Powieść obyczajowa
Kim naprawdę jesteś?
24,99 zł
24,99
KUP TERAZ

Kim naprawdę jesteś?

brak opinii
ISBN: 9788327606150
Premiera: 2014-05-07

Niebezpieczna miłość
Delia poznała na wakacjach Marcusa, właściciela kasyna.  Romans szybko się skończył, bo Delia była pewna, że Marcus jej nie kocha. Jednak kiedy przypadkiem odkrywa, że ktoś chce go zabić, bez wahania przychodzi mu z pomocą, ryzykując życie…

Wygrać z losem
Jane, gwiazda rodeo, po fatalnym w skutkach wypadku czarno widzi swoją przyszłość. Nie może wrócić do zawodu, a jej farma jest bliska bankructwa. I oto pojawia się człowiek, który chce jej pomóc. Todd zgadza się zarządzać posiadłością. Jane nie wie, że Todd nie jest zwykłym księgowym, za którego się podaje…

Diana Palmer
Diana Palmer, a właściwie Susan Spaeth Kyle napisała pierwszą powieść w 1979 roku. Wcześniej przez szesnaście lat pracowała jako dziennikarka w dziennikach i tygodnikach. Wydała ponad dziewięćdziesiąt książek, które przetłumaczono na wiele języków. Zdobyła siedmiokrotnie nagrodę Waldenbooks National Sales, czterokrotnie B. Dalton National Sales Award, dwukrotnie BookRack National Sales Award i wiele innych (Lifetime Achievement Award, Affaire de Coeur, RWA). Jest członkinią wielu towarzystw i zrzeszeń – Native American Rights Fund, American Museum of Natural History, National Cattlemen’s Association, Archeological Institute of America, Planetary Society, Georgia Conservancy, Georgia Sheriff’s Association i wielu organizacji dobroczynnych. Od 1972 roku jest żoną Jamesa Kyle’a, z którym ma jednego syna. W wieku czterdziestu pięciu lat wróciła na uczelnię, by uzupełnić wykształcenie. Ukończyła historię, archeologię i filologię hiszpańską. Namówił ją do tego mąż, który porzucił karierę urzędnika, ukończył studia informatyczne i założył firmę komputerową. W 1998 roku porzucił ten zawód i poświecił się karierze sportowej. Zdobył liczne nagrody i medale na lokalnych, krajowych i międzynarodowych zawodach w strzelaniu do rzutków. W wolnym czasie Susan uprawia ogródek, czyta książki z dziedziny archeologii i antropologii, słucha muzyki. Uwielbia iguany.

Patrząc na nieznajomego mężczyznę, miała ochotę na odrobinę szaleństwa. Naszła ją chęć, by złamać wszelkie zasady i uciec na koniec świata. Nie mogła zrozumieć, skąd się wzięły te dziwne pragnienia, skoro zawsze była osobą tak konwencjonalną. Może to prawda, że nowe znajomości budzą w człowieku tłumione emocje. A jeśli tak jest, to ten mężczyzna miał na nią zdecydowanie zły wpływ, bo nigdy dotąd nie czuła potrzeby łamania zasad.
Jakby wyczuwając obecność Delii - bo poprzez szum wiatru nie mógł słyszeć jej cichych kroków, gdy wychodziła na balkon - Marcus odwrócił się nagle i przeszył ją badawczym spojrzeniem. Bez słowa podeszła do niego i patrząc na ocean, wsłuchała się w przytłumiony szum fal. Wiatr otoczył ich ciepłym uściskiem.
- Jest pani bardzo cichą osobą - zauważył.
Roześmiała się nerwowo.
- Tak, to cała ja. Przez całe życie próbowałam wtopić się w tło.
- Może pora, żeby to zmienić - powiedział.
Spojrzała na niego i serce szybciej zabiło jej w piersi. Przywodził jej na myśl ruiny, mroczne, tajemnicze miejsca, ulewy i burze. Ich spojrzenia się spotkały.
- Czemu pani tak się we mnie wpatruje? - zapytał.
- Bo nigdy dotąd nie spotkałam kogoś takiego jak pan - odparła szczerze. - Jestem tylko dziewczyną z małego miasteczka na prowincji. Nigdzie nie byłam i nie zrobiłam w życiu nic ciekawego. Nigdy też nie byłam w kasynie, ale... ale... - Urwała, szukając słów na objaśnienie tego, co czuła.
Marcus przysunął się bliżej.
- Ale wydaje się pani, że zna mnie pani od zawsze - podpowiedział jej.
- No... tak... - przyznała niepewnie.
Wyciągnął rękę i delikatnie musnął palcami jej policzek, a ją przeszedł dreszcz - od głowy aż po drobne stopy na wysokich obcasach.
- A niech to! - wyrwało mu się.
- Coś nie tak? - zapytała z niepokojem.
- Jestem o tyle starszy, że powinienem wiedzieć lepiej - wypowiedział na głos swoje myśli.
Był zmieszany, a nawet zirytowany, więc nie spodziewała się, że nagle weźmie ją w objęcia. Pochylił głowę i wpatrzył się w jej miękkie, rozchylone usta.
- Co mi tam! Już północ i zaraz zgubi pani pantofelek...
Nie zdążyła pojąć sensu słów, gdy jego gorące wargi zawładnęły jej ustami. Odruchowo zaczęła się wyrywać, lecz nagle zalała ją fala tak wielkiej rozkoszy, że aż zadrżała - i to nie ze strachu. Przytuliła się do muskularnego torsu i zaczęła wdychać zapach cygar i wody kolońskiej. Czuła oddech Marcusa na policzku, a ich pocałunek stawał się coraz bardziej namiętny...
Tulił ją, wystawiając się na podmuchy wiatru. Należało zaprotestować. Nie powinna pozwalać sobie na pocałunki z obcym mężczyzną. Co więcej, nie powinna nawet być tu z nim w tej chwili.
Jednak te argumenty nie przemawiały do Delii. Nagle poczuła się tak, jakby dotarła do domu po długiej i smutnej podróży. Zamknęła oczy i pozwoliła, by ukołysały ją jego ramiona. Jeszcze nigdy nie doświadczyła takiej bliskości. Matka nie okazywała jej cieplejszych uczuć, choć Barb bywała czasami serdeczna. Już samo to, że ktoś trzyma ją w ramionach, było zupełnie nowym przeżyciem.
Marcus był przerażony tym, co zrobił, a także tym, że mu na to pozwoliła. Sądząc po jej reakcji, nie wiedziała nic o mężczyznach. Nie umiała się nawet całować. A jednak mu zaufała. Nie protestowała, nie wyrywała się, nie opierała. Była jak ciepły, mały kotek w jego ramionach i budziła w nim nieznane dotąd uczucia.
- Głupio zrobiłem - odezwał się po chwili głuchym głosem.
- Dla mnie nie wygląda pan na głupca - wymruczała rozmarzona.
Powoli ją odsunął. Wzrok miał, podobnie jak ona, zamglony.
- Niech mnie pani posłucha - zaczął, wciąż trzymając wielkie dłonie na jej ramionach. - Należymy do dwóch różnych światów. Nie mogę zaczynać czegoś, czego nie będę mógł dokończyć.
- To nie moja wina - odpowiedziała, a w jej oczach zamigotały iskierki. - Nie mam zwyczaju uwodzić na balkonie obcych mężczyzn.
Zmarszczył brwi. Dziewczyna była bystra, miała poczucie humoru i podobała mu się, nawet bardzo. Nie można powiedzieć, żeby dzięki temu było mu łatwiej. W tym momencie nie mógł sobie, niestety, pozwolić na związek z kobietą. Zwłaszcza jej typu - kruchą i wrażliwą, którą mógłby mimowolnie narazić na niebezpieczeństwo. Jeśli zamarzył mu się romans, to czas był po temu wyjątkowo nieodpowiedni.
- W zasadzie nie mam nic przeciwko byciu uwodzonym - powiedział. - Niestety, aktualnie zdecydowanie nie jestem do wzięcia.
Cofnęła się, zażenowana, i spłonęła rumieńcem.
- Przepraszam! - wykrztusiła. - Nie pomyślałam o tym!
- Po co te miny - rzucił ostro, tłumiąc w sobie wstyd. - Chodźmy. Smith panią odwiezie.
- Mogę wrócić taksówką - odparła, owijając się szczątkami dumy jak niewidzialnym płaszczem.
- Niech pani nie mówi głupstw - uciął szorstko.
Delia nie ukrywała, że wizja jazdy do Nassau w towarzystwie pana Smitha trochę ją krępuje.
- Chyba się go pani nie boi? - zapytał cicho Marcus. - Mnie się pani nie boi, a jestem od niego pod wieloma względami sto razy gorszy.
- Naprawdę? - zapytała z powagą.
Roześmiał się mimo woli.
- Przecież nic pani o mnie nie wie - odrzekł, patrząc na nią z rozbawieniem. - To miłe uczucie - dorzucił po chwili. - Już dawno nikt nie czuł się tak dobrze w mojej obecności. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie.
- Ale teraz zaczynam się trochę denerwować.
Uśmiechnął się szeroko.
- Chyba jednak nie za bardzo.
Przysunęła się bliżej i popatrzyła mu w oczy.
- Myślę, że już wszystko wiem.
- Tak?
- Jest pan szefem pana Smitha.
Marcus milczał.
- Jest pan wykidajłą - oświadczyła.
Zastrzeliła go tą rewelacją. Patrzył na nią z narastającym rozbawieniem.
- Nie ma się czego wstydzić - zapewniła go z powagą. - Ktoś przecież musi dbać o porządek i spokój w takim miejscu. Mój ojciec był zastępcą szeryfa. Nawet go nie pamiętam, bo urodziłam się po jego śmierci. Nadal przechowujemy jego pas, broń i odznakę.
- Na co umarł? - zapytał Marcus.
- Zginął w trakcie rutynowej kontroli drogowej. Okazało się, że kierowca był zbiegłym mordercą.
- To prawdziwy pech!
Pokiwała głową.
- Zostałyśmy we trójkę - mama, Barb i ja, chociaż Barb miała wtedy prawie siedemnaście lat. - Westchnęła. - Barb jest śliczna i mądra. Wyszła za Barneya, który ma mnóstwo pieniędzy, i jest od tej pory nieziemsko szczęśliwa.
- A pani została z mamą, tak? - domyślił się Marcus.
- Mama umarła w zeszłym miesiącu na raka żołądka. To dlatego tu jestem. Barb doszła do wniosku, że powinnam odpocząć, więc Barney pogadał z właścicielem pralni, dla której wykonuję poprawki, a potem wsadzili mnie do samolotu. Liczę na to, że po powrocie nadal będę miała pracę. Nie zdaje pan sobie sprawy, jak trudno o płatne zajęcie w małym miasteczku. Co miesiąc muszę płacić rachunki, a nie mam prawie żadnych oszczędności, więc ta praca jest dla mnie bardzo ważna. - Uśmiechnęła się smutno. - Barb nic o tym nie wie. Wyszła za mąż za Barneya zaraz po maturze, kiedy miałam dwa lata, i nigdy nie pracowała.
- Szczęściara z tej Barb - stwierdził, śledząc grę uczuć na delikatnej twarzy Delii. - Jak się domyślam, Barb pomagała pani podczas choroby matki?
Pokiwała głową.
- Płaciła wszystkie rachunki za leczenie i lekarstwa, a nawet za pielęgniarkę, która zajmowała się mamą w dzień, kiedy ja byłam w pracy. Nie poradziłybyśmy sobie bez pomocy Barb.
- Czy sama pielęgnowała matkę?
- Przyjechała do nas na te ostatnie miesiące. Razem z Barneyem doszli do wniosku, że to dla mnie zbyt wielkie obciążenie, więc nawet zatrudnili osobną pielęgniarkę na noce. Ale na ogół siedziała przy mamie Barb, aż do samej śmierci. Mama nie chciała, żebym przy niej była. Mama i Barb były sobie bardzo bliskie. Ze mną było inaczej - dorzuciła szczerze. - Mnie nie bardzo lubiła.
Marcus zrewidował opinię na temat starszej siostry. Wyraźnie zrobiła to, co do niej należało.
- A czy jesteście sobie z siostrą bliskie?
Roześmiała się.
- Bardziej nawet niż matka z córką. Barb jest niesamowita. Jest starsza ode mnie o szesnaście lat.
- To bardzo duża różnica wieku - zauważył.
- Wiem coś o tym. Barb wciąż widzi we mnie dziecko, a nie osobę dorosłą.
- Ile lat miała pani matka, kiedy panią urodziła? - zapytał.
- Czterdzieści osiem - odparła ze śmiechem. - Mówiła, że moje urodziny były cudem.
- Hm.
- A ile lat miała pana mama, kiedy pan się urodził? - zainteresowała się Delia.
Roześmiał się.
- Szesnaście. W dawnych czasach i w starym kraju kobiety wcześnie wychodziły za mąż. To rodziny ułożyły jej małżeństwo z ojcem. Widywali się tylko w towarzystwie wzięli ślub w kościele. Po raz pierwszy pocałowali się dopiero po ślubie - tak mi przynajmniej mówił ojciec.
Zdziwiła się, że użył hiszpańskiego słowa na określenie przyzwoitki.
- Myślałam, że jest pan Włochem - powiedziała.
Potrząsnął głową.
- Moi rodzice pochodzili z południa Hiszpanii. Jestem pierwszym pokoleniem urodzonym w Ameryce.
- Mówi pan po hiszpańsku?
Skinął głową.
- Lepiej czytam, niż mówię. Rodzice chcieli, żebyśmy z bratem dobrze opanowali angielski, by lepiej niż oni wtopić się w to społeczeństwo.
Uśmiechnęła się ze zrozumieniem i weszła do biura. Marcus ruszył jej śladem, starannie zamykając za sobą drzwi balkonowe.
- Pojadę z panią do hotelu - odezwał się po chwili. Podniósł słuchawkę i wydał komuś polecenie, by go zastąpił przez pewien czas.
W drzwiach odwróciła się i po raz ostatni spojrzała na przepiękny czarno-biały patchwork.
- Istne cudo! - powiedziała z podziwem.
- Dzięki. Chętnie obejrzałbym pani prace.
- Przykro mi, ale nawet nie mam ze sobą zdjęć.
- Może któregoś dnia wybiorę się do Teksasu - rzucił od niechcenia.
Uśmiechnęła się.
- Będzie mi miło.
Nagle spoważniał.
- A może wcale nie, kiedy dowie się pani czegoś więcej o mnie.
- To niemożliwe.
- Jest pani optymistką. A ja nie.
- Zauważyłam - powiedziała z wymowną miną.
Marcus roześmiał się cicho i otworzył przed nią drzwi do holu.

Smith czekał obok olbrzymiej czarnej limuzyny, zaparkowanej przy głównym wejściu do kasyna i hotelu.
Na ten widok Delia wykrzyknęła:
- Nie może pan mnie odwieźć tym wozem! Jak szef się dowie, wyrzuci pana!
- Nie sądzę. - Marcus spojrzał wymownie na Smitha, który z trudem powstrzymywał się od śmiechu. - Proszę wsiadać.
Delia przesunęła się na środek, żeby zrobić Marcusowi miejsce. Smith zamknął drzwiczki i usiadł za kierownicą. Delia szeroko otwartymi oczami wodziła po luksusowym wnętrzu.
- Można by tu grać w kręgle!
- To wygodny wóz, kiedy trzeba się przedzierać przez tłumy turystów - przyznał Marcus. - Napije się pani czegoś?
Wskazał na mały barek, gdzie mroził się szampan, kilka puszek piwa oraz inne napoje.
- Nie, dziękuję. Czy to telewizor? - spytała Delia, wskazując na płaski ekran pod sufitem.
- Telewizja satelitarna, radio, odtwarzacz, telefon...
- To niesamowite - westchnęła. - Niesamowite!
- Przecież pani siostra wyszła za bogatego faceta - przypomniał jej. - Nigdy nie jechała pani limuzyną?
- Nie. Oni przylatują do San Antonio, a potem wynajętym samochodem przyjeżdżają do Jacobsville. A u siebie jeżdżą jaguarem.
- Nie odwiedza pani siostry, żeby pojeździć limuzyną? - zażartował.
- Gdzie? W Nowym Jorku? - Potrząsnęła głową. - Zazwyczaj jeździłyśmy na wakacje nad morze, do Galveston. Nigdy w życiu nie byłam w Nowym Jorku. Barney dużo podróżuje, a Barb zawsze mu towarzyszy, więc rzadko bywają w domu. Nie jeżdżę nawet do San Antonio, chyba że po to, by uzupełnić zapasy. Dużo czasu spędzam w domku, który dzieliłyśmy z mamą. Miałyśmy kilka kurczaków oraz psa, który wabi się Sam.
- Kto się nimi teraz zajmuje?
- Sąsiadka - odpowiedziała. - Sama oddałam na czas wyjazdu do psiej przechowalni. On nie znosi podróży i trzeba go ciągle pilnować.
- Jakiej jest rasy?
Uśmiechnęła się.
- Owczarek niemiecki - czarny podpalany. Mam go od ośmiu lat. Jest naprawdę sympatyczny.
- A koty?
Potrząsnęła głową.
- Mama miała alergię. Psa też nie można było trzymać w domu.
Smith skręcił w główną drogę, prowadzącą w kierunku mostu, którym jechało się do Nassau. Marcus rozparł się wygodnie na skórzanej kanapie.
- Nigdy w życiu nie widziałem kurczaka z bliska, chyba że w telewizji - powiedział.
Uśmiechnęła się.
- Jak pan przyjedzie do Teksasu, będzie mógł pan sobie jednego oswoić.
- Naprawdę da się oswoić kurczaka?
- Oczywiście - odparła ze śmiechem.
Podobał mu się jej śmiech. Sam od dawna nie śmiał się szczerze. Żył w ciągłym zagrożeniu, samotny i podejrzliwy. Spotykał kobiety, które wyglądały jak chodząca cnota, a potrafiły oszukać mężczyznę i oskubać go do czysta.
- Co pani robiła w klubie? - zapytał nieoczekiwanie.
- Fred powiedział, że musi omówić pewne sprawy z właścicielem kasyna, więc możemy pójść tam równie dobrze jak w każde inne miejsce na tej wyspie - odparła z westchnieniem. - A potem obleciał go strach i zaczął pić - ciągnęła. - Podejrzewam, że jest zamieszany w nielegalne interesy i drży o swoją skórę. - Spojrzała na Marcusa. - Pewnie nie powinnam tego mówić. Właściciel kasyna to pański szef, prawda?
- Coś w tym rodzaju - przyznał.
- Fred wlał w siebie tyle alkoholu, że z trudem trzymał się na nogach. Już wtedy myślałam o tym, żeby wrócić do hotelu, bo stał się bardzo nieprzyjemny. W samochodzie zaczął się do mnie dobierać, więc po przyjeździe do klubu chciałam wezwać taksówkę. Kiedy Fred to usłyszał, wściekł się i przypomniał, że postawił mi drogą kolację. Mówił, że jestem mu za to coś winna - dorzuciła. Ścisnęła mocniej torebkę i spojrzała na Marcusa. - Chyba rzeczywiście nie mam pojęcia o życiu. Czy mężczyźni naprawdę spodziewają się, że każda kobieta pójdzie z nimi do łóżka tylko dlatego, że zaprosili ją do restauracji? Jeżeli to prawda, od dziś sama płacę za wszystko!
Na widok jej oburzonej miny roześmiał się cicho.
















                         Wygrać z losem


- Pani Parker! - krzyknął Todd.
Jane obejrzała się za siebie i zauważyła mężczyznę z jasnowłosą dziewczynką. Zacisnęła dłonie na poręczach inwalidzkiego wózka. Spotkanie z Toddem Burke było ostatnią rzeczą, na którą miałaby ochotę.
- Słucham? - spytała, siląc się na uśmiech. Nie lubiła, gdy widywano ją na wózku.
- To moja córka, Cherry - przedstawił dziewczynkę. - Chciała panią poznać.
Jane skrzywiła się mimowolnie. Oczywiście jej nikt nie zapytał o zdanie.
- Bardzo mi miło.
- Co się pani stało? Czy coś panią boli? - dopytywała się Cherry. - To był wypadek, prawda?
Jane skrzywiła się jeszcze bardziej.
- Pani Parker rzeczywiście miała wypadek - odparł Todd. - Nie powinnaś o to pytać.
Na twarzy Cherry pojawił się rumieniec.
- Przepraszam. Naprawdę bardzo mi przykro - powiedziała i niezrażona pierwszym niepowodzeniem, podeszła do wózka. Kucnęła przy nim i spojrzała Jane prosto w oczy. - Jest pani naprawdę wspaniała. Widziałam wszystkie kasety z pani występami. Nie mogłam przyjeżdżać na rodea, ale tatuś kupił mi filmy. To było naprawdę świetne. Chciałabym tak jeździć. Niestety, ciągle mam problemy ze zwrotami. Tatuś nie może mi pomóc, bo nie jest trenerem - paplała dziewczynka. - Czy będzie pani jeszcze mogła jeździć?
- Cherry! - zagrzmiał Todd.
- W porządku - powiedziała słabym głosem Jane.
Oczy dziewczynki były czyste i jasne. Nie było w nich fałszu ani zakłamania. Jane rozluźniła się trochę. Najbardziej bała się udawanego współczucia.
- Nie - odparła szczerze, po chwili zastanowienia. - Lekarze twierdzą, że nie będę mogła jeździć konno. A w każdym razie nie będę startować w zawodach.
- Szkoda, że nie mogę pani pomóc - westchnęła Cherry. - W przyszłości chciałabym zostać chirurgiem. Zdecydowałam się zdawać biologię i matematykę na egzaminie końcowym. Tata mówi, że mogłabym potem rozpocząć naukę u Johna Hopkinsa. To najlepsza akademia medyczna w kraju.
Jane uśmiechnęła się i tym razem wypadło to znacznie naturalniej.
- Chirurgiem? - powtórzyła. - Nie znałam nikogo, kto miałby takie plany.
Cherry rozpromieniła się.
- To teraz już pani zna - stwierdziła. - Szkoda, że pani wyjeżdża, bo chciałam się poradzić w sprawie tych zwrotów. Coś mnie paraliżuje i nie potrafię ich dobrze wykonać. To śmieszne, prawda? A przecież wcale nie boję się na przykład widoku krwi.
Jane skinęła głową, chociaż tak naprawdę nie słyszała pytania. Patrzyła na promienną twarz Cherry i czuła się pusta w środku. Jeszcze parę lat temu przypominała tę jasnowłosą dziewczynkę. Gdzie zniknęła radość, beztroska, olbrzymi głód życia?
- Co? Nie, niestety - odparła Jane, gdy zrozumiała, że Cherry pyta ją, czy nie może dłużej zostać. - Jestem zmęczona, poza tym mamy dzisiaj wywiady...
- Wywiady? - przerwała jej Cherry. - Dla radia czy telewizji?
Kobieta na wózku pokręciła smutno głową.
- Nic z tych rzeczy - odparła. - Daliśmy ogłoszenie do gazet, że potrzebujemy zarządcy na ranczu. Nie znamy się na tym z Timem. Od śmierci taty straciliśmy mnóstwo pieniędzy - wyznała na koniec.
- Mój tata zna się świetnie na finansach - oznajmiła z niewinną minką Cherry. - Naprawdę potrafi dokonać cudów. Sam prowadzi książki swojej fir...
- To znaczy małej firmy komputerowej, dla której pracuję - wpadł jej w słowo Todd.
Miał nadzieję, że córka domyśli się, o co chodzi. I rzeczywiście; co prawda była nieco zdziwiona, ale nie powróciła już do kwestii jego firmy.
Tim i Jane spojrzeli po sobie, a następnie utkwili spojrzenia w Toddzie.
- Umie pan prowadzić księgi rachunkowe? - zapytał Tim, kładąc akcent na ostatnich słowach, żeby nie było wątpliwości, o co mu chodzi.
- Jasne.
Tim pochylił się nad Jane i rzekł cicho:
- Domek zarządcy stoi pusty, od kiedy przeprowadziliśmy się z Meg do głównego budynku. Mogłabyś udzielać dziecku lekcji jazdy konnej, zamiast snuć się godzinami po domu.
Cherry zastanawiała się, czy nie powinna się obrazić za "dziecko'', natomiast Todd obserwował całą scenę z nieukrywanym rozbawieniem.
- Ależ, Tim! On pewnie już ma pracę! - Mimo wysiłków Jane mówiła na tyle głośno, że bez trudu ją usłyszał.
- Pracuję w Victorii dla... - zawahał się - małej firmy. Ale mam sporo wolnego czasu. Z przyjemnością spróbowałbym czegoś nowego.
Jane spojrzała na swoje dłonie, a następnie na stopy ustawione na podpórce przy wózku.
- Tak chciałabym nauczyć się porządnie jeździć - westchnęła, może nazbyt teatralnie, Cherry. - Teraz to nawet szkoda pieniędzy taty na wpisowe.
Jane podniosła wzrok. Mężczyzna o stalowym spojrzeniu stał przed nią i czekał na decyzję. Przy okazji nieźle się chyba bawił.
- Nie zatrudni pana - stwierdził Tim. - Jest zbyt dumna, żeby przyznać, że właśnie o kogoś takiego jej chodziło. Woli tkwić cały dzień na ganku i użalać się nad sobą.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ