pani wyjątkowo trudny dzień.
- Tak… Wyjątkowo ciężki. - Powoli uniosła głowę.
- Najlepiej by było, gdyby doktor zaaplikował pani laudanum. Sen dobrze pani zrobi.
- Och, niech pan daruje sobie te swoje dobre rady. Przypuszczam, że nigdy jeszcze nie przeżywał pan śmierci kogoś bliskiego.
Po jego twarz przemknął cień, gdy w pamięci ożyło wspomnienie strasznych chwil, gdy dowiedział się o śmierci obu braci, gdy czuł dławiący strach na myśl o tym, że będzie musiał o ich śmierci powiadomić ojca.
- Myli się pani, panno Claire. Bo niestety tak już jest, że życie polega też na tym, że się traci. Coś lub, niestety, kogoś, i trzeba nauczyć się z tym żyć.
- Ale on… - Rozedrgane palce Claire pastwiły się nad biedną chusteczką, starając się zbić ją w jak najmniejszy kłębek. Jasnoszare oczy znów zalśniły od łez. – Oprócz wuja nie miałam nikogo bliskiego. Nikogo na całym świecie! Gdyby nie on, wysłano by mnie do sierocińca, a ja nawet nie mogłam się z nim pożegnać, bo to stało się tak nagle. Och, Boże przenajświętszy! Dlaczego?!
John delikatnie wsunął palec pod jej brodę, zmuszając, by uniosła twarz i spojrzała mu prosto w oczy.
- Śmierć nie jest końcem, panno Claire. Jest początkiem, nowym początkiem. Dlatego proszę, niech się pani nie zadręcza, tylko spróbuje myśleć o przyszłości.
- Bo czas goi rany?
- Tak, panno Claire. Tak właśnie jest. Każda rana kiedyś przyschnie… - Delikatnie sczesał jej z czoła niesforny kosmyk włosów, odsłaniając ciemną smugę wiadomego pochodzenia. Odebrał więc pomiętą chusteczkę i ostrożnie starł ślady smaru. - Panno Claire, przecież pani dobrze wie, że smar brudzi i człowieka, i ubranie. A pani znów się powalała. Ktoś w końcu powinien wziąć panią w ryzy!
- O Boże… A on znowu o tym… - mruknęła, wyszarpując mu chusteczkę z rąk.
Kąciki ust Johna drgnęły. Niewątpliwie miał ochotę się roześmiać, powstrzymał się jednak i dalej prawił tonem mentora:
- Panno Claire, tak dłużej nie może być. Musi pani w końcu wydorośleć. Wuj, zamiast uczyć naprawiać samochód, powinien był wprowadzić panią na salony. Powinna pani bywać, panno Claire, chociażby po to, by znaleźć odpowiedniego męża. Tak, panno Claire. Bo jeśli pani się nie zmieni, skończy pani jako stara panna, do tego cała upaćkana smarem.
- Ach tak? W takim razie dowiedz się pan, że wcale mi się nie uśmiecha być niewolnicą jakiegoś tam męża. Wolę być już starą panną upaćkana smarem!
Bardzo już rozbawiony John uniósł znacząco brwi.
- Czyżby? A gdybym to ja zadeklarował się jako przyszły małżonek? – spytał niewinnym głosem i uśmiechnął szeroko zachwycony purpurą, która natychmiast pojawiła się na policzkach Claire.
- O nie, panie Hawthorn! Za pana nigdy bym nie wyszła, bo pan na mnie nie zasługujesz! Jesteś zbyt zarozumiały. Tak, po prostu próżny!
Słowa były dosadne, czyli stanowiły dowód, że Claire po smutnych przeżyciach tego dnia zaczyna już odzyskiwać rezon.
- Ależ pani ma ostry język! - Zaśmiał się i musnął palcem jej policzek. - Jestem pewien, że niezależnie od tego, co los pani przyniesie, da pani sobie radę. Zawsze była pani bardzo dzielna. Gdyby jednak zdarzyło się, że potrzebowałaby pani pomocy, proszę zwrócić się do mnie. Bardzo sobie ceniłem znajomość z pani wujem. Śmiem twierdzić, że byliśmy zaprzyjaźnieni. Pani też jest mi bardzo bliska, proszę zawsze o tym pamiętać, a już zwłaszcza wtedy, kiedy dom zostanie sprzedany i z pewnością poczuje się pani bardzo sama, opuszczona przez wszystkich.
Kiedy dom zostanie sprzedany…
Claire, słysząc tę okrutną prawdę, zbladła.
- Przecież wiem… - szepnęła. – Bo nic do mnie nie należy, prawda? Wuj mówił mi przecież, że wziął nową pożyczkę.
- Tak, panno Claire. Bank przejmie dom i wystawi go na licytację. Po sprzedaży zabierze kwotę należną z tytułu niespłaconych pożyczek, a to, co zostanie, wypłaci pani. Obawiam się, niestety, że nie będzie to znaczna suma, dlatego radziłbym się zastanowić nad sprzedażą automobilu.
- Automobilu?! Nigdy!
- Czyżby? Jestem pewien, że jednak pani to uczyni.
- A ja jestem pewna, że pan nie ma prawa mi niczego mi sugerować. Nie jest pan moim bankierem ani osobą zaprzyjaźnioną!
- Jestem pani przyjacielem, panno Claire – odparł z uśmiechem. -Nawet jeśli pani nie chce tego dostrzec. A pan Calverson na pewno nie będzie działał w pani interesie, zadba tylko o dobro banku.
- A pan zamierza bawić się w mego przyjaciela? Działać w moim interesie wbrew zamierzeniom szefa?
- Naturalnie – odparł zdecydowanie i bez wahania, czym bardzo zdumiał Claire. – Jeśli okaże się to konieczne.
Spuściła głowę i wbiła wzrok w elegancki krawat, wyraźnie nad czymś dumając. A mianowicie nad tym, co powiedział John. Wszystko, co mówił, świadczyło o szczerym zatroskaniu o nią, o jej przyszły los. Czemu w sumie nie powinna się dziwić, bo John zawsze był wobec niej bardzo opiekuńczy. Tak, ale w tym momencie pojawia się ważne pytanie: dlaczego zawsze był zawsze wobec niej opiekuńczy? Nie znała odpowiedzi.
- Ale i tak nie sprzedam automobilu – powtórzyła z uporem.
- Nie? A na co on pani? Co pani będzie z nim robić?
- Jak to co? Będę nim jeździć. – Szare oczy rozbłysły. – Będę go wynajmować! Jestem pewna, że wśród ludzi interesu znajdą się chętni. Będę go wynajmować razem z szoferem, a tym szoferem będę oczywiście ja! Ależ tak! Będę prowadzić swój własny interes! – zakończyła rozpromieniona.
Natomiast John patrzył na nią tak, jakby urwała się z choinki.
- Pani?! Przecież pani jest kobietą!
- Też mi odkrycie! – prychnęła.
- Jestem pani przyjacielem – rzekł z głębokim westchnieniem. - To nie ulega wątpliwości. Ale tego szalonego pomysłu nie popieram. Absolutnie nie!
Trudno. Claire nie zamierzała się wycofać. Wprost przeciwnie, by zwiększyć siłę perswazji, uniosła głowę i wyprostowała się na całą swoją wysokość. Niestety John nadal zdecydowanie górował nad nią wzrostem.
- Trudno, panie Hawthorn, ale i tak zrobię, co zamierzam – stwierdziła z mocą, po czym dodała już ciszej: - Chociażby dlatego, że muszę zarobić na chleb.
Przez chwilę milczał, wpatrując się w nią, bo tak się złożyło, że w jego głowie też zrodził się pewien pomysł, i to jeszcze bardziej szalony niż pomysł Claire z wynajmowaniem automobilu. Naturalnie, że bardziej, bo chodziło o sferę jak najbardziej osobistą. I miało to naturalnie związek z Diane. John doskonale zdawał sobie sprawę, że w swoich relacjach z panią Calverson mocno przesadził i jest o krok od wywołania skandalu, o ile już tak się nie stało, a całe miasto plotkuje o nim i pani Calverson. Kto wie, czy plotki nie dotarły już do uszu zazdrosnego i podejrzliwego męża Diane. A John bardzo nie chciał narażać dobrego imienia Diane na szwank. Nie zamierzał dopuścić, by straciła reputację i gotów był uczynić wszystko, by temu zapobiec. Zrobić nawet to, o czym właśnie pomyślał.
Claire Lang. Panna urodziwa, poza tym z charakterem. O tak, z charakterem! Ma ponadto wspaniałe poczucie humoru, maniery całkiem znośne, a do niego, o czym wiedział doskonale, od dawna czuła mięte. A on z kolei od dawna miał do niej wyraźną słabość, jak do żadnej innej kobiety.
Czyli gra jest warta świeczki.
- Nie musiałaby pani, gdyby pani wyszła za mnie. Miałaby pani męża, którego obowiązkiem jest zadbać o pani interesy, o zapewnieniu dachu nad głową nawet nie wspominając.
Ta wyraźna już deklaracja wstrząsnęła Claire. Po prostu miała wrażenie, że ziemia usuwa się jej spod nóg. Co za przedziwne uczucie! Niby stoisz na podłodze, ale twoje stopy wcale jej nie dotykają.
- Ale… ale po co miałby pan się ze mną ożenić?
- Bo dzięki temu każde z nas pozbyłoby się swego kłopotu – rzucił żartobliwie. - Pani będzie miała męża, o jakim marzy… - w tym momencie Claire naturalnie oblała się rumieńcem, a John, oczywiście się uśmiechnął – a ja nie dawałbym już powodu do plotek, które mogą bardzo zaszkodzić Diane.
No tak, czyli w pierwszym rzędzie chodzi o dobre imię Diane! Claire wcale to nie ucieszyło. Wręcz przeciwnie, bardzo ją zirytowało, że dla pana Hawthorna właśnie to jest najważniejsze! No i ta głupia uwaga o wymarzonym mężu, kiedy ona rzeczywiście jest w nim zakochana. Tak, ale też nie miała najmniejszego zamiaru z tym się zdradzać, dlatego spojrzała na niego, mówiąc metaforycznie, po prostu z wysoka:
- Wyjść za pana?! Nigdy w życiu! Wolałabym już zjeść potrawkę naszpikowaną arszenikiem albo polaną sosem z wilczych jagód!
A on najpierw się uśmiechnął, a potem odparł:
- To pani pragnienia, natomiast ja podtrzymuje to, co powiedziałem. Moja propozycja jest aktualna. Proszę ją rozważyć i jeśli dojdzie pani do wniosku, że dzięki niej pozbędzie się pani kłopotów, które nagromadziły się nad pani głową, to proszę łaskawie mnie o tym powiadomić.
Ona jednak była nieugięta:
- Wykluczone! Będę jeździła oldsmobilem i w ten sposób zarobię na utrzymanie!
Choć doskonale zdawała sobie sprawę, że nie będzie to takie proste. Ale decyzja została już podjęta. Mogła wspomnieć też o swoich umiejętnościach krawieckich, pomyślała jednak, że nie trzeba. John nic o tym nie wie i może lepiej, żeby pozostało to dla niego tajemnicą.
- Zrobi pani, jak zechce – oświadczył, kierując się do drzwi. – Ale ostrzegam. Żaden szanujący się człowiek interesu nie będzie jeździł po Atlancie automobilem, mając za szofera kobietę. Ja w każdym razie, jak powiedziałem, będę czekać na panią, panno Claire. Czekać, aż znajdzie się pani w sytuacji na tyle trudnej, że jednak zdecyduje się pani przyjść do mnie.
- Nie zrobię tego! Nigdy!
To miała przyjemność krzyknąć już do jego pleców oddalających się konsekwentnie. Ale krzyknęła, była przecież bardzo poruszona. Nie, nie tą sprawą z automobilem, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że zamierza rzucić się na naprawdę głęboką wodę. Przecież całe to przedsięwzięcie może okazać się wielkim ryzykiem, a zakończyć totalnym fiaskiem. Jednak teraz było to nieistotne. Bo najważniejsze było pytanie, jak on śmiał prosić ją o rękę w taki właśnie sposób?! Z taką obojętnością i wyrachowaniem?! Och, jeszcze teraz czuła na plecach lodowaty dreszcz, który nią wstrząsnął po usłyszeniu tej żałosnej deklaracji! Tych oschłych słów bez krztyny ciepła i uczucia! Niepojęte… Czyżby faktycznie miał nadzieję, że Claire przyjmie jego oświadczyny?
Może i tak, jest przecież zdesperowany. Robi to dla dobra Diane, którą wciąż kocha nad życie, przecież to oczywiste. Dla niej gotów jest zrobić wszystko, nawet pójść do ołtarza z inną kobietą, by zapobiec nikczemnym plotkom rozsiewanym przez panie z towarzystwa. Gotów jest poświęcić się aż do takiego stopnia, co od biedy można by uznać za czyn szlachetny, a jak ktoś bardzo się postara i kwieciście tu ujmie, to nawet bohaterski. Tak, od biedy, bo jest jeden szkopuł. Otóż kobieta, którą ewentualnie pojąłby za żonę, czyli Claire, również musiałaby się poświęcić, biorąc sobie za męża mężczyznę, który jej nie kocha. Nic a nic, John Hawthorn przecież serce oddał Diane i nie ma co się łudzić, że to się zmieni.
Chociaż… Kto wie? Przecież wszystko może się zdarzyć. Może zdołałaby w nim obudzić miłość do siebie? Mąż i żona, razem pod jednym dachem dzień po dniu, noc po nocy, i te wszystkie wspólne sprawy… Może z czasem obdarzy ją uczuciem? Gdyby na świecie pojawiło się dziecko… O tak! Wtedy na pewno zaczęłaby dla niego coś znaczyć…
Och, nie! Szybko odpędziła od siebie tę myśl, która była po prostu bezsensowna. Przecież wiadomo, że mężczyzna potrafi robić to właściwie z każdą kobieta. John niewątpliwie nie miałby problemu ze spełnieniem małżeńskiego obowiązku, ale byłby to dla niego właśnie tylko obowiązek. A myślami przebywałby z Diane, przecież pragnie tylko jej. A tego Claire by nie zniosła tej okropnej i zabijającej świadomości, że kiedy John całuje ją i obejmuje, to myśli o innej. Nie zniosłaby nawet wtedy, gdyby miała pewność, że ta inna wcale już Johna Hawthorna nie chce.
Czyli nie ma co się zastanawiać, tylko trzeba wziąć się w garść i samej ułożyć sobie życie. Na pewno się uda. Jeśli pomysł z ukochanym automobilem wuja nie wypali, zastanowi się nad czymś innym. Oczywiście! I niech no tylko ten nadęty pan Hawthorn ponowi swoją żałosną propozycję, to porządnie mu utrze nosa!

Pierwsze tygodnie po pogrzebie wuja były dla Claire bardzo ciężkie. Rzecz jasna robiła wszystko, co do niej należało, ale myślami była gdzie indziej, a mianowicie przy ukochanym wuju, za którym tęskniła rozpaczliwie. Po kilku dniach przyjechał Kenny, ofiarowując się z jakąkolwiek pomocą, choćby przy przycinaniu żywopłotów. Ale Claire podziękowała wprawdzie grzecznie, ale zarazem bardzo stanowczo, ponieważ nie chciała obudzić w nim nadziei. Wiadomo przecież było, że Kenny w niej się podkochuje, ale ona w nim nie. Dla niej był tylko i wyłącznie przyjacielem, kolegą z ławy szkolnej.
Brak pieniędzy bardzo dawał się we znaki. Musiała zwolnić Gertie i Harry’ego, co i dla nich, i dla niej w równym stopniu było bardzo bolesne. Przy pożegnaniu nie zabrakło łez i solennych obietnic, że „o sobie nie zapomnimy”. Gertie i Harry, znani z solidności, pracowitości i domowych talentów, szybko znaleźli nową pracę, czyli jeden kamień spadł Claire z serca.
Pan Calverson znalazł już kupca na dom i powiadomił Claire, że nowy właściciel chce wprowadzić się już w ciągu następnego miesiąca. Ze sprzedaży domu Claire miała otrzymać dwieście dolarów, czyli bardzo niewiele, tym bardziej że z tych pieniędzy Claire musiała jeszcze pokryć koszty pogrzebu. Zaczęła się więc rozglądać za klientami, których woziłaby oldsmobilem. Niestety zgodnie z przewidywaniami Johna Hawthorna ludzie interesu wcale nie ustawiali się tłumnie pod jej drzwiami. Przeciwnie, po prostu ją zbywano. Ale nie dawała za wygraną. Wystrojona w długi biały prochowiec, kaszkiet i gogle, jeździła oldsmobilem po okolicy, aż wreszcie dzieci obrzuciły ją kamieniami, a spłoszony przez automobil koń wskoczył w żywopłot. Wtedy zrezygnowała i oldsmobile został zamknięty w szopie.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ