Powieść obyczajowa
Księżniczka z Teksasu
32,99 zł
32,99
KUP TERAZ

Księżniczka z Teksasu

1 opinia
Liczba stron: 332
ISBN: 9788323895084
Premiera: 2013-07-12

Mallory od początku nie ufał tej dziewczynie… Gdy zatrudniał ją na ranczu, przeczuwał, że Morie nie jest tym, za kogo się podaje. Niby niewinna jak aniołek, ale ma niewyparzony język i nie boi się krytykować szefa. Niby biedna jak mysz kościelna, ale tylko ona wie, jak zorganizować eleganckie przyjęcie i zna bardzo wpływowych ludzi. Kiedy Morie zostaje oskarżona o kradzież, Mallory nie słucha wyjaśnień i natychmiast wyrzuca ją z pracy. Nie wie, że właśnie popełnił największą życiową pomyłkę…

Diana Palmer
Diana Palmer, a właściwie Susan Spaeth Kyle napisała pierwszą powieść w 1979 roku. Wcześniej przez szesnaście lat pracowała jako dziennikarka w dziennikach i tygodnikach. Wydała ponad dziewięćdziesiąt książek, które przetłumaczono na wiele języków. Zdobyła siedmiokrotnie nagrodę Waldenbooks National Sales, czterokrotnie B. Dalton National Sales Award, dwukrotnie BookRack National Sales Award i wiele innych (Lifetime Achievement Award, Affaire de Coeur, RWA). Jest członkinią wielu towarzystw i zrzeszeń – Native American Rights Fund, American Museum of Natural History, National Cattlemen’s Association, Archeological Institute of America, Planetary Society, Georgia Conservancy, Georgia Sheriff’s Association i wielu organizacji dobroczynnych. Od 1972 roku jest żoną Jamesa Kyle’a, z którym ma jednego syna. W wieku czterdziestu pięciu lat wróciła na uczelnię, by uzupełnić wykształcenie. Ukończyła historię, archeologię i filologię hiszpańską. Namówił ją do tego mąż, który porzucił karierę urzędnika, ukończył studia informatyczne i założył firmę komputerową. W 1998 roku porzucił ten zawód i poświecił się karierze sportowej. Zdobył liczne nagrody i medale na lokalnych, krajowych i międzynarodowych zawodach w strzelaniu do rzutków. W wolnym czasie Susan uprawia ogródek, czyta książki z dziedziny archeologii i antropologii, słucha muzyki. Uwielbia iguany.

Edith Danielle Morena Brannt nie przepadała za nowym szefem. Właściciel Rancho Real - czyli Królewskiego Rancza - w Spanish nieopodal Catelow w stanie Wyoming, był potężnie zbudowanym i władczym mężczyzną, co przy jej drobnej posturze i łagodnym sposobie bycia stanowiło poważny kłopot. Do tego szef żywił wobec niej uprzedzenia, które podzielali prawie wszyscy robotnicy rolni.
Morie, jak nazywali ją przyjaciele, z trudem hamowała wybuchy złości, gdy Mallory Dawson Kirk podnosił na nią głos. Był człowiekiem niecierpliwym, porywczym i zadufanym w sobie, zupełnie jak jej ojciec, który stanął okoniem, gdy zapragnęła podjąć pracę na rodzinnej farmie. Zresztą stawał jej okoniem we wszystkim, aż wreszcie miała tego dość. Co z tego, że ojciec cenił jej inteligencję i wykorzystywał w pracy biurowej, a także uwzględniał rady i pomysły w zakresie planowania rozwoju rancza, skoro tak czy inaczej trzymał córkę w złotej klatce? W jego oczach w pierwszym rzędzie była posażną panną na wydaniu, która ma dobrze wyjść za mąż i obdarzyć go wnukami. Miała tego szczerze dość. Twardo oznajmiła ojcu, że poszuka pracy gdzie indziej, spakowała się i wyjechała. Miała dwadzieścia trzy lata, dlatego w sensie prawnym nie miał nad nią żadnej władzy i mogła sama o sobie decydować. Więc zdecydowała. Wprawdzie Shelby, jej matka, oraz brat Cort próbowali łagodnej perswazji, lecz bezskutecznie. Morie kochała rodzinę, ale za nic nie mogła zgodzić się na los, który zaprogramował dla niej ojciec. Nie godziła się na rolę kukły, to znaczy dobrze ułożonej panienki, o której rękę zabiegają mężczyźni ze względu na jej majątek i pochodzenie, a nie na to, kim naprawdę jest. Czuła się przez to poniżona, traktowana jak bezwolna idiotka, kukła właśnie. Dlatego gorąco zapragnęła zatrudnić się na obcym ranczu, gdzie nikt jej nie zna. Nawet pomimo napadów złego humoru Mallory’ego i dającej się nieraz odczuć rezerwy ze strony personelu była szczęśliwa, że w sumie została zaakceptowana w tym twardym świecie jako zwykła, uboga i ciężko pracująca kobieta. Ale nie o to tylko chodziło. Przede wszystkich chciała nauczyć się pracy na ranczu. Ojciec jej na to nie pozwalał, nie godził się, by choćby zbliżyła się do bydła, zupełnie jakby miało to zbrukać jaśnie panienkę. Tyle że to nie była osiemnastowieczna Anglia, tylko dwudziesty wiek i Ameryka, a ona nie była księżniczką czekającą na swojego królewicza, tylko młodą kobietą, która pragnęła żyć na własny rachunek.
- I jeszcze jedno – powiedział szorstko Mallory, mierząc Morie gniewnym spojrzeniem. – Kiedy skończysz robotę, zawsze wieszaj klucze na miejscu. Nigdy chowaj ich do kieszeni i nie wynoś ze stajni. Jasne?
Morie, która istotnie w razie potrzeby wynosiła klucz od głównej siodlarni poza teren posiadłości, zaczerwieniła się.
- Przepraszam pana – powiedziała cicho. - To się więcej nie powtórzy.
- W przeciwnym razie stracisz pracę – zagroził.
- To moja wina – wtrącił z uśmiechem stary brygadzista Darby Hanes. – Zapomniałem ją o tym uprzedzić.
Mallory milczał przez chwilę, po czym powiedział:
- Okej. Cenię twoją szczerość i uczciwość, Darby. – Znów spojrzał na Morie: – Jako niedawno zatrudniona pracownica powinnaś brać z niego przykład.
- Proszę pana – jej rumieniec jeszcze się pogłębił - nigdy nie przywłaszczam cudzej własności.
Popatrzył na jej postrzępione dżinsy i zniszczone buty. Doprawdy, nieciekawy wizerunek. Tyle że na ranczu nikt nie chodzi w atłasach. Poza tym nie zamierzał pochopnie osądzać tej dziewczyny, dopiero czas pokaże, co naprawdę jest warta.
Mallory Kirk nie był pięknym mężczyzną, ale z całą pewnością imponującym. Ta postura! Do tego gęste czarne włosy zaczesane z przedziałkiem z boku, duże uszy i nos, oczy osadzone głęboko pod wydatnym czołem, gęste brwi, a jego usta były tak zmysłowe, że Morie podczas pierwszego spotkania nie mogła oderwać od nich wzroku. Uznała, że właśnie te usta z naddatkiem rekompensują niedostatki urody. Miał głęboki aksamitny głos, duże wypielęgnowane dłonie i równie wielkie stopy w starych zabłoconych butach. Był właścicielem rancza i nikt nigdy o tym nie zapominał, ale pracował razem ze swoim ludźmi pośród błota i bydlęcej krwi jak prosty parobek.
W istocie tak robili wszyscy trzej bracia Kirkowie. Mallory był najstarszy, miał trzydzieści sześć lat. Drugi z braci, młodszy o dwa lata, miał na imię Cane, podobnie jak brzmiało nazwisko panieńskie matki Morie, które jedna pisało się przez K. Cane stracił rękę podczas drugiej wojny w Zatoce, zmagał się z alkoholizmem i przechodził kurację odwykową, w czym bracia bardzo go wspierali.
Najmłodszy z nich, trzydziestojednoletni Dalton, były strażnik graniczny urzędu imigracyjnego, z niejasnego powodu miał przezwisko Tank. Odniósł liczne rany w strzelaninie podczas bitwy z gangiem przemytników narkotyków na meksykańskiej granicy Arizony i przez długie tygodnie przebywał w szpitalu w tak ciężkim stanie, że lekarze nie dawali mu żadnych szans, jednak ku ich zdumieniu wylizał się. Gdy stanął na nogach, złożył wymówienie i wrócił do rodzinnego rancza w Wyomingu. Nigdy nie wspominał o tamtym dramatycznym zdarzeniu, ale Morie widziała, jak na odgłos strzału w gaźniku starej ciężarówki padł na ziemię. Wybuchnęła śmiechem, lecz Darby Hanes uciszył ją i opowiedział o tym, co przeżył Dalton, gdy pracował w straży granicznej. Odtąd nigdy już nie śmiała się z jego dziwnych zachowań. Było oczywiste, że zarówno on, jak i Cane wskutek dramatycznych przeżyć doznali uszczerbku nie tylko fizycznego, lecz także psychicznego. Do niej nigdy nie strzelano ani nie przeżyła nic równie okropnego. Rodzice i brat chronili ją niczym cieplarnianą różę. Dopiero teraz zaznała prawdziwego życia. To był jej wybór, bunt cieplarnianej róży, która nią być nie chciała. Tyle że Morie jeszcze nie wiedziała, czy owo prawdziwe życie, przynajmniej w tym wydaniu, naprawdę jej się podoba. Czas pokaże.
Dotąd mieszkała na olbrzymim ranczu ojca. Jaśnie panienka odbierała stosowną edukację, w tym również jeździła, czego nauczył ja ojciec, jednak, co oczywiste przy takim wychowaniu, nie nawykła do codziennej znojnej pracy. Dlatego tutaj, jako pracownica fizyczna, przez pierwsze dni nie bardzo sobie radziła.
Szczęśliwie zaopiekował się nią Darby Hanes. Między innym pokazał Morie, jak należy dźwigać wielkie bele siana zwożone do stodoły, by nie nadwerężyć pleców. Bracia Kirkowie nie uznawali nowoczesnej metody składowania siana w wielkich, mechanicznie rolowanych belach, gdyż uważali ją za nieefektywne marnotrawstwo. Nauczył ją też podkuwania koni, choć na ranczu zatrudniano kowala, i leczenia pęcin. W ciągu niespełna dwóch zdobyła mnóstwo umiejętności, jakich z całą pewnością nie uczono w college’u.
- Nigdy wcześniej nie miałaś z tym do czynienia – orzekł Darby niby to oskarżycielskim tonem, ale z uśmiechem.
- To prawda, nie miałam, ale bardzo potrzebowałam tej pracy – odparła, nie wyjaśniając, że tej pracy potrzebowała nie po to, by przeżyć, lecz po to, by odmienić soją egzystencję. – Zachował się pan wobec mnie wspaniale, panie Hanes. Jestem ogromnie wdzięczna, że nie powiadomił pan szefa o mojej nieporadności, tylko nauczył mnie wszystkiego, co umożliwia mi wypełnianie obowiązków.
Na szczęście mój ojciec nic o tym nie wie, pomyślała. Gdyby dotarło do niego, że Hanes pozwala jego ukochanej księżniczce podkuwać konie, obdarłby go żywcem ze skóry.
- Nie ma sprawy. - Darby lekceważąco machnął ręką. - I pamiętaj, zawsze wkładaj rękawice. – Wskazał tylną kieszeń Morie, z której wystawały. – Masz piękne dłonie. Moja żona też dawniej takie miała – dodał w zadumie. – Kiedy ją poznałem, grała na fortepianie w eleganckiej restauracji. Pobraliśmy się po zaledwie dwóch randkach. Nie mieliśmy dzieci. Dwa lata temu zmarła na raka. – Przymknął na moment oczy. - Wciąż za nią tęsknię – wyznał cicho.
- Przykro mi – powiedziała Morie.
- Już niebawem znów się z nią spotkam. Wiesz, śmierć to nic niezwykłego czy wyjątkowego, jest wpisana w życie. To nasz nieuchronny los.
Niby była to banalna prawda, a jednak w ustach Darby’ego Hanesa zabrzmiała głęboko, podsumowywała wiele dziesiątków przeżytych pracowicie i w miłości lat. Ten długi dystans Morie dopiero miała przed sobą, co uzmysłowiła sobie, wychwytując całą powagę tej również niby banalnej, a jednak jakże ważnej refleksji. Zarazem wydało jej się dziwne, że prowadzi na ranczu dyskusję na tak zasadniczy, wręcz filozoficzny temat.
Darby musiał wyczuć jej zdziwienie, bo spytał kpiąco:
- Uważasz, że robotnicy rolni to ci, którzy rzucili naukę w liceum? – Popatrzył na nią przenikliwie. – Na przykład ja zrobiłem magisterium z fizyki teoretycznej na MIT. – Zrobiła wielkie oczy. Massachusetts Institute of Technology była to najsłynniejsza uczelnia techniczna nie tylko w Stanach, ale i na całym świecie. - Byłem najbardziej obiecującym studentem na roku, ale żona chorowała na płuca i lekarze zalecili jej, by przeprowadziła się na zachód, gdzie klimat jest suchszy. Jej ojciec prowadził ranczo... – Urwał. - Przepraszam, mam skłonność do nadmiernego gadulstwa. W każdym razie porzuciłem fizykę i filozofię, którą również studiowałem, i zacząłem pracować przy krowach. Może to wydać się dziwne, ale szybko się przekonałem, że wolę to od laboratorium naukowego. Potem w tym samym charakterze zatrudniłem się tutaj. Ale nie jestem tu jedyną osobą z cenzusem naukowym. Mamy trzech pracowników na niepełnych etatach, który uczą się w college’u dzięki stypendiom ufundowanym przez braci Kirków.
- Jak to miło z ich strony! – zawołała.
- Bracia Kirkowie wyglądają na twardych i szorstkich i zazwyczaj tak się zachowują, ale pomogą każdemu w potrzebie. – Wstał. – Zapłacili za leczenie mojej żony, gdy skończyły się środki z ubezpieczenia zdrowotnego, a sam pobyt w szpitalu, nie mówiąc nawet o zabiegach i operacjach, to ogromny koszt. A oni bez wahania wyasygnowali pieniądze.
Ze wzruszenia ścisnęło ją w gardle. Cóż za hojny gest! Z drugiej strony wiedziała, że kierujący się zasadami moralnymi bogacze tak właśnie się zachowują. Jej rodzina tak samo postępowała wobec swoich pracowników, ale Morie nie powiedziała tego, by zachować w tajemnicy swoje pochodzenie.
- Bardzo ładnie z ich strony – powtórzyła z głęboką aprobatą.
- Będę tu pracował aż do śmierci, jeśli zechcą mnie dalej zatrudniać. To wspaniali ludzie.
Usłyszeli, że ktoś podszedł do nich. Gdy się odwrócili, zobaczyli szefa.
- Dziękuję za ten dowód uznania, ale wydaje mi się, że trzeba już oporządzić krowy na południowym pastwisku – powiedział Mallory z błyskiem w czarnych oczach.
- Racja – odrzekł Darby. - Przepraszam, ale właśnie wychwalałem pana przed tą młodą damą. Zaskoczyło ją, że studiowałem filozofię.
- Nie mówiąc już o fizyce teoretycznej – dorzucił sucho Mallory.
- No tak, wobec tego nie wspomnę o pańskim magisterium z biochemii. –Darby uśmiechnął się prowokująco.
- Dzięki – burknął Mallory.
Stary brygadzista mrugnął do Morie i odszedł, zostawiając ich samych.
Przy tym ogromnym mężczyźnie poczuła jeszcze mniejsza i drobniejsza, niż była w rzeczywistości, zarazem jednak nie czuła już aż tak przytłoczona jak na początku.
- Morie... – powiedział cicho. - Masz niecodzienne imię.
- To od Moreny. Oficjalnie nazywam się Edith Danielle Morena Brannt –wyjaśniła z uśmiechem. – Matka wiedziała, że odziedziczę ciemne włosy po niej i po ojcu, więc dodała mi trzecie imię Morena, co po hiszpańsku znaczy ciemnowłosa. Miałam... hm... hiszpańskich pradziadków. – Omal się nie wygadała, że pochodzi z hiszpańskiej rodziny królewskiej, faktycznie więc miała prawo po matce używać książęcego tytułu. Hiszpańska księżniczka oporządzająca krowy na Ranczo Real w Wyomingu... Uśmiechnęła się na tę myśl. W żadnym razie nie zamierzała wyjawić swojego rodowodu. Pragnęła, by postrzegano ją jako ubogą, lecz uczciwą pracownicę rolną. Jej nazwisko jest dość częste w południowym Teksasie, nie powinna więc się bać, że Mallory skojarzy ją z Kingiem Branntem, potentatem w hodowli bydła.
- Morie... – powtórzył. – Ładne imię.
- Naprawdę przepraszam za tamten klucz.
- W zeszłym miesiącu zrobiłem to samo. - Wzruszył ramionami. - Ale ja jestem tu szefem, więc na mocy definicji tego słowa nie popełniam błędów. A pracownik to jest osoba, która zawsze o tym pamięta – oznajmił stanowczo.
- Nie zapomnę o tym, proszę pana.
- To dobrze... - Przyjrzał się jej drobnej sylwetce o uroczo krągłych kształtach. Morie miała długie czarne włosy, które wiązała w kok na szczycie głowy, duże brązowe oczy, ładne usta i nieskazitelną cerę. Nie była pięknością, ale przyjemnie się na nią patrzyło. Nie wydawała się stworzona do fizycznej pracy.
- O co chodzi? – spytała zakłopotana jego spojrzeniem.
- Przepraszam, ale pomyślałem, jak bardzo różnisz się od kobiet, które tu zatrudniamy.
- No cóż... – Akurat do tego mogła się przyznać. - Ukończyłam college i zrobiłam licencjat.
- Aha... Co studiowałaś?
- Historię. – Mimowolnie zerknęła wokół. – Wiem, że akurat ta dziedzina wiedzy niezbyt tu się przydaje, a stare dzieje wielu ludziom wydają się nudne. – Zabrzmiało to tak, jakby się usprawiedliwiała, dlatego dodała pewniejszym głosem: - Ale ja ją uwielbiam.
- Powinnaś porozmawiać z Cane’em – odparł po krótkim namyśle. - Jest magistrem antropologii. Szkoda, że nie z paleontologii, ponieważ w pobliżu znajduje się jezioro Fossil należące do formacji Green River. Zarówno w jeziorze, jak i w całej formacji jest dużo skamielin liczących wiele milionów lat. Kiedyś Cane z wielkim zapałem kopał w ziemi... – Przerwał na moment. – Niestety nawet nie chce o tym słyszeć, by mógł do tego wrócić.
- Z powodu utraty ręki? – spytała wprost. – Przecież może nadzorować prace wykopaliskowe i katalogować znaleziska. – Speszyła się trochę. – Wiem, że to nie moja sprawa, a ja strasznie wymądrzam, ale jako dodatkowy kierunek studiowałam antropologię.
Wybuchnął śmiechem.
- Nic dziwnego, że lubisz pracę na ranczu. Spotkać tu można ciekawe ludzkie indywidua – skomentował rozbawiony. - Brałaś udział w wykopaliskach antropologicznych?
- Owszem, choć nie odkryłam brakującego ogniwa w łańcuchu ewolucyjnym człowieka. – Też się uśmiechnęła. – To moje grzebanie w ziemi doprowadzało moją matkę do rozpaczy. Wracałam do domu umorusana jak nieboskie stworzenie. – Zdarzało się, ojciec gościł wybitnych europejskich polityków czy członków królewskich rodzin, a w domu zamiast „jaśnie panienki” pojawiało się „nieboskie stworzenie”. Oczywiście powiedziała tylko tyle: - Było kilka zabawnych incydentów, gdy wracałam do domu ubłocona.
- Wyobrażam sobie. – Westchnął. – Cane nie pogodził się ze swoim kalectwem, nie przystosował się. Przestał uczęszczać na fizykoterapię, co więcej, nie uczestniczy w rodzinnych uroczystościach. Zostaje w swoim pokoju i gra przez internet w gry komputerowe. – Urwał. – Dobry Boże, dlaczego właściwie ci o tym wszystkim opowiadam?
- Potrafię milczeć jak grób. Nigdy nie powtarzam nikomu tego, co zawierzono mi w zaufaniu.
- Umiesz słuchać. Mało kto to potrafi.
- Pan potrafi. - Uśmiechnęła się.
- Jako szef muszę umieć wysłuchiwać ludzi.
- Racja... Lepiej dokończę układanie siana. – Zerknęła na niego. – Wie pan, że w dzisiejszych czasach większość ranczerów stosuje mechaniczne formowanie beli...
- Daj spokój – przerwał jej szorstko. – Nie lubię tych nowomodnych tak zwanych ulepszeń. Prowadzę ranczo tak, jak prowadził je ojciec, a wcześniej dziadek. Stosujemy płodozmian, hodujemy bydło bez chemicznych suplementów paszy, zachowujemy naturalną uprawę zbóż i roślin pastewnych. I na terenie naszego rancza nie pozwalamy wydobywać ropy naftowej. W wielu rejonach stanu Wyomingu, na południe stąd, uzyskuje się ropę z łupków skalnych, ale my nie sprzedajemy ani nie wydzierżawiamy ziemi do tego celu.
Wiedziała, że Mallory jest bardzo uczulony na punkcie ochrony środowiska. Czytała artykuł o jego ranczu zamieszczony w lokalnej gazecie z północnego zachodu poświęconej hodowcom bydła. Ta gazeta leżała na stole w baraku robotników rolnych.
- Na czym polega ta metoda uzyskiwania ropy? – spytała z zaciekawieniem.
- Wstrzykuje się ciecz pod wielkim ciśnieniem do pokładów skalnych, by je rozkruszyć i uzyskać dostęp do złóż ropy naftowej oraz gazu ziemnego. Jeśli proces przeprowadza się niewłaściwie, można doprowadzić do zanieczyszczenia podziemnych zbiorników wodnych, mówi się też, że może spowodować trzęsienie ziemi. – Patrzył na nią z powagą. – Nie zamierzam ryzykować skażenia bezcennych zasobów wody.
- Rozumiem.
- Słuchałem też wykładów na temat zalet stosowania modyfikowanych genetycznie zbóż oraz klonowania. – Pochylił się naprzód. – Nigdy się na to nie zgodzę, chyba że po moim trupie!
Na tę pełną ognia i zapalczywości wypowiedź mimowolnie zareagowała śmiechem.

To chyba moje pierwsze spotkanie z Dianą Palmer i muszę przyznać, że bardzo udane. Jeśli chodzi o ten gatunek to ja naprawdę praktycznie nie mam wymagań, więc sporo romansów mi się podoba. Tutaj jednak było wszystko to, co lubię najbardziej i dlatego czytałam tak długo, aż skończyłam. Nie mogłam się oderwać i nawet poszłam spać później niż zwykle, co mi się raczej nie zdarza, bo jako matka półtorarocznego dziecka doceniam każdą minutę snu. 

Powieść jest klimatyczna, odrobinę wyidealizowana i oczywiście kończy się szczęśliwie. Jej fabuła jest prosta i trochę nawet przewidywalna, ale lubię styl autorki i takie romantyczne historie zawsze przyciągały mnie do lektury. W tej powieści znaleźć można wiele, ale przede wszystkim historię rodzącej się miłości dwojga ludzi, którzy spotkali się przypadkiem i zakochali trochę jakby na przekór całemu światu. Zdecydowanie polecam ;)

Podobała mi się ta książka, ta historia jest naprawdę świetna.
Lekka, zabawna i w pewnym momencie zaskakująca. Cały czas coś się dzieje.
Podoba mi się styl autorki, z pewnością sięgnę po więcej jej książek.
A was zachęcam, żebyście wpadli na ranczo i poznali braci Kirk.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

gos0626
2013-08-08

Świetna książka :) gorąco polecam :)ps główna bohaterka ma cięty język - lubię to w książkach :)